Gasnące słońce/Część druga/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Przed pałacem cesarskim w Rzymie odbywała się w pierwszych dniach września szczególnego rodzaju licytacya.
Rozłożone na długich stołach, wabiły kupców, przedmioty, dostępne rzadko dla pospolitych śmiertelników. Świeciły tam szczerozłote naczynia, przeznaczone do osobistego użytku imperatorów, błyszczały sznury ogromnych pereł, słynny zbiór cesarza Adryana, mieniły się w słońcu suknie cesarzowej Faustyny, cel zazdrości strojniś stolicy. I rydwany stały rzędem, i lektyki, sprzęty cytrusowe, i rzeźby i cenne pamiątki po dawnych monarchach. Wszystko, co Marek Aureliusz odziedziczył po swoich poprzednikach, co sam zebrał i otrzymał w darze od królów barbarzyńskich, wynieśli pretoryanie przed pałac.
Tłumy ciekawej gawiedzi zalegały pałac, zamknięty zwykle dla motłochu. Tłoczyli się pauprzy i handlarze uliczni, przeciskali się przez ciżbę Żydzi i Egipcyanie; niewolnicy torowali pięściami drogę dla zbogaconych celników i poborców. Mnóstwo kobiet z ludu okrążało stoły i dotykało brudnemi palcami szat cesarzowej.
— Oto wezgłowie, na którem spoczywał boski Trajan w przeddzień śmierci — wołał podkomorzy cesarski, pełniący służbę komornika. — Dziesięć tysięcy sesterców! Kto da więcej?
Głośny śmiech odpowiedział na tę cenę.
— Nie warte asa — odezwał się ktoś w tłumie. — Boski Trajan sypiał na sianie, jak żebrak.
— Kto da więcej? — powtórzył podkomorzy.
— Sto tysięcy! — zawołał głos dźwięczny i do stołu zbliżył się senator Maryusz Pomponiusz, były pretor cudzoziemców.
— Sto tysięcy! Czy nikt nie da więcej? — zapytał podkomorzy.
— I pięć! — wtrącił jakiś gruby poborca.
— Jeszcze pięć! dodał drugi.
— Piętnaście!
— Dwadzieścia!
Liczba rosła szybko, podbijana przez dorobkiewiczów. Wezgłowie Trajana poszło za trzykroć.
— Chcą się przypodobać imperatorowi — szeptano wokoło. — Pragną przykryć purpurą rycerską podłość całego życia.
— Oto miecz boskiego Tytusa — odezwał się znów podkomorzy. — Wielki imperator otrzymał go w darze od zgromionej Judei. Dwadzieścia tysięcy sesterców! Kto da więcej?
I podniósł do góry broń, wysadzoną drogiemi kamieniami.
— Odeprzyjcie nim barbarzyńców! — zawołał jakiś obdartus, cisnąwszy w stronę pretoryanów, którzy otaczali podkomorzego, garść prażonego bobu. — Od czego jesteście? Za co ubieramy was w pióropusze i złocone pancerze i karmimy, jakby dziki, tuczone na stół cesarski.
— Próżniaki, niedołęgi! — zahuczało wokoło.
— Tylko burdy umieją wyprawiać...
— I niepokoić wieczorami obywatelki...
— I gruchać na polu Marsowem w gajach mirtowych...
— I krzyczeć ciągle, że im się krzywda dzieje...
— Trutnie...
— Pasibrzuchy...
— Na plac boju z nimi! — ryknął motłoch. — Niech nie uszczuplają chleba ubogim... Tak go mało w Rzymie...
Z pod szyszaków pretoryanów strzeliły w stronę ludu spojrzenia pełne nienawiści, i kilka rąk dotknęło rękojeści mieczów. Ale przed pałacem cesarskim kłębił się tłum, a stołów strzegło tylko dwudziestu żołnierzy. Na pięściach rozniósłby ich plebs stolicy, rozwścieczony wiadomościami, które nadchodziły z prowincyj północnych, coraz dziwniejsze, groźniejsze.
Bo stała się rzecz tak niesłychana, iż zatrwożyła najodważniejszych. Germanowie zalali równocześnie Windelicyę, Recyę, Noricum i Panonię, zburzyli ogniem i mieczem cały kraj po prawej stronie Dunaju, zamienili w perzynę wsie i miasta, uprowadzili krocie niewolnika, przeszli góry, nieznieważone dotąd ich stopą, i zbliżali się teraz, jak chmura gradowa, do granic samej Italii.
Rzym nie chciał w pierwszej chwili uwierzyć w takie zuchwalstwo, lecz kiedy kuryerzy nadbiegali codziennie, wzywając pomocy, wówczas zadrżał i złorzeczył wojsku. Dali się pobić barbarzyńcom! — krzyczał motłoch na ulicach — zniewieścieli na leżach zimowych. Trzeba im upuścić krwi, bo zatyli z próżniactwa...
Żołnierz nie zniewieściał, ani zatył; uległ tylko przewadze, której się nikt nie spodziewał.
Jak tylko nadeszła wiadomość o pogromie Obozu Batawów, wyruszył natychmiast prefekt Victorinus z połową przybocznej straży cesarskiej. Zdeptali go Germanowie, zanim dotarł do Alp, więc teraz spieszył jego śladami z resztą pretoryanów nowy prefekt, głośny wojownik, Marek Makryniusz Windeks. W domu została tylko gromadka, niezbędna do utrzymania porządku w stolicy.
Ale motłoch zapomniał, że pierwszy prefekt położył już głowę, drugi zaś biegł bez wytchnienia pod włócznie i strzały barbarzyńców; nie uwzględniał, iż zaraza wydusiła trzecią część legionów. Jego straszyło dniem i nocą widmo Hannibala i Brennusa i złorzeczył, przerażony, wojsku i utrudniał gniewnym pomrukiem zadanie rządowi, który z chwilą, kiedy Germanowie przekroczyli Alpy, zrozumiał grozę położenia i wytężył wszystkie siły, by odwrócić od Rzymu cios nieprzewidziany.
Już ciągnęły lądem i płynęły morzem legiony, rozrzucone na wybrzeżu Afryki i w prowincyach wschodnich, już gotował się do drogi żołnierz, wypoczywający w Italii po wyprawie na Partów, dopełniony świeżemi siłami. Gladyatorów i niewolników skarbowych uzbroił Marek Aureliusz, szkoły szermierskie i więzienia kazał otworzyć, nie pogardziwszy nawet zbrodniarzem. Kto posiadał dwoje zdrowych ramion, ten przestawał być zabójcą, oszustem, złodziejem, byle się legiony, porwane przez zarazę, znów zabliźniły.
Aby zaś obywatel uboższy, wycieńczony przez nieurodzaj ubogiego roku, nie sarkał na nowe podatki, wystawił cesarz-filozof całą ozdobę swojego pałacu na sprzedaż publiczną.
