Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wa nic im zarzucić, mam jednak dostateczny powód być niespokojnym. Były to wszystko subtelności, rzeczy prawie nieuchwycalne, w których umysł mój, do téj pory prosty, plątał się i męczył, jak wśród ciemności i manowców. Czułem się poprostu zmęczony i przybity, jakby po odbyciu długiéj podróży, a oprócz tego jeszcze jedna myśl najgorsza i najboleśniejsza wracała mi ustawicznie do głowy, że to ja sam, wyraźnie ja, przez swoję zazdrość i przez swoję niezręczność popycham fatalnie ku sobie tych dwoje. O! na tyle świadomości zdobyłem się już wówczas, jakkolwiek nie miałem żadnego doświadczenia. Takie rzeczy się odgaduje. Co więcéj: wiedziałem, że wśród owych błędnych ścieżek będę i daléj szedł nie tam, gdzie zechcę, ale tam, gdzie popchnie mnie uczucie i inne nieraz chwilowe i nieznaczące okoliczności, które jednak bywają ważne i od których nieraz szczęście zależy. Co do mnie, byłem bardzo nieszczęśliwy, a chociaż komuś umartwienia owe moje mogą się wydawać błache, to jednak powiem, że wielkość każdéj niedoli nie zależy od tego jaką ona jest sama w sobie, ale jak ją ktoś odczuwa.
A jednak nic się nie stało! nic się jeszcze nie stało! Leżąc w łóżku powtarzałem sobie te słowa dopóty, aż zwolna myśli poczęły mi się mącić, rozpraszać i wpadać w zwykły bezład senny. Rozmaite obce pierwiastki poczęły mi się pod nie podsuwać. Opowiadania ojcowskie, osoby i wypadki tych opowiadań łączyły się z chwilą obecną, z Selimem, z Hanią i z moją miłością. Może i miałem trochę gorączki, témbardziéj żem się potłukł. Knot wypalonéj świecy zapadł nagle w lichtarz: pociemniało, potém znów wyskoczył błękitny płomień, potém mniejszy i jeszcze mniejszy, aż wreszcie jeszcze