Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przez własną miłość i przez własne próżne wołanie przeczuł i usłyszał dwa sympatyczne głosy: Selima i Hani! Wołali się wzajemnie głosami serc, wołali się na nieszczęście moje, sami o tém nie wiedząc. Jedno drugiemu było niby echem leśném i jedno szło za drugiém, jak echo idzie za głosem. I cóżem ja mógł poradzić przeciw téj konieczności, którą oni mogli zwać szczęściem — ja: nieszczęściem? Cóżem mógł poradzić przeciw temu porządkowi natury, przeciw téj fatalnéj logice rzeczy? Jak zdobyć serce Hani, skoro jakaś siła nieprzeparta kłoni je w inną stronę?
Odłączyłem się od towarzystwa i siadłem na ławce ogrodowéj, a myśli podobne szumiały mi w głowie, jak zwichrzone stada ptastwa. Ogarnął mnie szał cierpienia i rozpaczy. Czułem, że pośród rodziny, pośród życzliwych serc byłem jednak tak samotny; świat cały wydał mi się tak pusty, sierocy, niebo nademną tak na krzywdę ludzką obojętne, że mimo woli jedna myśl zapanowała we mnie nad innemi i pochłonęła wszystkie i pokryła swym ponurym spokojem. Imię jéj było: śmierć. A potém: wyjście z tego błędnego koła i koniec cierpień, i rozwiązanie całéj téj smutnéj komedyi, i rozcięcie wszystkich bolesnych węzłów opasujących duszę, i wypoczynek po umęczeniu; ach! ten wypoczynek, którego tak byłem spragniony: wypoczynek ciemny, wypoczynek nicości, ale cichy, wiekuisty!
Byłem jak człowiek zmorzony łzami, cierpieniem i snem. Usnąć mi! usnąć! myślałem sobie, za jakąkolwiek cenę, choćby za cenę życia. Potém zaś ze spokojnych, ogromnych błękitów niebieskich, dokąd uciekła dawna moja wiara dziecinna, przyleciała jeszcze