— Dwadzieścia tysięcy za miecz boskiego Tytusa! — wołał podkomorzy. — Kto da więcej? Nie skąpcie pieniędzy na wzmocnienie legionów, od ich bowiem dzielności zależy spokój waszego ogniska. Gdy one runą, zdepce stopa barbarzyńców i wasze szczęście. Kupujcie, kwiryci, kupujcie! Hojność wynagrodzi wam po ukończeniu wojny łaska boskiego imperatora.
Głównie ostatnia obietnica przyśpieszyła licytacyę.
Do stołów cisnęli się celnicy, adwokaci i przedsiębiorcy budowli rządowych, którzy grabili zbyt bezczelnie w prowincyach. Ten chciał przejednać rząd za chciwość nadmierną, ów za gwałt, wytoczony przed trybunał pretorów, trzeci, żądny zaszczytów, mniemał, iż płacąc za drobiazg znaczną sumę, zwróci na siebie uwagę rozdawców godności i tytułów.
I zbogaceni kupcy otworzyli kiesy szeroko. Bo schlebiało wyzwoleńcowi, że jego żona będzie błyszczała w sukniach cesarzowej, a jego dzieci będą jadły z naczyń, używanych dotąd tylko przez władców świata.
Próżność, grzech i głupstwo podały sobie ręce, by napełnić skarb państwa. Nikczemność stała się sługą cnoty. Dorobkiewicze różnego rodzaju podbijali się ku głośnej uciesze motłochu z zaciekłością handlarzów, kłócących się o strzępy fortuny magnackiej.
Temu wyścigowi samolubstwa i chytrości przypatrywało się zdaleka dwóch patrycyuszów. Stali przed głównemi drzwiami pałacu i śledzili przebieg licytacyi.
— Mógłbyś kupić ten stół cytrusowy — odezwał się jeden z nich. — Drażnił zawsze twoje oko wybredne.
Zagadnięty wzruszył ramionami zamiast odpowiedzi.
— Sto tysięcy sesterców za stół, który ocalał z pałacu złotego Nerona! — wołał podkomorzy.
— Nawet cena przystępna — zauważył pierwszy patrycyusz.
— Potroją ją niebawem te kruki, co się wypasły na krzywdzie ubogich i słabych — mruknął drugi.
— Marek Kwintyliusz wyraża się jak głodny cynik.
— Albo jak stoik, jeźli wolisz tę nazwę — odparł Marek.
— Wesoły pretor stoikiem? — zaśmiał się senator Mucyusz. — Może przyodziejesz się w dziurawą opończę, posypiesz głowę popiołem, zamiast złotym proszkiem, i będziesz wołał z Heraklitem: płaczcie, albowiem wszystko jest głupstwem i nicością. W mowie twojej słyszę znużenie kilku nocy bezsennych. Wyśpij się dobrze, a zasmakujesz znów w słodkiej mądrości boskiego Epikura.
Marek milczał.
Nie był to już ów nieopatrzny młodzieniec, który odpowiadał na każde słowo poważniejsze pustym śmiechem. Jakiś głęboki ból, czy zawód przeszedł po jego gładkiej twarzy i zostawił ślady swoje naokoło ust i pod oczami.
Skrzyżowawszy ramiona na piersiach, przypatrywał się obojętnie licytacyi. Nie zbliżył się nawet do stołów, chociaż zwiedzanie wystaw starożytności należało dawniej do jego rozrywek ulubionych.
— Dwakroć pięćdziesiąt! Kto da więcej? — wołał podkomorzy.
— Cena jeszcze możliwa — zauważył Mucyusz. — Kup, Marku, bo sprzęt ten godzien zaprawdę twoich zbiorów.
— Nie dla Kwintylia takie zbytki — odparł Marek. — Dziś stać tylko handlarzy i złodziejów na stoły cytrusowe.
Uważnie spojrzał Mucyusz na niego.
— To już nie znużenie kilku nocy bezsennych — wyrzekł. — Ty mówisz o zbytkach, ty? Któż drugi w całem cesarstwie mógłby zakupić cały pałac imperatorów, nie zmieniając trybu życia?
— Mówisz o milionach mojej żony...
— Mówię o milionach męża Liwii Fabii...
— Powinieneś wiedzieć, że prawo broni majątku żony przed rozrzutnością męża, jak dorobkiewicze nasze upodobania nazywają. Byłeś przecież pretorem. Słyszałem także, że i twoja połowica znosi się sama z rachmistrzami.
— Aaa... — mruknął Mucyusz. — Nie chciałem, wierzyć, gdy mi mówiono, że się zawiodłeś na hojności Fabiusza. To plugastwo pożąda naszych stosunków i nazwisk z namiętnością ostatniej miłości, ale chciałoby płacić jaknajtaniej za owoc poświęceń i trudów długiego szeregu wieków. Łatwiej ukraść choćby tysiąc milionów, aniżeli posiadać prawo do purpury patrycyuszów.
— Patrycyuszów? Jesteśmyż naprawdę patrycyuszami, ty i ja? — mówił Marek. — Nasi ojcowie składali na ołtarzu ojczyzny wszystko, co od niej wzięli, my zaś chcielibyśmy tylko czerpać ze skarbnicy jej dostatków i zaszczytów, nic w zamian nie dając.
— Marku! — zawołał Mucyusz, rozśmiawszy się wesoło. — Jeźli masz ochotę na stół cytrusowy, pożyczę ci pieniędzy, bo rozumując dalej w tym kierunku, gotóweś dojść do głupstw owych głodnych filozofów, którzy, zazdroszcząc nam purpury i pałaców, bredzą o znikomości rozkoszy tej ziemi. Zrzędzi w tobie golizna, a i ja znam szaleństwa tej wiedźmy zawistnej. Ile ci potrzeba, mów!
Ale Marek nie odpowiadał śmiechem na śmiech.
Patrząc przed siebie, odparł głosem cichym:
— Gdybyś tak, jak ja, pił przez ośm miesięcy z gorzkiego kielicha upokorzenia, obrażany od świtu do zmierzchu każdym ruchem i słowem wstrętnej ci kobiety, gdybyś się musiał targować o każdego sesterca z przebiegłością handlarza, możeby ci obrzydły pieniądze, twoim wstydem zdobyte. Duszą mnie te przeklęte miliony, obmierzła mi ta klatka złocona, którą opłaciłem swobodą! Nie przypuszczałem nigdy, żeby krew Kwintyliów krążyła jeszcze z taką siłą w moich żyłach. Chciałem się nagiąć do położenia, złamać w sobie, zdeptać potomka królów albańskich, przywoływałem do pomocy całą mądrość sceptycyzmu, lecz daremne były moje wysiłki. Nie mogę znieść upokorzenia, nawet za cenę wszystkich skarbów tej ziemi, nie mogę...
Tyle szczerego dźwięku było w głosie Marka, że się Mucyusz przestał uśmiechać. I jego twarz zniszczoną owiały cienie smutku.
