Elegja (Čapek)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Elegja
Podtytuł Ślad II
Pochodzenie Boża męka
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Alberti
Tytuł orygin. Elegie
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ELEGJA
(ŚLAD II)
Trochę zmęczony wykładał Boura w ten wieczór w Towarzystwie Arystotelesowskiem. Chociaż miał niewielu słuchaczów, czuł się wyczerpany i roztargniony; zauważył, że nie przekonał bynajmniej audytorjum nastrojonego opozycyjnie i że będzie musiał wdać się w dyskusję.

Przez chwilę przysłuchiwał się swojemu własnemu głosowi; wydawał się mu jakby jakiś zgęszczony i zamazany, ciężki w kadencji i nienaturalny w akcentowaniu. Napróżno jednak usiłował go poprawić albo opanować. Słuchał więc swego głosu biernie i z przykrością.
Prócz tego niepokoili go słuchacze. Zdawało się mu jakby był oddzielony od nich ścianą, jakby był od nich niezmiernie daleko; zły był na siebie, że im zwierza swoje myśli.
Wszystkie te twarze wydawały się mu szablonowe i nudziły go. Wszystko było jakby jakieś nieżywe, do tego stopnia, że stracił pewność rzeczywistości i tonął w jakiejś próżni, której nie mógł przezwyciężyć i wypełnić swojemi słowami. Przymuszał się gwałtem, aby obserwować poszczególne twarze; rozpoznawał między niemi znajomych, ale coś go odstręczało od nich, a niezliczone szczegóły, na które zwrócił uwagę dopiero dzisiaj po raz pierwszy — zaskoczyły go.
Co to ma znaczyć? — mówił do siebie niepewnie, gdy streszczał swoje wywody — dlaczego wszystko to, co wygłaszam, jest mi takie obojętne.
Był przecie bezpiecznie świadomy planu swego wykładu i mówił bez wahania i niepewności; wygłaszał ideę, którą już długo w sobie nosił, a która rozbłysła w nim w chwili jakiegoś zachwytu i była już teraz dla niego głębokiem przeświadczeniem.
Ale dzisiaj, gdy wśród niezwykłej ciszy, zalegającej audytorjum wygłaszał ją — było mu dziwnie i obco.
Przecież to wszystko prawda, — czuł chwilami — taka szczera i jasna prawda, że w tem już nawet niema nic mojego. Mówię tylko o faktach, które nie mają ze mną nic wspólnego.
Przypomniał sobie, jakie bliskie, jakie osobiste były te myśli, które się mu objawiły w chwili natchnienia. Wtedy cierpiał, gdy chwiały się ich podstawy, a radował się z każdego nowego konkretnego dowodu, jakby swojem osobistem powodzeniem; wtedy to było jego wewnętrznem życiem.
Ale dzisiaj to wszystko jest tylko prawdą, czemś zewnętrznem i nieosobistem, czemś, co z nim niema żadnego związku, czemś tak nieżywem, że mimowoli śpieszył się, aby się tego pozbyć.
Im bardziej jednak się śpieszył, tem goręcej dręczyły go jego własne słowa; były tak abstrakcyjne i obce, zupełnie inne, niż to wszystko, co kiedyś myślał; każdy zwrot, każde słowo znane od dawna, rozbrzmiewały dla niego teraz głuchym, prawie bolesnym odgłosem powtarzania się.
I zaczął myśleć już tylko o zakończeniu; każdem słowem zmierzał do niego, z przykrą szczerością myślał, aby już być coraz bliżej końca! Audytorjum czekało na dalsze jego słowa.
Już je mam, — uświadomił sobie Boura — teraz im wszystko wykażę, teraz przyjdą silne dowody. Tylko Boże! żadnej apatji, żadnej słabości!
I nagle Boura przeskoczył cały szereg dowodów i zakończył wykład, jakby ucinając go.
Arystotelkowie nie byli zadowoleni; kilku mówców powstało z zapytaniami i zarzutami.
