Dom otwarty/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Bałucki
Tytuł Dom otwarty
Podtytuł Komedja w trzech aktach
Data wydania 1930
Wydawnictwo Spółka nakładowa „Odrodzenie“
Drukarz S. A. „Prasa Nowa“ we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT  I.
(Salonik elegancki. — Portjery w oknach i przy drzwiach — stół na środku nakryty dywanem).

SCENA I.

Władysław — Telesfor — Kamilla — Adolf — później Franciszek. (Kamilla z Adolfem siedzą przy pianinie po lewej, Telesfor i Władysław po prawej grają w szachy).
Kamilla (grając sonatę Beethovena). Raz, dwa, trzy — raz, dwa, trzy (do Adolfa siedzącego obok niej). No, teraz pan.
Adolf (który zapatrzony w nią zapomniał o grze na cztery ręce, ocknąwszy się). A prawda — teraz ja — (niby zabiera się do grania i zamiast grać, ogląda się na grających w szachy — a widząc ich zajętych, bierze prędko rękę Kamilli i całuje dwukrotnie ogniście).
Kamilla (wyrywając szybko rękę). Panie, bo jak mamę kocham, tak pan klapsa dostaniesz, jak nie będziesz spokojnie siedział.
Adolf (biorąc ją powtórnie). Jeszcze tylko ten jeden raz.
Kamilla (j. w.). Panie! — bardzo proszę — bo powiem wujaszkowi.
Adolf (błagalnie). Panno Kamillo!
Kamilla (głośno). Wujaszku!
Telesfor (z fajką w ustach, nie oglądając się, zapatrzony w szachy). A co tam takiego?
Kamilla. Bo tu pan Adolf jest niegrzeczny.
Telesfor (j. w.). No, no Adolfku bądź grzeczny — pocałuj ją w rękę na przeprosiny.
Adolf (ucieszony). A widzi pani, wujaszek pozwala... (porywa jej rączkę i opsypuje pocałunkami).
Kamilla (wyrywając mu rękę). Panie! bo się naprawdę pogniewam. Pan wiesz, że ja tego nie lubię. Graj pan.
Adolf. Zaraz (zaczyna grać).
Kamilla. Przecież pan ma dwa takty pauzy.
Adolf (przestaje grać). Prawda, dwa takty pauzy.
Kamilla. Ach jaki pan dziś nieznośny, no zaczynajmy... (zaczyna grać). Raz, dwa, trzy — raz, dwa, trzy — teraz dopiero pan (grają oboje sonatę Beethovena, jednak tak, aby nie głuszyli rozmowy innych osób.
Władysław. Na wuja pociąg.
Telesfor (zapatrzony w szachy, podnosząc palec do góry). Zaraz zaraz, bo ja tu mam planik kapitalny, tylko, (nuci) i chciałbym i boję się, (mówi). E! Co tam! starosta albo kapucyn, naprzód! (suwa piona i nuci) naprzód, naprzód marsz rabiata, na podbicie reszty świata.
Franciszek (w białym fartuchu do pasa, wychodzi z lewej strony z drugich drzwi i idzie do grających w szachy). Proszę panów, pani się pyta, czy tu nakryć do kawy?
Władysław (zajęty szachami). To mógł wuj tu iść?
Telesfor (zadowolony). A mógł, mógł; ty się musisz zasłaniać, a ja idę wtedy pionem na królowę; a co? (nuci). Czy widzisz na tej skale, tego co straszną trzyma broń?
Franciszek. Proszę panów, pani się pyta, czy —
Władysław (opryskliwie). Idź do djabła, nie nudź mnie, nie widzisz żem zajęty; skrzeczy i skrzeczy za uszami.
Kamilla (do Adolfa, grając). Patrz pan na nuty, nie na mnie, bo się znowu pomylisz.
Adolf. Kiedy ja wolę na panią.
Franciszek (stojąc za Kamillą). Proszę panienki —
Kamilla. Ale ja nie wolę. No, pilnuj się pan w takcie, raz, dwa, trzy (grają dalej).
Franciszek. Proszę panienki (widząc, że go nie słyszą, odchodzi machnąwszy ręką). E! ktoby się tam z nimi dogadał! (idzie w głąb na prawo).

SCENA II.
Ciż i Janina (z lewej z drugich drzwi).