Milczeli czas jakiś, potem odezwał się Mucyusz:
— Jestem od ciebie szczęśliwszy, Marku, bo we mnie zgasła już gwałtowność Mucyów. Nie w boju, lecz w radzie służyli przodkowie moi, i prawdopodobnie dlatego wziąłem po nich usposobienie giętsze, złagodzone zresztą przez krew matki, która pochodziła z rodziny wyzwoleńców egipskich. Wy, Kwintyliowie, wzrastaliście z mieczem w ręku, a żołnierz zwycięża lub ginie.
— Zwycięża lub ginie — powtórzył Marek zcicha, jakby do siebie, wodząc zamyślonym wzrokiem po tłumie.
Potem zwrócił się nagle do Mucyusza i wyrzekł:
— Czy ty wiesz, że najazd Germanów nie jest zwykłą igraszką barbarzyńców, lecz groźbą Hannibala? Ta dzicz toczy się olbrzymią falą wprost na Rzym. Za miesiąc może ona stanąć przed bramami miasta miast.
— Powstrzymają ją legiony — odparł Mucyusz spokojnie. — Już idą...
— Wszyscy idą! — wołał Marek — młodzi i starzy, nowozaciężni i weterani, patrycyusze i plebeje, wyzwoleńcy nawet i niewolnicy, wszyscy, wszyscy.
— Wystarczą legiony — wtrącił Mucyusz obojętnie.
Wtem zachwiała się fala ludu i rozłamała się na dwie połowy, tworząc pośrodku ulicę szeroką.
— Kuryer z pola walki! — płynął wokoło szept stłumiony.
Na placu ukazał się pretoryanin na spienionym koniu, cały pokryty kurzem i błotem. Wyciągnął rękę do góry — chciał mówić — nakazywał milczenie...
A kiedy nastała taka cisza, iż słychać było przyśpieszony oddech konia, dobywającego ostatnich sił, zawołał głosem, który rwał się kawałami z jego gardła:
— Germa...no...wie... pod Akwi...leą...
Przez kilka chwil zdawało się, że wieść niespodziewana poraziła lud rzymski, odebrawszy mu zdolność ruchów. Z głowami, zwróconemi w stronę złowróżbnego gońca, z rozwartemi ustami, stali panowie świata, przykuci do miejsca.
Germanowie pod Akwileą! — znaczyło to samo, co: stolica zagrożona!
Potem zakołysał się znów tłum i z jego łona buchnął ku pałacom cesarskim bezkształtny krzyk osłupienia, trwogi i groźby.
Koń pretoryanina, spłoszony nagłą wrzawą, wspiął się na tylnych nogach rzucił się naprzód. Ale już zalały ulicę głowy ludzkie i podniesione ręce.
— Zabić tego kruka! — zawołał ktoś w pobliżu żołnierza.
— Niech zapłaci za tchórzostwo towarzyszów!
— Na ziemię z nim! Zdeptać go, jak nędznego robaka!
Motłoch, mszcząc się za przestrach, ściągnął pretoryanina z konia i pastwił się nad niewinnym.
Gdy się to działo przed pałacem, siedział Marek Aureliusz w swojej pracowni przy stole, pochylony nad stosem woskowanych tabliczek. Brał je kolejno — odczytywał — nakreślał rylcem kilka słów, a załatwiwszy sprawy bieżące, cofnął się w krześle i zapatrzył się przed siebie szklistym wzrokiem człowieka, dla którego otoczenie przestało istnieć.
Myśli jego pobiegły daleko, za Alpy, nad Dunaj, do ziemi, która budziła już kilka razy zazdrość wolnych Germanów. Mieszkał tam naród barbarzyński, od lat stu złączony z Rzymem, dostarczający legionom bitnego żołnierza, rolnictwu zaś cierpliwego robotnika. I Retowie i Norikowie byli niegdyś wrogami cesarstwa, lecz rozumna polityka imperatorów, gdy nie mogła ich zgnieść, uśmierzyła ich dobrocią, ustępstwami. Szkodliwi sąsiedzi stali się zrazu pożytecznymi sprzymierzeńcami, a następnie, kiedy zasmakowali w cywilizacyi, wiernymi poddanymi, którzy prześcigali gorliwością w pełnieniu obowiązków rodowitych Rzymian.
Gdyby otworzyć dla pewnej ilości Kwadów i Markomanów prowincye naddunajskie i pozwolić im się osiedlić między współplemieńcami... Ludności miejscowej, przetrzebionej przez zarazę, przybyłyby świeże siły robocze, a legionom — zdrowe ramiona, których gnuśniejąca Italia wytwarzała coraz mniej... Nie po raz pierwszy zażegnywała polityka rzymska w ten sposób burzę. Gdzie się nie da podejść, tam trzeba podpełznąć, gdzie grozi zbyt wielka liczba, trzeba ją zmniejszyć, rozbiwszy ją na części drobniejsze... Kwadowie i Markomanowie, dopuszczeni do cesarstwa, będą najlepszym wałem obronnym przeciw najazdom północnym... — Dziel, kłóć między sobą nieprzyjaciół i panuj...
Ta stara zasada polityki rzymskiej nie zgadzała się wprawdzie z pojęciami etycznemi stoicyzmu, który wychował imperatora-filozofa, ale Marek Aureliusz był w tej chwili tylko głową państwa, zagrożonego przez potężnego wroga. Myśliciel ustąpił przed cesarzem, człowiek prywatny przed władcą...
Niezwykły najazd Germanów zaskoczył Rzym w godzinie tak ciężkiej, iż walka na całej linii północnej stała się niemożliwą. Zanim legiony, rozstawione na kresach południowych i wschodnich, nadbiegną — dotrą barbarzyńcy do granic Italii. Gdyby się udało oderwać od nich najgroźniejszych — Kwadów i Markomanów — odparliby legaci resztę, półnagą dzicz, bez wielkiego wysiłku.
Marek Aureliusz był tak zajęty swojemi myślami, że nie zauważył wrzawy, chociaż wnikała wszystkiemi szczelinami do wnętrza pałacu.
Teraz podniósł się, aby przywołać pretoryanina, czekającego za kotarą na jego rozkazy, lecz jeszcze nie doszedł do drzwi, kiedy do pracowni wbiegł szybkim krokiem mąż nizkiego wzrostu, przyodziany w strój senatorski.
Był to Fronton, znakomity pisarz, zaciekły wróg chrześcian i pierwszy doradca starszego cesarza.
— Germanowie pod Akwileą! — szepnął dygnitarz pobladłemi ustami.
Wiadomość ta oddziałała tak piorunująco na Marka Aureliusza, że patrzył długą chwilę na swojego pomocnika tępym wzrokiem, jakby jego słów nie zrozumiał, a kiedy pojął ich znaczenie, pochylił głowę i przycisnął rękę do serca.
— Stoją pod Akwileą — mówił Fronton. — Za dni dziesięć mogą być pod murami stolicy... Niech bogowie oświecą twój rozum, panie, abyśmy wiedzieli, co czynić należy...
Już cesarz ochłonął z pierwszego wrażenia.