Boura pojmował je tylko w połowie; teraz gdy słyszał swoje myśli, streszczone ustami innych, wydawały się mu jeszcze bardziej obce i oczywiste.
Dlaczego mam ich bronić? — myślał z tępym smutkiem — przecież to jest już ze mną związane, — to jest czysta prawda, nic więcej tylko prawda; przecież to mnie zupełnie nie dotyczy.
Mówił ciężko — gwałtownie usiłując skupić się, czuł, że przekonuje, że znowu wygrywa „swoją sprawę“.
Ale przecież nie jest to moja sprawa — powtarzał sobie zdziwiony.
Wystąpił nowy oponent z włosami zaczesanymi na jeża, który wydawał się Bourze osobliwie ciekawy.
— Proszę, aby nam pan zechciał powiedzieć, jak pan definjuje prawdę — zaczął wojowniczo.
— Nie wykładałem niczego z noetyki — wymawiał się Boura.
— Ależ proszę! — uśmiechał się mówca sarkastycznie — zajmowałoby mnie to bardzo.
— Przerywa pan dyskusję — szemrali Arystotelkowie.
— Proszę wybaczyć — uśmiechał się zwycięsko człowiek z czupryną na jeża — pytanie moje należy do rzeczy.
— Nie należy! — huczało Towarzystwo.
— Należy — wygłosił nagle Boura.
— Proszę więc, aby pan łaskawie odpowiedział — powtórzył oponent.
Boura wstał.
— Proszę o zakończenie dyskusji.
Arystotelkowie zdumieli się.
— Byłoby lepiej pominąć to pytanie — mówił prezes. — Opieram się na zwyczajach, przyjętych w Towarzystwie, ale bynajmniej nie przymuszamy pana.
— Nie mam niczego do powiedzenia, nie wiem nic takiego, coby uzupełnić mogło mój wykład — odezwał się Boura z uporem.
Arystotelkowie uśmiechali się; na tem zakończył się wykład, a prezesowi nie pozostawało nic innego, jak zamknąć zebranie: „z żalem, że byliśmy pozbawieni korzyści tak zajmującej dyskusji“.
Wkońcu Boura z suchą gorączką w gardle i pustą głową wydostał się na dwór.
Był miły, zimny wieczór, zupełnie taki jakby miał padać śnieg. Dzwonki tramwajów brzmiały łagodnie, jakby owinięte bawełną.
Boura usłyszał, że ktoś biegnie za nim, skrył się więc za drzewem.
Obok niego stanął zadyszany człowiek.
— Jestem Holeczek — wyrzekł pośpiesznie — poznałem pana, gdy pan wykładał. Czy pan mnie sobie przypomina?
— Nie — odrzekł Boura niepewnie.
— Niech pan sobie przypomni: przeszłego roku, nad tym śladem w śniegu —
— Aha! — uradował się Boura — to pan był! Doprawdy, bardzo się cieszę. Często myślałem o panu. A więc co, czy pan znalazł jeszcze dalsze ślady?
— Ach nie. Szukałem ich wprawdzie. Ale dlaczego nie odpowiedział pan w towarzystwie na ostatnie pytanie?
— Nie wiem, nie chciało się mi.
— Otóż mogę teraz panu powiedzieć wszystko — gdy mnie pan przekonał — zupełnie szczerze. To, co pan mówił było takie jasne! Gdy ta jeżasta maszkara postawiła panu takie niedorzeczne pytanie, chciałem wstać i powiedzieć: „Co? Przez całą godzinę słuchał pan prawdy, a teraz pan zapytuje, co to jest prawda? Słyszał pan wywody, którym nie można się sprzeciwić. Nie było w nich ani żadnego załamania, ani błędu. Nie powiedziano tu niczego, coby nie było racjonalne od stóp aż do głowy“. Dlaczego mu pan nie odpowiedział?
