Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zaledwie dostrzegalny wyraz zdziwienia i jakby zniechęcenia przemknął po jasnéj twarzyczce Hani.
— Jeżeli tak jest istotnie — odparła — a więc to pan się zmienił, nie ja.
To rzekłszy, nachmurzyła się trochę i spoglądając na mnie z pod oka, szła przez jakiś czas w milczeniu, ja zaś starałem się ukryć radosne wzruszenie, jakiém przejęły mnie jéj słowa. Ona mówi, myślałem sobie, że jeśli inną kocham, to ja się zmieniłem, zatém nie ona się zmieniła, zatém ona mnie....
I nie śmiałem dokończyć z radości tego mądrego wniosku.
A z tém wszystkiém nie ja, nie ja, ale ona była zmieniona. Ta przed pół rokiem mała, o Bożym świecie nie wiedząca dziewczynka, któréj na myśl-by nie przyszło mówić o uczuciach i dla któréj podobna rozmowa byłaby chińskim językiem, dziś prowadziła ją tak swobodnie i wprawnie, jakby recytowała wyuczoną lekcyę. Jakże rozwinął się i stał się giętkim ten niedawno dziecinny umysł! Ale z panienkami dzieją się cuda podobne. Nie jedna wieczorem zasypia dzieckiem, rankiem budzi się dziewicą, z innym światem uczuć i myśli. Dla Hani, z natury bystréj, pojętnéj i wraźliwéj, pół roku czasu, przejście szesnastu lat wieku, inna sfera towarzyska, nauki, czytane może ukradkiem książki, wszystko to wystarczało aż nadto.
Ale tymczasem szliśmy obok siebie w milczeniu. Przerwała je teraz pierwsza Hania.
— Więc i oto pan zakochany, panie Henryku?
— Może — odpowiedziałem z uśmiechem.
— To pan będzie tęsknił za Warszawą?
Nie, Haniu. Radbym nigdy ztąd nie wyjeżdżać.