Podniósłszy głowę, odezwał się zwykłym, przyciszonym, monotonnym głosem:
— Senatorowie Celiusz, Pizo i Hortensyusz udadzą się natychmiast do Akwilei, do obozu barbarzyńców, i stawią się przed Wadomarem, królem Markomanów, z darami mojemi. Wręczywszy mu krzesło kuralne, togę, dzierzganą palmami, i koronę, przypomnę mu dawne stosunki przyjazne, jakie łączą Markomanię z Rzymem od czasów króla Marboda. Jeżeli Wadomar wróci za Dunaj, ukarze podżegaczów najazdu i zaprzysięże nowe przymierze, wówczas przebaczę mu jego zuchwalstwo i otworzę dla najuboższych jego narodu Recyę, Noricum i Panonię. Niech pomogą odbudować krainę, którą zniszczyli. Tego buntownika Serwiusza pominą senatorowie przy układach. Żądam, by go Wadomar wydał żywego w moje ręce.
Frontona nie zdziwiły bynajmniej rozporządzenia cesarza, domyślił się bowiem odrazu, dokąd zmierzają. Najgwałtowniejsi imperatorowie rzymscy uginali bez namysłu hardego karku przed koniecznością, gdy tego wymagało dobro państwa. Usunąwszy chwilowe niebezpieczeństwo, oddawał później sowicie upokorzeniem za upokorzenie. Ich obrażona duma miała długą i mściwą pamięć.
— Jutro ze wschodem słońca — mówił Marek Aureliusz dalej — złożą kapłani wszystkich wyznań, uznanych przez Rzym, ofiary swoim bogom. Na Kapitolu będę błagał sam władcę Olimpu o łaskę dla cesarstwa. Za trzy dni wyruszę w pole, pod Akwileę, by wolę moją poprzeć siłą. Jeszcze nie zgasł wśród barbarzyńców urok legionów.
Skinął ręką na znak, że rozporządził już wszystko, i odwrócił się od Frontona. Gdy został sam, spoczął ociężale na krześle i ukrył twarz w dłoniach.
Nie był nigdy żołnierzem, ani z temperamentu, ani z wychowania. Kształcony od lat najmłodszych przez stoików greckich, przenosił życie kontemplacyjne nad czynne. Najszczęśliwszym czuł się w letniej rezydencyi, w górach albańskich, gdzie otoczony słynnymi mędrcami swojego czasu, zdala od łoskotu machiny rządowej, mógł bez przeszkody czytać, pisać i rozmyślać.
Nie lubiąc ćwiczeń rycerskich, przybrał sobie do boku, zaraz po śmierci Antonina Pobożnego, młodszego brata, ogłosiwszy go drugim imperatorem. Sądził, że młodzieniec zamiłowany w igrzyskach, koniach i przygodach awanturniczych, będzie uprawiał bez wstrętu rzemiosło wojenne i zastąpi go na polu bitwy. Jedynie dlatego podzielił się z nim władzą. Ale Lucyusz Werus roztrwonił siły swoje w bezmyślnej rozpuście, wyuzdany jak Neron, gnuśny jak Witeliusz. Nie podporą, lecz przeszkodą był mu ten lubieżnik, marnotrawca i pijak, dający z siebie stolicy ciągle zgorszenie. Jego gwałty, dopełniane na obywatelkach, musiał pokrywać i zacierać, jego długi płacić i znosić nierozumne wybryki.
Marek Aureliusz westchnął z głębi duszy. Ciężyła mu korona, ciężyło życie, niepokojone zazdrością milionów. Gdyby mógł rzucić purpurę, przesiąkłą krwią tylu imperatorów... Marzyłby wówczas w swojej ukochanej bibliotece o znikomości rozkoszy tej ziemi... Bo wszystko przemija, a wiecznie trwa tylko to, co duch zostawia po sobie.
Ale nie... On był Rzymianinem i cesarzem. Jemu nie wolno spoczywać w chwili, kiedy zemsta wzgardzonych ludów wyje u wrót Italii. On musi być walecznym i przytomnym, musi zdusić w sobie upodobania i wstręty i stać się wcieleniem obowiązku obywatelskiego, aby jego przykład wlał w przerażony naród nowy zdrój wiary i nadziei.
Tak... On stanie sam na czele legionów i poprowadzi je na wroga. Blask potęgi imperatorskiej, splecionej z długiego łańcucha zwycięztw i tryumfów, olśni i porazi barbarzyńców. Samo imię cesarza, władcy świata, starczy za wojsko. Zbyt długo i zbyt dotkliwie czuli Germanowie na sobie rękę imperatorów, by nie mieli zadrżeć na ich widok...
Marek Aureliusz dźwignął się z krzesła. Jego policzki zabarwiły ceglaste wypieki, a w oczach malowało się znużenie. Zarzęziło mu w gardle — zakaszlał. Sięgnął ręką po naczynie, znajdujące się na stole, i przyłożył je do ust. Pił chciwie miksturę, przyrządzoną dla niego przez samego Galena, zwaną teryakiem. Wątłe zdrowie zawodziło go coraz bardziej.
Kotara zaszeleściła i do pracowni wsunęła się cichą stopą wysoka postać niewieścia. Zbliżywszy się do cesarza, dotknęła ręką jego czoła i spojrzała mu uważnie w oczy.
— Znów kaszlesz? Nie przecz, słyszałam. I oczy masz podkrążone i skronie zimne. A prosiłam, żebyś tyle nie pracował.
— Prosiłaś? — mruknął Marek Aureliusz zdziwiony.
Nie przypominał sobie już bardzo dawno, ażeby stan jego zdrowia obchodził cesarzową. Więc chciała czegoś od niego...
— Jeszcze wczoraj mówiliśmy obszernie z Galenem o wyczerpaniu twoich sił — kłamała Faustyna, oplatając szyję męża białem, okrągłem ramieniem. — Potrzeba ci dłuższego wypoczynku.
— Spocznę może niebawem na zawsze — odparł Marek Aureliusz.
— Właśnie doniósł mi Fronton, że wybierasz się sam na pole walki — mówiła Faustyna, tuląc głowę pieszczotliwie do piersi męża. — Wiadomość ta rzuci żałobę na całą rodzinę. Jesteś chory, nie lubisz wojskowości, nie znosisz wrzawy obozowej. Dlaczego zadajesz umyślnie gwałt swojemu usposobieniu? W polu zastąpi cię Awidyusz Kassyusz, Makryniusz Windeks lub Publiusz Kwintyliusz.
— Awidyusz Kassyusz jest potrzebny w Afryce, a Windeks na kresach północnych — wyrzekł Marek Aureliusz, uwalniając się z objęć żony. — O mnie się nie troszcz, albowiem bogowie, posadziwszy mnie na tronie Cezarów, nauczą mnie spełniać ich obowiązki. Jest rzeczą imperatora dzielić trudy żołnierza, gdy ojczyźnie grozi prawdziwe niebezpieczeństwo.
— Rozumna rada znaczy czasami więcej od czynnego współudziału. Mógłbyś kierować wojną z Rzymu.
— Nie czas już dziś na rady rozumne. Tylko obecność imperatorów zdejmie trwogę z żołnierza, przerażonego szczęściem barbarzyńców. I Lucyusz włoży na siebie twarde suknie wojny.
