Dekabryści/Część trzecia/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

»Dobrze, wszystko jest dobrze« — myślał Golicyn, patrząc na brudną zieloną ścianę.
Długa, wąska, ciemna, bez okien izba, coś w rodzaju komórki z nawisłym pułapem, oświecona tylko oszklonemi drzwiami, wychodzącemi na korytarz. Był to odwach, tak zwana Hauptwacha w zimowym pałacu, na parterze. U drzwi na korytarzu stało czterech wartowników, którzy zaglądali wciąż przez szyby, to samo robili i przechodnie. Golicynowi tak dokuczyło to zaglądanie, że odwrócił się plecami do drzwi i patrzył w ścianę.
Drugą już noc spędzał na twardem, kulawem, słomianem krześle, owijając się płaszczem i drżąc od chłodu. Nogi mu drętwiały, bolały krzyże, chciał położyć się na starej, obitej skórą kanapie, lecz natychmiast pchły go oblazły. Próbował kłaść się na podłodze, podłożywszy płaszcz — lecz od drzwi i od obmarzłych jeszcze szczap drzewa, zwalonych obok nieopalonego pieca, wiało takim chłodem, że bał się zaziębić, bo nie był jeszcze całkiem zdrów. Znów więc zasiadł na krześle, godząc się z losem.
— Dobrze i tak, wszystko dobrze! — powtarzał sobie w duchu.
Przypomniał, jak wczoraj, gdy prowadzili go pod konwojem na odwach, a on potknął się na ciemnych schodach, jeden z konwojowych uderzył go kolbą w plecy. Obejrzał się i sobaczył żołnierza młodego gołowąsa z perkatym nosem, bez brwi, który też spojrzał na niego z podełba, małemi, głęboko osadzonemi oczkami, posępnie, lecz bez złości.
— No! a ty się czego gapisz, sukinsyn, nie plącz nogami i marsz dalej.
— I to dobrze! — pomyślał Golicyn, wspominając ten moment.
A gdy wprowadzono go na odwach, dyżurny feldfebel, cuchnący tytoniem i wódką, obszukiwać go począł drobiazgowo. Tłuste palce, obrosłe rudym włosem i upstrzone piegami, pełzały po ciele jego, macały, szczypały. Odebrał mu medalion z miniaturą Zofii Naryszkin; związał w tył ręce powrozem, który wpijał się w ciało. Nazajutrz dopiero któryś z dyżurnych oficerów zlitował się i kazał go rozwiązać, ale ręce bolały go jeszcze. Golicyn podniósł rękę i oglądał czerwone pręgi, ślady powrozu. — I to dobrze — pomyślał.
Myśl jego pobiegła do Marynki. Ona już nie Marynka, a księżna Marya Golicyna. Rozradowała go ta świadomość. Sam jeszcze nie rozumiał, jak się to wszystko stało.
— Jutro nasz ślub! — oświadczyła mu pewnego wieczora.
Dziwił się, że tak prędko i prosił, aby poczekać, lecz ona o niczem słyszeć nie chciała, postanowiła że jutro i tak się stało. Wszystko już dawno obmyśliła i przygotowała z pomocą Fomy Fomicza w sekrecie przed mamą i nawet przed narzeczonym. Nawet nikt ze służby nie wiedział prócz starego stróża, Ananyasza Wasylicza. Babunia leżała chora, a Nina Lwowna, pojechała rankiem jeszcze na drugi koniec miasta, do jakiejś dawnej przyjaciółki. Staruszek kapelan inwalidzki, z Siemienowskich koszar, niegdyś kolega pułkowy Fomy Fomicza, Ojciec Stafiej, mistrz w kojarzeniu związków małżeńskich w wyjątkowych warunkach, dał im ślub w domowej kaplicy w domu babuni.
Golicyn uległ posłusznie, lecz nic nie rozumiał. W czasie ślubu sterczał, jakby kij połknął — żartował Foma Fomicz. W małej domowej kapliczce, duszno było od świec i kadzideł, głowa mu krążyła i bał się, że osłabnie.
Znużony położył się wcześnie i zasnął głęboko. Gdy tak spał, Marynka weszła cichutko na palcach i obudziła go pocałunkiem. Nigdy jeszcze tak nie całowała, czuł, że w pocałunku tym oddawała mu duszę.