Janina (do Franciszka). No cóż?
Franciszek (ruszając ramionami). Proszę pani, kiedy tak wszyscy zajęci, że choć strzelaj za uszami, nie usłyszą.
Janina. To nakryj tu i przynoś samowar.
Franciszek (idzie na prawo do drugich drzwi, skąd za chwilę wraca, nakrywa stół obrusem, znosi filiżanki, bułeczki w koszyku etc.).
Janina (idzie do Władysława i opiera się na jego ramieniu). Przy kimże szczęście?
Władysław (roztargniony, odsuwając ją lekko). Zaraz, zaraz, moja droga, bo to ważny pociąg.
Janina (zadąsana odchodzi). A to grzecznie, nie ma co mówić, (bierze robótkę z koszyczka leżącego na stoliku i siada na kanapie, na końcu oddalonym od Władysława).
Telesfor (wstaje zadowolony i zapalając albo poprawiając fajeczkę, zbliża się do Janiny i mówi wskazując na Władysława z filuternym uśmiechem). Zły, bom mu zabił takiego klina, że będzie majster, jeżeli się z tego wykręci, o! patrz jak mu zrzedła mina (nuci na nutę Poloneza). Patrzaj, patrzaj jaka mina — na dół wąs, w górę czupryna — ram, tam, tam, tam (wracając do Władysława staje naprzeciw niego przy stoliku i mówi z tryumfującą miną). No cóż? Wymyśliłeś tam co mądrego?
Władysław. E, Boże, cóż ja się namyślam? (z naciskiem). Szach królowi i królowej.
Telesfor (zakłopotany łapiąc go za rękę, w której trzymał figurę). Co? gdzie? jak? jakim sposobem?
Władysław. Poprostu koniem.
Telesfor (siada). Ale to ja tego nie widziałem, czekajno.
Władysław (tryumfująco). A widzi wuj.
Telesfor. Ale bo ta tu przyszła (wskazuje na Janinę) i zabałamuciła mnie swojem gadaniem.
Janina (śmiejąc się ironicznie). Ja? (wzrusza ramionami).
Władysław (do Janiny z uśmiechem). Wuj się wymawia tobą, jak ta tanecznica, co jej w tańcu coś zawadzało.
Telesfor (patrząc w szachy). A niech go nie znam, a to mi dojechał! (nuci). Jak okropne przeznaczenie, ram, tam, tam, tam, tam, tam, ram, tam, tam, tam, tam, tam — takie losu odmienienie — ram — (resztę bębni palcami).
Władysław (zwracając się do Janiny). Czy mi się zdawało duszyczko, że przed chwilą coś chciałaś odemnie.
Janina. Rychło w czas sobie przypomniałeś.
Władysław. No, nie gniewaj się duszyczko, widzisz byłem tak zajęty.
Janina. E, nudni jesteście z temi waszemi szachami; jak się zagracie, to dogadać się z wami nie można.
Władysław. Ze mną możesz mówić, ile ci się tylko podoba. Mnie to wcale nie przeszkadza, ja mogę wygodnie grać i rozmawiać.
Janina. Albo to prawda.
Władysław. Jak cię kocham. No siadaj — siadaj — tu bliżej — (Janina przesiada się na drugi koniec kanapy, bliżej Władysława). Nie wiem, czy ci mówiłem, że wychodząc z biura spotkałem Malwinkę.
Janina. Więc już wróciła?
Władysław. Tak, i kazała ci powiedzieć...
Telesfor. E! cóż ty mnie straszysz jakiemiś tam szachami, kiedy ty przecież nie możesz ruszyć konia.
Władysław. A to dlaczego?
Telesfor. No, bo odsłaniasz swego króla.
Władysław. Prawda, gdzież ja miałem oczy?
Telesfor (tryumfująco). A! (nuci). Chciało się Zosi jagódek, kupić ich za co nie miała (mówi). Teraz ty się broń od mata.
Janina (przysuwając się do Władysława). Więc co ci mówiła?
Władysław (nieco niecierpliwie zapatrzony w szachy). Kto taki?
Janina. No Malwinka.
Władysław (j. w.). Jaka Malwinka?
Janina. Przecież sam mówiłeś.
Władysław (j. w.). Moja droga, nie przeszkadzaj mi teraz.
Janina (wstaje, rzucą robótkę i wzrusza ramionami). I on to nazywa rozmową!
Franciszek. Proszę pani, kawa już przeciekła.
Janina. Idę, idę, (idzie do samowara stojącego na stoliczku pod ścianą, nalewa kawę do filiżanek, które Franciszek zanosi na stół). Wujaszek czarną?
Telesfor (wpatrzony w szachy). Czarną, to się rozumie, (nuci). Czarny kolor jest ozdobą, czarno chodzą wszystkie stany.
Kamilla (z oburzeniem). No, widzi pan, znowu się zmyliłeś — nie, to coś okropnego, jak pan dziś nie uważa.
Adolf. To możebyśmy lepiej porozmawiali.
Kamilla (wzrusza ramionami i patrzy na niego z góry). Pan też do rozmowy, Boże! Już naprzód wiem, co mi pan powiesz: — ach pani, albo och pani — a dla odmiany czasem (naśladując jego błagalny głos) panno Kamillo! Przyznasz pan sam, że to wcale nie zabawne.
Adolf (obrażony). Nudzi to panią? skoro tak, to grajmy.
Kamilla. Grajmy. (gdy Adolf zbyt mocno uderza w klawisze z irytacji). Co pan robisz? nie tak mocno.
Janina (do stolika szachowego zwrócona). Proszę panów do kawy.
Telesfor. Zaraz, w tej chwili będzie koniec.
Janina. Panie Adolfie, Kamilko! (widząc, że nie słyszą, idzie żywo ku nim i stając za plecami woła głośno). Proszę do ka-wy! Czyście pogłuchli?
Kamilla (zrywając się). To pan Adolf tak się tłucze, że mało klawiszy nie połamie (robi mu gniewną minkę). E! bo szkaradny pan jesteś, gniewam się na pana (rzuca nuty na taboret i odchodzi do środkowego stołu).
Adolf (patrząc na nią z uśmiechem i czułością). Przeproszę.
Kamilla. Pan byś tylko ciągle przepraszał, nic z tego (odchodzi, siada do kawy, Adolf składa nuty i idzie tam także za nią).
Telesfor (z zapałem). Szach! mat!
Janina. Wujaszku, bo kawa ostygnie.
Telesfor (wstaje). Idę, idę, (zbliża się do stołu) powiadam wam, dałem mu takiego mata, że to ha!
Janina (przysuwając Telesforowi filiżankę). Służę wujowi.
Telesfor (siada). Kawka — wybornie, doskonale, (pije). Pyszność! (delektując się). Już to można powiedzieć, że my sobie tu w naszem małem kółku żyjemy jak w raju.
Janina (z przekąsem, półgłosem). Nie wszyscy.
Władysław (patrząc na nią z łagodnym wyrzutem). Janinko.
Telesfor (do Władysława). Co ona mówi?
Kamilla. Że nam tu znowu nie tak bardzo przyjemnie, jak wujaszek myśli.
Telesfor. A czegoż ty jeszcze chcesz smarkulo jakaś? Masz chłopca jak malowanie, co po całych prawie dniach kamieniem siedzi przy tobie.
Kamilla (z ironją). To prawda, że kamieniem.
Telesfor. Nie tak jak inny, co to odprawia konkury jak za pańszczyznę i patrzy tylko jakby się wyrwać od panny na lampartkę (wstaje).
Adolf. Panna Kamilla wolałaby może takiego, byleby się umiał szastać, prawić komplementa, znosić z miasta nowinki, bajeczki.
Kamilla (z przekąsem). A przynajmniej, żeby był zabawniejszym od pana.
Telesfor. A cóż to, ma przed tobą na linie tańczyć, czy co? Patrzcie ją, jaka mi wybredna dama. Ta to ty, nie wiem jak powinnaś dziękować Panu Bogu, że ci nadarzył takiego poczciwca, suszyć przynajmniej co piątek.
Kamilla (pod nosem, zadąsana). Jeszcze czego!
Telesfor. Albo Władysław, niech mi kto pokaże drugiego takiego męża! — Co dzień z biura prosto jak strzelił do domu.
Janina. I do szachów.
Telesfor. No, wielka rzecz, że sobie tam czasem parę partyjek...
Janina (z uśmiechem). Powiedz wuj kilka, kilkanaście.
Telesfor. Ale za to wieczór oddaję ci go do dyspozycji, mało ci jeszcze?
Władysław (z uśmiechem). Musi jej być mało skoro się nudzi.
Telesfor. Czekaj, nie będzie ona się nudzić niechno tylko zaczną się sypać dzieci jedno po drugiem.
Janina (reflektuje go, wskazując oczami na Kamillę.) Wujaszku.
Telesfor (zatykając sobie usta, n. str.). Tam do djabła zapomniałem na śmierć, że my tu mamy pannę między sobą. (Krząka i mówi do Kamilli). Te, tego, bo widzisz, ja mówiłem o tych bocianach, co to przynoszą...
Kamilla (naiwnie). O jakich bocianach — co, co?
Władysław (wstając, bierze go na stronę). Daj wuj pokój, nie tłumacz się, bo będzie jeszcze gorzej.

SCENA III.
Ciż i Pulcherja (z głębi. — Wstają od stołu).

