Hania (Sienkiewicz)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Hania
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Rankiem kilka dni późniéj pierwsze rumiane blaski porannéj zorzy wpadły przez serce wykrojone w okiennicy i zbudziły mnie ze snu. Wkrótce zapukał ktoś w okiennicę i w różanym otworze ukazała się nie twarz Zosi Mickiewiczowskiéj, która w podobny sposób budziła Tadeusza, ani téż mojéj Hani, ale wąsata twarz Wacha, leśniczego, a gruby głos zawołał:
— Paniczu!
— A co tam?
— Wilki gonią za wilczycą w Pohorowych haszczach. Mieliśmy iść na wabia.
— Zaraz!
Ubrałem się: wziąłem strzelbę, nóż myśliwski i wyszedłem. Wach stał cały mokry od rosy porannéj z długą zardzewiałą pojedynką na plecach, z któréj jednak nie zdarzyło mu się nigdy chybić. Ranek był wczesny: słońce jeszcze nie weszło, ani ludzie nie wyszli do roboty, ani bydło w pole. Niebo tylko barwiło się błękitnie, różowo i złociście na wschodzie, a na zachodzie było surowe. Swoją drogą staremu było pilno.
— Mam bidę i szkapę. Pojedziemy ku wykrotom — rzekł.
Siedliśmy i pojechali. Zaraz za stodołami zając wyskoczył z owsa i przebiegłszy nam drogę, skoczył na łąkę, znacząc ciemniejszemi ślady srebrną od rosy jéj powierzchnię. Stary rzekł:
— Kot przez drogę! na psa urok!
A potém dodał:
— Późno już. Niedługo ziemia cień chwyci.
Znaczyło to, że niedługo słońce zejdzie, bo przy blasku zorzy, ciało nie rzuca cienia na ziemię.
— A to przy cieniu źle? — spytałem.
— O wielkim, to tam jako tako, ale o małym próżna robota.
W języku niemyśliwskim znaczyło to znów: im późniéj, tém gorzéj, bo wiadomo, że im bliżéj południa, tém cień mniejszy.
— Odkąd poczniemy? — spytałem.
— Od wykrotów, ale w samych Pohorowych haszczach.
Pohorowe haszcze była to część lasu nadzwyczaj zarosła, gdzie znajdowały się wykroty, to jest jamy pod korzeniami starych drzew wywróconych przez burzę.
— I na wabia myślicie, Wachu że się uda.
— Pocznę grać jak basiora, może jaki basiór wyjdzie.
— A może i nie.
— E! tak i wyjdzie.
Dojechawszy do chaty Wacha, zostawiliśmy konia i bidę chłopcu, sami zaś udaliśmy się piechotą. Po półgodzinnéj drodze, kiedy słońce zaczęło wschodzić, zasiedliśmy w wykrotach.
Koło nas naokół była gęstwa nieprzebita drobnych zarośli; gdzieniegdzie rosły tylko wielkie drzewa, wykrot zaś był tak głęboki, że schowaliśmy się weń z głowami.
— Teraz plecami! — mruknął Wach.
Usiedliśmy do siebie plecami, tak, że nad powierzchnię gruntu wystawały nam tylko czubki głów i lufy strzelb.
— Czuj! — rzekł Wach. — Poczynam grać.
Włożywszy dwa palce w usta i modulując niemi przeciągły głos, Wach zagrał jak basiora, to jest zawył jak wilczyca wabiąca wilków.
— Czuj!
I przyłożył ucho do ziemi.
Ja nie usłyszałem nic, ale Wach oderwał twarz od ziemi i szepnął:
— Gra, ale daleko. Będzie pół mili.
Potém czekał z kwadrans i znów zawył, przebierając palcami w ustach. Żałosny, a złowrogi głos przebił gęstwinę, i daleko, daleko leciał po mokréj ziemi, odbijając się od sosny do sosny.
Wach na nowo przyłożył ucho do ziemi.
— Gra! jest nie daléj jak półtory wiorsty.
Jakoż rzeczywiście i ja usłyszałem teraz jakby odległe echo wycia, dalekie jeszcze bardzo, zaledwie dosłyszalne, ale dające się już wśród szelestu liści rozróżnić.
— Zkąd wyjdzie? — spytałem.