— Teraz wszystko dobrze! rozumiesz! — szepnęła mu na ucho, i wybiegła, zanim się opamiętał, cicho na palcach do maminej sypialni! A on zasnął mocno, słodko i głupio, czując, że głupio jest spać w taką noc.
A następnego wieczora aresztowano go. Szulgin, który przyjechał z feldjegrem i czterema konwojowymi, wyprowadził aresztanta do sieni. Marynka wybiegła za nim i ledwie zdążyła, objąć go, przeżegnać i szepnąć na ucho:
— O mnie się nie bój, myśl tylko o sobie, niech cię Matka przeczysta broni.
A gdy już schodził po schodach, przegięła się przez poręcz i spojrzała na niego, a we wzroku jej nie było ani strachu, ani żałości, tylko bezgraniczna miłość. Do czegoś podobne były te oczy, wciąż myślał, lecz nie mógł sobie uprzytomnić.
Znudziło mu się wreszcie patrzeć na ścianę, odwracał się do stołu i oparty na łokciach zadrzemał.
— Marynko, mateczko! — powtarzał, usypiając, tak samo jak w czasie choroby i zdało mu się, że ona go bierze na ręce, huśta i kołysze.
Obudził się od brzęku szabel i dzwonienia ostróg, myślał, że spał długo, choć trwało to zaledwie dziesięć minut, była dziewiąta godzina wieczorem.
— Zaprowadzić aresztanta do cesarza — zabrzmiał czyjś rozkaz.
Okrążyli go konwojowi i powiedli nieskończenie długim korytarzem i schodami. Przeszli następnie szereg sal, obwieszonych obrazami; Golicyn poznał, że znajduje się w Ermitażu. W największej sali gorzało tak wiele świec, że zadał sobie pytanie:
— Cóż to? Bal?
Tuż potem doszedł do wniosku, że to jasne światło służyć miało do śledzenia najdrobniejszych drgnień na twarzy aresztowanych, w czasie przesłuchania. W dole światło, a w górze przez oszklony sufit ziała bezdenna czarność nocnego nieba.
W rogu przy ścianie, pod Rodziną Świętą Dominiquina, za rozłożonym stolikiem od kart, zarzuconym papierami, siedział młody człowiek w mundurze lejbgwardzisty i husarskiego pułku, t. j. w obcisłej czerwonej kartce, suto szamerowanej złotem, z naszywkami oznaczającemi wysoką rangę. Był to jenerał-adjutant Lewaszew.
Konwojowi przyprowadzili Golicyna przed ów stolik; dwóch zostało u drzwi z obnażonemi szablami.
— Proszę, usiądźcie książę — rzekł Lewaszew, wskazując ręką krzesło. — Spotkaliśmy się, zdaje mi się, kiedyś u waszego wuja księcia Aleksandra Michajłowicza — przemówił po francusku takim tonem, jakby siedzieli naprzeciw siebie nie jak aresztant i sędzia śledczy, lecz jak dwaj goście, którzy spotkali się w znajomym domu.
— Służyliście książę w wojsku?
— Służyłem.
— W którym pułku?
— W Preobrażeńskim.
— Czy dawno wzięliście dymisyę?
— Przed dwoma laty.
Golicyn patrzył na Lewaszewa. Twarz nie zła i nie dobra, tylko obojętna, oczy ani głupie ani zbyt mądre, a tylko trochę przebiegłe. Światowy, przykładny młodzieniec, lichy zapewne huzar, a wyborny tancerz. Dobry zapewne chłopak, z tych co sami lubią żyć i drugim żyć dają.
Golicyn podniósł rękę i pokazał mu czerwone pręgi od sznurów.
Lewaszew zmarszczył się.
— Znowu przesolili, a ile im razy nakazywałem...
— Czy u was tu wszystkim związują ręce?
— Prawie że wszystkim, taki już porządek; cóż chcecie, na odwachu.
— Czyż to cyrkuł?
— Coś w tym rodzaju.
— A czy to wolno robić z pałacu cyrkuł policyjny?
Lewaszew nic nie odrzekł.
— No, a teraz przystąpimy do rzeczy — zaczął po chwili Lewaszew, a wyraz twarzy jego zmienił się i stał się urzędowy nie srogi, a znudzony i jakby niechętny, rozumiał widocznie, że robota niezbyt czysta. Położył przed sobą arkusz papieru i umoczył pióro w kałamarzu.