Janina (wstaje naprzeciw wchodzącej). A, pani Pulcherja.
Pulcherja (ubrana okazale). Cóż się z wami dzieje? (podaje rękę Janinie). Jak się masz Kamilko? (kłania się panom). Witam pana pułkownika.
Telesfor (który nakładał fajkę). Sługa pani dobrodziejki.
Pulcherja (siada). Co się z wami dzieje? Myślałam, że was nie ma w Krakowie.
Janina. Dlaczego.
Pulcherja. Bo was nigdzie nie widać, ani w kościele, ani w teatrze, ani na spacerach. Czy wiesz pan, panie Władysławie, co zaczynają mówić o panu?
Władysław. Cóż takiego.
Pulcherja. Że jesteś zazdrosny o żonę. — Jak męża kocham!
Władysław (z ironicznym uśmiechem). O! a to dlaczego?
Pulcherja. Bo jej pan nigdzie nie pokazujesz.
Telesfor (zapalając fajkę). Pani dobrodziejko, przecie żona nie menażerja, żeby ją pokazywać.
Pulcherja. Ale nie należy zamykać jej w domu. Ja przyznam się państwu, umarłabym z nudów, żeby mi tak przyszło siedzieć z mężem dzień w dzień.
Władysław. To bardzo pochlebne dla męża.
Pulcherja. Mój mąż wie o tem dobrze i dlatego stara się rozerwać mnie, jak może. Przedwczoraj naprzykład byliśmy na balu akademickim.
Władysław. Proponowałem i ja mojej żonie, ale nie chciała.
Pulcherja (mocno zdziwiona). Dlaczego?
Janina. Nie lubię balów publicznych.
Pulcherja. No to powinniście u siebie urządzić jaki wieczór tańcujący.
Kamilla (klaszcząc w ręce). Zabawę tańcującą, ach, jakby to było dobrze (do Adolfa półgłosem). Niechże pan namawia szwagra. Przecież panu także o to chodzić powinno, żebyśmy się zabawili.
Adolf. Kiedy ja się i tak dobrze bawię.
Kamilla. Obrzydliwy egoista z pana.
Janina. Rzeczywiście Władziu, moglibyśmy dać jaki wieczór tańcujący.
Władysław. A dla kogo? Moja droga mamy tak mało znajomości.
Pulcherja. Cóż łatwiejszego, jak o to? Porobicie kilka wizyt i...
Janina. Tak porobimy wizyty.
Pulcherja. I będziecie mieli znajomości.
Władysław. Mamy zawierać znajomości dla jednego wieczoru tańcującego?
Pulcherja. No, przecież na jednym, sądzę, nie przestaniecie. Czas już, żebyście skończyli te miodowe miesiące i zaczęli prowadzić dom otwarty.
Władysław (z ironicznym uśmiechem). Nie zamykam go przed nikim pani dobrodziejko.
Kamilla. E, co tam, o tem potem, ale teraz ten bal, (do Telesfora, który wyszedł przed chwilą dla wydmuchania i wyczyszczenia fajki, a teraz wraca, biegnąc na przeciw niemu).
Telesfor. A o cóż tu chodzi?
Kamilla. Chcemy urządzić tu u nas zabawę tańcującą.
Janina. Ale nasi panowie jakoś nie bardzo są za tem (patrzy na męża z wymówką).
Telesfor. A to dla czego? (do Władysława). Ja nie widzę racji, żeby im odmawiać tej przyjemności.
Kamilla (do Adolfa). A widzisz pan — wujaszek także za nami.
Telesfor. To się rozumie... Dlaczego się nie zabawić i to do tego jeszcze w karnawał?
Kamilla (ciszej). To, to, wujaszku.
Telesfor. Młode to, to nic dziwnego, radeby sobie pohulać. Ja sam, choć stary, a nie ręczę za siebie, czybym się jeszcze nie puścił w tany, jakby tak urżnęła muzyka.
Kamilla (do Adolfa). Widzisz pan — bierz pan przykład z wujcia.
Telesfor. Tak, to im się należy. I jeżeli Władysław nie zechce — to ja wam bal wyprawię.
Kamilla (całuje go w rękę). Ach wujaszku drogi!
Pulcherja. Brawo! brawo panie pułkowniku!
Telesfor (zbliżając się do Władysława). No, zgoda?
Władysław. Ależ wuju, przecież mnie o wydatki nie idzie. Jeżeli Janina sobie życzy, to i owszem.
Telesfor. O! na nic bratku, ja pierwszy się odezwałem, moje na wierzchu. Zresztą miałem wam i tak urządzić fetkę na moje imieniny, tylko mi ten zbrodniarz reumatyzm przeszkodził. Za to teraz wyprawię wam bal, co się zowie.
Janina. E gdzieby wuj...
Telesfor (grożąc jej). No! bo będę spiskował przeciwko wam — jak chcecie?
Pulcherja (do Janiny). Skoro wuj sobie tego życzy.
Kamilla (uradowana). Muszę wujcia wyściskać za to (ściska go i całuje).
Telesfor (śmiejąc się). Gotówką mi płaci — i to z góry. No, no, nie tak bardzo, bo Adolfowi ledwie oczy nie wylezą na wierzch z zazdrości. Patrz jak, się oblizuje (do Adolfa drażniąc się z nim). A! nie dla psa kiełbasa.
Pulcherja. Więc kogoż myślicie zaprosić.
Janina. Prawda — kogoby tu? Jak pani myśli?
Pulcherja. Najlepiej będzie spisać listę — kawałek papieru.
Kamilla (zrywając się). Zaraz, zaraz, (do Franciszka idącego z lewej na prawo). Franciszku prędko kawałek papieru, atramentu.
Franciszek (wystraszony). O! rany boskie, czy może kto zachorował.
Kamilla. Ale gdzież tam — będziemy mieli bal.
Franciszek. Tu? u nas?
Kamilla. Tak.
Franciszek. He, he, toż to będzie uciechy! Muszę zaraz Walentowej dać moją białą kamizelkę do prania, bo od pańskiego wesela mocno się już przybrukała.
Kamilla. No, spiesz się Franciszku.
Franciszek. Lecę panienko (wraca się). Co to panienka kazała przynieść?
Kamilla. Papier — pióro i...
Franciszek. Aha, wiem już, wiem — zaraz, zaraz, (na lewo do drugich drzwi).
Pulcherja (z żartobliwą powagą). A więc zapraszam panów na wojenną naradę. Będziemy układać listę gości.
Kamilla. Wujaszek będzie prezesem.
Pulcherja. Tak, tak — pan pułkownik prezesem — (bierze go z Kamillą pod rękę i sadzają przy okrągłym stole na pierwszem miejscu).
Telesfor. Patrzcie, już mnie dygnitarzem zrobiły. To dyplomatki dopiero. To mianujcież Adolfa chociaż sekretarzem, żeby mu zazdrość nie było.
Pulcherja. Dobrze. Pan Adolf będzie trzymającym pióro.
Adolf (siada po prawej od widzów, obok Telesfora). Tylko pióra nie widzę.
Kamilla (biegnie do drzwi na lewo). Zaraz będzie. — Franciszku!
Franciszek (z prawej). Idę, idę panienko (przynosi przybory do pisania — czas jakiś z głębi przysłuchuje się z zajęciem i uciechą rozmowie, a potem schodzi ze sceny).
Telesfor (wesoło). Kamilka przy sekretarzu jako pomocnik, a Władzio przy żonie (wskazuje na lewo siedzenia). No, posiedzenie otwarte.
Pulcherja. Kogoż więc myślicie prosić.
Telesfor. A, przedewszystkiem panią dobrodziejkę z mężem.
