Fatum (Lange, 1925)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Fatum
Pochodzenie Nowy Tarzan.
Opowiadania wesołe i niewesołe
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1925
Drukarz Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


FATUM
Mglisty, siwy, wilgotny, ale ciepły ranek sierpniowy.

Była siódma, kiedy Karol, przeszedłszy pół miasta w towarzystwie policjanta, znalazł się na dziedzińcu ratusza, przed zieloną, drewnianą bramą, poza którą mieściło się więzienie.
Brama się otwarła, i Karol poczuł takie ściśnienie serca, że — zdawało się — zamierał. To koniec mego życia: już nigdy się stąd nie wydostanę.
Po załatwieniu różnych formalności meldunkowych, dyżurny stójkowy zaprowadził go na piętro, i Karol znalazł się w długim, niezbyt szerokim a ciemnym korytarzu.
Ze względu na wczesną godzinę, korytarz był dość pusty, choć się już po nim przechadzały różne ptaszki ranne.
Z trwogą śmiertelną wszedł za wskazówką stójkowego do celi, oznaczonej numerem 4. — Była to ciupa niewielka — z małem oknem, zakratowanem u góry. W celi znajdowało się sześć „kojek“, czyli prycz, t. j. opartych o drewniane, wysuwalne kozły tarcic, zbitych z sobą ladajako po cztery. Na każdej pryczy leżał siennik i poduszka słomą nabita; za nakrycie służyły dery i palta.
Uderzył Karola w izbie szczególny zapach: mieszanina potu ludzkiego, hawany, jockey - klubu i machory.
Na czterech kojkach leżało czterech drabów, którzy już nie spali — i właśnie pili herbatę. Jeden z nich, zwany „Baronem“, był ubrany bardzo elegancko i nosił jedwabny krawat ognisto-czerwony; zamiast słomianej poduszki miał wytworną, dobrze edredonem nabitą poduszkę w białej powłoczce i kołdrę w pierwszorzędnym gatunku, szafirową; całe jego łoże było obficie spryskane jockey - klubem; był to wcale przystojny, jasny szatyn, starannie ogolony — i palił wonne cygaro hawańskie.
Drugi gość tutejszy był to niewysoki grubas o twarzy kobiecej, w nieco brudnym kostjumie cyklisty, w krótkich popielatych rajtuzach i hindenburgach dokoła łydki; tak został aresztowany; nazywano go „Leośka“. Dwaj inni nosili zwykły strój miejski, dość przyzwoity; jeden z nich bardzo blady — zwany był dla niepoznaki „Czerwoniec“, drugi zaś, rudowłosy, nosił przezwisko „Murzyn“. Obaj kurzyli poślednią machorkę, t. zw. „antracyt“.
Jak się poźniej Karol dowiedział, była to arystokracja złodziejska.
Dwie prycze stały puste.
„Dziadźka“ więzienny wprowadził Karola do celi i rzekł:
— Tu będziesz siedział — a to twoja kojka — dodał, wskazując na jedną z pustych prycz. Karol ukłonił się grzecznie towarzystwu, na co „Baron“ powiedział: — Bon jour! — i inni powtórzyli za nim to samo.
„Murzyn“ zaś rzekł do Leośki[1]:
— Epu seks! Co za biedroń? Jak kumasz?
— Co tu ziwrać — odparł cyklista. — Odrazu kapuj: czterdziestak — szczur i tyle!
— Pewnie wilk? — zwrócił się Czerwoniec wprost do Karola — co, brachu?
— Przepraszam panów, ale niebardzo rozumiem co mówicie!
— Ha-ha-ha! Nie rozumie naszej muzyki. To ci kimber! Nie festniak widać. A na długo? Na pół funta? na dwa łokcie?
— Jabłko było przy labdzie? Poruta? Jakież to chatrałeś barachto? — pytał Leośka.
— Nie wiem, co na to powiedzieć.
— No, no skumasz nasze hakowanie. Każdemu zmodni się wsypa! Jesteś nowy.
— A jaki ty jesteś? Podkopnik, pajęczyniarz, lipkarz, konduktor, pudlarz, marwicher, mojkarz, czardinek, szopenfeldziarz?
— A może skakier, potokarz, froter, narzeczony, bugajczyk?
— Et, co wy tam bałakacie, on i na świeczkę i na konika nie klawy. To może jolt, witysznik i nic więcej.
— No, to nic, jak będzie jarecki, to się nauczy.
— Rychtyk! Naprzód człowiek bywa jazgier i mikrus, a potem z niego będzie kataryniarz, jak się lipuje!
