Dżafar Mirza I/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Dżafar Mirza
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PERSKI MIRZA

Ruszyliśmy w drogę. Po jakimś czasie wyczytaliśmy ze śladów, że dwaj Indjanie odłączyli się od oddziału. Jeden ruszył na prawo, drugi zaś na lewo.
— Czyżby ruszyli na zwiady? — zapytał Jim Snuffle.
— Oczywiście. Dowódca oddziału zorjentował się po śladach, że jest niedaleko białych, więc pchnął dwóch wywiadowców. Wkrótce dotrzemy do miejsca, w którem przyłączyli się do swoich towarzyszy.
Po jakimś kwadransie ślady obu wywiadowców zbiegły się z głównym tropem. Spodziewałem się, że wkrótce dotrzemy do miejsca, w którem dokonano napadu. Ponieważ Indjanie mogli się tam jeszcze znajdować, zachowaliśmy jak największą ostrożność, by się przypadkiem na nich nie natknąć. Jechałem przodem, w każdej chwili gotów do ataku.
Na szczęście, jakkolwiek teren wydawał mi niebezpieczny, obawa okazała się płonna. Dookoła rosły gęste krzaki, za każdym mógł się kryć nieprzyjaciel. Nagle zarośla się urwały i w odległości jakichś pięciuset kroków ujrzałem obóz Indsmanów.
Konie, puszczone wolno, harcowały po polu. Stało również kilkanaście koni jucznych, obładowanych żywnością. Nie było w tem nic dziwnego. Czerwoni przecież wykopali topór wojny i nie mieli czasu na urządzanie polowań. Ponadto strzelanina zdradziłaby położenie ich obozu.
Wojownicy utworzyli wielkie koło. Wewnątrz niego toczyła się widocznie jakaś ważna narada. Stali tak blisko siebie, że nie mogłem poprzez ich ciżbę przebić się spojrzeniem. Cofnąłem się nieco, zsiadłem z konia, przywiązałem go do drzewa i to samo zaleciłem obydwom braciom.
— Trzeba zsiadać? Nie można jechać dalej?
— Nie. Jesteśmy wpobliżu indjańskiego obozu.
— Do licha! Nareszcie ich dogoniliśmy! Schwytali białych?
— Tak.
Przyjrzyjmy się tym Indsmanom.
Ruszyliśmy naprzód, bacząc, by nas nie zauważono. W pewnym punkcie zatrzymaliśmy się.
— Tak, to Komanczowie, — rzekł Jim. — Nie sądzisz, stary Timie?
Yes — odparł tamten lakonicznie.
Utworzyli zwarte koło. Białych nie widać. Prawdopodobnie znajdują się wewnątrz koła. Jak sobie czerwoni będą z nimi poczynać?
To się wkrótce pokaże. Wielką rolę gra tu kwestja, czy przy napadzie krew się polała. Jeśli choć jeden z czerwonoskórych został ranny, lub zabity, białych czeka rychła śmierć.
— Tak, ma pan rację. Zabiją ich na miejscu.
— Nie sądzę.
— Sądzi pan, że ich zabiorą ze sobą?
— Tak. Ale niezbyt daleko. Indjanie lubią nadawać wyrokom i egzekucjom uroczysty charakter. Obecny ich obóz nie jest odpowiednim terenem dla kaźni. Nie zbywa tu wody, poza tem jest to miejsce pozbawione ochrony naturalnej, zbyt otwarte i widoczne. Sądzę więc, że poszukają wkrótce innego obozowiska.
— Gdyby można ustalić, jakie miejsce wybiorą, możnaby się tam podkraść już teraz — rzekł Jim.
— W każdym razie zwrócą się ku rzece. Ale wyprzedzić ich byłoby niezmiernie ryzykownym eksperymentem.
— Dlaczego?
— Trzeba znać nietylko okolicę, ale i miejsce, w którem popasają. Zresztą, w dzień zauważyliby nasze ślady.
Well. Nie wyprzedzajmy ich więc, lecz idźmy za nimi. Ale czy uda się oswobodzić jeńców?
— Narazie trudno określić.
— Bądź co bądź, wykonanie naszego planu jest djablo niebezpieczne. Jest nas trzech przeciw siedemdziesięciu!
— W takich wypadkach nie można operować cyframi. Miałyby sens, gdybyśmy planowali otwarty atak. Ponieważ jednak możemy dopiąć celu tylko podstępem, cyfry nie grają istotnej roli. Decydują tu cyfry moralne.
— Cyfry moralne! Sądzi pan, że Tim i Jim Snuffle są temi cyframi?
— Mam nadzieję. Tylko tą drogą uda się nam przechytrzyć czerwonych.
— Przechytrzyć? Hm, jeżeli o to chodzi, to sądzę, że nie będziemy głupcami. Nie przypuszczasz, stary Timie?
Yes.
— Messurs, czy wolno o coś poprosić? — zapytał jeniec.
— O cóż chodzi?
— Moja to wina, że towarzysze znaleźli się w tem położeniu. Obowiązkiem więc moim jest postarać się o uwolnienie ich. Odwiążcie mnie, dajcie mi wolność, a uczynię wszystko, czego tylko zażądacie.
— Gdybyśmy panu mogli ufać... — odparł Jim.
— Możecie, zapewniam was...
— Milcz! — przerwałem. — Kto tak nikczemnie i tchórzliwie opuszcza w niebezpieczeństwie swych towarzyszów, temu nie wolno ufać.
— Opuściłem ich przecież ze strachu, sir!
— Gdyby nawet tak było, należy się spodziewać, że się znów przestraszysz.
— Nigdy. Wiem, kogo mam przeciw sobie; niebezpieczeństwo nie może mnie już zaskoczyć.