— Na panicza.
Wach zawył trzeci raz: wycie odpowiedziało już blizko. Ścisnąłem mocniéj strzelbę w ręku, a obaj zatamowaliśmy dech w piersiach. Cisza była niezmierna, wiatr tylko strząsał krople rosy z leszczyny, które spadały szemrząc po liściach. Zdaleka, z innéj strony lasu, doszło nas tokowanie głuszca.
Nagle o jakie trzysta kroków, zamajaczyło coś w gęstwinie, krzaki jałowcowe poruszyły się żywo i z pośród ciemnych igieł wynurzyła się szara trójkątna głowa ze śpiczastemi uszami i czerwonemi oczyma. Strzelać nie mogłem, bo było jeszcze zbyt daleko, więc czekałem cierpliwie, lubo z bijącém sercem. Wkrótce całe zwierzę wynurzyło się z jałowcu i w kilku niewielkich skokach podbiegło ku wykrotowi, wietrząc pilnie na wszystkie strony. Na stopięćdziesiąt kroków wilk zatrzymał się i nastawił uszy jakby coś przeczuł. Wiedziałem, że bliżéj już nie podejdzie i pociągnąłem za cyngiel.
Huk strzału zmieszał się z bolesném zaskowyczeniem basiora. Wyskoczyłem z wykrotu, Wach za mną, ale wilka nie znaleźliśmy na miejscu. Wach jednak obejrzał pilnie miejsce, gdzie rosa starta była na polance i rzekł:
— Farbuje!
Rzeczywiście na trawie były ślady krwi.
— Nie pudło, choć daleko! nie pudło; farbuje, o! farbuje, trzeba za nim iść.
A więc i poszliśmy. Gdzieniegdzie trafialiśmy na potłuczoną trawę i większe ślady krwi; znać było, że ranne wilczysko od czasu do czasu wypoczywa. Ale tymczasem upłynęła godzina drogi po gąszczach i haszczach, potém druga; słońce było już wysoko; uszliśmy ogromny kawał drogi nie znalazłszy nic prócz śladów, które zresztą czasem niknęły zupełnie. Potém trafiliśmy na kąt lasu: ślady szły ze dwie wiorsty polem w kierunku stawu i wreszcie ginęły na błotach porosłych trzciną i tatarakiem. Daléj nie można było iść bez psa.
— Już on tam zostanie, a ja jutro go znajdę — rzekł Wach — i zawróciliśmy do domu.
Wkrótce przestałem myśleć i o wilku i o Wachu i o niefortunnym trochę rezultacie polowania, a natomiast wróciłem do zwykłego mego koła utrapień. Kiedy zbliżaliśmy się do lasu, zając wyrwał mi się prawie z pod nóg, a ja zamiast strzelić do niego, drgnąłem tylko, jakby rozbudzony z zamyślenia.
— A! panie! — zawołał z oburzeniem Wach — do rodzonego brata bym strzelił, żeby mi się tak pomknął.
Ale ja uśmiechnąłem się tylko i szedłem daléj w milczeniu. Przechodząc przez leśną drogę, tak zwaną: Ciociną dróżkę, wiodącą do gościńca ku Chorzelom, ujrzałem na mokréj ziemi świeże ślady podkutych kopyt końskich.
— Nie wiecie, Wachu, co to mogą być za ślady? — pytam.
— Mnie się widzi, że to panicz z Chorzel tędy przejechał do dwora — odparł Wach.
— A to ja pójdę do dwora — odpowiedziałem. — Bądźcie zdrowi, Wachu.
Wach począł mnie nieśmiało prosić, bym wstąpił do jego chaty, do któréj było niedaleko, posilić się trochę. Wiedziałem, że jeśli mu odmówię, zrobię mu wielką przykrość, a jednak odmówiłem, obiecawszy tylko przyjść nazajutrz rano. Ale nie chciałem, by Selim i Hania zostawali długo sam na sam, bezemnie. Przez te pięć dni, które upłynęły od czasu wizyty w Ustrzycy, Selim bywał wprawdzie codziennie. Wzajemna sympatya dwojga młodych rozwijała się szybko pod mojemi oczyma! Ale téż pilnowałem ich jak oka w głowie i dziś piérwszy raz zachodził wypadek, że mogli zostawać z sobą dłużéj sam na sam. A nuż, myślałem sobie, przyjdzie między niemi do wyznania i czułem, że blednę, jak ten co traci nadzieję nadziei.