— Klawe jest nasze życie! Tylko nic się nie kucać: ani cukru, ani kochanki, ani wojtka, ani gliny, ani bośni. Nam to wszystko wiadome. Na cukier czasem dość kawał bartka i postronka, trochę wierbła i opoki — troić! a do tego bania kiry — i już! hajda na labdę. Może cię czeka młyn i szum: ale ty na to pluń. Czy to lamur czy szewc, socha czy słowik, karmelik czy boruta, śledź czy sandacz — to wszystko jeden gips! Ani kwacz, ani gemza nam nie straszna, ani gwardjan z luśnią — ani skowron — ani czubarik, co cię lewiruje — ani szulawa, ani nawet sam felek! Bo i to się może zmodnić. Żyje się mokro.
— Byle tylko człek miał klawjaturę jak należy: generała, fekstiera, wydrę, koziboka, bramowicza, falkę, pojedyńczy i podwójny — a i robaczek się przyda!
— Wtedy idź na siatkę: wosk czy lustro, czy bałamutek szafirów, a jeszcze w borówkach: wszystko chatraj, wszystko twoje!
— Wtedy choćby kawa się polała, wszystkie lupy twoje — truj cienki ołówek, całuj, szubraj się! A kikaj na blendówki, na meliny: dla nas niema ani szperaka, ani gruszki, ani piotrówki, ani pokutnika.
— A jak dobre kielco — i kiedy w niem żłób — to ci klawa laba! Trzeba tylko mieć urban na wszystko, mieć lewkę, ciemne okulary, i zawsze umieć zrobić pont! Bo nasza sztuka — to wieczna piekarnia. Odpucujemy ci jeszcze to wszystko — i wyjdziesz na człowieka.
Karolowi zdawało się poprostu, że mu wiatrak huczy w głowie od tej gadaniny, którą więźniowie, widać dla uciechy, znęcali się nad nowym gościem. Jeden tylko Baron nie brał udziału w rozmowie; owszem w pewnej chwili groźnie zawołał:
— No, dosyć już tego blatnego szczebiotu! Widzicie, że to gość delikatny — i nie męczcie go dłużej. — Lepiej dajcie mu herbaty.
Jakoż tamci natychmiast zamilkli. Baron jawnie miał nad nimi przewagę moralną. Przygotowali dla Karola szklankę dobrej herbaty, za którą ten był bardzo wdzięczny, a Leośka poczęstował go niezłym papierosem. Baron po chwili zapytał Karola najlepszym akcentem paryskim:
— Si vous ne parlez pas français, monsieur?
— Oui, monsieur, un tout petit peu — odrzekł Karol nieco zdziwiony — i odtąd zaczęła się rozmowa po francusku.
— Muszę pana przeprosić za moich towarzyszów. Są to bardzo dzielni i godni ludzie, ale mają duże braki w oświeceniu i manierach. Przytem uprawiają oni zwykłe złodziejstwo, które oczywiście wymaga śmiałości i tężyzny, siły charakteru i przytomności umysłu, ale nie wymaga bynajmniej wyrobienia inteligencji, co jest rzeczą nieodzowną w mojem rzemiośle. Bo ja nie jestem złodziej; moja specjalność — to tour de force, truc, po polsku „kant“! Jestem kanciarz. Jest to sztuka daleko wyższa, do której potrzebna wielka pomysłowość.
Opowiem panu kiedy moje kanty, to się pan uśmieje zdrowo i przekona, ile trzeba fantazji i orjentacji, ile znajomości duszy człowieka, jakiej przenikliwości, szybkości decyzji, intuicji — poprostu natchnienia — żeby zdobyć gotówkę w dużej ilości, gładko, bezpiecznie i bez żadnych rękoczynów ordynarnych i nużących. Jestem człowiek subtelny — i, oczywiście miewam, jak np. teraz — pewne nieporozumienia z władzą, ale naogół jesteśmy z sobą wcale dobrze. Trzeba się szanować — to moja zasada. Dlatego ja — mimo trudności starałem się kształcić i nauczyłem się po francusku i po niemiecku, dużo podróżowałem po świecie, czytałem Markusa i Darwiena i z ich mądrości stworzyłem osobną partję: P. P. P. P. P. P. — polska partja polityczna prędko potrzebujących pieniędzy. Zresztą żyję rozsądnie, pieniędzy nie marnuję, owszem oszczędzam i mam w Banku złożonych 9.000 rubli. Bez kapitału nie można zrobić poważnego kantu. Ostatnio, powiem panu, co za kawał urządziłem: jeden hrabia zabił swojego szwagra, młodego chłopca. Wielkie było wzburzenie w społeczności. Baronie — myślę sobie — co ty na tem zarobisz? Idę ja do jednej redakcji i powiadam tak: — Panie redaktorze, mam pewne nici, które mnie doprowadzą do odkrycia całej tajemnicy. Trzeba iść po linji Kraków — Lwów — Wiedeń. Będę wam o tem nadsyłał wiadomości. — Przystali. — Prosiłbym o 600 rubli zaliczki. — W tej chwili, choć nie znali mnie zupełnie, sumę mi wypłacono. — Zaprosiłem kilku panów dziennikarzy do knajpy — i dużo z nimi gadałem o tej sprawie: przyczem wykazałem niezwyczajny dar imaginacji. Nazajutrz w piśmie ogłoszono, że „baron X., w imieniu naszej redakcji wyjeżdża do Krakowa — Lwowa i Wiednia na wywiad w sprawie zbrodni hrabiego Z.“
Oczywiście tyle mnie widzieli. Uśmiałem się wybornie. Pojechałem do Wiednia, ale zupełnie poco innego. Widzi pan — to jest właśnie kant.