— Tak się o ciebie lękam...
— Już postanowiłem — wyrzekł Marek Aureliusz szorstko.
Faustyna pochyliła głowę z uległością.
— Wola twoja jest prawem najwyższem dla każdego Rzymianina, nie wyjąwszy małżonki — mówiła. — Niech bogowie czuwają nad twojem świętem życiem i niech przyozdobią twój rydwan tryumfalny znakomitymi jeńcami.
Przez kilka chwil stała pogrążona w myślach, przygryzając dolną wargę, potem błysnęło w jej oczach złowrogo i odezwała się:
— Mam nadzieję, że dołożysz wszystkich starań, by pojmać żywcem owego zdrajcę, owego buntownika, co sprowadził na cesarstwo taką burzę. Chcę go widzieć w kajdanach pod kołami twojego rydwanu.
— Mówisz o Serwiuszu? — wtrącił Marek Aureliusz.
— Mówię o tej żmii, co wyhodowawszy się na naszem łonie, kąsa rękę dobrodzieja. Jeśli ten potwór wpadnie w twoje ręce, oddaj go w moją moc, a zdepcę tak jego pychę, że pozazdrości najnędzniejszemu z nędznych. Będzie służył ostatniej z moich niewolnic, jej pies posłuszny, jej sprzęt wzgardzony, aż go żółć zadusi.
— Ty znałaś osobiście tego buntownika? — zapytał cesarz, zdziwiony nienawiścią, syczącą w głosie żony.
Faustyna, pochyliwszy głowę, by ukryć rumieniec przed badawczym wzrokiem męża, odparła wymijająco:
— Imię jego zna dziś i nienawidzi każda Rzymianka.
Rzekłszy to, oddaliła się szybko.
Kiedy kotara za nią zapadła, uśmiechnął się Marek Aureliusz z goryczą.
Więc dlatego przypomniała sobie język i pieszczoty lat dawno ubiegłych? Ona znała Serwiusza, ale ten pyszny barbarzyniec wzgardził jej względami...
— Oddam go w twoją moc, bo najsroższy sąd nie ukarze go okrutniej od obrażonej miłości własnej namiętnej kobiety — mruknął cesarz.
Klasnął w dłonie. Gdy na znak ten ukazał się we drzwiach pretoryanin, zapytał:
— Czy boski Lucyusz Werus nie opuszczał dziś pałacu?
— Boski imperator biesiadował dziś u siebie — odparł strażnik cesarski.
— Gdyby senator Fronton przybył, niech czeka na mnie.
Zarzuciwszy na siebie togę, udał się Marek Aureliusz do mieszkania brata.
Lucyusz Werus spoczywał po obiedzie na dziedzińcu, na łożu złoconem, pod baldachimem purpurowym. Sina bladość pokrywała jego twarz, bujne włosy, zlepione potem, spadały w nieładzie na nizkie czoło.
Leżał bez ruchu, opuściwszy ręce po obu stronach ciała. Od czasu do czasu otwierał usta, jak ryba wydobyta z wody, spragniony powietrza.
— Bawcie... mnie... — mruczał, ale mu czkawka przerywała słowa.
Nikt go nie zabawiał. Goście, widząc, że go wino powaliło, wysunęli się bez pożegnania, żądni, tak samo, jak on, wypoczynku. Zostali przy nim tylko: przyboczny lekarz, podkomorzy i jego dwaj nieodstępni towarzysze, Marek Kwintyliusz i senator Mucyusz.
— Lękam się powtórnego napadu apopleksyi — mówił lekarz, pochyliwszy się nad imperatorem. — Byłby to początek końca. Szkoda tak hojnego pana.
— Pije bez miary — odezwał się podkomorzy — a znosi coraz mniej. Od pewnego czasu traci przytomność po jednym dzbanie falerna.
Lekarz nacierał skronie i górną wargę cesarza olejkiem arabskim i wciskał mu w usta gąbkę, nasyconą teryakiem.
— Jestem bogiem — mruknął Lucyusz Werus, rzuciwszy się niecierpliwie — składajcie ofiary, śmiertelnicy... muchy brzęczą... gniewają boga... wypędźcie muchy.
Usiłował podnieść rękę, by usunąć gąbkę, lecz ręka opadła bezwładnie.
— Nie chcę ambrozyi — majaczył, otrząsając się ze wstrętem — wrócę na ziemię... na Olimpie niema takiego wina... Stary Jowisz, stary osieł... nie zna się na trunkach...
I śmiał się głupkowato.
Od strony skrzydła pałacu, zajmowanego przez Marka Aureliusza, zbliżały się szybkie kroki, zmierzające w stronę, w której Lucyusz Werus spoczywał.
— Starszy imperator! — szepnął Marek Kwintyliusz i cofnął się przed Mucyuszem szybko za fontannę dziedzińca.
Kiedy Marek Aureliusz spostrzegł, w jakim stanie jego brat się znajduje, pochylił głowę zawstydzony. Tylekroć był świadkiem takiej samej sceny, a mimo to nie mógł się oswoić z upokarzającemi skutkami pijaństwa.
— Lucyuszu! — odezwał się, kładąc rękę na zimnem czole brata.
— Nie chcę... puśćcie mnie... — mamrotał Lucyusz Werus. — Mama Junona stara, szpetna baba... pies by jej nie powąchał... wolę młode śmiertelniczki... Wasz Olimp podła buda egipska... sama w niej starzyzna...
— Lucyuszu! — mówił Marek Aureliusz, chwytając brata za ramiona. — Przebudź się! Barbarzyńcy pod Akwileą!
— Akwilea? — bełkotał Lucyusz Werus, otworzywszy błędne oczy. — Ohydna dziura... niema nawet porządnego cyrku.
— Przebudź się! — zawołał Marek Aureliusz — albo ci przytomność wróci okrzyk Markomanów, dobywających bram Rzymu.
— Markomanów?... Doskonali woźnice... wyborni szermierze...
Marek Aureliusz splótł ręce na łonie i spoglądał na brata wzrokiem, pełnym żalu i wyrzutu. Godnego wybrał sobie towarzysza.
— A wy — odezwał się po dłuższem milczeniu do lekarza i podkomorzego — moglibyście lepiej swojego pana pilnować. Za trzy dni podąży boski Lucyusz Werus ze mną pod Akwileę. Gdyby z jego powodu nastąpiła zwłoka, przypomni wam więzienie mamertyńskie obowiązki waszej służby!
Rzuciwszy zaś w stronę fontanny spojrzenie pogardliwe, zawołał głosem, silniejszym niż zwykle:
— Ukrywasz się daremnie przed okiem mojem, Marku Kwintyliuszu. W żyłach twoich płynie krew twórców Rzymu, a zawstydzają cię wyzwoleńcy i niewolnicy. Hańba na twoją głowę... O Rzymianie, Rzymianie!...