— A pana tchórzostwo? Stawiamy na kartę własne życie!
Błagał i zaklinał. Kazałem mu zamilknąć i znowu skierowałem uwagę na Indjan, którzy skończyli swą naradę. Zwarte dotychczas koło otworzyło się. W środku leżało kilku ludzi. Nie mogli się podnieść, byli widocznie związani. Podniesiono ich i przytroczono do wierzchowców. Czerwoni ruszyli gęsiego na północ. Przypuszczenie moje okazało się słuszne. Na czele jechał stary wódz z głową ozdobioną piórami. Dzieliła nas zbyt wielka odległość, abym mógł rozpoznać rysy jego twarzy. Siwe włosy świadczyły o podeszłym wieku.
Po jakimś czasie Indjanie zniknęli w lesie. Przeczekawszy sporą chwilę, udaliśmy się na miejsce odbytej narady.
Ziemia była wprost poryta kopytami. A więc tu napadli na białych! Ślady krwi wskazywały, że walka była zacięta. Okoliczność ta, pogarszająca położenie jeńców, była nam bardzo nie na rękę. Należało bowiem działać szybko i zdecydowanie.
Przedewszystkiem trzeba było rozpocząć pościg za Indjanami. Zatoczyliśmy dookoła lasu wielki łuk. Zbliżywszy się do zagajnika, odnaleźliśmy miejsce, w którem wkroczyli do lasu. Wzgląd na niebezpieczeństwo nie przeszkadzał nam trzymać się ślepo ich śladów. Zsiadłem jednak z konia i, wyprzedzając towarzyszy o jakieś pięćdziesiąt kroków, ruszyłem po wydeptanym tropie. Szedłem zwolna, cichaczem, natężywszy wzrok i słuch.
Mijały godziny. Po południu wstąpiła we mnie pewna otucha. Skoro czerwonoskórzy rozbiją obóz o tak późnej porze, nie znajdą czasu na przygotowania uroczyste do egzekucji. Będą więc zmuszeni odłożyć ją do jutra. Może w ciągu wieczora lub nocy nadarzy się okazja do przeszkodzenia morderstwu. Największą wagę przykładałem do okoliczności, że Komanczowie nie przeczuwają naszej interwencji. Znajdowali się na wła snych terenach i byli przekonani, że nikt nie ośmieli się w ich głąb zapuścić. Mogłem więc liczyć na to, że nie zastosują środków ostrożności.
Już dawno dotarlibyśmy do rzeki, gdyby nie zataczała szerokiego łuku. Dopiero przed wieczorem ukazały się pierwsze oznaki, że woda już niedaleko. Posuwaliśmy się jeszcze wolniej, niż dotychczas. Okazało się, że było to celowe, gdyż po niedługim czasie usłyszałem wołanie, na które ktoś odpowiedział.
Komanczowie byli wpobliżu. Podpełzłem do towarzyszów wyprawy i poleciłem im, aby się zatrzymali i poszukali kryjówki.
Wkrótce znaleźli odpowiednie miejsce. Uwiązaliśmy konie. Jeniec był nam ogromną zawadą i ciężarem; ofiarował wprawdzie swą pomoc, może nawet w szczerych zamiarach, trudno jednak było mu zaufać. Przywiązawszy go do drzewa, Jim zapytał:
— Cóż teraz poczniemy, sir? W lesie jeszcze dość widno, aby śledzić nieprzyjaciela, nie narażając własnej skóry. Czy pan jest pewien, że czerwoni rzeczywiście są wpobliżu?
— Tak. Dwaj z pośród nich porozumiewali się okrzykami. Jest to dla mnie niezawodnym a bardzo pożądanym dowodem, że nawet nie przeczuwają naszej obecności. To bardzo ułatwi wykonanie planu.
Well, zabierzemy się więc do roboty! Podpełzniemy do nich?
— Oczywiście. Najważniejszą sprawą jest w tej chwili ustalenie miejsca ich postoju.
— Doskonale. Kiedyż ruszymy?
— Ruszymy? Kogo pan ma n a myśli?
— Oczywiście, pana i siebie. Stary Tim musi pozostać przy jeńcu.
— Hm. Wolałbym pójść sam.
— Sam? Beze mnie? Nie ma pan do mnie zaufania?
— E, głupstwa pan plecie. Nie lubię jednak innych obarczać tem, co sam zrobić mogę. Stało się to moją drugą naturą.
— Obarczać? Co też pan mówi! Proszę wierzyć, że się przydam! Spaść jak sęp na czerwonoskórego, który nic nie przeczuwa, to rozkosz prawdziwa! Wpadłbym w rozpacz, gdyby mnie pan nie chciał zabrać. Pójdę z panem; brat zostanie tutaj.
No — rzekł niespodzianie Tim.
— Nie? Co ci wpadło do głowy? Przecież ktoś musi pilnować jeńca.
Yes.
— A więc ty.
No.
— A któż taki?
— Ty.
— Ja? Oszalałeś? Jim Snuffle będzie tu siedzieć, gdy inni spłatają figla czerwonym łotrom.
— I Tim Snuffle nie chce zostać nauboczu!
— Musisz! Mam do tego prawo, ponieważ jestem starszy.
— Tylko o pięć minut, a to niewiele stanowi. Nie pozwolę się steroryzować, podkradnę się razem z tobą do Indsmanów. Raz chcę być starszy!
Jim zamilkł na chwilę. Zdumienie z powodu nagłego oporu brata odebrało mu mowę. Po chwili rzekł tem dobitniej:
— Mam wrażenie, że się buntujesz przeciw pierworodnemu bratu! Taki młokos śmie wyrażać swoje zdanie! Odejdę, a ty zostaniesz!