Przemowy tej z pewnem zdumieniem słuchał nowy gość — tak był niespodziewany i nowy dla niego pogląd na rzeczy „barona“. Podziwiał zwłaszcza pogodę jego ducha, spokój i wesołość. „Baron“ był wcale miłym człowiekiem.
— Ale przepraszam pana, że ciągle mówię o sobie: chodziło mi o to, aby pana zapoznać z naszym światem. Widzę bowiem, że pan jest nowicjusz i że się pan odrazu wsypał. Więc może dałoby się panu dopomóc? Tutaj w ratuszu, w celi 12-tej, siedzą polityczni — dzielni chłopcy — piszą nam podania do sądu, do prokuratora. Właśnie mam iść do nich za jakąś godzinę, bo mi obiecali wygotować pismo w sprawie mojego nieporozumienia z władzą. Może i panu mogliby napisać? Za co pana wzięli i jakby to się dało wybielić?
Karol nie miał potrzeby ukrywać swej sprawy, wszystko Baronowi opowiedział, zaznaczając przytem, że ma stryja adwokata, który się jego nieszczęściem zajmuje, tak, że pomoc politycznych jest mu niepotrzebna.
— Jak pan uważa, bądź co bądź w każdej chwili jestem na pańskie usługi.
— Serdecznie panu dziękuję...
Nagle Baron ujął Karola za rękę i, patrząc mu w oczy, powiedział, jakby w życzliwem zaufaniu:
— Niech pan powie szczerą prawdę. Czy pan nie... tego...
— Ależ panie, co też panu do głowy przychodzi?
— Nie, ja tylko tak... Bo w naszym zawodzie główna rzecz wszystkiemu przeczyć...
— Tu jest zupełnie inna sytuacja...
— Zapewne. Ale zawsze... Jeżeli jednak to prawda, to powiem nawet panu, że gdyby nie pewne względy etyki zawodowej, to mógłbym panu być bardzo pomocny w tej sprawie. Pan jest bardzo podobny...
— Masz tobie — pomyślał Karol — zawsze jestem do kogoś podobny...
— ...podobny do jednego kanciarza w gorszym gatunku. Cała technika tej roboty wskazuje, że to on... Pewno stąd wynikła omyłka.
— Nie może pan powiedzieć, kto to?
— Ach, tego niech pan nie żąda. To należy do policji — i bądź pan pewien, że naczelnik służby wywiadowczej, Karpowiak, trafi do niego. W ciągu trzech, czterech dni sprawa będzie wyjaśniona. Karpowiak — to człowiek z talentem i na wyrywki zna wszystkich pracowników naszego zawodu.
Tymczasem mieszkańcy kamery Nr. 4 poszli do umywalni — t. j. do szeregu kranów, które się znajdowały w korytarzu — i tam porządkowali swą tualetę. Również i Baron to uczynił.
W niedługim czasie wszyscy wrócili — i jeszcze każdy się ładnie uczesał. Murzyn i Czerwoniec żałowali, że nie mają brzytew i nie mogą się ogolić; Leośka nie posiadał wcale zarostu, a Baron przemycił sobie w bochenku chleba pierwszorzędną gilletę, ale nikomu jej nie ustępował. Sam zwykle w nocy się golił, gdyż posiadanie brzytwy było w ratuszu zakazane.
Chwilowo jeszcze wszyscy legli na prycze, które zresztą doprowadzili do porządku; jeden, jako dyżurny celi, zamiótł izbę, a wkońcu Baron udał się do celi Nr. 12, gdzie „polityczni“ obiecali mu napisać podanie do prokuratora.
Inni wyszli na przechadzkę po korytarzu.
Karol został sam.


II

Zaczął się zastanawiać nad swoim losem. Jest oskarżony o złodziejstwo, o „kant“ ściślej biorąc — i, jak widać ze słów Barona — stało się to przez omyłkę.
Źródłem omyłki było jego podobieństwo do jakiegoś innego człowieka.
Do fatalnych zjawisk życia Karola należało to, że poprostu nie miał własnej twarzy. Zawsze był do kogoś podobny. Gdziekolwiek się zjawił, zawsze mu ktoś powiedział: — O, jakże pan jest podobny do Henryka, albo do Michała, albo do Stasia i t. d.