Janina. To się już samo przez się rozumie.
Pulcherja. Dziękuję za siebie i za męża. — No, a potem?
Telesfor. Możeby wypadało zaprosić Ciuciumkiewiczów? On mój kolega szkolny.
Pulcheria. Ale ona sławna bajczarka.
Telesfor. To się ją tem właśnie udobrucha.
Władysław. Będzie to rodzaj okupu — jak owemu smokowi podwawelskiemu; trzebaby jej dać baraniny, żeby się nie rzucała na ludzi.
Janina. No i jeżeli się nie mylę, ma cztery córki. Na wieczorze tańcującym cztery panny, to także coś znaczy.
Władysław. Tak, kadryl już zapewniony.
Adolf. A że są brzydkie, więc nie będą robić niebezpiecznej konkurencji innym pannom.
Kamilla (żywo). Do kogo pan to stosujesz?
Adolf. Do panien w ogólności.
Kamilla. A do mnie w szczególności — nieprawda?
Telesfor. No, no, ty mała — cicho tam. Wiecznie by się tylko kłóciła.
Kamilla (z pewną irytacją). Bądź pan pewny, że mi wcale o to chodzić nie będzie, choćby się pan umizgał do wszystkich czterech panien Ciuciumkiewicz naraz.
Telesfor. Cicho! A to skaranie boskie z tą dziewczyną.
Kamilla. Ja tylko odpowiadam na zaczepkę.
Pulcherja. Ależ państwo, piszmy, bo do jutra nie skończymy.
Janina (z zajęciem). Tak, tak, piszmy, któż teraz?
Pulcherja. Jabym proponowała panią Fifikowską. Ta wprawdzie niema córek, ale za to potężny zastęp kuzynek, które dostarcza na wszystkie zabawy prywatne.
Władysław. I dlatego nazywają ją wszyscy ciocią swatką.
Telesfor (przypominając sobie). Fifikowska, Fifikowska — czekajcie czy to nie będzie wdowa po majorze Fifikowskim?
Pulcherja. Tak. Pan ją zna?
Telesfor. Jak stary szeląg pani dobrodziejko. Ale przypominam sobie, że o niej nieszczególniej mówiono we Lwowie.
Kamilla (klęknąwszy na stołku, opiera się na ręce). Jakto nie szczególnie? Dlaczego?
Telesfor (przedrażniając ją). Dlaczego? dlaczego? Jak będziesz taka ciekawa, to nie urośniesz. Miała jakiś feler i basta.
Pulcherja. Tak; ale jak odziedziczyła po babce trzy kamienice i wieś, opinja publiczna pogodziła się z nią zupełnie i dziś przyjmują ją wszędzie, była nawet gospodynią na jednym balu.
Władysław. Ze względu na trzy kamienice.
Adolf. To może byłoby lepiej kamienice zaprosić.
Kamilla. Pana się nikt o to nie pyta. Pan masz tylko pisać, a nie mówić.
Janina. To jakżesz Władziu? Zaprosić tę panią?
Władysław (wahająco). Jabym wolał — nie...
Pulcherja (zgorszona). A moi drodzy, jak tak będziecie chcieli skrupulatnie roztrząsać przeszłość każdego, to zostaniecie w końcu bez gości. Zresztą to było tak dawno...
Telesfor. Że nastąpiło przedawnienie. Pal ją licho — ja wotuję za tą panią.
Władysław. Ha, skoro wujaszek, to i my. — Nie sądź, nie będziesz sądzony.
Adolf (pisząc). A więc, większością głosów Fifikowska z przyległościami.
Kamilla. Z jakiemi znowu przynaległościami?
Adolf. No, z kuzynkami.
Kamilla (kręcąc głową, z przekąsem). Jaki pan dowcipny.
Pulcherja (przypomniawszy sobie, żywo). A! zapomnieliśmy o bardzo ważnej figurze — Pieprzyńska.
Adolf. Z wieloma córkami?
Pulcherja. Córkami? Przecież to panna.
Adolf. Przepraszam, nie wiedziałem.
Pulcherja. Ale panna już w tym wieku, że śmiało może pokazywać się bez opieki, ma lat przeszło pięćdziesiąt.
Telesfor. Porządnie zakonserwowane panieństwo.
Janina. To cóż ona tu będzie robić u nas?
Pulcherja (z ważnością). Jest kanoniczką i do tego frejliną jakiegoś dworu panującego. To też zapraszają ją wszędzie, bo to nie mała ozdoba salonu taka figura.
Janina. Ależ my nie znamy tej pani.
Pulcherja. Nic łatwiejszego. Zapiszesz się na członka stowarzyszenia drabiny cnót chrześcijańskich, którego jest prezesową, i znajomość gotowa.
Adolf (pisze). Więc pani — to jest chciałem powiedzieć — panna Pieprzyńska, dla udekorowania salonu.
Janina. Ja sądzę, że już dosyć będzie pań.
Kamilla. O! aż zanadto! Tylko teraz panów, i to samych młodych.
Telesfor (trącając Adolfa). Uważasz, jak cię pikuje.
Kamilla (z pewnym naciskiem). I do tego przystojnych.
Telesfor. O! o! widzisz ją... jaka mi chciwa na chłopców. A nie masz to swojego?
Kamilla (śmiejąc się). Od przybytku głowa nie boli.
Telesfor. Dam ja ci tu przybytek.
Janina. Co do młodzieży, możeby Władzio mógł prosić swoich kolegów biurowych.
Władysław. Wszyscy żonaci. Jeden Fikalski...
Pulcherja. Fikalski, właśnie o tego głównie chodzi. To znakomity aranżer. Panowie pracujecie w jednem biurze?
Władysław. Jesteśmy w jednem biurze, ale nie pracujemy, bo on ciągle zajęty aranżowaniem kuligów, pikników, teatrów amatorskich; a że dyrektor potrzebuje nieraz jego usług w tym względzie, więc ma nieograniczony urlop.
Pulcherja. No, ale znacie się panowie?
Janina. Bywa nawet u nas.
Władysław. Jak mu potrzeba żebym wyrobił za niego jaki referat.
Pulcherja. No, skoro się znacie z Fikalskim, to już niema kłopotu, bo on wam i bal urządzi i młodzież sprowadzi.
Kamilla (ucinkowo). Ja myślę, że i pan Adolf z łaski swojej mógłby się także postarać o jaką młodzież między swoimi znajomymi.
Adolf (przekomarzając się). A co za to dostanę?
Kamilla. Najpierw się robi, potem się płaci.
Telesfor. A dajcież już pokój, ciągle sobie skaczą do oczów, jak dwa kogutki, kikiryki!
Pulcherja (nie patrząc na nikogo i skubiąc chustkę). Prawda! I ja przypomniałam sobie, że znam jednego młodego człowieka, którego moglibyście zaprosić, niejaki Malinowski, może znacie?
Telesfor. Któż z nas nie znał się z Malinowskim, pani dobrodziejko.
Pulcherja (j. w. wstaje). Bardzo miły i przyzwoity młodzieniec. Bywa po znacznych domach.
Adolf (trzymając pióro). A jego adres?
Pulcherja (j. w.). Nie przypominam sobie dokładnie. Mnie się zdaje, że ulica Kopernika nr. 20, piętro pierwsze, w oficynie, jeżeli się nie mylę, drugie drzwi na lewo (mówiąc to przechodzi na prawo do kanapy).
Władysław (z uśmiechem n. str.). No, jak na niedokładne przypomnienie, to wcale dokładny adres.