No.
Yes, mówię! Nie słucham wcale twego „no“.
Rozmowa bliźniąt stawała się coraz głośniejsza. Upomniawszy ich, zaproponowałem jako jedyne wyjście z sytuacji, że pójdę sam. Ale Jim nie chciał się zgodzić. Gnała go chęć przekonania mnie o swej zręczności. Wkońcu ustąpiłem. Tim milczał. Milczenie to wydało mi się podejrzanem, więc zapytałem:
— Chyba nie żywi pan jakichś ukrytych zamiarów, mr. Snuffle?
No — odparł ponuro.
— Pan się zgadza, aby brat poszedł ze mną?
Yes.
— Teraz jestem spokojny. Byłyby to igraszki z ogniem, gdyby jeden z nas przedsięwziął coś bez wiedzy dwóch pozostałych. W ten sposób nietylko runąłby nasz cały plan, ale narazilibyśmy na szwank wolność i życie.
— Niech sobie pan takiemi myślami nie zaprząta głowy! — uspokoił mnie Jim — Są najzupełniej bezpodstawne. To młokos! O ca łe pięć minut młodszy ode mnie! Będzie tu spokojnie czekał, aż powrócimy. No, nie traćmy czasu, bo zmrok zapada.
— Dobrze! Proszę pana, mr. Tim, pilnuj jeńca i nie opuszczaj tego miejsca aż do chwili naszego powrotu. Powierzam panu obydwie moje strzelby. Na zwiadach byłyby mi tylko zawadą.
Nie mówiąc słowa, Tim wziął niedźwiedziówkę i sztuciec. Oddaliłem się wraz z Jimem.
Podczas ostrej wymiany zdań między braćmi, zaczęło się powoli ściemniać. Nie trzeba więc już było czołgać się po ziemi i pełzać na brzuchu. Przebiegaliśmy od drzewa do drzew a w tym kierunku, skąd dochodziły głosy. Dotarliśmy bez żadnej przeszkody do urwistego brzegu rzeki, nie zauważywszy śladu Indjan. Powiedziałem: „dotarliśmy do urwistego brzegu“, gdyż dopiero po chwili ujrzeliśmy na dole niemal do dna wyschnięte łożysko rzeki.
Zapadł mrok. Mimo to dostrzegłem, że w miejscu, na którem stoimy, brzeg tworzy niejako stromy, urwisty cypel, który pod ciężarem ciał w każdej chwili spaść może na dno rzeki. Szliśmy więc ostrożnie dalej wpobliżu krawędzi, aż dotarliśmy do miejsca, pokrytego krzewami.
— Musiał się pan pomylić, sir, — szepnął do mnie Jim. Czerwonych tu niema.
— Przeciwnie. Słyszałem wyraźne głosy.
— Teraz nic nie widać i nic nie słychać.
— Racja, ale czuję Indjan.
— Czuje ich pan? Do licha! Dziwne powonienie! Nos taki jest prawdziwą rozkoszą.
— Mam nos wprawdzie najpospolitszy w świecie, lecz bardzo czuły na koński zapach. Czuję zapach koni Komanczów.
— Gdzie?
— Stoją na dole, nad wodą.
— Nos pana działa na taką odległość?
Pshaw! Nie wyobraża pan sobie nawet, że zapach koński... Ale, ale, widzi pan, miałem rację! Proszę spojrzeć nadół.
Na dole, nad rzeką, zamigotał płomyk i szybko się rozszerzał. To Indjanie rozpalali ognisko. Było rzeczą zupełnie zrozumiałą, dlaczego nie zostali na wysokim brzegu.
Przecież na dole mieli wodę dla koni. Płonęło już pięć świateł.
— Świetnie — rzekł Jim. — Gdy się do nich podkradniemy, zobaczymy wszystko jak na dłoni.
— Jeżeli nie będziemy ostrożni, mogą nas również spostrzec. Zadowolony jestem z tych ogni jedynie dlatego, że świadczą, iż Komanczowie czują się bezpiecznie i nie przypuszczają, że ich ktoś obserwuje.
— Zejdziemy nadół, mr. Shatterhand?
— Zejdziemy lewą stroną, podkradniemy się pod obóz, a prawą stroną wrócimy znów na górę.
— Dobrze, sir. A więc nadół!
Schodzenie po nieznanym, stromym brzegu nie było rzeczą łatwą. Nie mogliśmy się chwytać za gałęzie krzaków w obawie, aby nas nie zdradził ich szelest. Każdy spadający z góry kamień mógł wniwecz obrócić nasze plany. Schodziliśmy więc bardzo wolno. Po upływie pół godziny znaleźliśmy się na dole. Jim Snuffle spisywał się dobrze. Zsunął się cicho jak duch. Mimo że trzymał się ciągle wpobliżu mnie, ledwo-ledwo słyszałem odgłos jego kroków. Znalazłszy się ponad obozem Indjan, zwróciliśmy się ku brzegowi rzeki. Rzeka prawie do dna wy— schła. Odstęp między łożyskiem a rosnącemi na brzegu krzakami nie był osłonięty przed okiem czerwonoskórych, więc należało tej strefy unikać.
Padliśmy na ziemię i zaczęliśmy wśród krzaków pełzać ku obozowi. Po pewnym czasie dotarliśmy na taką od niego odległość, że można było cośniecoś dojrzeć. Komanczowie wybrali miejsce bardzo odpowiednie, położone niżej od pozostałej części terenu, wskutek czego woda docierała aż do samej ściany doliny. Był to rodzaj placu bez drzew i krzaków, na którym swobodnie mógł się ulokować znaczniejszy oddział ludzi. Nie trzeba podkreślać, że nie byliśmy tem zachwyceni.