Kiedy jechał raz do Krakowa, pewien kolega mu powiedział:
— Słuchaj, Karolu, muszę cię ostrzec. Jesteś podobny do największego łotra w całym Krakowie, niejakiego Rostry. Więc, gdyby kto na plantach wpadł na ciebie i chciał cię obić kijem, to krzycz odrazu: ja nie jestem Rostro!
Istotnie raz w teatrze krakowskim woźny zbliżył się do niego i zapytał: — Przepraszam, czy nie pan Rostro? — Niech Bóg broni! — odpowiedział Karol przerażony.
Miejże tu własną duszę, nie mając własnej twarzy! To też nie miał Karol nawet własnego losu: sam go nie tworzył. Jakieś fatum go ścigało. Nie można powiedzieć, aby wielkie nieszczęścia łamały lub prostowały jego życie. Przeciwnie, szereg drobnych, mizernych ukłuć losu, które mu nigdy nie dały wypłynąć choćby pod czubek fal oceanu życia. Sterczał gdzieś głęboko, jak nędzny ślimak. Prądy morskie rzucały nim w prawo i w lewo. Zdarzenia bezmyślne i obrażające swą bezmyślnością strącały go w jakieś lepkie bagno, jak to się stało dzisiaj. Oskarżony został o kradzież.
I to już drugi raz w życiu. Pamięta zdarzenie z czasów uniwersyteckich, bolesne i również niedorzeczne, a które mu wykrzywiło stosunki koleżeńskie aż po dzień dzisiejszy.
Karol nie miał w sobie talentu zdobywcy. Na uniwersytecie żył w wielkiej nędzy; utrzymywał się z licho płatnych korepetycyj. Miał dwie lekcje, które mu przynosiły razem 12 rubli miesięcznie. Gospodarzowi był winien za mieszkanie 10 rubli za dwa miesiące.
W owym czasie studenci zbierali składkę na pewnego znakomitego pisarza polskiego zagranicą, znajdującego się w złych warunkach finansowych. Były na to odpowiednie kwitarjusze. Karol od jakiejś dobroczynnej damy otrzymał 10 rubli, o czem było wiadomo. Tegoż samego dnia wypłacono Karolowi 12 rubli za lekcje. Rankiem był u niego gospodarz i zażądał rachunku za mieszkanie. Karol wypłacił mu natychmiast 10 rubli — poczem wyszedł na miasto, chcąc złożyć otrzymane 10 rubli w komitecie składkowym, którego prezesem był p. Stanisław B., student medycyny. I naraz przekonywa się, że tych 10 rubli niema. Szuka po wszystkich kieszeniach, wraca do domu, przeszukuje wszystko. Niema. Zginęły. Tylko on miewał takie zdarzenia. Zgubił nieswoje 10 rubli; fatum go zmiażdżyło. Poszedł się wytłumaczyć, że 10 rubli mu przepadło, ale że je zwróci. Koledzy przyjęli do wiadomości jego oświadczenie, ale kiwali głowami bardzo podejrzliwie. W gruncie uważano jego postępek za sprzeniewierzenie i kradzież. Choć mu nikt tego wyraźnie nie powiedział, Karol jednak czuł z rozmaitych uśmieszków, półsłówek, lekceważących ukłonów, że go mają za złodzieja.
I tak powstała o nim dwuznaczna opinja. Zauważył dokoła siebie pustkę. Ile razy była jakaś kwestja pieniężna, szeptano: Karola trzymać zdaleka.
Tymczasem Karol sześć miesięcy pracował, aby zebrać 10 rubli i zwrócić je komitetowi. Nic to jednak nie pomogło — opinja pozostała nieubłaganą, jak była. Owszem suma kradzieży rosła co parę tygodni: okazało się wkońcu, że Karol na prawo i na lewo setki rubli sprzeniewierzył. Byli tacy, którzy mu to wręcz powiedzieli. Najostrzej o tem wyraziła się panna Zofja, osoba, której oddał swe serce i która mu bardzo sprzyjała. Oświadczyła mu pewnego dnia, że wieści chodzą o nim tak nieprzyjemne, że się za niego rumienić musi. I wkońcu go poprosiła, aby przestał u niej bywać. Życie stało mu się gorzkie i niemiłe. Postanowił szkołę opuścić i bez paszportu uciekł zagranicę.
Znając trochę ogrodnictwo, pieszo przewędrował prawie całą Europę — Niemcy, Austrję, Włochy, Francję, zatrzymując się tu i owdzie i zarabiając na życie i dalszą podróż pracą ogrodniczą.
Jaki był cel tej podróży? Karol sam nie wiedział. Był łazikiem, któremu zawsze się wydawało, że kiedy opuści jedno miejsce i znajdzie się w drugiem, to mu los się uśmiechnie i Fatum będzie przeważone. Sześć lat wałęsał się tak po różnych końcach świata, ale nigdzie mu los się nie uśmiechnął i wszędzie go ścigało to samo przeznaczenie.