SCENA IV.
CIŻ i FIKALSKI (brunet łysawy, modnie uczesany i faworyty angielskie, wąsik nie duży, szkiełko w oku, nogi trochę zgięte w kolanach. — Pod pachą trzyma papiery).

Janina (ujrzawszy wchodzącego, ucieszona wstaje). A! Pan Fikalski! (idzie kroków parę na powitanie go).
Kamilla (zrywając się klaszcze w ręce i biegnie naprzeciw). Pan Fikalski! Pan Fikalski!
Pulcherja (wstaje także i idzie ku niemu). W samą porę. Prosimy (prowadzą go naprzód sceny).
Fikalski (schylając nisko głowę). O panie! ten wyraz uznania z waszej strony i życzliwość czyni mnie nad wyraz szczęśliwym.
Janina. Niech pan siada.
Kamilla. Tu — na kanapie (odbiera mu z rąk kapelusz, i kładzie na stoliczku, gdzie szachy.
Telesfor (do Władysława). No i wierz tu kobietom. Przed chwilą wujaszek był cacany, jedyny, najdroższy, a teraz jak się zjawił inny, mnie starego puściły w trąbę.
Adolf. I nas przy wujaszku.
Telesfor. O! (nuci). Kobiety zmienne są, ich serca płoche.
Pulcherja. Spadłeś nam pan jak z nieba.
Janina. Właśnie mówiłyśmy o panu.
Fikalski (wstaje). Za pozwoleniem, za chwileczkę będę służył paniom (idzie z papierami do Władysława). Drogi koleżko!
Władysław (z pobłażliwym uśmiechem). Zapewne referacik?
Fikalski. Zgadłeś. Ale bo widzisz, jestem tak zajęty, że moje życie, to ciągła walka z brakiem czasu.
Władysław (biorąc papiery). Dobrze już, dobrze, dawaj (idzie w głąb, przegląda papiery).
Fikalski. Mój drogi, wdzięczność moja (ściska go za rękę).
Władysław. I tam dalej. Idź lepiej do pań, bo czekają.
Fikalski (wraca do pań). Więc o cóż chodzi? Czemże mogę służyć kochanym paniom moim? (siada na fotelu obok kanapy).
Janina. Chciałyśmy prosić pana...
Pulcherja (prawie jednocześnie z Janiną). Urządzamy wieczór tańcujący.
Kamilla (wpadając prędko w słowa Pulcherji). A że nie mamy młodzieży...
Janina (j. w.). A pan przy tylu stosunkach — znajomościach...
Pulcherja (j. w.). Taki znakomity aranżer...
Kamilla (j. w.). Więc mamy nadzieję, że... (wstaje).
Telesfor (stając przed kanapą, ze śmiechem). Ależ jak będziecie tak wszystkie naraz kłapać mu za uszami, to będzie, jak tabaka w rogu.
Fikalski. Rzeczywiście nie domyślam się jeszcze...
Telesfor. Niechże jedna mówi.
Kamilla. Mów Janino.
Janina. Może pani Pulcherja?
Pulcherja. A nie, przecież ty, jako gospodyni...
Telesfor. Macie państwo, teraz znowu żadna nie chce. Otóż uważa pan, idzie poprostu o to...
Kamilla (wpadając w słowa). Że mamy do pana...
Janina (tak samo). Wielką prośbę.
(Adolf zbliża się do Kamilli).
Fikalski. Nie jedną, ale sto, tysiąc, łaskawe panie, a spełnię je z ochotą, bo być na rozkazy pań, to mój obowiązek, więcej niż przyjemność, szczęście!
Kamilla (do Adolfa). Przysłuchaj się pan, jak się to mówi do pań. Pan pewnie nigdy nie zdobędzie się na coś podobnego.
Adolf. Gotów jestem iść na praktykę do tego pana, dla miłości pani.
Kamilla. Nie zaszkodziłoby to panu.
Fikalski. Więc o cóż idzie ostatecznie?
Pulcherja. Krótko mówiąc, państwo Żelscy urządzają wieczór tańcujący i liczą na pana.
Janina. Że nam pan nie odmówi swego udziału.
Fikalski (z powagą potrząsając głową). To jest czystem niepodobieństwem.
Janina. Co pan mówi?
Fikalski. Fizyczna niemożebność.
Pulcherja. Dlaczego?
Fikalski. Dla tej prostej przyczyny, że do końca karnawału nie mam już jednego wieczoru wolnego, jednej nocy, której mógłbym paniom poświęcić (wyjmuje notatki). Proszę się przypatrzyć (wskazuje ołówkiem). Dziś bal prawników, na który zaproszony zostałem do prowadzenia tańców, jutro wieczór tańcujący u dyrektora banku, pojutrze u Łypkiewiczów, na sobotę mam aż trzy zaproszenia, i tak aż do końca karnawału. Patrz pani, (mówi te ostatnie słowa do Pulcherji, której podaje swoje notatki).
Telesfor (do Władysława). Kiedyż ten człowiek śpi właściwie?
Władysław. W biurze.
Telesfor (śmiejąc się). A, tak.
Fikalski. Dodajcie panie jeszcze do tego teatr amatorski w resursie, którego jestem reżyserem, żywe obrazy z Pana Tadeusza na dochód Wincentego a Paulo, loteria na Salomejki, imieniny u mecenasa Krupkiewicza, trzy obiady składkowe dla naszych znakomitości politycznych i dwa wesela, a sądzę, że będziecie mnie panie miały za zupełnie wytłumaczonego.
Kamilla. Ach mój Boże i cóż my teraz poczniemy?
Janina. Myśmy tak liczyły na pana.
Pulcherja. Więc ani jednego wieczorku? (otwiera notatki Fikalskiego, przegląda i idzie na środek sceny).
Telesfor (do Władysława). Czy te kobiety powarjowały? Cóż my tu bez niego nie zrobimy sobie balu? Koniecznie im się zachciało tego Fikalskiego, jakby to tylko on jeden był na świecie.
Pulcherja (z radością). Jest, jest, jeden wieczór.
Janina (zbliża się i zagląda do notatki ucieszona). Czy być może?
Pulcherja. O, patrzcie, we środę pan Alfons miał być u Krykiewiczów (do Fikalskiego). Nieprawda?
Fikalski. Tak, koncert i wieczór tańcujący.
Pulcherja. No, ale u Krykiewiczów szkarlatyna.
Kamilla (klaszcząc w ręce). Ach, jak to dobrze!
Telesfor. Kamillo! bój się Boga!