Indsmani, zajęci posiłkiem, rozmawiali z zupełną swobodą, dowodzącą, że nie spodziewali się żadnego niebezpieczeństwa. Przy pięciu ogniskach siedziało pięć grup, mniej więcej równych ilościowo. Można więc było bez trudu ustalić ogólną liczbę. Obozowało tu wojowników siedemdziesięciu i jeden.Z całej gromady wyróżniał się wódz siwą, jak gołąb, głową. Siedział przy drugiem ognisku w odległości jakichś trzydziestu kroków od nas. Zwrócony był ku nam twarzą. Ku najwyższemu zdumieniu poznałem w nim To-kei-chuna, jednego z tych wodzów, którzy byli postrachem wrogów. Wiedziałem, że jeśli dostanę się w jego ręce, nawet nie na ścieżce wojny, czeka mnie śmierć. Przypomniałem sobie dzień, w którym wraz z Winnetou i kilkoma innymi wojownikami zostałem jego jeńcem. —  — Obecnie jednak trzeba było myśleć o pięciu jeńcach, a nie o To-kei-chunie. Leżeli obok siebie przy ognisku, przy którem siedział wódz. Byli tak związani, że nie mogli się ruszyć. Jeden z nich, leżący najbliżej mnie, miał gęstą, długą czarną brodę. Nie ulegało więc wątpliwości, że to ten, który kazał nazywać się mr. Dżafarem.
Między ogniskiem a mną ciągnęło się pasmo krzaków. Czerwoni nie wystawili wart; siedzieli spokojnie przy swych ogniskach — nie obawialiśmy się, że nas zauważą. Wódz porozumiewał się ze swem najbliższem otoczeniem; byłem bardzo ciekaw, o czem mówią. Przestrzegając zaleceń ostrożności, posunęliśmy się nieco naprzód. Wreszcie dotarliśmy do ostatniego krzaka i skryliśmy się w cieniu jego gałęzi. Cel czołgania się został osiągnięty: można było już rozróżnić poszczególne słowa. Rozmowa toczyła się na temat wyprawy. Wymieniono kilka osad, na które miały być urządzone napady, przyczem postanowiono wymordować wszystkich białych. Przed tą rabunkową wyprawą postanowiono jednak udać się na Makik-Natun, Żółtą Górę, i wykonać tam wojenne tańce celem zasięgnięcia zdania wyroczni, czy wyprawa się uda. Uroczystość chcieli Indjanie uświetnić przybiciem do pala męczarni pięciu bladych twarzy.
Poznawszy ich zamiary, mogłem się wycofać z niebezpiecznego posterunku. Jeżeli się nie uda uwolnić dziś naszych jeńców, będziemy musieli ruszyć za Indjanami na Makik-Natun, aby na górze, albo po drodze, znaleźć okazję do ich oswobodzenia.
Już chcieliśmy opuścić krzak, którego gałęzie dały nam schronienie, gdym nagle usłyszał jakiś szelest.
Pst! — szepnąłem do Jima. — Nic pan nie słyszał?
— Nie — odparł. — A pan?
— Z góry osunęło się trochę piasku. Czyżby to był...
— Kto? Co?
— Pana brat! Byłby to szczyt bezmyślności!
— Brat? Niechby się tylko zjawił! Już jabym mu...
Nie kończąc zdania, omal nie skoczył z przerażenia. Na szczęście schwyciłem go i przytrzymałem. — „Niechby się tylko zjawił“ — powiedział. — I oto zjawia się Tim we własnej osobie! Naprzód rozległ się odgłos ziemi, osypującej się na gałęzie, poczem głośny okrzyk „Thunderstorm!“, i Tim zwalił się z góry prosto na Indjan, którzy z początku rozbiegli się z hałasem po chwili jednak otoczyli go kołem, wydając głośne okrzyki. Tim Snuffle zrealizował istotnie swój plan. Na nieszczęście, dotarł do miejsca o urwistym cyplu, o którem przedtem wspomniałem. Niebaczny, posunął się za daleko, ziemia obsunęła się i zjechał nadół jak na sankach. Obsiadła go cała gromada Indjan. Tim ryczał jak lew, przekrzykując ich wycie. Był to dowód, że, spadając, nie wyrządził sobie żadnej krzywdy. Ale nie koniec na tem. Zapominając, że należy zachować najgłębsze milczenie, Jim zaczął się również drzeć w niebogłosy.
— Timie, bracie mój, Timie! — ryczał, wyrywając się z moich objęć.
— Milczeć, milczeć! — szepnąłem w pasji. — Zgubisz i siebie i mnie!...
— Zamordują go, zamordują!
Ponieważ leżałem na ziemi, a Jim podniósł się, nie mogłem wytężyć wszystkich sił. Tymczasem Jim pod wpływem strachu o brata szamotał się jak obłąkany. Wreszcie wyrwał się i skoczył prosto między Indjan. Po chwili znikł mi z oczu. Oczywiście, powalili go na ziemię jak Tima.
Co miałem począć? Biec za nim? Skądże znowu! Leżałem dalej, jakkolwiek należało się spodziewać, że Indsmani zaczną przetrząsać okolicę. Nieszczęśliwi bracia Snuffles! Zamiast uwolnić pięciu jeńców, powiększyli ich liczbę. A dalsze skutki?
Niedługo na nie czekałem. Po chwili rozległ się rozkazujący głos wodza:
— Zadeptać ogniska, żywo! Może jeszcze jakieś blade twarze są wpobliżu.