Bałem się tego, jakby jakiegoś nieszczęścia jakby niecofnionego wyroku śmierci, o którym się wié, że nadejść musi, ale który człek odwłóczy ile mu sił stanie.
Wróciwszy do domu, na dziedzińcu spotkałem księdza Ludwika, ubranego w worek na głowie, otaczający drucianą siatkę na twarz. Ksiądz Ludwik wybierał się do pasieki.
— Czy Selim tu jest, księże Ludwiku? — spytałem?
— Jest: będzie z półtory godziny jak przyjechał.
Serce zadrgało mi niespokojnie.
— A gdzie go znajdę?
— Wybierali się na staw z Hanią i z Ewunią.
Pobiegłem szybko do ogrodu nad brzeg stawu gdzie stały czółna. Rzeczywiście jednego z większych czółen brakło: spojrzałem na staw, ale zrazu nie mogłem nic dojrzeć. Domyśliłem się że Selim musiał skręcić na prawo ku olszynom, skutkiem czego czółno wraz z jadącymi zasłonięte było przez rosnące po brzegach trzciny. Schwyciłem wiosło i wskoczywszy w małą jednoosobową łódkę, ruszyłem cicho na staw, trzymając się trzcin i nie wyjeżdżając z nich całkowicie, tak aby widziéć nie będąc widzianym.
Jakoż wkrótce ujrzałem ich. Na obszernéj, nie porośniętéj trzciną przestrzeni tkwiło nieruchomie czółno: wiosła były zwieszone. Na jednym jego końcu siedziała odwrócona od Hani i Selima, mała siostrzyczka moja Ewunia, na drugim końcu ich dwoje. Ewunia pochylona ku wodzie, uderzała w nią wesoło rączkami i całkiem była zajęta tą zabawą; Selim zaś i Hania, prawie oparci o siebie ramionami, zdawali się zatopieni w rozmowie. Najmniejszy powiew wietrzyka nie marszczył przezroczystéj, błękitnéj toni, a czółno, Hania, Ewunia i Selim odbijali się w niéj, jak w zwierciadle, spokojnie i nieruchomie.
Byłto może bardzo piękny obrazek, ale na widok jego krew uderzyła mi do głowy. Zrozumiałem wszystko: wzięli ze sobą Ewunię, bo dziecina nie mogła im przeszkadzać, ani rozumieć miłosnych wyznań. Wzięli ją dla pozoru. „Stało się!“ pomyślałem sobie; „stało się!“ zaszumiały trzciny. „Stało się!“ wybełkotała fala, uderzająca o brzeg mojéj łódki i w oczach mi pociemniało; uczułem zimno i gorąco; uczułem, że bladość pokrywa mi twarz! „Straciłeś Hanię! straciłeś!“ wołały jakieś głosy nademną i we mnie. A potém, usłyszałem jakby też same głosy wołały: „Jezus, Marya!“ a potém jeszcze mówiły: „przysuń się bliżéj i ukryj w trzcinach, zobaczysz więcéj!“ Usłuchałem i podciągnąłem się z łódką cicho jak kot. Ale i z téj odległości nie mogłem słyszeć rozmowy, widziałem tylko lepiéj, siedzieli obok siebie, na jednéj ławeczce, nie trzymając się za ręce, Selim jednak zwrócony był ku Hani; zdawało mi się przez chwilę, że klęka przed nią, ale mi się to tylko zdawało. Zwrócony był ku niéj i patrzył na nią błagalnie: ona zaś nie patrzyła na niego, ale jakby oglądała się na wszystkie strony niespokojnie, potém zaś podniosła oczy ku niebu. Widziałem, że była zmieszana; widziałem, że on błagał o coś; widziałem wreszcie, jak złożył ręce przed nią, jak ona zwolna, zwolna zwracała główkę i oczy ku niemu; jak wreszcie zaczęła się ku niemu pochylać, ale nagle oprzytomniawszy, drgnęła i odsunęła się na sam brzeżek łodzi, a wówczas on schwycił ją za rękę, niby obawiając się, żeby nie spadła w wodę. Widziałem, że nie puścił już téj ręki, a potém nie widziałem już nic więcéj, bo chmura zasłoniła mi oczy. Wypuściłem wiosło z ręki i padłem na dno łodzi. „Ratunku! ratunku, Boże! wołałem w duszy, tu zabijają człowieka!“ Czułem, że brak mi tchu. O! jakże ja ją kochałem i jakiż byłem nieszczęśliwy! Leżąc na dnie łodzi i szarpiąc ze wściekłości na sobie ubiór, czułem zarazem całą bezsilność téj wściekłości. Tak jest, byłem bezsilny, bezsilny, jak atleta ze związanemi rękoma, bo i cóż mogłem uczynić? Mogłem zabić Selima, siebie; mogłem uderzyć swoją łodzią o ich łódź i zatopić w falach oboje, ale nie mogłem wydrzéć z serca Hani miłości dla Selima i zabrać dla siebie wyłącznie, niepodzielnie!
