Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedna myśl jak ptak i usiadła mi na mózgu. Myśl ta zawarta była w krótkich słowach:
A jeśli?
Było to nowe koło, w które wplatałem się na mocy nieubłaganéj konieczności. Oh! cierpiałem bardzo, a tam z sąsiedniéj alei dochodziły mnie wesołe słowa lub ciche półsłowa rozmawiających, koło mnie pachniały kwiaty, na drzewach świegotały ptaki udające się na spoczynek; nademną wisiało pogodne niebo zarumienione zorzą zachodnią: wszystko było spokojne, szczęśliwe, ja sam tylko zbolały i z zaciśniętemi zębami pragnąłem umrzeć wśród tego rozkwitu życia.
Nagle drgnąłem: przedemną zaszeleściała suknia kobieca.
Spojrzałem: była to panna Lola. Cicha była jakaś i łagodna, patrzyła na mnie ze współczuciem, a może i więcéj jak ze współczuciem. Wśród blasków wieczora i cieniów rzucanych przez drzewa, wydawała się blada: rozwiane, niby przypadkiem bujne warkocze spływały jéj na ramiona.
W téj chwili nie uczułem do niéj nienawiści. Duszo, jedyna litościwa! — pomyślałem — czy przychodzisz mnie pocieszyć?
— Panie Henryku! pan smutny jakiś, może cierpiący?
— O tak, pani! cierpiący jestem, — zawołałem z wybuchem i porwawszy jéj rękę, przyłożyłem ją sobie do rozpalonego czoła, potém pocałowałem ją gwałtownie i uciekłem.
— Panie Henryku? — zawołała na mnie zcicha?