Rzekłszy to, oddalił się wolno. Gdy się znalazł w swojej pracowni, padł na krzesło i mówił do siebie:
— Dlaczego nie urodziłem się za czasów pierwszych konsulów! Nawet umrzeć nie warto za lud tak spodlony... A jednak trzeba bronić... bronić aż do tchnienia ostatniego... Imperatorowi nie wolno wątpić...

................

Marek i Mucyusz zbliżył się znów po odejściu starszego cesarza do Lucyusza Werusa, który zaczął wracać powoli do przytomności.
— A to cię pozdrowił! — śmiał się Mucyusz. — Może włożysz na siebie żelazną tunikę i pokażesz na polu bitwy, czegoś się od szermierzów nauczył... Władałeś zawsze dobrze mieczem i włócznią. Lekarze twierdzą, że zmiana życia i miejsca odświeża takich niedołęgów, jak my. Gotów jestem doświadczyć na sobie skutków tej końskiej kuracyi, gdybyś mi zechciał towarzyszyć.
Marek milczał.
— Bo rozważ tylko — szydził Mucyusz dalej. — W stolicy będzie straszliwie nudno, kiedy boski Lucyusz Werus wyruszy w pole z całym dworem, a woźnice cyrkowi i gladyatorowie staną pod sztandarami. Ten stary zrzęda pędzi podobno wszystkich na wojnę. Cóż tu będziemy robili bez cyrku i amfiteatru, bez baletu i śpiewaczek Werusa? Osowiejemy z nudów.
Marek nie odpowiadał.
— Tyś już osowiał — zaśmiał się Mucyusz. — Miarkuję, że ci Liwia Fabia osłodziła życie nad miarę. Miłe z niej stworzonko, a śliczna, a smaczna, brrr... Możnaby drapnąć przed nią do krainy cieniów.
— I twoja połowica nie zdobyłaby jabłka przed sądem Parysa — mruknął Marek.
— Wdzięki jej nie zakłócały nigdy mojego spokoju — rzekł Mucyusz. — Cóż mnie one mogą obchodzić? Byle płaciła moje długi, niech sobie dorobi jeszcze dwa garby na plecach i trzecie kose oko, jeśli tę sztukę potrafi. Małoż kobiet urodziwych w Rzymie? I cóż? Idziemy na wojnę? Zabawi nas zmiana zajęcia, a że możemy tam oberwać drągiem barbarzyńcy po łbie, nic w tem dla ciebie groźnego. Jesteś Kwintyliem. Guzy, połamane żebra i różne przedziurawienia ciała nie są w twoim rodzie nowiną.
— Wody — odezwał się Lucyusz Werus.
Szybko podał mu lekarz złoty puhar.
— Śmieszne — mówił cesarz, pijąc chciwie wodę. — Niktby nie uwierzył, że i woda może czasem smakować. Dlaczego? Wytłómaczcie mi to, kowale mądrych słówek bez treści.
Szukał pogardliwym wzrokiem filozofów.
— Drapnęli — mruknął. — Ci czciciele nicości nie lubią widoku pozornej śmierci. Wyć będą, jak głodne wilki, gdy ich Charon wciągnie za kark do łódki.
Ziewnął, przeciągnął się i splunął.
— Nic mądrego nie wymyślili bogowie, stworzywszy ziemię i ludzi. Zawsze to samo.
— Boski Marek Aureliusz gotuje ci przyjemną rozrywkę — odezwał się Mucyusz.
— Był tu — zawołał Lucyusz żywo. — I cóż? Zabawił się moim widokiem?
— Po swojemu.
— Ronił łzy nad moim upadkiem?
— Zabiera cię z sobą na wojnę.
— Doskonale — wyrzekł cesarz ku zdumieniu Mucyusza. — Bawiłem się wybornie w czasie wyprawy na Partów, a pobyt w stolicy znudził mnie już straszliwie. Nowe położenie, nowe wrażenia... Jedziemy na wojnę. A teraz zostawcie mnie, przyjaciele, Morfeuszowi. I wam przyda się trochę snu, abyście mogli wytrzymać wieczerzę u Lidyi.

................

Już świtało, kiedy Marek Kwintyliusz wstępował w progi swojego dworca, otoczony licznym orszakiem niewolników.
Zaspany szatny chciał odebrać od niego suknie, ale on odsunął go ruchem ręki i wyrzekł:
— Nie potrzeba. Zostawcie mnie samego... Niech wywoływacz czuwa...
Służba oddaliła się bez szelestu, a pan ułożył się w sali przyjęć na sofie i zapatrzył się w migotliwe światło lampy, panującej nad klombem kwiatów afrykańskich.
Oto wrócił znów z jednej z owych uczt, których ubodzy zazdrościli bogaczom. Sycylijski kucharz zadowolił najwybredniejszych smakoszów, różnorakie wina lały się potokiem, stoły uginały się pod wspaniałą zastawą, tancerki i śpiewaczki oplatały biesiadników wieńcem uroczym, Lidya, hetera magnatów stolicy, siliła się na dowcip i swobodę.
Było wszystko, oprócz wesela.
Lucyusz Werus ziewał, Mucyusz milczał, reszta gości oglądała się ciągle na drzwi, jak gdyby ich za nie wypierało niechętne spojrzenie skąpego gospodarza.
A on, Marek, zwany dotąd wesołym pretorem?
On spożywał tyle razy te same smakołyki, widział te same tańce, słyszał te same śpiewy i dowcipy, iż nie zdawał sobie już nawet sprawy z uczucia, jakie go ogarniało. Nudził się, czy bawił? Ani się nie nudził, ani bawił. Uciechy stołu, dzbana i miłości były mu poprostu obojętne.
Znał na pamięć pomysły najlepszych kucharzów rzymskich, upijał się setki razy najwyższemi winami, ssał rozkosz miłości z ust najpiękniejszych zalotnic, od cesarzowej Faustyny począwszy, a skończywszy na Lidyi.
Starożytne nazwisko, znaczny majątek, młodość, uroda i wesołe usposobienie otworzyły przed nim narozcież bramy raju ziemskiego, pozwalając mu czerpać pełnemi garściami ze skarbca szczęścia człowieczego.
Czerpał, chwytał, brał z chciwością namiętnego temperamentu południowego, aż się pewnego poranku obudził i zdziwił: co go jeszcze wczoraj pociągało i rozgrzewało, zbladło dziś i wystygło, spłowiałe i spopielone. Nie smakowały mu najlepsze potrawy, do wina miał obrzydzenie, uśmiechnął się szydersko w objęciach pięknej kobiety, ziewał w teatrze, w cyrku, na odczytach retorów i wierszopisów.
Przez pewien czas łudził się, że to stępienie zmysłów jest tylko skutkiem chwilowego przesytu. Więc wycofał się z hulaszczego grona i oddał się w ręce lekarzów, wierząc, iż po wypoczynku wróci miłość do nawyknień całego życia.
Kiedy ani dłuższy pobyt w uroczej willi pod Neapolem, ani kąpiele morskie i ćwiczenia szermierskie nie roznieciły w jego krwi dawnej żądzy, rzucił się wprawdzie znów w wir uciech stolicy, lecz czynił to już bez przyjemności. Przebrał miarę — przesycił się na zawsze.