Rozkaz wykonano niezwłocznie. W tumulcie, który trwał przez chwilę, zaświtała mi w głowie pewna myśl. Zrealizowałem ją z tą samą szybkością, z jaką się narodziła. Ogniska pogasły. Leżałem na ziemi, więc przy blasku dogasających plam mogłem jeszcze dojrzeć, że czerwoni krzątają się dokoła braci Snuffles, nie zwracając uwagi na pierwszą partję jeńców. Uniósłszy się nieco, podpełzłem naprzód. Udało mi się szczęśliwie dotrzeć do obozu i zbliżyć do jeńców. Nie namyślając się długo, wziąłem za kark tego, który mi się zdawał być Dżafarem, i pociągnąłem go wtył, tam, gdzie przed chwilą leżałem.
Indsmani byli tak pochłonięci nowymi jeńcami, że nie zauważyli mego manewru. Był to cud prawdziwy! Znowu dzieliły nas krzaki, mogłem więc wstać i wyprostować się. Należało przedewszystkiem pomyśleć o ucieczce — nie mogłem tu zostać ani chwili dłużej! Wsadziwszy na plecy związanego jeńca, który milczał jak zaklęty, zacząłem biec. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdym się poczuł bezpieczny. Ułożywszy nieznajomego na ziemi, wyciągnąłem nóż, przeciąłem rzemienie, któremi był związany, i rzekłem:
— Jesteś pan wolny. Wstań i spróbuj chodzić.
— Wolny? — spytał łamaną angielszczyzną. — Więc pan nie jesteś Indjaninem?
— Nie. Miałem zamiar oswobodzić pana, ale nie spodziewałem się, że nastąpi to właśnie w ten sposób i w tak opłakanych warunkach.
Dopiero teraz nieznajomy podniósł się powoli, ujął mnie za ręce i rzekł:
Allah, Allah! Jestem wolny, wolny, wyzwolony ze szponów tych djabłów! Powiedz mi, sir, kim jesteś! Muszę wiedzieć, komu zawdzięczam wyzwolenie.
— O tem później. Teraz musimy uciekać. Słyszysz ryki czerwonoskórych? Zauważyli, żeś zniknął, sir, za chwilę rozpoczną poszukiwania i pościg. Nie możemy tracić ani jednej chwili. A spróbuj, czy będziesz mógł iść o własnych siłach.
Uszedłszy kilka kroków, zachwiał się i oświadczył:
— Nie mogę, sir. Byłem za mocno związany; nie czuję nóg. Za chwilę upadnę.
— W takim razie będę pana niósł.
— Jakże, sir, uniesiesz taki ciężar?
Pshaw, to drobnostka. Muszę mieć tylko wolne ręce, gdyż trzeba będzie wdrapać się na ten stromy szczyt. Wezmę pana na plecy; trzymaj się mocno. Załóż mi ręce na szyję. No, jazda!
Włożyłem pocięte rzemienie do kieszeni, aby nie zostawiać Indjanom śladów ucieczki.
Nieznajomy ociągał się z przyjęciem mej propozycji. Ponieważ każda zmarnowana chwila mogła spowodować katastrofę, wziąłem go na plecy i zacząłem jak najszybciej wdrapywać się na szczyt. Dotarłszy na górę, zdjąłem go z pleców, oświadczył bowiem, że krew cyrkuluje już normalnie i jest przekonany, że będzie mógł iść o własnych siłach.
Zatrzymałem się tu na chwilę, by posłuchać, co się dzieje w dolinie. Na dole panowała zupełna cisza; czerwoni musieli się liczyć przecież z możliwością, że wpobliżu znajduje się większa ilość białych. Musieli ich szukać pociemku, więc o odnalezieniu mych śladów nie mogło być chwilowo mowy. Jutro ślady będą zupełnie niewidoczne. Zniknięcie jeńca będzie więc dla nich zagadką nie do rozwiązania, chyba że się bracia Snuffles wygadają.
Nie trzeba chyba podkreślać, że postanowiłem nie oszczędzać wysiłku, byle oswobodzić ich wraz z resztą jeńców. Szczegółowy plan miałem już opracowany, ale z jego realizacji w dniu dzisiejszym musiałem zrezygnować.
Okazało się, że nieznajomy może bardzo wolno posuwać się naprzód. Na szczęście, nie ścigano nas wcale. Gdy znów zaczął prosić, abym wymienił swe nazwisko, odrzekłem:
— Tu, na Zachodzie, zwą mnie Old Shatterhandem i nazywaj mnie tak samo, sir. A pana nazwisko? Mr. Dżafar?
— Tak — skądże pan o tem wie?
— Dowiedziałem się od pana przewodnika, Perkinsa.
— Pan go widział? Nic mu się złego nie stało? Sądziłem, że zginął.
— Powiedz mi, sir, jakiego jesteś o nim zdania? Co to za człowiek?
— Dotychczas nie miałem powodu skarżyć się na niego.
— W takim razie nie jest tak podły, jak przypuszczałem. No, musimy iść dalej. Po drodze opowiem, w jaki sposób go poznałem.
Weszliśmy w las. Ująłem go pod rękę. Przesuwając się ostrożnie pośród drzew, opowiedziałem mu przebieg wypadków. Gdym skończył, rzekł:
— Nie, sir, nie trzeba chyba powtarzać, że człowiek ten nie jest bohaterem. Zdradził nas pod wpływem nieludzkiego strachu. Poniósł dostateczną karę. To tchórz, nie łotr.
— A więc uważasz, sir, że mogę go zwolnić z więzów?
— Tak. Możesz mu zaufać. Oczywiście, spotka cię zawód, sir, jeżeli będziesz od niego żądał czynów bohaterskich. Jakże mi jednak żal reszty towarzyszów! Niema dla nich ratunku.
— Później o tem pomówimy. Wkrótce dotrzemy do celu.
— Sir! W ciemnym lesie orjentujesz się wśród nocy, jak w biały dzień!