— Pocóż odpowiadać? — mówił Boura jakimś znękanym głosem. — Nie wiem, co to jest prawda. Wiem, że wszystko, co mówiłem, było jasne, logiczne, ścisłe i jak pan tam zresztą uważa. Ale nie było to ani jasne, ani logiczne, ani ścisłe, gdy mi po raz pierwszy wpadło do głowy. Wtedy były to pomysły tak dziwaczne, że musiałem się czasami śmiać. Sam wobec siebie robiłem wrażenie głupca. Byłem niezmiernie szczęśliwy. A przecie nie było w tem ani odrobiny sensu. Nie wiem, skąd się to brało, takie bezcelowe, takie zupełnie bezcelowe.
— Ślady, które znikąd i nigdzie nie prowadzą — przypomniał sobie Holeczek nagle.
— Tak. A teraz stworzyłem z tego system, albo może i prawdę; wszystko jest w tem logiczne i jasne. Ale wówczas — nie wiem, jak się wyrazić — było to jakieś dziwne, piękniejsze, cudowniejsze. Nic z tego wtedy nie wypływało, na nic się to wtedy nie przydawało. Wiedziałem, że można mieć niezliczone mnóstwo coraz innych i przeciwnych myśli, równie pięknych i nadprzyrodzonych. Byłem świadomy swobody bez granic. Coś doskonałego nigdy się nie wywróci. Aż dopiero, gdy zacząłem z tego tworzyć prawdę, miałem uczucie, że wszystko przemieniło się nagle w materję. Wiele musiałem obalić, aby zostało jedno tylko: prawda. Musiałem udowadniać i przekonywać, musiałem być logicznym, musiałem rozumować rzeczowo. Ale dzisiaj, w czasie wykładu zrozumiałem nagle: wtedy, o tak, wtedy byłem bliżej czegoś innego, czegoś bardziej doskonałego. A gdy się mnie zapytał ten zacietrzewiony filozof: „co to jest prawda?“ — miałem już na języku odpowiedź: „prawda nie ma żadnego znaczenia“.
— Lepiej tego nie mówić — zauważył Holeczek rozważnie.
— Jest coś większego niż prawda, coś, co nie wiąże, ale wyswobadza. Były dnie, w których żyłem, jakby w zachwyceniu; taki wolny byłem właśnie wtedy. Nic się mi nie wydawało bardziej naturalne, aniżeli cuda. Myślałem: są to tylko wydarzenia swobodniejsze, aniżeli inne i nadewszystko doskonałe; są to tylko szczęśliwe wypadki między tysiącami nieudanych. Jak bliski był mi wtedy ten ślad! Ale równocześnie ze stanowiska prawdy nienawidziłem go. Ach, powie mi pan, że widzieliśmy go rzeczywiście?
— Widzieliśmy.
— Jestem taki zadowolony, że spotkałem się z panem, — cieszył się Boura. — Właściwie czekałem na pana. Chodźmy gdzieś, gdzie pan ma ochotę; wyschłem na tej katedrze, jak łajno na gościńcu. Niech pan sobie wyobrazi, chwilami widziałem siebie, jakby siedzącego w dole między słuchaczami.
Wstąpili do pobliskiej winiarni.
Boura był wzruszony, mówił wiele i wyśmiewał się z Arystotelków, gdy tymczasem Holeczek w milczeniu obejmował rękami szklenicę.
Więc tak, — myślał patrząc na Bourę — człowiecze niespokojny, czego właściwie szukasz? Widziałeś w czemś cud i nie zbawił ciebie. Poznałeś prawdę i nie poddałeś się jej. Miałeś wielkie natchnienie, ale nie rozpaliło twego życia na wieki. O, gdybym miał twoje skrzydła!