Zniechęcony i znużony postanowił wrócić do kraju. Miał pewne przykrości na granicy z powodu braku paszportu, ale ostatecznie jakoś się wytłumaczył i powrócił do rodzinnego miasta, również nędzny i przez fortunę prześladowany, jak przedtem.
Zdawało się, że nakoniec życie mu popłynie inaczej: jego stryj, Jan Gorba, który dotychczas mieszkał w Lublinie, osiadł od trzech lat w Warszawie i otworzył kancelarję adwokacką. Powodziło mu się bardzo dobrze i mógł pomóc bratankowi. Wygnaniec zamieszkał u stryja, przy ul. Siermiężnej, i miał parę tygodni spokoju.
Szukał zajęcia: w czem miał przeszkodę niemałą z powodu braku jakiego takiego obleczenia. Odziany był nędznie — w pelerynie dość podniszczonej, w maciejówce na głowie.
Stryjowi, który bardzo kochał jego rodziców i dla niego był wcale życzliwie usposobiony, jakoś nie przyszło do głowy, żeby mu sprawić nowe ubranie. W istocie stryj nie był z niego kontent: uważał Karola za człowieka zmarnowanego. Karol co rano wychodził na miasto i szukał stanowiska. Ściśle biorąc, nic on nie umiał i szukał byle czego. Był we wszystkiem — nawet w ogrodnictwie — niewykwalifikowany. Znał obce języki — i mógłby zapewne dawać lekcje, ale obawiał się, że tu za nim opinja się dowlecze i że mu naraz drzwi pokażą. Chciał więc znaleźć pracę w takiej dziedzinie, gdzieby nie spotykał się z kolegami.
Dowiadywał się o nich: niejeden zrobił już karjerę; o niektórych mówiono dwuznacznie, że niezbyt czystą drogą doszli w prędkim czasie do majątku i stanowiska, ale szanowano ich bardzo, bo mieli pieniądze.
Panna Zofja wyszła za mąż za młodego prawnika, który najwięcej się przyczynił do zniesławienia Karola, a który znany był ze spraw „ryzykownych“.
To go zabolało najwięcej — i już rozmyślał, czyby zpowrotem nie wyjechać zagranicę.
Jednakże nie miał środków, a nie chciał wędrować w takich samych warunkach, jak poprzednio.
Więc studjował ogłoszenia w „Kurjerach“ i gdziekolwiek znalazł coś odpowiedniego dla siebie, szedł natychmiast, i zwykle mu odmawiano. Nastrój pesymistyczny rozwijał się w nim coraz bardziej. Znalazł się na jakiejś drodze beznadziejnej, niewiadomo dokąd i do czego prowadzącej.
Zaczął wierzyć, że się urodził pod złą gwiazdą. Oczekiwał jakichś rzeczy groźnych: owszem pragnąłby piorunów, burzy, które druzgoczą, ale których wielkość uszlachetnia duszę. Nie przyszły jednak pioruny; przyszła raz jeszcze sprawa niedorzeczna i nad wyraz bolesna, która już miała w Karolu wywołać wstręt do życia ostateczny.


III.

Pewnego razu Karol po południu wrócił do domu ze swojej wyprawy.
W bramie stali dwaj chłopcy po lat 10 — 11, którzy mu się bardzo szyderczo przypatrywali, gdy Karol wstępował na schody, usłyszał naraz za sobą półszeptem powiedziane słowo:
— Złodziej!
Nie rozumiał tego zupełnie nie przypuszczał, że to się stosuje do niego.
W domu stryj, spoglądając na Karola dość posępnie, rzekł po niejakiem milczeniu:
— Karolu, o godzinie czwartej pójdziemy do cyrkułu dla konfrontacji z ludźmi, którzy ciebie oskarżają...
— Jakto, mnie oskarżają? O co?
— No, oczywiście, musi tu być pomyłka. Ale chodzi o to, żeby tę historję wyświetlić.
— Cóż to za historja?