— Czy raczyliście złożyć przysięgę cesarzowi Mikołajowi Pawłowiczowi.
— Nie przysięgałem.
— Dlaczego?
— Bo przysiędze tej towarzyszą także obrzędy i zaklęcia, które uważałem za niewłaściwe.
— I nikomu nie będziecie przysięgać?
— Nikomu.
— Jakże tak bez przysięgi? Przecież w Boga wierzycie.
— Wierzę.
— A przysięga od Boga.
— Nie, nie od Boga.
— No, spierać się nie będę, czy tak mam zapisać.
— Tak zapiszcie.
Twarz Lewaszewa przybrała jeszcze obojętniejszy wyraz.
— Wy sobie bardzo szkodzicie książę, bardzo, pomyślcie jeszcze.
— Ja panie jenerale całe życie o tem myślałem.
— I toście obmyślili?
— Właśnie to.
Lewaszew uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Z przyzwyczajenia pokręcił cienkiego wąsika i zapisał odpowiedź Golicyna.
Pytał dalej tonem bardziej jeszcze znudzonym.
— Należeliście do tajnego związku?
— Należałem.
— Jakie szczegóły wiadome są wam z działalności związku?
— Żadne.
Lewaszew milczał chwilę, spojrzał na swoje pióro, zdjął z niego jakiś pyłek i podniósł oczy na Golicyna.
— Nie sądźcie książę, aby władze nie wiedziały o niczem. Mamy dokładne zeznania naocznych świadków, stwierdzające, że wypadki 14 grudnia przygotowane były dawno i wybuchnąć miały jeszcze za poprzedniego panowania, godząc w nieboszczyka cesarza. Jeśli życzycie, mogę przytoczyć wam szczegóły zamierzonego przez was carobójstwa. Przeszłego roku odbyło się w mieszkaniu tutejszego literata Rylejewa zebranie, na którem przedstawiciel Tulczyński południowego zawiązku podpułkownik Pestel, proponował wytępienie wszystkich członków carskiej rodziny. Czy wiecie co o tem?
— Nie! Nie wiem.
— A kto to odpowiedział Pestelowi: Zgadzam się z wami całkowicie.
— Także nie wiem.
— A może raczycie przypomnieć.
— Nie! Nie pamiętam.
— Niedobrą pamięć macie, książę — uśmiechnął się Lewaszew, podkręcając machinalnie wąsa. — Więc ja wam przypomnę, że to są wasze słowa. A teraz czy nie zechcielibyście wymienić tych stowarzyszonych, którzy byli na owem żebraniu?
— Wybaczcie, panie jenerale, lecz tego żadną miarą nie mogę zrobić.
— Dlaczego?
— Dlatego, że wstępując do związku, przysiągłem że nikogo nie zdradzę.
Lawaszew odłożył pióro i odchylił się w tył na poręcz krzesła.
— Posłuchajcie, Golicyn! Im dłużej będziecie się zapierać, tem gorzej dla was! Chcecie ratować waszych towarzyszy, lecz nikogo nie uratujecie, a siebie zgubicie. Powtarzam wam, że władze i tak już wiedzą wszystko, a szczere przyznanie z waszej strony potrzebne jest wyłącznie dla was samych i jest jedyną dla was drogą zjednania sobie miłosierdzia cesarza.
Wypowiedziawszy te słowa, widocznie wyuczone, Lewaszew zapytał jeszcze:
— No i dlaczego milczycie? Nie chcecie nic powiedzieć?
— Nie chcę.
— Więc zmuszą was do mówienia, łaskawy panie. Spełnić muszę obowiązek sędziego i przypomnieć wam, że w Rosyi stosuje się w śledztwie torturę — rzekł Lewaszew, wymawiając z naciskiem każde słowo.
— Bardzo wam wdzięczny jestem, wasza wielmożność, za to ostrzeżenie, lecz czuję się w obowiązku zwrócić waszą uwagę, że teraz tem bardziej nikogo nie wydam — odparł Golicyn, patrząc mu prosto w oczy, a w duszy pomyślał: »Dobry chłopak, a jeśli naczalstwo rozkaże, gotów pięty przypiekać«.