Uskrzydlony duchu, czy może lotki twoje służą do tego tylko, abyś wszystko porzucał? Abyś nie miał nigdzie ani gniazda, ani spokojnego snu? abyś dolatywał aż gdzieś do próżni albo bawił się przestworem, albo chłodził sobie piersi nicością? Gdybym ja poznał cud, byłbym uratowany; gdybym znalazł prawdę, czyż nie trzymałbym się jej silnie? a gdyby do mego wnętrza wleciała iskierka boża, czyż nie byłbym jak kaplica z wieczną lampką?
Gdyby do ciebie przemówił sam Krzak Gorejący — nie zbawiłby Ciebie. Ale masz oczy płomienne i poznałbyś Boga w krzaku i pokrzywach, a ja wówczas byłbym ślepy i materialny i nie umiałbym dojrzeć cudu.
Ach, tobie brakuje niewoli egipskiej, aby cię wiara odkupić mogła; ale któżby cię spętać zdołał lotny i bezbożny duchu?
— Przypomina sobie pan, — nachylił się ku niemu Boura — zeszłego roku nad tym śladem; powiedział pan, że może tędy szedł jakiś Bóg i że możnaby go śledzić.
— Ach, nie, — zachmurzył się Holeczek — Boga nie można poszukiwać na drodze, po której zwykli chodzić dedektywi.
— Więc jak?
— Zupełnie nie. Można tylko czekać, aż siekiera Boża przetnie twoje korzenie: wtedy zrozumiesz, że stoisz tylko cudem, wtedy na wieki utkwisz w zdumieniu i równowadze.
— Panu już przecięła?
— Nie.
Siedzący przy stoliku w kącie jakiś mężczyzna podniósł się i skierował ku nim.
Wysoki i tęgi, o wielkiej twarzy, rudy, prosty i zamyślony; stanął z głową zwróconą w bok i wpatrywał się w Bourę jakby z oddalenia.
— Co jest? — zdziwił się Boura.
Człowiek nie odpowiedział, tylko oczy jego jakby się przybliżały, coraz uważniej, coraz ściślej, coraz bardziej badawczo.
— Czy to pan Boura? — odezwał się nagle.
Boura powstał.
— Tak jest; a pan?
— Czy miał pan brata?
— Mam brata — — — gdzieś na obczyźnie. Ale do czego pan zmierza?
Człowiek przysiadł się do ich stołu.
— To się tak przedstawia — — —, zaczął niewyraźnie.
Nagle podniósł oczy i odezwał się:
— To właśnie ja jestem pańskim bratem.
Boura ucieszył się tak bardzo, że aż się tem zmieszał:
— Ty! Toś rzeczywiście ty?
— Ja, — uśmiechnął się człowiek. — Jak się panu powodzi?
— Panu — — — mnie — — — Dlaczego tak mówisz?
— Nie jestem przyzwyczajony, — odpowiedział przybyły i pokusił się o uśmiech; ale na twarzy jego odbiła się tylko zastygła uwaga.
— Cała mamusia, — odezwał się, opisując w powietrzu palcem głowę Boury.
— Nie byłbym cię poznał, — mówił Boura z zapałem — Boże! po tylu latach! Pokaż się przecie! A ty podobny jesteś do ojca, tak, do ojca!
— Możliwe.
— Jaki przypadek, — cieszył się Boura. — Tylko przypadkiem tu zaszliśmy, ja i — mój przyjaciel pan Holeczek.
— Bardzo mi przyjemnie, — odezwał się przybyły dostojnie i podał Holeczkowi swoją wielką, gorącą rękę.
— A ty co? — zapytał Boura niepewnie.
— Nic, jeżdżę w sprawach handlowych. Mam coś na południu — przedsiębiorstwo przemysłowe. Ale zboczyłem z drogi do domu.
— Nie byłem w domu od śmierci rodziców, — przyznał się Boura.
— Nasz dom zburzono. Coś tam stoi, szkoła, coś tak obrzydliwego z cegieł. Wszedłem do środka, ale zaczepili mnie i zapytali czego chcę. Byli tacy głupi, o niczem nie wiedzieli. Ale naprzeciw jest taki domeczek jak wtedy, taki niski, — mówił pokazując ręką.