— To wyłącznie rzecz wprawy.
Nie mieliśmy powodu mówić cicho, więc Perkins usłyszał ostatnie słowa. Poznawszy nas po głosach, zawołał zdaleka:
— Czy to pan, mr. Shatterhand? Chwała Bogu, a więc wszystko się udało! Słyszę, że pan rozmawia z mr. Dżafarem. Jakże się cieszę, że odzyskał wolność. Mam nadzieję, że i mnie oswobodzicie!
— Zgoda. Spełnię pana prośbę ze względu na wstawiennictwo mr. Dżafara. Mam nadzieję, że się pan będzie lepiej spisywał, niż dotychczas.
— Z pewnością, sir, przyrzekam to święcie.
Uwolniwszy go z więzów, zwróciłem mu całą zawartość kieszeni i udzieliłem następującej przestrogi:
— Niech się panu nie zdaje, że cieszysz się mojem zaufaniem. Nie spuściłbym pana z oka, gdybym nie był pewien, że mam w tym wypadku sprzymierzeńca w Komanczach.
— W Komanczach? — Komanczowie będą mnie pilnować? — Jak pan to rozumie?
— To zupełnie proste i jasne: jeżeli nie będziesz pan posłuszny moim rozkazom, zginiesz. Jeżeli znów stchórzysz, dostaniesz się w ich ręce. Skoro dzień nastanie, rozpoczną się poszukiwania. Tylko ja mogę ich wyprowadzić w pole. Jesteś w zupełności zdany na mnie, stąd pewność, że mogę na pana liczyć.
Opowiedziałem w kilku słowach, co zaszło. Trzeba się bowiem było gotować do dalszej drogi. Dla zmylenia czujności Indjan musiałem, niestety, pozostawić na miejscu muły obu westmanów. Chciałem wpoić w nich przekonanie, że Snuffles byli zupełnie sami. Dlatego trzeba było zostawić muły w widocznem miejscu; liczyłem przytem na rozsądek obydwóch braci. Byłem pewien, że zdają sobie dokładnie sprawę, iż jedynie moja pomoc może ich uratować. Gdy czerwoni znajdą muły oraz broń braci Snuffles, będą przekonani, że nikt im nie towarzyszył. Przecież towarzysze nie pozostawiliby mułów i strzelb na pastwę wrogów! Nocna rosa zatrze tymczasem nasze ślady.
Przytroczywszy do siodeł obydwóch mułów strzelby bliźniaków, ruszyliśmy wraz z Perkinsem. Dżafarowi zaleciłem czekać, aż wrócimy. Szedłem naprzód, Perkins kroczył za mną. Zostawiwszy zwierzęta niedaleko miejsca, z którego spadł Tim, wróciliśmy do Dżafara, który nie posiadał się z radości z powoda odzyskania wierzchowca.
— Szkoda, że to nie mój koń, — rzekł Perkins. — Będę musiał iść piechotą.
— Dobry z pana piechur? — zapytałem.
— Niestety, nie.
— Więc dam panu swego konia, a sam pójdę pieszo.
— Naprawdę?
— Tak. No, szkoda czasu, ruszamy!
Wyprowadziliśmy konie z lasu. Na polanie Dżafar i Perkins dosiedli wierzchowców i ruszyli za mną. Było tu jaśniej, niż w lesie. Gwiazdy świeciły; szedłem pewnym krokiem.
Długie milczenie przerwał Perkins:
— Czy wie pan dokładnie, dokąd podążamy? Czy nie zechce pan nas poinformować?
— Owszem. Najbliższym naszym celem jest wzgórze Makik-Natun. Indjanie chcą tam nad grobami wodzów pozabijać jeńców. Dziś nie można było nic zdziałać, ale mam nadzieję, że jutro uda się nam porwać nieszczęsne ofiary.
— W jaki sposób?
— W połowie drogi na Makik-Natun ciągnie się kotlina. Na wiosnę spływa do niej kilka rzek, w pozostałych zaś porach roku tyle tam wilgoci, że wyrósł w niej wielki las. Jestem pewien, że Indjanie zatrzymają się w tym lesie, aby napoić konie i dać im wypoczynek. Może znajdzie się więc okazja do uwolnienia jeńców.
— A jeżeli nie?
— W takim razie będziemy musieli podążyć za nimi aż na Makik-Natun. Tam już sposobność do uwolnienia jeńców musi się znaleźć.
— Odważny z pana człowiek, mr. Shatterhand! Czy pan zna kotlinę, o której mowa?
— Leży na północ od Beaver-Creek. Zboczyliśmy na zachód ze względu na Komanczów, którzy bezwątpienia obiorą drogę najkrótszą. Więc my przybędziemy od zachodu.
— Wskutek nałożenia drogi może się zdarzyć, że ominiemy kotlinę.
— I to mówi przewodnik-scout?
Pod wpływem tej uwagi stracił ochotę do dalszych pytań. Teraz Dżafar zaczął opowiadać po angielsku, ze swoim specyficznym akcentem wschodnim, jak dostał się w ręce czerwonych.
Bronił się, dwóch Indjan padło od jego kul. Stąd krew, którą widziałem. Związano go mocniej, niż pozostałych, i oświadczono, że czeka go najstraszliwszy rodzaj śmierci. Traktowano go jak psa.
Rozmowa trwała czas dłuższy. Ciekaw byłem pewnych szczegółów jego życia, nie śmiałem jednak dopuszczać się niedyskrecji. Nie ulegało w żadnym razie wątpliwości, że to człowiek wykształcony na wzorach europejskich. Z pewnością przebywał czas dłuższy na Zachodzie.
