Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A jednocześnie na skręcie ulicy ukazali się Selim i Hania. Oboje widzieli mój wybuch: widzieli, jak całowałem i przyciskałem do czoła rękę Loli: widzieli to oboje, więc uśmiechnięci zamienili z sobą wejrzenia, jakby mówiąc sobie wzajemnie:
— Rozumiemy co się to znaczy.
Ale tymczasem pora była odjechać do domu. Selimowi droga zaraz za kołowrotem wypadała w inną stronę, obawiałem się jednak, czy nie zechce nas odprowadzać. Z pośpiechem siadałem na koń i mówiłem głośno, że już późno, że na nas i na Selima czas. Żegnając się, otrzymałem od panny Loli dziwnie gorący uścisk ręki, na który nie odpowiedziałem i ruszyliśmy w drogę.
Selim zaraz za kołowrotem zawrócił, ale piérwszy raz pocałował na dobranoc Hanię w rękę i Hania mu tego nie broniła.
Przestała mnie już zapoznawać. Była w usposobieniu zbyt łagodném, żeby pamiętać ranne gniewy, ale ja tłómaczyłem sobie to usposobienie jak najgorzéj.
Pani d’Yves zaraz po kilku minutach usnęła i poczęła się kiwać na wszystkie strony. Spojrzałem na Hanię, nie spała; oczy jéj były otwarte szeroko i błyszczące jakby ze szczęścia.
Nie przerywała wcale milczenia, była widocznie zbyt zajęta własnemi myślami. Dopiéro blizko domu spojrzała na mnie, a widząc że jestem tak zamyślony, rzekła.
— O czém pan tak myśli, czy o Loli?
Nie odpowiedziałem ani słowa, tylko ścisnąłem