— Nie wiem, nie pamiętam, — jąkał się Boura.
Rudy człowiek nachylił się ku niemu i jakby sobie coś usilnie przypominając patrzył w niego skupionym wzrokiem.
— Był tam — był tam — Hanousek, — wykrzyknął nagle radośnie — Hanousek, żebrak tam mieszkał.
— I jego córki! — pojaśniał Boura.
— Tak. Miały czerwone oczy, takie bolesne krążki wokół. A ja chodziłem do nich bezpieczny.
— O tem to nie wiem nawet, — zdziwił się Boura.
— Chodziłem. Piekły dla mnie bułki na blasze — — Co tylko stary wyżebrał, różne resztki i skórki, groch, inne straszne rzeczy — wszystko zjadałem. Potem kładłem się do łóżka żebraka, w którem pasły się na mnie jego wszy.
— Dlatego wołaliśmy na ciebie tak napróżno — uśmiechał się Boura.
— Nie. Gdyście mnie wołali, byłem w górze, na stoku, w wysokiej trawie — o takiej wysokiej. Nikt nie znał tego miejsca. Tam miałem swoją jamę jak zając, z której patrzyłem na dom. Widziałem doskonale jak mamusia wybiegała, wołała na mnie, szukała mnie, płakała ze strachu i miłości; było to dla mnie męczące i słodkie, słodkie aż do śmierci, ale nie odezwałbym się był za nic na świecie. Bałem się, że mnie zobaczy, a mimo to kiwałem do niej ręką. Tylko troszeczkę chciałem się jej pokazać, tylko tak maluczko, aby mnie nie poznała.
— Ona często ciebie szukała, — przypominał Boura.
— Często. Chciałem ją tylko doświadczyć, czy będzie mnie szukała; siedziałem tam bez oddechu i czekałem aż przyjdzie. Wołała, szukała, ale już nie płakała. A raz nie wyszła nawet na pole. Wtedy czekałem do wieczora i aż się bałem, taki byłem samotny. Ale nie przyszła. A ja nie poszedłem już więcej na stok i zacząłem się włóczyć daleko i coraz dalej.
— Gdzie ty właściwie teraz mieszkasz?
— W Afryce. Myślałem, że mnie nie kochają i dlatego tak się włóczyłem. Chciałem spróbować, czy mi się coś wydarzy. Lubiłem takie uczucia. Ho, w domu nikt ze mną nie mówił, chodziłem więc pogawędzić z dróżnikiem na kupie żwiru. Stary Hanousek nigdy nic nie mówił, czasami tylko trochę wymyślał; ale jego córki mówiły wiele i to tak cicho.
— Co robiłeś potem? — zapytał Boura prawie nieśmiało.
— No cóż — — — rudy człowiek zamyślił się.
Boura czekał niecierpliwie. Może brat coś powie o sobie.
Między nas, — myślał — zwalił się taki okres czasu i taka odległość, że nie łatwo mu przyjdzie zasypać tę przerwę kilkoma słowami. Otóż bracie, będziemy lata tak siedzieć i mówić o drobnostkach, o rzeczach codziennych i mało znaczących, o wszystkiem co wiemy; niezmiernie wiele najpospolitszych potrzeba rzeczy, aby się ludzie zbliżyli i zrozumieli.
Ale wielki brat tylko palił, spluwał i patrzył w ziemię. Bourę zaś ogarnęło dziecinne uczucie: to jest on, starszy brat, który może robić co chce i który ma swoje tajemnice. Chciałbym wiedzieć wszystko, co brat robi, ale on wszystkiego nie opowie. Chciałbym mu powiedzieć wszystko co robię, ale on mnie nie zapyta. Ach, nigdy go nie będę rozumiał!
