Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się z czółna, chwytałem dłońmi wodę i piłem ją spieczonemi ustami. Wróciło mi to trochę siły. Wziąwszy wiosło, ruszyłem między szuwarami do domu, ile że już i późno było, a w domu pytano pewnie o mnie.
Po drodze próbowałem uspakajać się. Jeżeli Selim i Hania wyznali sobie, że się kochają, to może i lepiej się stało, myślałem. Przynajmniéj skończyły się przeklęte dni niepewności. Nieszczęście odchyliło przyłbicę i stoi przedemną z jasną twarzą. Znam je i muszę z niém walczyć. Dziwna rzecz, myśl ta poczęła nawet miéć dla mnie pewien bolesny urok. Ale nie miałem jeszcze pewności i postanowiłem sobie wybadać zręcznie Ewunię, przynajmniéj o tyle, o ile to było możliwém.
Trafiłem w domu na obiad. Z Selimem przywitałem się zimno i siadłem do stołu w milczeniu. Ojciec spojrzał na mnie i zawołał:
— Co tobie jest, czyś nie chory?
— Nie. Zdrów jestem, tylko zmęczony. Wstałem o trzeciéj rano.
— Dlaczego?
— Chodziliśmy z Wachem na wilki. Postrzeliłem wilka. Późniéj położyłem się spać i trochę mnie głowa boli.
— A przejrzyj-no się w lustrze, jak wyglądasz.
Hania przestała na chwilkę jeść i przypatrywała mi się pilnie.
— Może to wczorajsza wizyta w Ustrzycy tak podziałała na pana, panie Henryku? — rzekła.
Spojrzałem jéj prosto w oczy i spytałem prawie ostro: