Domek kapitana dalekiej żeglugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Domek kapitana dalekiej żeglugi
Pochodzenie Czapka topielca
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
DOMEK KAPITANA DALEKIEJ ŻEGLUGI

Zaczęło się od tego, że kapitan Skalski pod koniec jednego, bardzo długiego i bardzo uciążliwego rejsu oświadczył załodze przy jakiejś okazji, że gęby jej członków, rozmowy ich oraz ustawiczne plugawe przekleństwa obrzydły mu już oddawna i do szczętu. Oświadczenie to zdziwiło niezmiernie marynarzy, gdyż Skalski, kapitan dalekiej żeglugi, oglądał ich, co prawda, niezbyt wykwintne lecz tem nie mniej sympatyczne oblicza już od dziesięciu lat, czyli od chwili gdy został przeniesiony przez dyrekcję towarzystwa okrętowego z załogi czterokominowego „Lewjatana“, gdzie był starszym oficerem, na „Niobe“, na której dano mu stanowisko komendanta. Przez tak długi okres czasu do „gęb“ nawet najpaskudniejszych można się przyzwyczaić, zaś nigdy obrzydzić ich sobie, do tego stopnia, żeby aż wiadomością o tem „obrzydzeniu“ dzielić się właśnie z temi „obrzydzonemi gębami“.
Jeszcze dziwniejszym się wydawał wstręt kapitana Skalskiego do „plugawych przekleństw“, gdyż on to właśnie był wirtuozem w wypowiadaniu ich i nikt absolutnie nie mógł nawet marzyć dorównać mu w „zaginaniu dziesięciominutówek“, które jak wiadomo są szczytem mistrzostwa w sztuce pojedynków słownych. Ze wszystkich tedy punktów widzenia oświadczenie kapitana było dziwne i niezrozumiałe.
Był to jednak dopiero początek późniejszych jego dziwactw.
Gdy „Niobe“ zawinęła wreszcie do portu i porucznik Mc. Lean jedyny towarzysz z messy[1] kapitana Skalskiego, wróciwszy z lądu, zaczął opowiadać mu o swoim pobycie w pewnym domu, którego żadną miarą prywatnym nazwać nie można i o szatańskich wdziękach jakiejś wampirycznej Loulou, kapitan Skalski ni stąd ni zowąd oświadczył, że dużo więcej podoba mu się mały domek z ogródkiem i jakaś cicha w nim zgoła nie wampiryczna Małgorzata, czy Kunegunda na której łonie można byłoby złożyć swoją skołataną burzami życia głowę.
Porucznik Mc. Lean ciekawie nastawił ucha. Przypuszczając, że kapitan Skalski, który i w tych sprawach uchodził za znawcę, ma na myśli jakiś wesoły „mały domek z ogródkiem“, począł wypytywać go o miejsce położenia w porcie tego domku i o zalety wdzięków Małgorzaty czy Kunegundy w nim urzędującej. Ale kapitan Skalski machnął tylko ręką i oświadczywszy, że porucznik go nie rozumie, sprowadził rozmowę na inny temat.
Porucznik Mc. Lean powiedział jednak o tem bosmanowi, bosman zaś oznajmił już całej załodze że „stary“ zna jakiś „mały domek z ogródkiem“, którego adresu powiedzieć nie chce.
Miało to ten skutek, że dnia następnego cała załoga przetrząsała miasto, szukając „małego domku z ogródkiem“, gdzie mieszka Małgorzata czy Kunegunda, która tak przypadła do gustu kapitanowi Skalskiemu.
Poszukiwania te jednak były bezowocne i marynarze doszli do przekonania, że zarówno „mały domek z ogródkiem“, jak i Małgorzata czy Kunegunda, istniały tylko w wyobraźni kapitana Skalskiego.