Jak często, jak często widziałem go wracającego skądś z twarzą rozognioną, tajemniczą i sytą jak kotka, która łapczywie i z rozkoszą pożarła wróblęta na strychu i wraca powalana sadzami, ze zbrodniczo świecącemi oczyma! Jak często szedłem na miejsca, które opuściłeś, aby tam wypatrzyć, czyś czego nie odkrył, albo co skrywasz i przetrząsnąwszy wszystko, oszukany i biedny znajdowałem tylko pajęczy rąbek rzeczy! A dzisiaj masz tę samą twarz, którą znam; wracasz skądś tajemniczo jak wtedy, gdy byłeś podobny do kotki, która przypomina coś sobie i zarazem przeżywa rozkosz przyszłej wyprawy.
— No cóż, — odezwał się nagle wielki brat z jakąś ulgą. — Pójdę. Bardzo, bardzo się cieszę, że widziałem pana.
Boura powstał zmieszany.
— I ja bardzo cię cieszę. Ale zostań przecie! Tyle lat nie widzieliśmy się!
Wielki brat ubierał się już.
— Prawda, wiele lat. Bardzo wiele lat. Życie jest zbyt długie.
Obaj bracia stali niezdecydowani nie wiedząc, jak się rozejść; wielki brat pochylił głowę, jakby czegoś szukał, jakiegoś lepszego, czystszego słowa; przymuszał się do uśmiechu i poruszał wargami.
— Nie chcesz pieniędzy? — wykrztusił wkońcu — mam ich dosyć.
— Nie, nie, — bronił się Boura, nagle bezmiernie szczęśliwy i zachwycony, — nie, proszę cię, nie trzeba; ale dziękuję ci, jesteś zacny. Jedź z Bogiem, jedź z Bogiem;
— Dlaczego nie? — mruczał starszy brat i ociągał się. — Sam nie potrzebuję. Jak pan chce. Więc z Bogiem.
Odchodzi? wielki i prosty, tylko głowę miał pochyloną nieco w bok.
Holeczek odprowadził go oczyma aż do drzwi i widział, jak ten wychodząc skinął jeszcze ręką.
Boura patrzył w ziemię.
— Zostawił tutaj laskę, — zawołał Holeczek i pobiegł z laską za odchodzącym; był zresztą zadowolony, że może zostawić na chwilę Bourę w samotności.
Nad sobą, na schodach usłyszał kroki.
— Hej panie!
W dwu susach był na górze. Stanął w drzwiach. Ale ulica — jak daleko sięgnął okiem — była pusta. Padał wielki śnieg, który zaraz topniał. Odwrócił się zdumiony i spojrzał w sień. Nic, tylko schody w dół, do winiarni. Z pod muru wystąpiły dwie postacie. Policjanci.
— Nie wybiegł stąd nikt na dwór? — zapytał Holeczek śpiesznie.
— Co ukradł?
— Nic. Gdzie poszedł?
— Wogóle nikt nie wyszedł, — odezwał się policjant — odkąd tu jesteśmy nikt z winiarni nie wyszedł.
— Jesteśmy tu od dziesięciu minut, — dodał drugi.
— Może jest jeszcze na dole.
— Niema, — zaprzeczył Holeczek zdumiony. — Szedł kilka kroków przede mną. Zapomniał na dole laskę.
— Laskę, — powtarzał strażnik w zamyśleniu. — Nie, nikt na dwór nie wychodził.
— Ale przecież nie mógł zniknąć, — wykrzyknął Holeczek z nagłą złością.
— Nie mógł, — potwierdził policjant łagodząco.
— Niech pan idzie na dół, — radził drugi — pada śnieg.
Uważają mnie za pijanego, — zrozumiał Holeczek — a przecie wypiłem zaledwie szklaneczkę wina. Co to jest znowu?
— Szedł kilka kroków przede mną, — objaśniał powtórnie rozgoryczony, — nie mógł się przecie tak zgubić, a gdyby wyszedł na pole, panowie byliby go widzieli, nieprawdaż?
