Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zwolna zwracała główkę i oczy ku niemu; jak wreszcie zaczęła się ku niemu pochylać, ale nagle oprzytomniawszy, drgnęła i odsunęła się na sam brzeżek łodzi, a wówczas on schwycił ją za rękę, niby obawiając się, żeby nie spadła w wodę. Widziałem, że nie puścił już téj ręki, a potém nie widziałem już nic więcéj, bo chmura zasłoniła mi oczy. Wypuściłem wiosło z ręki i padłem na dno łodzi. „Ratunku! ratunku, Boże! wołałem w duszy, tu zabijają człowieka!“ Czułem, że brak mi tchu. O! jakże ja ją kochałem i jakiż byłem nieszczęśliwy! Leżąc na dnie łodzi i szarpiąc ze wściekłości na sobie ubiór, czułem zarazem całą bezsilność téj wściekłości. Tak jest, byłem bezsilny, bezsilny, jak atleta ze związanemi rękoma, bo i cóż mogłem uczynić? Mogłem zabić Selima, siebie; mogłem uderzyć swoją łodzią o ich łódź i zatopić w falach oboje, ale nie mogłem wydrzéć z serca Hani miłości dla Selima i zabrać dla siebie wyłącznie, niepodzielnie!
Ach! to poczucie bezsilnego gniewu, to przekonanie: niéma rady! w téj chwili, gorsze było prawie od wszystkich innych. Zawsze wstydziłem się płakać, nawet przed samym sobą. Jeśli ból wyciskał mi gwałtownie łzy z oczu, to niemniéj gwałtownie wstrzymywała je duma. Ale teraz załamała się wreszcie bezsilna wściekłość, szarpiąca mi piersi i wobec téj samotni wobec téj łodzi z zakochaną parą, odbijającéj się w lustrzanéj fali, wobec spokojnego nieba i tych trzcin szeleszczących smutno nad moją głową, i ciszy i moich nieszczęść i mojéj niedoli, wybuchnąłem ogromném łkaniem, jedną wielką falą łez i leżąc na wznak, z rękoma splecionemi nad głową, ryczałem prawie z żałości wielkiéj, niewypowiedzianéj.