A razem z gasnącą nieopatrznością młodości odstępowało go i zdrowie. Męczyły go biesiady, nie znosił nocy bezsennych, płacił drogo za każdy wybryk. Coraz częściej przebywał w domu, powstrzymywany chorobą.
Więc wysączył już do dna kielich życia, nie zostawiwszy sobie na dalsze lata ani jednej kropelki...
Marek nie roztkliwiał się wcale nad swojem położeniem. Ze spokojem i obojętnością sceptyka patrzył po za siebie i przed siebie, szukając w przeszłości i przyszłości jakiejś zachęty do dalszego pobytu na ziemi.
Po za sobą widział hałaśliwe biesiady, strwonione miliony, morze wina, pusty śmiech, cyniczne rozprawy, legion kobiet uwiedzionych, a przed sobą przykrą, chorą starość, niemożność używania i nieuleczalny przesyt.
Od czasu do czasu zdawało mu się, że na dnie jego istoty drzemie jeszcze siła, która wróci mu miłość do życia. Dotknięty do żywego skąpstwem żony, wspinał się z gniewem rasowego rumaka, podciętego batem, miotał się, groził rozwodem, przyjęciem posady w prowincyach, lecz gdy ochłonął, zapominał o męzkiem postanowieniu, dziwiąc się sam swojej niecierpliwości. Na wieść o klęskach, zadanych legionom przez barbarzyńców, uderzyło w nim serce rzymskiego patrycyusza. W pierwszej chwili chciał biedz pod orły cesarskie, jak to czynili jego ojcowie; nazajutrz jednakże, rozmyśliwszy się, wytłómaczył sobie, iż się wojna bez niego obejdzie. Cóżby on robił w obozie, on, którego źle ułożone fałdy jedwabnej tuniki uciskały, który nie znosił najdrobniejszego pyłu na sukniach i trzewikach? Zawadzałby tylko, stałby się pośmiewiskiem grubego żołdactwa...
Więc i owa siła, która odzywała się w nim od czasu do czasu, owa duma Kwintyliów, nie posiadała dość mocy, by złamać jego znieczulenie? Owe wybuchy, gasnące tak szybko, jak przychodziły, były tylko dalekiem, słabem echem gwałtowności, co szalała niegdyś we krwi jego przodków? Rozpusta pospołu ze sceptycyzmem strawiły w nim wolę, unurzawszy w błocie wszystko to, co ludzkość wielkiem i świętem nazywała?
Jednego tylko wstydu nie zatracił. Kiedy go dziś Marek Aureliusz znieważył, uczuł nagle wszystką krew w mózgu. Nie nauczył się dotąd obojętności wobec upokorzenia, a przykrości z tego powodu będą się mnożyły równomiernie z nadchodzącą starością.
Marek przebiegł w myśli jeszcze raz przeszłość i przyszłość, uprzytomnił sobie bezbarwne, bezradosne, szare i chłodne jutro, potem ziewnął i mruknął:
— Mam tego dosyć... Drzwi dla każdego otwarte... Tylko głupcy nie odchodzą, kiedy się nudzą.
Klasnął w dłonie.
— Niech mi łazienny przygotuje natychmiast ciepłą kąpiel ze wschodnich olejków — rozkazał, gdy wywoływacz stanął na progu. — Chór ateńskich śpiewaczek będzie w sali przyległej nucił pieśni wesołe.
— Czekaj! — wyrzekł, kiedy się niewolnik chciał oddalić.
Po dłuższym namyśle dodał:
— Rachmistrze stawią się niezwłocznie przedemną; dozorca niewolników rozbudzi moich gladyatorów i woźniców i przyprowadzi ich na dziedziniec, ale tylko moich. Służby Liwii Fabii nie chcę widzieć. Możesz odejść.
Wywoływacz znikł za kotarą, Marek zaś wziął ze stolika tabliczkę z kości słoniowej, pociągniętą woskiem, i pisał na niej złotym rylcem. Kiedy skończył, podniósł się z sofy, a zbliżywszy się do szaf, w których stały popiersia zmarłych Kwintyliów, przypatrywał się poczerniałym twarzom swoich przodków z drwiącym uśmiechem.
Odmiennemi postępowaliśmy drogami, wy i ja — mówił do siebie — a mimo to, złączy nas ten sam koniec. I mnie pokryje wkrótce proch ulicy i wchłonie w siebie noc nicości, jak to z wami dawno już uczyniła. Wam druzgotali na polach bitew czerepy, łamali kości... w domu na rynkach, obsypywał motłoch obelgami, gdy gromiliście z mównicy obywatelskiej jego nierozum i samolubstwo... imperatorowie znęcali się nad wami, lękając się waszej dzielności... żołnierz, którego byliście okiem i uchem, zasmucał was buntami. Mojego zdrowia strzegli lekarze, usuwając z ciała troskliwie najdrobniejszy pryszcz... motłoch ubóstwiał mnie za garść złota, którą rzucałem od czasu do czasu między głodnych, a Lucyusz Werus nazywa mnie bratem. Wy spędziliście życie, w znoju i trudzie, nie zaznawszy słodyczy ziemi, nie wiedząc, co rozkosz i spoczynek, co wesoły śmiech i szał miłości; ja przebiegłem ścieżkę, usłaną weselem, uciechami, bezustanną biesiadą. Kto żył lepiej? Dzieje twierdzą, że wy, wszyscy zaś wytworni ludzie mojego czasu, że ja. Czemże są dzieje? Wiązanką spłowiałych kartek, odczytywanych tylko przez nudnych uczonych. Drwię sobie z dziejów i z pamięci potomnych, która nie przeniknie grubych murów grobowca Kwintyliów. Niech mnie po śmierci oplwają. Nie dojdzie to do mojej wiadomości. Żyłem lepiej od was i umrę lepiej, bo was niepokoiły jeszcze w ostatniej godzinie losy Rzymu, a mnie...
Machnął ręką.
— Z chwilą, gdy zimny oddech śmierci zgasi we mnie na zawsze płomień świadomości, mogą się całe Alpy zwalić na miasto miast. Czuć tego nie będę.
Marek milczał czas dłuższy, potem mruknął jeszcze:
— Tak spoglądacie na mnie, śliczne maski, jak gdyby wam słowa moje nie smakowały. Nie lękajcie się! Wstydu wam nie zrobię w chwili ostatniej, odrobina bowiem waszej krwi niemądrej została we mnie, nie strawiona sceptycyzmem i znużeniem. Żyłem jak wychowaniec epoki filozofów, lecz umrę jak Kwintyliusz drewnianego Rzymu.
Uśmiechnął się do siebie.
— Zdziwią się jutro moi przyjaciele... Liche to bohaterstwo ludzkie, kiedy można do niego dojść tak różnemi drogami.
Właśnie wchodzili rachmistrze Marka. Było ich trzech, wszyscy wolni obywatele.