Po chwili, kiedy wyprzedziłem ich nieco, wydało mi się, że o mnie rozmawiają, gdyż stłumili głos i zwolnili kroku.
Perkins zapytywał kilkakrotnie, czy nie chcę dosiąść konia. Nie skorzystałem z propozycji. Minęła noc, nadszedł ranek. Gdy się nieco rozjaśniło, Perkins rzekł:
— Komanczowie rozpoczęli poszukiwania. Wkrótce znajdą muły, sir.
— Oczywista. W lesie wilgotno, więc śladów naszych widać nie będzie. Czerwoni będą przekonani, że bracia Snuffles nie mieli towarzyszów, i zrezygnują z dalszych poszukiwań.
— W każdym razie będą szukali mr. Dżafara.
— Także niezbyt długo. Nie wyślą pościgu na chybi trafi.
— Zniknięcie mr. Dżafara jest dla nich zupełnie niepojęte, należy więc liczyć się z tem, że zechcą wyjaśnić przyczynę.
— W normalnych warunkach przeszukaliby zapewne całą okolicę. Wiemy jednak, jakie mają plany, wiemy również, że nie mogą zwlekać. Ci, na których gotują napaść, mogliby przeczuć pismo nosem. Dlatego raczej zrezygnują z poszukiwania jeńca, który znikł w tajemniczy sposób, niżby mieli czas tracić na długich, może bezowocnych poszukiwaniach. Znam zwyczaje czerwonoskórych, więc sądzę, że poświęcą na to co najwyżej dwie, trzy godziny, poczem podejmą pochód na Makik Natun.
— Kiedy, zdaniem pana, przybędą do lasu w kotlinie?
— Będą jechali znacznie prędzej niż my w nocy, przypuszczam więc, że staną tam około południa.
— A my?
— Sądzę, że za jakąś godzinę.
— Będziemy więc czekać na nich około pięciu godzin. Może będzie można coś upolować! Nie mamy nic do jedzenia.
— Niestety, zdradziłby nas odgłos wystrzałów. Ale, ale, — — oto i wybawienie z kłopotów!
Ledwie Perkins zdążył wypowiedzieć zdanie o polowaniu, wyskoczyły naprzeciw nas dwa zające. Ująwszy sztuciec Henry’ego, położyłem je w okamgnieniu.
Allah! — zawołał Dżafar. — Niepospolity z pana strzelec! Widzę, że Perkins miał rację, opowiadając mi cuda o Old Shatterhandzie.
Uśmiechnąłem się pod wpływem tej dziecinnej, entuzjastycznej uwagi. Podniósłszy zające z ziemi, wetknąłem je za pas, poczem ruszyliśmy dalej.
Dżafar w niezwykłem skupieniu przyglądał się moim strzelbom. Po chwili zapytał:
— Sir, czy ta ciężka strzelba ma jakąś specjalną nazwę?
— Nazywa się niedźwiedziówką.
— Na Allaha, to dziwne! Słyszałem już kiedyś tę nazwę w języku arabskim. A ta druga? Nie widziałem dotychczas takiej.
— Istnieją strzelby tego wyrobu, ale nie tak stare i ciężkie, jak moja.
— Ile strzałów można dać z tej strzelby?
— Dwadzieścia pięć.
— Na Allaha! Ależ i to się zgadza z tem, co słyszałem. Jak się ta strzelba nazywa?
— Sztuciec Henry’ego.
— Nazwę tę słyszałem również w języku arabskim! Dziwny zbieg okoliczności: opowiadano mi o obydwóch strzelbach.
— Gdzieś o nich słyszał, sir?
— Nad Tygrysem. Pan zna tę rzekę?
— Każde dziecko zna ją przecież z nauki geografji. Przebywał pan nad nią, mr. Dżafar?
— Przed dwoma laty. Jestem Persem. W ojczyźnie zowią mnie mirzą Dżafarem. Zapewne niewiadomo panu, co to oznacza?
— Przeciwnie. Słowo mirza, postawione przed nazwiskiem, oznacza uczonego; gdy się jednak przestawi porządek i wymieni je po nazwisku, służy na określenie księcia czystej krwi.
— Ależ tak, ma pan rację! A więc zowią mnie mirza Dżafar. W drodze z Bagdadu do Konstantynopola, nad brzegiem Tygrysu bliżej Mossul, spędziłem kilka dni u plemienia Haddedihnów. Tam właśnie opowiadano mi o tych strzelbach.
— Czyżby ci Arabowie posiadali niedźwiedziówkę i sztuciec Henry’ego?
— Nie. Broń należała do pewnego cudzoziemca. Nazywał się emir Kara Ben Nemzi effendi.
— Przecież to imię arabskie, więc człowiek ten nie był cudzoziemcem.
— Kto zna arabski, wie, że słowo Nemzi oznacza Niemca. Szeik Haddedihnów opowiadał mi o tym człowieku i o jego strzelbach. Bliższych i dokładniejszych szczegółów udzielił mi ponadto jeden z wojowników plemienia.
— Jak mu było na imię?
— Był to niepokaźny, ale mądry i dzielny człowiek. Nazywał się Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah.
— A to ci imię! Długie jak wąż morski!
— Zwyczaj wschodni nakazuje do własnego imienia dodawać imiona przodków. W ten sposób składa się hołd całemu rodowi. Ponadto Hadżi Halef Omar miał szczególne prawo do długiego nazwiska — był to bowiem człowiek bardzo sławny ze względu na szereg bohaterskich czynów. Polował na lwy i czarne pantery, i walczył z licznymi wrogami.