Pour cette fois je ne vous parle pas comme un juge mais comme un gentilhomme votre egal — zaczął Lewaszew, wracając do poprzedniej uprzejmości. — Nie rozumiem, doprawdy, książę, skąd ta ochota robienia z siebie męczennika dla ludzi, którzy was sprzedali.
— Nie rozumiecie, wasza wielmożność, skąd ochota nie robienia z siebie nikczemnika? — spytał Golicyn.
Lewaszewa nieco to uraziło, lecz dobry chłopak nie wziął zbytnio do serca obrazy, rozumiejąc dobrze, że aresztant w położeniu Golicyna nie usposobiony jest do prawienia grzecznostek.
— Bądźcie łaskawy książę przeczytać i podpisać — rzekł — podsuwając Golicynowi protokół przesłuchania.
Golicyn spojrzał i stwierdził, że jenerał pisze, jak szewc i podpisał, nie czytając.
Lewaszew wstał, rozprostował członki, przez co obcisła jego husarska kurtka, opięła się bardziej jeszcze na ciele, odlewając dosłownie kształtną jego figurę. Nie ślęczyć bo takiemu gładyszowi nad papierami, a przystałoby mu raczej tańczyć mazura w sali balowej z pięknemi paniami, lub gnać jak wicher w płomiennym zamęcie bitwy.
Pociągnął za sznur od dzwonka, na co wbiegł feldjeger, wówczas wskazał Golicynowi stojący obok biurka, zielony, jedwabny parawan.
— Zechciejcie potrudzić się tam i poczekajcie za parawanem.
Wyszedł z feldjegrem, a Golicyn usiadł na wskazanem miejscu.
Wkrótce potem otworzyły się drzwi w drugim końcu sali i wszedł ktoś. Kto, poznać nie było można z poza parawanu, lecz po głosach zmiarkował Golicyn, że to dwie osoby.
Rozmawiali, chodząc, aż podeszli do stolika, przy którym zatrzymali się. Oni także nie widzieli Golicyna, on zaś słuchał, co mówią.
— Ja składałem zeznania, nie kierując się rozumem, a tylko w porywie wdzięczności serca dla jego cesarskiej mości dlatego wyznałem niejedno, czegoby drudzy nie powiedzieli.
Na chwilę głos zacichł, a potem Golicyn posłyszał znowu.
— Łatwo samemu zginąć wasza wielmożność, ale stać się przyczyną zguby drugich, męka nie do zniesienia.
Golicyn poznawał niby i nie poznawał. Czyj to głos? Wstał z krzesła, zbliżył się na palcach do brzegu parawanu i wyglądnął.
Rozmawiający stali do niego plecami zwróceni, jednego nie widział, lecz w drugim poznał Benkendorfa. Potem dostrzegł i drugiego, wierząc i nie wierząc własnym oczom.
— Bądźcie spokojni przyjacielu! Cesarz daruje wszystkim — odrzekł Benkendorf i wziąwszy pod rękę tamtego, przeszedł z nim tuż koło parawanu.
Golicyn zobaczył w przechodzie twarz drugiego człowieka. Spojrzeli sobie oko w oko. Był to Rylejew.
Opadł na krzesło i ciemno mu się zrobiło w oczach, jakby opłynęła go nagle bezdenna czarność, ziejąca z góry przez oszklony sufit.
— Proszę was — rzekł po chwili Lewaszew, zaglądając za parawan.
Golicyn wstał i wyszedł ze swej kryjówki, a z drugiego końca sali zbliżał się do niego cesarz.
Twarz zastygła, blada, jakby z marmuru wykuta, szła oto na niego, a Golicyn uprzytomnił sobie jak wtedy pod kartaczami na senackim placu, biegł z pistoletem w ręku, aby zabić zwierza.
Stanąwszy przy stoliku, cesarz zmierzył aresztanta oczyma od stóp do głów i wskazał palcem protokół spisany przez Lewaszewa, który trzymał w ręku.
— Co to? Coście tu nabredzili? Pytają was o fakta, a wy zbywacie sąd prawieniem niedorzeczności. »Przysięga nie od Boga«. A czy znane są wam mój panie nasze ustawy? czy wiecie że za to?
Tu przesunął ręką po szyi, znaczącym gestem.
Golicyn uśmiechnął się, co mu zrobić miał ten człowiek gorszego od grozy, jakiej przed chwilą doznał.