Kamilla (spostrzegłszy się, co powiedziała). Ale ja to nie tak chciałam powiedzieć wujaszku (tłumaczy się po cichu i wraca do Fikalskiego).
Fikalski. Czy tylko pani wiesz na pewno, że tam szkarlatyna?
Pulcherja. Doktor mi mówił, który tam leczy.
Fikalski. A, w takim razie cieszcie się panie, możecie się nazwać szczęśliwemi, bo we środę jestem na wasze usługi.
Janina. Ach, jaki pan dobry.
Kamilla. A przyprowadzisz nam pan kawalerów?
Fikalski. Ile tylko panie zechcą.
Kamilla (patrząc na Adolfa, czy widzi jej radość). Ach, to dobrze.
Janina. I będzie pan łaskaw prowadzić tańce?
Fikalski (kłania się głęboko). Pani! Będę się starał godnie odpowiedzieć położonemu we mnie zaufaniu. Na ile par obliczony wieczorek?
Janina. Ja myślę, że będzie może koło szesnastu (do Pulcherji). Prawda?
Pulcherja. Tak, najwyżej szesnaście.
Fikalski (poważnie). No, w szesnaście par to już da się coś zrobić, jakich kilka figur większych, (namyśla się chwilkę, potem podnosząc głowę) a rozmiary sali?
Janina (wskazując pokój). Jak pan widzi.
Fikalski (zdziwiony). Tu?
Janina. Tak, to nasz jedyny salonik.
Fikalski (z powagą potrząsa głową). To pani, czyste niepodobieństwo.
Janina. Jakto? Dlaczego?
Fikalski. Proszę pani, co tu można zrobić w takim miniaturowym saloniku? Zaledwie krzyż najprostszy, ósemkę i coś tam jeszcze; no a gdzie wąż, ulica, ułańska figura, bramki, krzyż podwójny? Tu ani marzyć o czemś podobnem nie można.
Telesfor. Proszę pana, a czy to konieczne takie wymysły. Wszak idzie tylko o to, żeby sobie młodzi poskakali.
Fikalski (z powagą). Ja nie umiem panie inaczej urządzać zabawy. Moja fantazja choreograficzna, jak koń stepowy, potrzebuje przestrzeni, perspektywy, światła.
Janina. Cóż więc zrobimy?
Fikalski. Czy nie macie państwo jakiego większego pokoju?
Janina. Jest jadalny.
Fikalski. No, toby przerobić go na bawialny.
Janina. Ach panie, coby tu było kłopotu, rujnacji, trzebaby nowe tapety.
Fikalski. To darmo pani. Jeżeli idzie o to, żeby wieczór się udał, to wszystkie inne względy ustąpić powinny.
Władysław. Ależ kolego, dla jednego wieczoru, czy to warto?
Fikalski. Dla panów wydaje się taki wieczór drobnostką, bo panowie zapatrujecie się na taniec, jako na zwykłą zabawkę, nie prawda?
Telesfor. No, bardzo naturalnie. (Pulcherja zbliża się do Janiny).
Fikalski. A widzi pan, gdy tymczasem ja zapatruję się na tę rzecz z całkiem innego stanowiska. Dla mnie taniec, to jeden z najważniejszych czynników społecznych, jako najdzielniejszy środek rozbudzenia życia towarzyskiego, kojarzenia związków rodzinnych — mówię tu o małżeństwach, które jak panom wiadomo, zawiązuje się przeważnie na balach — a w końcu jako neutralny teren, na którym spotykają się i zbliżają do siebie ludzie najrozmaitszych przekonań, wyznań etc.
Telesfor (z ukrytym uśmiechem do Władysława). Co ten plecie?
Fikalski. Będę miał nawet parę odczytów w tym przedmiocie.
Telesfor (z ukrytym uśmiechem). Odczyt o tańcu?
Fikalski (z dumą). Tak panie, w połowie postu, na rzecz moralnie zaniedbanych kobiet.
Pulcherja (do Janiny, z którą przed chwilą rozmawiała po cichu). Trzeba zrobić, skoro chce tego, bo inaczej gotów się cofnąć.
Janina. No, to może będzie pan łaskaw zobaczyć ten pokój i osądzić sam.
Fikalski. Służę pani — gdzież to?
Janina (wskazując na lewo). Tam proszę pana (do Pulcherji). Może i pani?
Pulcherja. To się rozumie (idzie z Janiną i zwracając się do Kamilli woła ją). Kamilko! (wychodzi do pierwszych drzwi na lewo z Janiną i Fikalskim).
Kamilla (przy drzwiach, widząc że Adolf za nią nie idzie). Panie Adolfie, no, a pan?
Adolf. Ja także do komisji rozpoznawczej? (Idzie za nią). Taki zaszczyt.
Kamilla. Tylko bez tych żartów, bardzo proszę (wychodzą).
Telesfor (idzie na prawo do fotelu, parskając głośnym śmiechem). A niechże go kule biją... taniec jako najważniejszy czynnik społeczny... niech go nie znam (upada ze śmiechu na fotel). Małom się nie udusił ze śmiechu! Ha! ha! człowiek panie w życiu tyle ładnych dziewcząt naobracał i nigdy mi nie przyszło na myśl, że oddaję tem także ważne usługi ludzkości.
Władysław (z uśmiechem). Tak, tak wuju, my teraz wszystko robimy dla jakiejś idei, traktujemy każdą rzecz poważnie, ze stanowiska naukowego. Objadamy się z mikroskopem w ręku i z podręcznikiem chemii organicznej w kieszeni; upijamy się, analizując zawartość i składniki płynów, które wlewamy w siebie; tańczymy ze świadomością celów, dla których tańczymy; poruszamy się, spiemy, oddychamy ściśle według zasad hygieny, słowem: żyjemy na serjo, umiejętnie.
Telesfor. A niech was kule biją z waszemi umiejętnościami. Myśmy tego wszystkiego nie znali, a byliśmy zdrowsi, niż wy z waszemi analizami, chemijami, djabłami. Czy to słyszana rzecz, żeby ktoś do tańca zabierał się z takiemi ceregielami? Zeszło się panie trochę młodych panienek i kawalerji, zagrał kto bodaj na grzebieniu i hulaj dusza. To też myśmy się bawili całą duszą, z ogniem, aż miło wspomnieć sobie panie dzieju!