Ach! to poczucie bezsilnego gniewu, to przekonanie: niéma rady! w téj chwili, gorsze było prawie od wszystkich innych. Zawsze wstydziłem się płakać, nawet przed samym sobą. Jeśli ból wyciskał mi gwałtownie łzy z oczu, to niemniéj gwałtownie wstrzymywała je duma. Ale teraz załamała się wreszcie bezsilna wściekłość, szarpiąca mi piersi i wobec téj samotni wobec téj łodzi z zakochaną parą, odbijającéj się w lustrzanéj fali, wobec spokojnego nieba i tych trzcin szeleszczących smutno nad moją głową, i ciszy i moich nieszczęść i mojéj niedoli, wybuchnąłem ogromném łkaniem, jedną wielką falą łez i leżąc na wznak, z rękoma splecionemi nad głową, ryczałem prawie z żałości wielkiéj, niewypowiedzianéj.
Potém osłabłem. Napadło mnie jakieś odrętwienie. Zmysły prawie przestały działać, uczułem zimno w końcach rąk i nóg. Słabo mi było i coraz słabiéj. Myślałem resztkami myśli, że to już zbliża się śmierć i uspokojenie wielkie a lodowate. Zdało mi się, że ta posępna, grobowa władczyni bierze mnie w swoje posiadanie, więc witałem ją spokojném, szklistém okiem. Skończyło się! myślałem i niby wielki jakiś ciężar spadł mi z piersi.
Ale nie skończyło się nic. Jak długo tak leżałem na dnie łódki, nie umiałem sam sobie zdać sprawy. Na niebieskiém sklepieniu przed oczyma memi przesuwały się czasem lekkie, puszyste chmurki, czasem przeleciały, kwiląc żałośnie, to czajki, to żórawie. Słońce weszło wysoko na niebie i paliło żarem. Ustał wiatr, przestały szemrać tkwiące nieruchome trzciny. Obudziłem się, jakby ze snu i począłem się rozglądać naokoło. Czółna z Hanią i Selimem już nie było. Cisza, spokój i upojenie panujące w całéj naturze, dziwną stanowiły sprzeczność ze stanem sennego odrętwienia, z jakiego obudziłem się przed chwilą. Naokoło wszystko było spokojne, uśmiechnięte. Ciemno-szafirowe koniki wodne siadały na zrębach łódki i na płaskich, jak tarcze, liściach nenufarów; maleńkie szare ptaszki kołysały się po trzcinach, gwarząc słodko; gdzieniegdzie słychać było pracowite brzęczenie zabłąkanéj na wodach pszczółki; czasem z tataraku ozwały się dzikie kaczki; cyranki wyprowadzały swoje młode na polanki wodne. Królestwa i rzeczypospolite ptasie odchylały oczom moim zasłonę swego codziennego życia, ale ja nie zważałem na nic. Senność moja jeszcze nie przeszła. Dzień był znojny: czułem nieznośny ból głowy, więc wychyliwszy się z czółna, chwytałem dłońmi wodę i piłem ją spieczonemi ustami. Wróciło mi to trochę siły. Wziąwszy wiosło, ruszyłem między szuwarami do domu, ile że już i późno było, a w domu pytano pewnie o mnie.