Nie zdążyła jeszcze wśród załogi przebrzmieć sława owego „domku z ogródkiem“, a już kapitan Skalski zdążył wypowiedzieć nowy dziwoląg. Stwierdził mianowicie, że słowiki na lądzie muszą mieć głos o wiele przyjemniejszy niż mewy morskie, które tylko kwilą, śpiewać natomiast jak słowiki nie potrafią wcale. Wobec tego powiedzenia wszyscy znaleźli się w kropce, nie mogli bowiem zrozumieć, w jaki sposób kapitan Skalski mógł stwierdzić przewagę wokalną słowików nad mewami, skoro nigdy w życiu śpiewu słowika nie słyszał. Urodził się on na morzu, na statku i później już nigdy morza nie porzucał, służąc z początku jako kuchcik w kambuzie, później jako chłopak od świateł okrętowych, jako marynarz, bosman, porucznik, aż oto teraz w pięćdziesiątym roku życia dosłużył się stopnia kapitana dalekiej żeglugi. W ciągu tych pięćdziesięciu lat życia Skalski ciągle był na morzu, ląd znając tylko z zaułków, nor i szynków portowych, które jako żywo nie przypominają gajów, gdzie mogłyby przebywać cudnogłose słowiki. Skąd tedy wzięła się ta pewność kapitana w twierdzeniu, że słowik ma głos ładniejszy, niż mewa?
Nie zdążono jeszcze odpowiedzieć sobie na to pytanie, a już rozeszła się wieść o tem, że kapitan Skalski bezwzględnie przekłada towarzystwo szczurów lądowych nad kompanję zejmanów[2], gdyż, zdaniem jego, ludzie lądu są bardziej kulturalni, subtelni, lepiej potrafią zrozumieć tęsknoty ludzkie i cierpienia, niż marynarze zatwardziali w ustawicznej brutalnej walce z równie brutalnym jak i oni żywiołem.
Jeszcze w ciągu dwuch lat od chwili stwierdzenia „obrzydliwości gęb“ ludu morskiego, kapitan Skalski głosił różne prawdy i nieprawdy, które dowieść miały przewagi dobrodziejstw życia lądowego nad życiem koczowniczem marynarza. W mowach tych przewijał się ciągle motyw „małego domku z ogródkiem“, który najwyraźniej stał się manją prześladowczą starego kapitana. Epilogiem tego stanu psychiki kapitana dalekiej żeglugi Skalskiego była wizyta u dyrektora towarzystwa okrętowego i prośba o dymisję. Zdziwiony dyrektor spytał o przyczyny. Okazało się, że kapitan Skalski jest sterany życiem i zmęczony służbą morską. Chce odpocząć. Od dziecka już pływa po morzach, od czterdziestu pięciu lat haruje, rąk nie pokładając, na różnych okrętach, zawijających do wszystkich portów świata całego. Zmęczony jest. Zmęczony fizycznie i moralnie. Rozszerzenie żył na nogach, którego się nabawił w młodości, wystając długie godziny służby na sterze, dokucza mu teraz nieznośnie i nie pozwala na zbyt długie przebywanie na pokładzie, co jest często konieczne przy burzliwej pogodzie. Odniedawna poczuł też jakieś podejrzane łamanie w kościach, które uważa za początki reumatyzmu tak częstego wśród marynarzy w jego wieku. Łamania te zwiastują zbliżającą się starość i są sygnałem dającym znać, że już czas osiąść na lądzie i zacząć pędzić inny, bardziej odpowiadający jego latom tryb życia.
Właśnie te bóle w żyłach i łamanie kości są przyczyną tego, że jest zmęczony fizycznie. A moralnie? Mój Boże! Toż od urodzenia wałęsa się na statkach z jednego końca świata w drugi, od portu do portu, od szynku do szynku, żadnych innych przyjemności i innego życia nie znając. Zmęczyło go to życie. Znużył się ciągłą rozmaitością krajów, języków i ludzi, monotonją fal, rozległych płaszczyzn morza, ruchem rytmicznym statku, kołyszącym się stale. Bolą oczy od patrzenia w niezmierną dal, bolą uszy od słuchania ciągłych wichru poszumów. Zapragnął wreszcie życia osiadłego na lądzie. Zapragnął mieć jakiś swój własny kąt na ziemi, gdzieby mógł żyć spokojnie bez ustawicznych niepokojów i trwóg, bez przenoszenia się z miejsca na miejsce, bez burz, mgieł, szkwałów i skał, których jest pełno na morzu.