SCENA V.
TELESFOR, WŁADYSŁAW, WICHERKOWSKI.

Władysław. A! Pan Wicherkowski! Szukasz pan zapewne swojej żony (wita go). Jest, jest, nie zginęła!
Wicherkowski. Wiem o tem. Weszła tutaj o trzy kwadranse na piątą i minut cztery.
Telesfor. Na minutę nie chybił.
Wicherkowski. A w małe pół godziny potem wszedł za nią Fikalski. A co? Czy tak?
Władysław. Jesteś pan może zazdrosny o Fikalskiego?
Wicherkowski. Ja zazdrosny? Uchowaj Boże. Ja o nikogo nie jestem zazdrosny, ja tylko czuwam nad moją żoną jak oko opatrzności, bo każda kobieta jest słabą i ułomną istotą i potrzebuje ciągłej opieki mężczyzny. Przepraszam pana, czy tam jest kto więcej z nimi?
Władysław. Jest, jest, nie bój się pan, jest i żona i Kamilla i Adolf.
Wicherkowski. To już dobrze, to już dobrze, bo uważa pan, ten Fikalski zaczyna mi się niepodobać.
Telesfor. Daj mu pan pokój, jemu tylko taniec w głowie.
Wicherkowski. Właśnie widzi pan, uważam, że za wiele tańczy z moją żoną.
Telesfor. No i cóż w tem złego, że sobie tam walczyka, albo poleczkę...
Wicherkowski. Niech Bóg broni, moja żona nie tańczy nigdy żadnych wirowych tańców.
Telesfor. A to dlaczego?
Wicherkowski. Dlaczego? pan się jeszcze pyta?
Telesfor. No, bo dalibóg nie rozumiem.
Wicherkowski. Proszę pana, co byś pan zrobił, gdybyś tak wszedłszy nagle do pokoju, zastał jakiego mężczyznę, któryby trzymał w objęciach, ot tak (bierze go jak do tańca) pańską żonę? No, cobyś pan zrobił?
Telesfor (śmiejąc się). Czy ja wiem, kiedy ja nigdy żony nie miałem.
Wicherkowski (puszcza go). A prawda, pan kawaler (do Władysława). No, ale pan, cobyś powiedział? A czy w tańcu dzieje się co innego? Jakiś pierwszy lepszy facet bierze sobie pańską żonę bez ceremonji i wywija nią jak pomietłem po całej sali, to w lewo, to w prawo, to w tył, to naprzód, jak mu się żywnie podoba.
Telesfor. E, gdybyśmy tak wszystko skrupulatnie brali. Skoro taki zwyczaj.
Wicherkowski. Zwyczaj najniemoralniejszy proszę pana, który powinien być policyjnie zakazany. Bo pomyśl pan tylko, co taki zbrodniarz może przez ten czas biednej kobiecie do ucha nagadać, nie mówiąc już o uściskach. Dlatego moja żona nigdy nie tańczy wirowych tańców, bo tam wszelka kontrola dla męża staje się niemożebną.
Władysław. No i żona pańska zgadza się na to?
Wicherkowski. Bo ja jej nie zabraniam, tylko doktor.
Władysław. A, rozumiem.
Wicherkowski. Niby pod pozorem, że jej to może spowodować uderzenie krwi do głowy, zawrót a nawet apopleksję.
Telesfor. Mądry szpaczek z pana.
Wicherkowski. To mój system panie, niby niewidzialna ręka opatrzności usuwam jej z drogi wszelkie pokusy, jak to ta kościelna pieśń powiada: Aniołom twoim każę cię pilnować.
Telesfor. Byś snać o kamień nie obraził nogi.
Wicherkowski. Otóż ja jestem takim aniołem dla mojej żony. Oddałem się temu duszą i ciałem, to panie mój żywioł, moja pasja, moja ambicja. Inni mają ambicję zostania posłem, radcą, sławnym człowiekiem, ja mam ambicję być aniołem stróżem mojej Pulcherji.
Władysław. No, ale po tylu latach mógłby pan już sobie trochę oszczędzić tego stróżowania. Pańska żona jest już w tym wieku (siada).
Wicherkowski (siada). O! to się pan grubo mylisz, to panie wiek najniebezpieczniejszy. Kobieta jak owoc, im dojrzalsza, tem skłonniejsza do upadku. Dlatego wymaga podwójnej opieki. Ot, nie dawniej, jak zeszłego tygodnia proszę panów, wracaliśmy nocnym pociągiem z Tarnowa, w towarzystwie niejakiego Malinowskiego.
Telesfor (żywo ruszywszy się na stołku). Malinowski, Władziu, czy to nie ten...
Wicherkowski. Znacie go? Bardzo skromny i przyzwoity młodzieniec, i nigdy nie patrzy na kobiety. O! bo ja uważam na to. Ale był tam drugi, który usadowił się vis a vis i od czasu do czasu łyp oczami na moją Pulcherję. Myślę sobie: źle, baczność, trzeba być ostrożnym.
Telesfor. No i miejże tu żonę. Człowiek nawet nocy nie może mieć spokojnej.
Wicherkowski. To nic. Słuchajcie panowie co się dalej stało. Jedziemy — lampa świeci coraz słabiej, słabiej, nareszcie gaśnie... no, rozumie się, bo tym panom kolejnikom chodzi więcej o naftę jak o moralność. Co ich to obchodzi, że tam czyjaś żona...
Telesfor (zaciekawiony). No, no, cóż dalej?
Wicherkowski. Jak przewidziałem, młodzik rozpoczął atak: wysunął naprzód jedną nogę w stronę, gdzie siedziała moja żona. Chciał jej zbrodniarz tą drogą zatelegrafować swoje uczucia; ale ja depeszę przejąłem na koniec mojego buta i odtelegrafowałem nawzajem.
Telesfor (śmiejąc się). A niechże pana nie znam!
Władysław. Byłeś pan rodzajem konduktora elektrycznego asekurującego żonę.
Wicherkowski. Właśnie. Po jakimś czasie ośmielony tą pobłażliwością moją, a względnie mojej żony, idzie krok dalej, bo wysunął rękę wśród ciemności.
Telesfor. W stronę pańskiej żony?
Wicherkowski. Tak, i spotyka po drodze moją. On mnie ściska, ja jego i tak ściskamy się przez parę stacji; aż w Bochni, gdy latarnie dworca oświetliły wnętrze naszego wagonu (z mocą) ścisnąłem go panie na ostatku tak, że mu pewnie na długo odejdzie ochota do sięgania po cudzą własność.
Władyław. I cóż on na to?
Wicherkowski. Nic, poszedł sobie jak zmyty, a moja Pulcherja tymczasem w błogiej nieświadomości o niebezpieczeństwie, jakie zagrażało jej cnocie, rozmawiała sobie najspokojniej z Malinowskim. Widzicie panowie, to mój system.
Telesfor. Dobry, nie ma co mówić!