Po drodze próbowałem uspakajać się. Jeżeli Selim i Hania wyznali sobie, że się kochają, to może i lepiej się stało, myślałem. Przynajmniéj skończyły się przeklęte dni niepewności. Nieszczęście odchyliło przyłbicę i stoi przedemną z jasną twarzą. Znam je i muszę z niém walczyć. Dziwna rzecz, myśl ta poczęła nawet miéć dla mnie pewien bolesny urok. Ale nie miałem jeszcze pewności i postanowiłem sobie wybadać zręcznie Ewunię, przynajmniéj o tyle, o ile to było możliwém.
Trafiłem w domu na obiad. Z Selimem przywitałem się zimno i siadłem do stołu w milczeniu. Ojciec spojrzał na mnie i zawołał:
— Co tobie jest, czyś nie chory?
— Nie. Zdrów jestem, tylko zmęczony. Wstałem o trzeciéj rano.
— Dlaczego?
— Chodziliśmy z Wachem na wilki. Postrzeliłem wilka. Późniéj położyłem się spać i trochę mnie głowa boli.
— A przejrzyj-no się w lustrze, jak wyglądasz.
Hania przestała na chwilkę jeść i przypatrywała mi się pilnie.
— Może to wczorajsza wizyta w Ustrzycy tak podziałała na pana, panie Henryku? — rzekła.
Spojrzałem jéj prosto w oczy i spytałem prawie ostro:
— Jak to rozumiész?
Hania zmieszała się i poczęła coś niewyraźnie tłómaczyć. Selim przyszedł jéj w pomoc.
— No, to bardzo naturalne. Kto się kocha, ten mizernieje.
Zacząłem spoglądać naprzemiany to na Hanię, to na Selima i odpowiedziałem zwolna, dobitnie, kładąc nacisk na każdą syllabę:
— Nie widzę, żebyście zmizernieli: ani ty, ani Hania!
Ponsowy rumieniec oblał twarze obojga. Nastała chwila bardzo kłopotliwego milczenia. Ja sam nawet byłem niepewny, czy nie zadaleko się posunąłem; szczęściem jednak ojciec nie wszystko słyszał co się mówiło, ksiądz Ludwik zaś wziął to za zwykłe przekomarzanie się młodych.
— A to osa z żądłem! — wykrzyknął, zażywszy tabaki. — A to was wziął. A widzicie! niezaczepiajcie go.
O, Boże! jakże mnie mało ten mój tryumf pocieszał i jakże chętnie zrzekłbym się go za przegranę Selima!
Po obiedzie, przechodząc przez salon, spojrzałem w lustro. Rzeczywiście wyglądałem jak Piotrowin. Oczy miałem podsiniałe, twarz zapadłą. Wydało mi się, że zbrzydłem ogromnie, ale to teraz było mi już wszystka jedno.
Poszedłem szukać Ewuni. Obie siostrzyczki, które obiad jadały wcześniéj od nas, były w ogrodzie, gdzie była urządzona gimnastyka dziecinna. Ewunia siedziała niedbale na drewnianym stołku, zawieszonym na czterech sznurach u poprzecznéj belki huśtawki. Siedząc rozprawiała sama z sobą, potrząsając od czasu do czasu lokami swéj złotéj główki i przebierając nóżkami.
Ujrzawszy mnie uśmiechnęła się i wyciągnęła małe rączki. Wziąłem ją na ręce i poszedłem w głąb' alei.
Potém siadłem na ławce i postawiwszy Ewunię przed sobą, spytałem:
— Cóż tam Ewunia dziś robiła cały dzień?
— Ewunia jeździla na spacel z męziem i Hanią — odpowiedziała przechwalając się dziewczynka.
Selima nazywała Ewunia swoim mężem.
— A czy Ewunia była grzeczna?
— Byla.
— Ha! bo grzeczne dzieci, to zawsze przysłuchują się co starsi mówią i uważają żeby się czegoś nauczyć. A czy Ewunia pamięta co Selim mówił z Hanią?
— Zapomnialam.
— Ej, może choć trochę Ewunia pamięta?
— Zapomnialam.
— Niegrzeczna jesteś! Niech Ewunia sobie zaraz przypomni, bo nie będę kochał Ewuni.