— Niemiła historja dla ciebie, a również dla mnie. Niedaleko od mojej kancelarji, przy sąsiedniej ulicy Tęczowej Nr. 17, mieszka adwokat Kowalewski. Owóż dzisiaj rano przyjechali ze wsi dwaj gospodarze, którzy mają spór o grunta ze swoim sąsiadem. Postanowili mu proces wytoczyć, gdyż chodzi razem o siedem morgów ziemi. Aby się nie spóźnić i zastać Kowalewskiego w domu, przyszli o szóstej rano. Oczywiście stróż ich nie dopuścił do mieszkania i kazał im czekać do ósmej i pół, a nawet do dziewiątej. Siedli zatem na ławce przed bramą i przyglądali się życiu miejskiemu, które ospałe jeszcze koło szóstej, zaczęło się powoli ożywiać i zawrzało po siódmej szalonym ruchem. Tłumy dziewcząt z koszykami; wozy pełne jarzyn, kartofli, mięsiwa, chleba; inne wózki z mlekiem; cykliści, dorożki i powozy — wszystko to falą płynęło po ulicy. Sklepy otwierały się jedne po drugich, przyczem zasłony drzwi sklepowych z gwałtownym zgrzytem unosiły się do góry. Potem się pokazały gromady chłopców i dziewczynek z książkami, idących do szkoły; starsi panowie, którzy śpieszyli do biur. Z otwartą gębą przyglądali się nasi włościanie tym nieznanym sobie dziwom. Coraz kto inny z kamienicy, a nawet z przechodniów, zbliżał się do nich i rozpytywał, poco tu przyjechali. Oni zaś chętnie opowiadali wszystko i pomstowali na tego Bartosza, co to szelma okrutny chce skrzywdzić ich na siedm morgów, a ich ojce i dziady na tych morgach siedziały w Krętowicach. „Jużeśmy nawet proces mieli w Piotrkowie, ale tam przegraliśmy, bo nasz adwokat był do niczego: miamla taki, ledwie słówko czasem zrządził, a tamten, niby adwokat Bartosza, to nic, ino oczy zamknął i szczekał a szczekał! Takiego nam potrzeba, a że to sprawa teraz idzie do Warszawy, więc my tu przyjechali do pana Kowalewskiego, bo powiadają, że tęgi w pysku“. Była już godzina ósma, gdy zbliżył się do nich jakiś z waszecia wyglądający jegomość, który bardzo po przyjacielsku wdał się z nimi w rozmowę. Okazało się, że znał i Krętowice, i Bartosza, i ich spór, i wszystkie adwokatów z Piotrkowa. Znał także i adwokatów warszawskich. „No, a Kowalewski dobry?“. „Owszem dobry, ale są lepsi. Chcecie sprawę wygrać, to idźcie do Gorby, tu niedaleko, na ulicy Siermiężnej Nr. 7, na drugiem piętrze. To jest gęba nad gęby, jak zacznie brechać, to nabresze tak, że nikt słowa nie piśnie. Ja go znam, bo mojej sprawy bronił, jak mnie jeden okradł i jeszcze chciał do kozy wpakować“.
— No, dobrze, ale cóż to mnie dotyczy?
— Czekaj chwilę, a dowiesz się o wszystkiem. Rozumiesz dobrze, że ten drab, który ich do mnie skierował, jest mi zupełnie nieznaną osobą, gdyż ja „naganiaczy“ nie mam i nie używam. Są mi niepotrzebni. Nie chciał on wieśniaków odrazu do mnie wysłać, że niby zawcześnie, ale odciągnął ich od domu Kowalewskiego i zaproponował im, by razem pójść na kieliszeczek. Chłopi dali się namówić, poszli z nim do szynku, sam za nich płacił i dopiero po dziewiątej powiedział im: „No, teraz czas“. Gdyby ci wieśniacy mieli bystrą uwagę, to spostrzegliby, że ich przewodnik po drodze dawał jakieś znaki innemu człowiekowi, o którego się otarł i powiedział mu: „Gorba“. Tamten człowiek, w pelerynie i maciejówce, w okularach i z czarną bródką, natychmiast pobiegł dalej i zniknął. Chłopi tymczasem dowlekli się do ulicy Siermiężnej Nr. 7, i stróż ich poinformował, jak mają iść do adwokata. Ruszyli zatem i oto na przejściu z parteru na pierwsze piętro zaczepił ich jakiś człowiek: „Ach, to wy z Krętowic?“ „A ino“ — odpowiedzieli zdumieni, że już o nich tu wiedzą. „Pewnie do adwokata? do pana Gorby?“ „A juści“. „No, to doskonale, bo adwokat na was czeka — ja właśnie jestem jego pomocnik — i wysłał mnie w tej sprawie na miasto. Tylko trzeba 15 rubli na koszta. Więc dajcie zaraz, ja za pięć minut wracam“. Chłopi zaczęli szukać po kieszeniach, ale 15 rubli nie mieli. Jeden wyjął setkę. „No, setki nie trzeba. Ale ja wam zmienię. Poczekajcie tu w sieni“. Gospodarz dał mu setkę — i oczywiście więcej go nie zobaczyli. Ja o niczem nie wiedziałem i, gdym koło wpół do jedenastej wyszedł z kancelarji, spostrzegłem w bramie duże zgromadzenie: był tam stróż, i szewc, i blacharz, i parę kucharek z naszej kamienicy, i owi dwaj wieśniacy. Rajcowali gorąco, a stróż powiada: „O, to jest adwokat“. Zbliżyłem się do nich i pytam, co to wszystko znaczy. Opowiedzieli mi całą historję od godziny 6-ej do 9-ej. Oświadczyłem im, że źle zrobili, słuchając nieznajomego człowieka na ulicy i żeby natychmiast wrócili do p. Kowalewskiego, któremu to wszystko opowiem. „Ale ten pomocnik... “ „Ja żadnego pomocnika nie mam. To był zapewne wspólnik tamtego filuta“. Pożegnałem ich i poszedłem na miasto. Tymczasem oni jeszcze pozostali w bramie i zaczęli się zastanawiać nad tem, kto był ów pomocnik.