— Czego się uśmiechacie — spytał cesarz, chmurząc się.
— Dziwię się wasza cesarska mość! Należało mi grozić najpierw śmiercią, a potem torturą, wszak tortura gorsza jest od śmierci.
— Któż wam groził męką? — spytał cesarz.
— Jego wielmożność — odparł Golicyn, wskazując na Lewaszewa.
Mikołaj spojrzał na Lewaszewa, Lewaszew na Mikołaja, a Golicyn na obu.
— Patrzcie, jaki odważny — rzekł Mikołaj — to na tym świecie nie boicie się niczego, a cóż na tamtym? Czeka was potępienie wieczne. Czy z tego się śmiejecie? Wiec chyba nie jesteście chrześcijaninem? Co?
— Chrześcijaninem jestem, wasza cesarska mość i dla tego właśnie powstałem przeciw samowładzy waszej.
— Samowładza od Boga pochodzi, car pomazaniec Boży, na Bogaście powstali.
— Nie! Na zwierza.
— Jakiego zwierza? Co za brednie?
— Człowiek, który z siebie Boga robi, zwierzem jest — przemówił Golicyn cicho i z przejęciem, jakby wymawiał jakieś zaklęcie i pobladł od radości, bo zdało mu się, że słowami temi zabija zwierza.
— Ach nieszczęsny! — przemówił cesarz, kiwając głową — od mędrkowania rozum się wam zaćmił. Oto do czego prowadzą piekielne pomysły, płynące z samolubstwa i pychy. Mnie was żal, po co się gubicie? czyż nie widzicie, że ja wam dobrze życzę — przemówił po chwili łaskawym tonem. — Czemu nic nie mówicie? — dodał jeszcze łaskawiej, biorąc go za rękę — wszak wiecie, że ja wszystko mogę, mogę nawet darować wam.
— Otóż w tem właśnie bieda, wasza cesarska mość, że wy wszystko możecie. Bóg na niebie, a wy na ziemi, to właśnie jest robieniem z człowieka Boga.
W tej właśnie chwili przypomniał sobie Rylejewa i wzdrygnął się.
Cesarz odrazu pojął, że nic nie zdoła wydobyć a Golicyna, przesłuchiwał go tęż niechętnie, dla formy tylko, żeby mieć czyste sumienie. Nie rozgniewał się. Po całomiesięcznych ćwiczeniach doszedł już do tego, że na nikogo i na nic nie gniewał się w czasie przesłuchiwania. Lecz dokuczyło mu już to wszystko, radby był skończyć.
— No, dość już mielenia głupstw — krzyknął cesarz z nagłem grubjaństwem — odpowiadajcie jak należy.
— Mówiłem już jego wielmożności jenerałowi Lewaszewowi, że dałem...
— Co mi tu wyjeżdżacie z waszym jenerałem, z waszem szubrawem słowem — krzyknął cesarz.
»Tamten pisze jak szewc, a ten łaje jak szewc« — pomyślał Golicyn.
— Nie chcecie więc mówić? Nie chcecie, ostatni raz was pytam, nie chcecie?
Golicyn milczał.
Twarz cesarza zmieniła się w oka mgnieniu, opadła z niej maska, ustępując miejsca nowej. Twarz jego stała się groźna, blada jak z marmuru wykuta; Apollo Belwederski, miażdżący Tyfona. Odstąpił na krok, wyciągnął rękę i krzyknął:
— Zakuć go tak, żeby i drgnąć nie mógł.
W tej chwili wszedł Benkendorf, cesarz odwrócił się ku niemu i na wdział nową maskę.
»Biedny mały, biedny Niks, votre katorżnik du palais d’hiver«.
Benkendorf szepnął coś Mikołajowi na ucho, a ten, nie patrząc już na Golicyna, jakby zapomniał o nim wyszedł z sali.
— Raczcie tu zaczekać — przemówił znów Lewaszew, wskazując krzesło za parawanem.
Golicyn usiadł, spokojny już i ucieszony.
»No i dobrze, wszystko dobrze« — powtarzał w duchu. — Skąd ochota być męczennikiem za tych, którzy nas sprzedali? No oczywiście ochota« — powtórzył z takimże dziecięcym uśmiechem, jak Marynka.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.