Dziewczynka zaczęła trzéć piąstką jedno oko, a drugiém załzawioném poglądała na mnie z pod czoła i nachmurzywszy się jakby do płaczu, z podkówką na ustach, rzekła już drgającym od łez głosem:
— Zapomniałam.
Cóż mogło mi odpowiedzieć biedactwo? Doprawdy wydałem się sam sobie głupi, a zarazem wstyd mi się jakoś zrobiło mówić dwoistym językiem do tego niewinnego aniołka: o co innego pytać, czego innego chcieć się dowiedzieć. Przytém Ewunia była pieszczotą całego domu i moją, więc nie chciałem jéj dłużéj udręczać. Ucałowałem ją tedy w buzię, pogłaskałem i puściłem. Dziewczynka pobiegła zaraz na huśtawkę, ja zaś odszedłem taki mądry jak i poprzednio; jednakże z przekonaniem w duszy, że wyznanie między Selimem i Hanią już nastąpiło.
Nad wieczorem dnia tego Selim rzekł do mnie:
— Nie zobaczę cię przez tydzień: jadę.
— Gdzie? — spytałem obojętnie.
— Ojciec mi każe — odrzekł — odwiedzić stryja w Szumnéj: muszę tam zabawić z jaki tydzień.
Spojrzałem na Hanię. Wiadomość ta nie wywołała na jéj twarzy żadnego wrażenia. Widocznie Selim mówił już z nią poprzednio.
Natomiast uśmiechnęła się i podniósłszy oczy od robótki, patrzyła na Selima figlarnie trochę, trochę przekornie, potém zaś rzekła:
— A czy pan z wielką ochotą tam jedzie?
— Jak bryś na łańcuch! — odpowiedział szybko; ale pomiarkował się wczas i widząc, że pani d’Yves, która nie znosiła najmniejszéj trywialności, krzywi się trochę, dodał:
— Przepraszam za wyrażenie. Ja stryja kocham, ale widzi pani... mnie tu... blizko... pani... d’Yves lepiéj.
I mówiąc to rzucił romansowe spojrzenie na panią d’Yves, co pobudziło do śmiechu wszystkich nie wyjmując i pani d’Yves, która lubo obraźliwa, miała do Selima szczególniejszą słabość. Wzięła go jednak lekko za ucho i z dobrotliwym uśmiechem rzekła:
— Młody człowieczku mogłabym być twoją matką!
Selim pocałował ją w rękę i była zgoda, ja zaś pomyślałem sobie: jaka to jednak różnica między mną a tym Selimem! Gdybym ja tak posiadał wzajemność Hani, tobym tylko marzył i patrzył w niebo. Gdzieby mi tam było do żartów, a on i śmiał się i żartował i był wesoły, tak jakby nigdy nic.
Kiedy nawet promieniował ze szczęścia, czynił to zawsze wesoło.
Na samym odjeździe rzekł do mnie:
— Wiész co ci powiem: jedź ze mną!
— Nie pojadę. Nie mam wcale zamiaru.
Zimny ton téj odpowiedzi uderzył jakoś Selima.
— Dziwny ty się jakiś stałeś — odparł. — Nie poznaję cię od niejakiego czasu, ale...
— Dokończ.
— Ale zakochanym wszystko się wybacza.
— Z wyjątkiem jeśli nam w drogę wchodzą — odpowiedziałem głosem kamiennego Komandora.
— Selim uderzył mnie przenikliwém spojrzeniem, jak błyskawicą i sięgnął mi aż do dna duszy.
— Co ty mówisz?
— Mówię że nie pojadę, a powtóre nie wszystko się przebacza!
Gdyby nie to, że przy téj rozmowie wszyscy byli obecni, Selim zapewne natychmiast postawiłby jasno całą sprawę. Ja jednak nie chciałem jéj stawić jasno, póki nie miałem pewniejszych dowodów. Widziałem jednak, że ostatnie moje słowa zaniepokoiły Selima, a strwożyły Hanię. Pokręcił się jeszcze chwilę zwłócząc odjazd pod błahemi pozorami, a potém upatrzywszy chwilę, rzekł do mnie z cicha:
— Siądź na koń i odprowadź mnie. Chcę z tobą pomówić.
— Innym razem — odpowiedziałem głośno. — Dziś czuję się trochę słaby.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.