Pochodzi z narodu rolników, uznającego tylko życie osiadłe. To też nic w tem niema dziwnego, że czterdzieści pięć lat życia koczowniczego nie potrafiły w nim zniszczyć tego narodowego instynktu tkwiącego we krwi.
Już mając lat trzydzieści zaczął marzyć o tem by na starość móc kupić sobie jakiś mały domek z ogródkiem w takiej odległości od morza, żeby nie było słychać ustawicznego pomruku fal. Marzył też, żeby zamieszkać w tym domku razem z kobietą, która byłaby nie tylko kochanką, ale i wierną towarzyszką schodzących dni życia. Z początku nie myślał o tem dużo. Zajmowały go podróże, kraje i ludzie, bawiły przygody, sztormy i awarje, którym ulegał. Domem był mu cały świat, a żoną każda spotkana kobieta. Teraz zestarzał się bardzo i zmęczył. Chce odpocząć. Znajdzie sobie mały domek z ogródkiem tak daleko od morza, żeby nie było słychać szumu fal i zamieszka w nim sam... albo... albo nawet z „towarzyszką“!

W pobliżu Oliwy, kapitan Skalski łatwo znalazł i kupił za zebrane w ciągu długich lat pieniądze, mały, schludny domek otoczony ogródkiem. Zamieszkał w nim na stałe, od czasu do czasu tylko wyjeżdżając do Gdańska dla sprawunków, jak mówił sąsiadom, a właściwie w poszukiwaniu „towarzyszki życia“. O tę towarzyszkę, a zwłaszcza o taką jakiej chciał stary kapitan (młoda, ładna, dobra i gospodarna) było nieco trudniej, niż o domek z ogródkiem. Znalazła się jednak wkońcu i ona. W miastach portowych istnieje pewien odsetek młodych kobiet, rekrutujący się przeważnie z kelnerek kawiarń i szynków, nie zepsutych jeszcze do cna, których marzeniem i celem życia są związki małżeńskie ze starymi emerytami marynarki, przeważnie kapitanami, którym wprawdzie brak nadziei na długie lata życia, ale za to nie brak pieniędzy.
Taką właśnie poszukiwaczką starego męża była dwudziestoletnia Anna, ku której zwrócił swoje afekta kapitan Skalski. Ujrzał ją i poznał w jednej z kawiarń Nowego Portu, w której służyła jako kelnerka. Młoda i ładna, potulnością swoją i skromnem zachowaniem korzystnie odbijała się od krzykliwego tła rozwydrzonych i jawnie rozpustnych towarzyszek.
Kapitan Skalski odrazu ją wyróżnił z ich grona, a wyróżniwszy, jeszcze prędzej dał pozytywną odpowiedź na pytanie: ta, czy nie ta?
Czas umizgów trwał niezbyt długo, gdyż takie dziewczyny jak Anna wiedzą dobrze, że w tym względzie marynarze choćby i nie młodzi, hołdują zasadzie „Time is money“ i widząc, że sprawa posuwa się naprzód nie tak szybko jakby oni tego sobie życzyli, zwracają płomień swych afektów w inną stronę. Anna tedy, nie dopuściła do tego, żeby „płomień“ odwrócił się w inną stronę, a wprost przeciwnie, postarawszy się rozniecić go do maksymalnych rozmiarów, wchłonęła w siebie szybko i chciwie. Po fakcie tym kapitan Skalski, jako gentleman-marynarz oświadczył się o rękę jej i został przyjęty.