— Jak wyglądał?
— A no, taki z czarną bródką, w okularach; na głowie miał maciejówkę i takie palto bez rękawów, z drugiem małem paltyszkiem na wierzchu.
— Aha, to peleryna — powiedziała jedna ze służących, znawczyni garderoby męskiej.
— No, tak, w takiej perlinie.
— To pewnie ten, co przyjechał niedawno z zagranicy i mieszka u p. Gorby. Ponoć jego bratanek — powiedział stróż.
— Rychtyk — zauważyła jedna z kucharek — taki sam: w pelerynie i maciejówce, w okularach i z czarną bródką.
— Kiedy wróciłem do domu koło 2-giej zjawił się u mnie rewirowy i oświadczył, że przyszła skarga na ciebie i że dwaj przybyli ze wsi chłopi są przekonani, że to ty ich okradłeś! Ponieważ wiem, żeś wyszedł z domu dzisiaj o siódmej rano, więc odrazu widziałem, że to absurd. A jednak konfrontacja jest konieczna i musimy iść o piątej do cyrkułu. Mam głęboką wiarę, że to się skończy dziś jeszcze w sposób najpomyślniejszy.
Karolowi serce bić zaczęło, jak młot.
— Tylko mnie zdarzają się sprawy tak idjotyczne. Co to będzie?
Oczekiwał najgorszego.
O godz. 5-ej Karol ze stryjem udali się do cyrkułu. Chłopi już tam byli, w osobnej izbie, dokąd wprowadzono Karola. Stryj wszedł również. Chłopi przyglądali się nieszczęsnemu, którego Fatum wyklęło. Nie byli pewni.
— To chyba nie on — szeptali.
— Nie, to on, jak Bozię kocham, on — i ta perlina, i te okulary, i ta bródka...
— Tak, tak, był taki czarny i mówił tak samo.
— Jak mówił? — zapytał Karol.
— Uważajcie dobrze, gospodarze, co mówicie — zauważył stryj. — Bo to wielka odpowiedzialność rzucić na kogoś podejrzenie o kradzież.
— Czy to on — czy nie on?
— Pewnie, że on.
— Ale ja was pierwszy raz widzę w życiu!
— A my przysięgniewa, że to on — —
Stryj był zrozpaczony. Karol o mało co nie zemdlał.
— Więc co teraz będzie? — zapytał rewirowego, który był obecny.
— Stryju, ja ci przysięgam...
— No, zapewne. Ja ci wierzę! To omyłka!
— Postaraj się — coś zrób dla mnie!
— Zrobię wszystko, co będzie można. No, i cóż, panie rewirowy.
— A no, zatrzymamy aresztanta.
— Słuchajcie — powiedział stryj do chłopów — namyślcie się jeszcze, nie obciążajcie sumienia grzechem.
— A no, im więcej się patrzymy, tem pewniej się nam widzi, że to on — —
I tak Karol znalazł się w areszcie dzielnicowym, a nazajutrz o siódmej rano odprowadzono go do celi czwartej w więzieniu ratuszowem.


∗                      ∗

Karol prawie nie wychodził ze swojej celi — i mało zwracał uwagi na rozmowy sąsiadów. W istocie trawiła go nieustannie jedna myśl: samobójstwo. Dla niego innej drogi niema.
Jakoś czwartego dnia wyszedł na korytarz, gdyż było mu za duszno w ciasnej celi i wiecznie w towarzystwie tych samych osobników. Francuskie rozmowy z Baronem również go umęczyły, jak żargon złodziejski.
Przechadzał się głęboko zamyślony, nic nie widząc dokoła, gdy naraz usłyszał wołanie: „Karol“.
Odwrócił się. Przed nim stał p. Stanisław B., były student medycyny, dzisiaj lekarz, który jednak wiecznie był zamieszany w jakieś konspiracje — i teraz miał nową sprawę.
— Karol — zawołał uradowany. — I ty jesteś tutaj? Czy do jakich anarchistów przystałeś? Czy do P. P. S., czy do innej partji? Dawno tu jesteś? Dlaczegoś nie przyszedł do nas? Do 12 celi. Same inteligenty. Czysta publika! Gdzie ty jesteś?
— Jestem w celi Nr. 4.
— Nr. 4-ty? — żachnął się Stanisław. — Dlaczego?
— A bo to mój los! Znajdować się w położeniach niedorzecznych, męczących i bezpłodnych. Jeżeli chcesz, to ci wszystko opowiem.
— Słucham.
Powiedział mu całą swoją historję od chwili ucieczki z Warszawy aż do ostatniego momentu.