— Ty rozkazałeś, przesławny panie — odezwał się najstarszy z nich, sześćdziesięcioletni Syryjczyk.
— Ty kochasz życie? — zapytał Marek, przypatrując się starcowi z politowaniem.
— Mam wnuki, panie — odpowiedział rachmistrz, nie zdziwiony wcale słowami Marka.
Rozpieszczony szczęściem patrycyusz miewał dość często dziwaczne pomysły.
— Przypominam sobie... masz wnuki — mówił Marek, wydobywając z tuniki sporą kiesę napełnioną złotem. — Wiem także, iż marzysz dla nich o losie świetniejszym, aniżeli go tobie bogowie wydzielili. A gdy w naszych czasach nawet osły pozłocone zasiadają bez przeszkody na krzesłach senatorskich, weź to odemnie dla swoich wnuków... Służyłeś mi wiernie...
I znów nie zdziwił się rachmistrz. Marek Kwintyliusz trwonił miliony nie tylko dla siebie samego. Był zawsze hojnym panem.
Objąwszy patrycyuszowi kolana, szepnął starzec:
— Wdzięczna pamięć moich wnuków wynagrodzi ci dobroć, przesławny panie.
Marek uśmiechnął się niedowierzająco. Wziął ze stolika tabliczkę woskową i mówił:
— To pismo oddasz za godzinę senatorowi Mucyuszowi i wykonasz ściśle, co ci rozkaże. Wszystko, co do mnie należy, moje zbiory monet, rzeźb, broni, naczyń murryjskich, wszystkie sprzęty i pamiątki po Kwintyliach, konie, muły, rydwany, suknie, śpiewaczki i tancerki wystawisz jeszcze dziś na głównym rynku na sprzedaż publiczną i wręczysz pobrane pieniądze skarbnikowi boskiego imperatora na koszta wojny. Wyłącz tylko popiersia moich przodków, gdyż te są własnością Publiusza Kwintyliusza.
Teraz dopiero spojrzeli rachmistrze zdumieni na Marka. Wybierałżeby się na wojnę, on, rozkoszniś i wygodniś, lękający się najmniejszego trudu? Może... Któż odgadnie kaprysy wielkiego pana.
— Potrzebuję jeszcze waszej obecności jako wolnych obywateli — wyrzekł Marek.
Skinął na rachmistrzów i udał się na dziedziniec.
Tu zastał już gladyatorów i woźniców, ustawionych w dwóch szeregach. Było ich stu, wszyscy rośli i zbudowani atletycznie, synowie Gallii, Hiszpanii i Germanii.
— Bądź pozdrowiony, przesławny panie! — zawołali niewolnicy jednogłośnie.
— Bądźcie pozdrowieni — odpowiedział Marek.
Powiódł po nich wzrokiem znawcy. Żaden z panów rzymskich nie mógł się poszczycić tak wyborowym oddziałem szermierzów. Mnóstwo wygranych zakładów zawdzięczał im Marek, całe góry wieńców i burze oklasków. On lubił swoich gladyatorów i woźniców, obsypywał ich zawsze podarunkami, pamiętał o ich wygodach, a oni płacili mu za troskliwość przywiązaniem i wiernością. Każdy z nich dałby za niego bez namysłu gardło.
— Jacy to będą żołnierze! — myślał Marek, przypatrując się z upodobaniem olbrzymim postaciom gladyatorów.
A podniósłszy rękę na znak, iż nakazuje milczenie, zawołał głosem donośnym:
— Uklęknijcie, wyzwoleńcy!
Na jego słowa odpowiedział gwar zdumienia. Żaden z niewolników nie zgiął kolana.
— Nie wytrzeźwiał jeszcze po wczorajszej biesiadzie... żartuje sobie z nędzarzów — mówiły ich oczy pytające.
Ale Marek nie żartował.
— Wracam wam wolność — wołał — pod warunkiem, iż zapłacicie za nią Rzymowi na polu bitwy. Jeszcze dziś zgłosicie się do prefekta naszej dzielnicy, aby odebrał od Was przysięgę żołnierza. Uklęknijcie, wyzwoleńcy!
Teraz uwierzyli wyzwoleńcy. Z głośnym krzykiem, wyciągając ramiona w stronę ukochanego pana, padali na marmurową posadzkę, a Marek posuwał się wolnym krokiem wzdłuż szeregów i kładł na każdą głowę pochyloną obie ręce, powtarzając: jesteś wolny! Towarzyszyły mu w tej drodze stłumione łkania i błogosławieństwa.
Kiedy wyzwolił ostatniego gladyatora, zwrócił się do rachmistrzów i wyrzekł:
— A wy, kwiryci, będziecie świadczyli w urzędzie przesławnego cenzora, że wróciłem tym wiernym sługom wolność. Żegnajcie mi!
Nie czekał na podziękowania i oddalił się szybko, mrucząc do siebie:
— Teraz mogę odejść... Nie posiadam już nic własnego na ziemi, oprócz życia, które mi cięży. Ale mądry odchodzi bez bólu, bez strachów śmierci...
— Przynieś mi wina całą amforę — rozkazał pokojowcowi, gdy wrócił do sali.
Przyłożył do ust omszały dzban stuletniego falerna i ssał z niego chciwie odwagę i znieczulenie.
Kiedy wysączył ostatnią kroplę, cisnął naczynie na posadzkę i stanął przed szafami antenatów.
— I cóż? — mówił. — Czy jesteście ze swojego potomka zadowoleni? Byłem choć raz w życiu, przed samem rozwiązaniem tej głupiej komedyi, Kwintyliem. Wszystko oddałem Rzymowi... spłaciłem dług nazwisku, któremu zawdzięczam w części rozkosze tej ziemi. Żołnierz albo zwycięża albo ginie. Do zwycięztwa braknie mi siły i woli, przeto ginę...
Zaśmiał się szydersko.
— O co się ludzie na tej ziemi nie ubiegają? O nazwisko, o dźwięk pusty. Głupcy...
Chwiejnym krokiem udał się do łazienki. Tu odesłał służbę, rozebrał się sam i ułożył w wannie porfirowej.
W przyległej sali śpiewał chór dziewcząt greckich namiętne pieśni o winie i miłości, o życiu i użyciu, o wiośnie i radości; w łazience unosił się odurzający zapach woni arabskich, na dworze wzbijało się właśnie słońce na pełne niebo, zwiastując dzień pogodny.
— Głupcy — mruczał Marek i otworzył sobie żyły nożem.

................

W chwili, kiedy potomek pierwszych twórców sławy rzymskiej zasypiał bez bólu snem wiecznym, rozbrzmiewały wszystkie świątynie stolicy pieniami kapłanów. Obywatele i wyzwoleńcy, krajowcy i cudzoziemcy, rodzone i przybrane dzieci Rzymu, otaczały posągi swoich bogów błagając o łaskę dla stolicy świata.
Na Kapitolu składał sam Marek Aureliusz ofiary Jowiszowi.
— Odwróć od nas zemstę barbarzyńców! — modlił się cesarz-filozof.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.