Przyjęty został jednakże pod pewnym warunkiem, a mianowicie, nie krępowania w niczem jej swobody. Swobodę tę Anna rozumiała jako prawo wracania do małego domku z ogródkiem o każdej porze dnia i nocy, wychodzenia z niego również w porze, którą jej podyktuje fantazja danego ranka czy wieczora, oraz zachowanie dawnych znajomości i sympatyj z kawiarni.
Prawo swoje do stawiania podobnych warunków opierała Anna na twierdzeniu, że tylko niechcący uległa czarowi wspaniałej postaci starego żeglarza i że właściwie mówiąc wiekowi jej odpowiada bardziej młody mąż. Skoro się już jednak tak stało, że musi wyjść za grubo starszego od siebie człowieka, niechże przynajmniej ten starszy człowiek stara się osłodzić jej życie i nie zabrania bawić się z młodszymi.
Kapitan Skalski przyjął ten warunek, ze swej strony zastrzegłszy, że Anna nie będzie go zdradzać.
— Anusiu kochana — mówił do narzeczonej stary wilk morski — nie zdradzaj mnie, poczekaj aż umrę, niewiele mnie już do tego brakuje. Po mojej śmierci będziesz się mogła kochać z kim chcesz, gdzie chcesz i jak chcesz. Czego oczy nie widzą, to serca nie boli. Po mojej śmierci rób sobie co chcesz, ale teraz gdybym dowiedział się, że mnie zdradzasz, byłbym bardzo nieszczęśliwy. No, co Anusiu, nie będziesz mnie zdradzać?
Na to otrzymał takie zapewnienia i zaklęcia wierności małżeńskiej, że aż wstyd mu się robiło swych pytań.
Zaraz po ślubie zamieszkali w małym domku z ogródkiem, niedaleko Oliwy.
Spokojnie popłynęło teraz życie kapitanowi Skalskiemu. Od rana do wieczora grzebał się w ziemi swojego ogródka, kopiąc, grabiąc i sadząc. O domek też dbał bardzo. Zasadził przy ścianach zewnętrznych dzikie wino, przed werandą kwiaty, które codziennie sam polewał, a z tyłu domku całe plantacje porzeczek. Wewnątrz jednak domek wyglądał jeszcze piękniej niż na zewnątrz. Przedewszystkiem uderzała tam przybysza nieprawdopodobna wprost czystość i porządek. Rzec można bez przesady, że każda rzecz, każdy przedmiot miał tam swoje ściśle co do milimetra oznaczone miejsce, z którego go ruszyć na inne nie było można. Wszystko też w domku tym lśniło i połyskiwało czystością. Porządek ten wypływał nie tyle z kawiarnianych nawyknień Anusi, co z czterdziestopięcioletniego przyzwyczajenia morskiego kapitana, który systematyczność i czystość gospodarki na okręcie przeniósł całkowicie do swego domku. Anusia, której ta surowa dyscyplina przedmiotów domowych niebardzo przypadła do gustu, nic wskórać w sensie uczynienia artystycznego nieładu nie mogła, gdyż lwią część doby spędzała poza domem w Gdańsku. Kapitan Skalski w pierwszych miodowych miesiącach sarkał w duchu na tę wietrzność i nadmierną ruchliwość żony, ale później, wspomniawszy swoje słowo i słowo Anusi, przestał się dąsać nawet w duchu. Przestał tembardziej, że jakieś inne bardziej ważne sprawy zaprzątnęły jego umysł. Zaczęło się z nim dziać coś szczególnego.
Anusia choć nigdy nie przebywała zbyt długo w małym domku z ogródkiem, zauważyła jednak, że znikły gdzieś stare pamiątki morskie kapitana Skalskiego.
Najpierw więc zdjęty ręką kapitana ze ściany spoczął na dnie wielkiego kufra, stary zasłużony barometr, odróżniający się od innych barometrów tem, że tylko kapitan Skalski umiał go odczytywać, potem pamiątkowy log z zamarłą na jakiejś cyfrze wskazówką, która oznaczyła ilość mil najdłuższego rejsu starego marynarza, potem chronometr powędrował z kieszeni kamizelki w czeluście kufra, za chronometrem różne liny, linki, bloki, i bloczki, aż wkońcu kapitański mundur z czapką przykrył ten skład „morszczyzny“, sam zkolei przymknięty pokrywą.