Policjant wyciągnął swoją książeczkę:
— Jak się nazywał ten pan?
— Głupstwo, — odezwał się Holeczek — co panowie zamierzają?
— Kto wie, co się z nim stało. Może wypadek, albo — — —
Niepohamowany gniew szarpnął wargami Holeczka.
— Gdyby to było tylko to, — wykrzyknął i trzasnąwszy drzwiami pobiegł na dół.
Boura siedział nad swem winem, z żałości pił i prawie nie zauważył, że Holeczek wyszedł.
— Brat pana zniknął, — oznajmił mu Holeczek, trzęsąc się z zimna i wzruszenia.
Boura potrząsnął głową:
— To do niego podobne.
— Za pozwoleniem, — przerwał mu Holeczek niecierpliwie — szedł po schodach w górę i nagle zniknął; na dwór wogóle nie wyszedł, jakby się pod ziemię zapadł.
— Właśnie tak, tak, — potakiwał Boura — jakby się zapadł. — Zawsze to robił. Odbiegł i nigdy nikt nie wiedział gdzie; a potem wracał z twarzą dziwną, skupiony, zagłębiony sam w sobie, jakby widział więcej, niż zrozumieć można.
— Do djabła, niech mnie pan zrozumie: nie odbiegł, tylko zniknął. Przecież to jest absurdalne. Zniknął w sieni; dwaj policjanci stali przy bramie i nie widzieli, by wogóle wychodził.
— Dziwak, rzeczywiście dziwak. Już w dzieciństwie był taki — — — tak, niepoczytalny odludek, strasznie roztrzepany, surowy i zamyślony. Nie zna go pan prawie.
— Ale pan coś wogóle nie może tego pojąć, — wysilał się Holeczek. — Zniknął jak duch, przeszedł jakby przez ścianę.
— Łap go! Był zawsze taki niepowściągliwy we wszystkiem, taki lotny. Nigdy nie troszczył się o to, co mu wolno jakby nie miał sumienia ani granic w swoich uczynkach. Tak często, tak często wprowadzał nas w zdumienie!
— Ale czyż można tak zniknąć?
— Nie wiem. Mój brat nie chodził do szkół, nie ma pojęcia o wiedzy, nie wie wogóle co jest możliwe, a co niemożliwe. Doprawdy, w niezwykły sposób pogardził całą nauką.
Holeczek uderzył w stół.
— Ale przecież to nie ma żadnego znaczenia.
— Więc cóż? — odezwał się Boura, podnosząc oczy.
— Nikt nie może zniknąć! Rozumie pan, tutaj są — — —
— Fizyczne granice, ja wiem, to samo mówił pan nad tym śladem. Fizyczne granice! jakby panu na nich tak zależało! Otóż widziałem niejedno i czytałem o rzeczach większych aniżeli to; ale z tego wszystkiego niczego lepiej nie zrozumiałem, jak wskrzeszenie córki Jaira. Widziałem martwą dziewczynę. Ach, w tym ohydnym mechanizmie jedyne byłoby naturalną prawdą: cud.
Jedna rzecz odpowiadałaby człowiekowi najlepiej — — —
— Cuda, tak, — przerwał mu Holeczek — kogoś ocalić, uzdrowić chorych, a przedewszystkiem wskrzesić tych, którzy umarli młodo —
Ale do czego prowadzi to, co widziałem i komu to dopomoże? Jeżeli są to cuda, dlaczego są takie bezcelowe? Nic, ach nic z tego nie wynika.
— A gdyby nawet to do niczego nie prowadziło i na nic się nie zdało! przecież jest to cud. I w nas również są takie wydarzenia i wypadki, które może nie mają innego celu — — — jak tylko swoją własną doskonałość. Nagłe przebłyski wolności — cóż kiedy to są tylko mgnienia. Gdyby się wszystko odbywało na miarę duszy naszej, działyby się cuda.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Stanisław Alberti.