Władysław (z uśmiechem). Tylko czy praktyczny?

SCENA VI.
CIŻ — JANINA — FIKALSKI.

Janina (wchodząc z lewej). Więc skoro pan utrzymuje, że to konieczne...
Fikalski (idąc obok niej). Niezbędne pani dobrodziejko.
Janina. To zrobimy jak pan radzisz, a! pan Wicherkowski?
Wicherkowski. Całuję rucie pani dobrodziejki (z naciskiem). Witam pana, panie Fikalski (do Telesfora). Uważasz pan jak zbladł.
Telesfor. Nie widać tego jakoś!
Wicherkowski. Bo pan nie masz takiego oka jak ja. Przedemną nic się nie ukryje.
Fikalski (do Janiny nieco w głębi). Niech pani będzie spokojną. Skoro ja mówię, że się bal uda, to się udać musi. Już to moja w tem rzecz. Żegnam panie (do panów). Moje uszanowanie (wychodzi).
Wicherkowski. O jakim to on balu mówił?
Władysław. U nas. Dajemy wieczorek tańcujący.
Janina. Spodziewamy się, że pan nam nie odmówisz, pani Pulcherja już przyrzekła.
Wicherkowski (do Władysława). Jakto? pan dajesz wieczory tańcujące u siebie? Chcesz prowadzić otwarty dom? (z powagą). Nie radzę panu, będziesz tego żałował.
Janina. A to ślicznie buntować mi męża.
Wicherkowski. Pani dobrodziejko, robię to w interesie samej pani, dla jej własnego spokoju.
Władysław. Przecież sam pan bywasz z żoną po balach.
Wicherkowski. Ba, ba, to gruba różnica, bywać a dawać. Na balu proszę państwa, jak mi się coś nie podoba w postępowaniu mojej żony, albo widzę, że młodzież zbytecznie jej nadskakuje, dostaję nagle gwałtownej migreny, albo innej jakiej nieszkodliwej słabości i historja skończona. Gdy tymczasem u siebie pozwolić sobie tego nie można, za drzwi także nie wypada wyrzucić zaraz każdego kto mi się nie podoba, tylko trzeba cierpieć i jeszcze karmić i poić tych, co mi krew psują. Dlatego ja z zasady nie przyjmuję nikogo, żeby uchronić mój dom od tej strasznej szarańczy, jaką są kawalerowie.
Telesfor (z głębi, gdzie nakłada fajkę). No, no, tylko tam ostrożnie o kawalerach, bo to i ja kawałek kawalera.
Wicherkowski (klepiąc go). He, he, pan dobrodziej liczysz się już do nieszkodliwych.
Telesfor (z udanym gniewem). Co? — Władziu, słyszysz ty, co mi ten tu za impertynencje gada. Ejże, nie wywołuj pan wilka z lasu, bo ci pokażę, co umiem, jak ci własną żonę zbałamucę.
Wicherkowski. Na pana dobrodzieja, tobym się jeszcze zgodził. Ale ci młodzi, to zbrodniarze panie dobrodzieju, którzy czyhają na cudzą własność. Ja, gdybym był ministrem skarbu, to bym panie tych zbrodniarzy wszystkich opodatkował, i to grubo. Każdy panie kawaler od dwudziestu, co mówię od szesnastu, bo i ci już także teraz zaczynają być niebezpiecznymi, musiałby od kawalerstwa płacić podatek, i to co rok większy, dopókiby się nie ożenił, albo nie doszedł do wieku, w którym kawaler przestaje już być niebezpiecznym. Byłby to rodzaj cła ochronnego dla instytucji małżeńskiej.
Janina (siedząc na kanapie). Ja sądzę, że najlepszą jej ochroną jest miłość wzajemna. Potrzeba przecież także panie Wicherkowski liczyć trochę na uczciwość żon, na ich charakter.
Wicherkowski. Pani dobrodziejko, często najuczciwsza kobieta staje się ofiarą ich przewrotności i pyszałkostwa. Ot, nie dawno, w którymś handelku niejaki pan, nazwijmy go X, siedząc w osobnym gabinecie usłyszał, jak przez ścianę jakiś młodzik chwalił się w gronie swoich przyjaciół, że pani X zaszczyca go swoimi względami, że go kokietuje w teatrze, że podczas kadryla ściskała mu rękę, że itd. itd. To był fałsz wierutny, bo pani X jest godną niewiastą i oprócz tego, że się zanadto dekoltuje, opinja publiczna nie ma jej nic do zarzucenia. No ale cóż wypadało robić mężowi, który słyszał szarpany w ten sposób honor żony? Rad, nie rad, musiał wyzwać śmiałka.
Janina. Pojedynek?
Władysław. No, ja sądzę, że mu nic innego nie zostawało.
Wicherkowski. Co mogło się stać najgorszego. Pan X jest ciężko ranny i lekarze wątpią podobno o jego życiu.
Janina. Ależ to okropne! I to dla jakiegoś tam smarkacza, pyszałka...
Wicherkowski. A widzi pani!

SCENA VII.
CIŻ — KAMILLA — później ADOLF — PULCHERJA.

Kamilla (wychylając głowę). Janinko!
Janina. A co tam?
Kamilla. Jest tu do ciebie interesik. — Dobry wieczór panie Wicherkowski.
Wicherkowski. A sługa.
Kamilla. Zaraz panom służyć będziemy, za chwileczkę (chowa się, za nią wchodzi Janina).
Wicherkowski (do Władysława). Uważałeś pan, jakie to na pańskiej żonie zrobiło wrażenie? Choć między nami mówiąc, cała ta historja jest zmyślona.
Władysław. Co?
Telesfor. Nie prawdziwa?
Wicherkowski. Od początku do końca. Ale to mój system. Od czasu do czasu komponuję takie opowiadania moralne, zastosowane do okoliczności dla zbudowania mojej żony. To bardzo dobry skutek robi. Zobaczysz pan, że po tem opowiadaniu, pańskiej żonie odechce się balów i zabaw, zobaczysz pan, to mój system.
Janina (wchodzi z lewej, za nią Kamilla, Adolf, Pulcherja). Więc mężusiu, rzecz już ułożona, idzie tylko o twoją aprobatę.
Władysław. O co takiego?
Janina (głaszcząc go po twarzy). Żebyś nam pozwolił salę jadalną przemienić na balową.
Władysław (do Wicherkowskiego). Słyszysz pan? (śmieje się).
Telesfor (śmiejąc się także). A toś ją pan przekonał doskonale.
Janina (zdziwiona). Z czego się panowie śmiejecie.
Władysław. Nic, nic — z systemu pana Wicherkowskiego.
Telesfor (j. w.). A bodaj go z jego systemem.

Kurtyna zapada.
Koniec aktu I.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michał Bałucki.