Nietylko morskich, materjalnych przedmiotów pozbywał się kapitan Skalski. Usuwać począł od siebie nawet widoki, myśli i rozmowy, które miałyby coś wspólnego z morzem i jego na niem służbą. Zdawało się, że obraz z widokiem morza, książka o morzu, marynarz spotkany przypadkowo, nawet chmury na niebie układające się w fantastyczny kształt okrętu, napędzają nań wspomnienia jakieś, nad wyraz bolesne.
Szczególnie nie znosił kapitan Skalski słuchać opowiadań o morzu. Dziwnie to jakoś nie kojarzyło się z tem, że sam o niem rozprawiać lubił namiętnie. Wyjeżdżał zaś w rozmowie z tym tematem jakoś szczególnie i, zdaniem osób postronnych, nawet głupio. Raz naprzykład podczas przechadzki z gośćmi Anusi po ogródku, gdy panie zachwycać się zaczęły cudnemi głosami słowików, które trelowały zawzięcie, kapitan Skalski zauważył ni w pięć ni w dziewięć, że mewy morskie „też“ kwilą czasami bardzo pięknie. Wywołało to zrozumiałe oburzenie całego towarzystwa, które urażone zostało słowami starego kapitana, dowodzącego gruboskórności jego w dziedzinie muzyki i śpiewu.
Innym znów razem zdziwił Anusię powiedzeniem, że łany zbóż kołysane wiatrem żywo mu przypominają powierzchnię morza falującą lekko w czasie sztilu[3].
Dążąc do zupełnego odseparowania się od wszystkiego co miało jakąkolwiek styczność z morzem, kapitan Skalski pozrywał wszystkie swoje dawne znajomości z okresu służby morskiej.
To też szczególnie przykrą dlań była niespodziewana wizyta byłego towarzysza z messy, porucznika Mc. Leana.
Porucznik Mc. Lean porzucił służbę na pokładzie „Niobe“, urządziwszy się jako pilot przy kapitanacie portu gdańskiego.
Po pierwszej wizycie nastąpiła druga, trzecia i czwarta. Porucznik Mc. Lean wyraźnie zadomowił się u kapitana Skalskiego, ustawicznie burząc mu żółć opowiadaniami o tem, które statki, kiedy i jak zawinęły lub odpłynęły z portu gdańskiego. Stary kapitan nie mógł wyprosić od siebie porucznika, był to bowiem jego dawny towarzysz i przyjaciel, wstydził się zaś wyjawić, dlaczego widok morskiego munduru jest tak przykry dla niego.
Przykre uczucie kapitana Skalskiego spowodowane odwiedzinami Mc. Leana wzrastało w miarę spostrzeżeń, że porucznik i Anusia zaczynają się darzyć wzajemnie sympatją i to nawet bardzo gorącą sympatją. Do Gdańska na zabawy jeździła teraz Anusia nie inaczej, jak tylko w towarzystwie porucznika i wracała też pod jego eskortą. Podczas wizyt w małym domku z ogródkiem Mc. Lean rzadziej już zatruwał życie Skalskiemu opowiadaniami o statkach w porcie gdańskim, większą część czasu spędzając na intymnych rozmowach z żoną kapitana. Ich słówka, półsłówka, spojrzenia i uściski rąk nie uchodzące uwagi starego kapitana doprowadzały go do pasji i czarnej melancholji. Zdawało się mu, że pożycie małżeńskie z Anusią, a wraz z niem i mały domek z ogródkiem chwiać się zaczynają w swych fundamentach.
Obawy kapitana Skalskiego sprawdziły się w pół roku mniej więcej po pierwszej wizycie porucznika Mc. Leana.