— I cóż ty na to powiesz?
— To jest bardzo dziwne, co mówisz. Myślę, że... Zresztą — to wszystko jedno. Bądź zdrów.
I odszedł, nie podawszy mu ręki. Dla p. doktora Karol słusznie został posadzony w celi Nr. 4. To było widoczne.
Dzięki staraniom stryja, Karpowiak wynalazł kanciarza, który chłopów oszwabił, i po tygodniu Karol został wypuszczony z więzienia.
Stryj postarał się w kilku dziennikach puścić wiadomość o „niesłusznie posądzonym o kradzież uczciwym człowieku“, aby Karola oczyścić w opinji.
Ale opinja pozostała: siedział w więzieniu za kradzież — chłopaki w bramie domu na jego widok zawsze szeptali sobie: złodziej!
W parę miesięcy potem Karol, obdarowany przez stryja sumą tysiąca franków, wyjechał do Ameryki.






Przypisy

  1. Rozmowa tu prowadzoną jest w argocie złodziejskim, czyli t. zw. „blatnej muzyce“. — Podajemy niżej przekład w języku pospolitym.
    — Uwaga! Co za chłop? Jak myślisz?
    — Co tu gadać? — odparł cyklista. — Odrazu zrozumiesz; złodziej nieumiejętny — mały chłopiec (złodziejaszek) — i tyle.
    — Pewnie pierwszy raz aresztowany — zwrócił się Czerwoniec wprost do Karola — co, przyjacielu?
    — Przepraszam panów, ale nie rozumiem, co mówicie.
    — Ha, ha, ha! On nie rozumie naszej mowy. To-ci złodziej. Niewyrobiony — widać. A na długo? Na pół roku? Na dwa lata?
    — Przeszkoda była przy robocie? Nieudana (kradzież?) Jakież to kradłeś towary? — pytał Leośka.
    — Nie wiem, co na to powiedzieć — —
    — No, no, poznasz naszą ciężką pracę. Każdemu zdarzy się wypadek. Jesteś nowy.
    — A jaki ty jesteś? Taki co robi podkopy, zł. bielizny, zł. wdzierający się oknem, gościńcowy, kasiarz, kieszonkowy, usypiacz pasażerów, koniarz, okradający sklepy wobec personelu?
    — A może okradający przedpokoje, okradający wozy i platformy, podający się za frotera, technika i t. p. Może okradający dziewczyny, jako ich narzeczony, woreczkarz?
    — Et, co wy tam gadacie! on i na takiego co stoi na straży i na pomocnika niezdatny. To może poczciwiec, nie mający nic wspólnego ze złodziejstwem — i nic więcej.
    — No — to nic. Jak będzie starszy — to się nauczy.
    — Rychtyk! Naprzód człowiek bywa szczeniak i malec, a potem z niego będzie złodziej doświadczony, jak się patrzy.
    — Wyborne jest nasze życie! Tylko niczego się nie bać: ani głodu, ani nocy, ani księżyca, ani policjanta, ani szpitala. Nam to wszystko wiadome. Na głód czasem dość kawała chleba i kiełbasy, trochę mleka i sera — jeść! — a do tego flaszka wódki — i hajda na robotę. Może cię czeka komisarjat i sąd: ale ty na to pluń. Czy to dyrektor policji, czy komisarz więzienny, czy naczelnik więzienia, czy ajent policyjny, czy inspektor więzienny, czy dozorca, sędzia śledczy, czy członek sądu — to wszystko jedno. Ani więzienie, ani szubienica nam nie straszna, ani żołnierz z karabinem, ani żandarm, ani stójkowy, co cię śledzi, policjant, ani nawet sam kat! Bo i to się może przytrafić! Żyje się niebezpiecznie.
    — Byle tylko człek miał wytrychy jak należy: wytrych doskonały, do kłódek, do zamków angielskich, do zamków bębenkowych, do bramy, do przekręcania klucza, wytrychy do otwierania zamków zwykłych pojedyńczych i o podwójnym spuście — a i świderek się przyda.
    — Wtedy idź na polowanie (na pieniądze): złoto czy srebro, czy portfel pieniędzy, a jeszcze w tysiączkach — wszystko bierz, wszystko twoje!
    — Wtedy, choćby krew się polała, wszystkie dziewczyny twoje: pij wino, całuj, kochaj się. A bacz na wystawy sklepowe, na mieszkania: dla nas nie ma ani klucza, ani rygla, ani kłódki, ani stróża.
    — A jak dobre miasto — i kiedy w niem jarmark — to ci wielka rozkosz! Trzeba tylko mieć baczność na wszystko, mieć fałszywy paszport, fałszywe nazwisko — i zawsze umieć zrobić mistyfikację. Bo nasza sztuka — to wieczna fabryka fałszywych pieniędzy. Wytłumaczymy ci jeszcze to wszystko — i wyjdziesz na człowieka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.