Oto dnia któregoś, wróciwszy nieco wcześniej ze swej obowiązkowej, porannej przechadzki, zastał w domu Anusię i porucznika Mc. Leana w strojach i pozycjach, na które nie mogła pozwolić najgorętsza nawet sympatja. Wywiązała się przykra scena. Anusia wybuchnęła histerycznym płaczem, porucznik zasępił się, jak niebo przed sztormem, zaś kapitan Skalski w przystępie wściekłości lunął w nich doborem takich przekleństw i wyzwisk, że na Anusi jakkolwiek otrzaskanej z efektami lingwistycznemi gwary marynarskiej, aż skóra ścierpła ze strachu.
W pewnej chwili zdawało się, że kapitan Skalski rzuci się na przeciwnika i zmiażdży go w swych twardych dłoniach, ale stary marynarz zrobił tylko krok w stronę Mc. Leana i położywszy mu rękę na ramieniu rzekł:
— Pal cię djabli, poruczniku! Niepięknie to trochę z twej strony, żeś uwiódł żonę przyjacielowi, a zresztą... zresztą... Jabym na twojem miejscu postąpił tak samo. Mąż stary, żona młoda, cóż się tu długo namyślać? Pal cię djabli, poruczniku! Ciężko mi jest na duszy, ale ostatecznie z punktu widzenia marynarza, urazy do ciebie czuć nie mogę. Pal cię djabli!
Mc. Lean czerwony jak burak i zdruzgotany moralnie tem oświadczeniem, złapał czapkę i wybiegł z pokoju.
Zostawszy sam na sam z żoną, kapitan Skalski zaczął jej robić wyrzuty, że złamała słowo i przysięgę, że zawiodła jego zaufanie, zniszczyła szczęście i radość małego domku z ogródkiem. Widząc jednak plecy Anusi wstrząsane łkaniem, machnął ręką i wyszedł z domu na cały dzień.
Wrócił późno wieczorem i odrazu na wstępie zaznaczył, że już nie ma do Anusi urazy.
— Ja jestem stary — mówił — Mc. Lean młody. Cóż tu się długo namyślać? Gdybym był kobietą, postąpiłbym na twojem miejscu tak samo. — Anusiu kochana — rzekł w końcu — musimy się rozstać. Dalsze życie razem byłoby męką i dla ciebie i dla mnie. Zostawię ci mój domek i ogródek, jako dar wdzięczności za te chwile szczęścia które z tobą przeżyłem. Mieszkaj sobie w nim z porucznikiem Mc. Leanem i bądźcie szczęśliwi. A ja... ja wrócę na morze, popływam sobie trochę. Woła mnie ono do siebie. Ciągnie. Byłem teraz nad morzem, chodziłem po brzegu. I wyobraź sobie zdawało mi się, że każda fala uderzająca o brzeg szemrze: wróć... wróć. Niema rady, trzeba wracać na morze, nie wytrzymam już na dłużej na lądzie. A ty bądź szczęśliwa z Mc. Leanem. Żegnaj!
Kapitan Skalski wrócił na morze i znów zaczął odbywać długie rejsy w kraje dalekie. Trwał jednak nadal w swym lądowym uporze i kupował sobie jeszcze dwukrotnie „mały domek z ogródkiem“. Zawsze jednak przedsięwzięcie kończyło się niefortunnie. Raz kupiwszy sobie domek posłyszał o wyprawie do Japonji, o której marzył od lat dziecinnych i sprzedał go czem prędzej, objąwszy dowództwo okrętu, który wiózł wyprawę. Za drugim razem „łany zbóż kołysane wiatrem przypominały mu powierzchnię morza falującą lekko w czasie sztilu“ i kapitan Skalski znów porzucił ląd i wrócił na morze.
Pływa on teraz na pokładzie swej starej „Niobe“ i już nigdy nie myśli o „małym domku z ogródkiem“.



Przypisy

  1. Messa — sala jadalna na statku.
  2. Zejman — z angielskiego seeman (człowiek morski) w gwarze marynarzy oznacza wilka morskiego.
  3. Sztil — bezwietrze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.