Nie powinienem chyba podkreślać, jak bardzo się ucieszyłem, że mogę dowiedzieć się czegoś o moim małym Hadżi Halefie. Dziwiło mnie, że Dżafar nie wie, iż emir Kara Ben Nemzi effendi, o którym opowiadał przed chwilą, — to ja właśnie. Nie zdradzając się, zapytałem:
— Ten emir cudzoziemiec był świadkiem jego bohaterskich czynów?
— Tak. Brał w nich nawet udział. Uchronił Haddedihnów od klęski, która mogła ich zgubić. Ja również wspominam go z wdzięcznością, gdyż wiele mu, acz pośrednio, winienem.
Gdym go obrzucił pytającem spojrzeniem, dodał:
— Uratował życie jednemu z moich krewnych, udzielając mu pomocy w walce. Odwiózł go później do Bagdadu i osłaniał przed wrogiem. Niestety, mimo jego pomocy, krewny mój został po jakimś czasie napadnięty i zamordowany.
Fakt oswobodzenia z niewoli indjańskiej perskiego mirzy na Dzikim Zachodzie jest już bezsprzecznie niezwykły. Ale gdy się człowiek w dodatku dowiaduje, że kiedyś, nad Tygrysem, uratował życie jednemu z krewnych tego mirzy, słowo „niezwykły“ wydaje się zbyt bladem. Temu też przypisać należy, że mimowoli wyrwało mi się następujące pytanie:
— Mówił pan o Hassanie Ardszir-mirzy?
Teraz zdumiał się Dżafar. Zatrzymał konia, rozpostarł ramiona i zawołał:
— Hassan Ardszir-mirza, zbiegły książę! Pan zna to imię! Allah czyni dziś wielkie cuda! Gdzieś o nim słyszał, sir?
— Gdzie słyszałem? Widziałem go, klęczałem nad jego zwłokami, gdy dżuma trzymała mnie już w swych szponach.
— Zwłoki — — ! Dżuma — — !
— Obok niego leżała żona, chluba jego serca, którą razem z nim zamordowano.
Była to oryginalna scena. Staliśmy naprzeciw siebie i krzyczeliśmy tak głośno, że Perkinsowi mogło się wydawać, iż ma przed sobą warjatów. Dżafar wybałuszył oczy; usta miał otwarte, nie mógł jednak wykrztusić ani słowa. Wreszcie odetchnął głęboko i ryknął jak lew:
— Dżanah, jego dusza, jego perła najdroższa! Przez nią byłem z nim skoligacony. Mr. Shatterhand, sam nie wiem, czy śnię, czy marzę, czy też bredzę w gorączce. Pan bawił u Haddedihnów?
— Tak.
— Sławny ich szeik, Mohammed Emin, zmarł w pana obecności?
— Byłem na jego pogrzebie. Zginął, gdyśmy w walce przeciw Kurdom stanęli po stronie Hassana Ardszira-mirzy.
— Tak, tak! W takim razie pan jest...
Przetarł ręką czoło i ciągnął dalej:
— ...pan jest emir Kara Ben Nemzi effendi!
— Tak. Imię Karol przerobiono na Kara; Ben Nemzi określa moją narodowość, tytuły zaś emir i effendi dano mi bez specjalnych moich zasług.
Zarzucił mnie pytaniami, na które musiałem odpowiadać. Po jakimś czasie przerwałem ich potok:
— To fantastyczne spotkanie. Ale nie traćmy czasu! W obliczu przeszłości nie wolno nam zapominać o najbliższych zadaniach i obowiązkach. Żywo, śpieszmy ku kotlinie!
— Jak pan chce, sir! Niespodziane wzruszenie zelektryzowało mnie. A więc Old Shatterhand i Kara Ben Nemzi effendi to jedna istota! Ma pan mi wiele do opowiedzenia!
— Pan mnie również. Będzie pan musiał opowiedzieć dokładnie, w jakich warunkach i gdzie spotkałeś mego małego, wiernego Hadżi Halefa. Ale teraz naprzód!
Kontynuowaliśmy przerwaną niespodzianie jazdę. Niełatwo nam było milczeć, zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że trzeba całą uwagę skierować ku potrzebom chwili obecnej. Co się tyczy Perkinsa, to widocznie udzieliło mu się nasze zdumienie, bo miał taką minę, jakgdyby asystował przy spotkaniu sułtana Stambułu z cesarzem chińskim.
Przepowiednie moje sprawdziły się: odnaleźliśmy kotlinę. Po jakiejś godzinie na wschodzie zarysowała się ciemna linja lasu.
Tworzył w kotlinie długi prostokąt o szerokości niezbyt wielkiej. Nie ulegało wątpliwości, że siedemdziesięciu Indjan przeszuka go najdokładniej w przeciągu godziny. Ponadto trzeba było uwzględnić i tę okoliczność, że nie można było ustalić miejsca, w którem Komanczowie rozłożą się obozem. Mogli przecież wybrać to samo miejsce, co i my. Nawet w przeciwnym wypadku należało liczyć się z możliwością, że nas odnajdą. Przecież mógł nas zdradzić pierwszy lepszy drobiazg, naprzykład parsknięcie konia Dżafara. Koń ten bowiem dotychczas nie nosił na grzbiecie westmana, więc jak każde niewyszkolone zwierzę z pewnością parskał, ilekroć czuł bliskość innych koni. Dlatego też na zapytanie Perkinsa, gdzie się ukryjemy, odrzekłem:
— Nie będziemy się wcale ukrywać. W każdym razie wy dwaj zostaniecie na wolnej, otwartej przestrzeni.
— Ależ w takim razie zobaczą nas!
— Nie. Otwarta przestrzeń jest w obecnej sytuacji najlepszą kryjówką.
Chciał replikować, ale upominał go Dżafar:
— Odkąd wiem, że to Kara Ben Nemzi, jestem przekonany, że w każdej sprawie ma rację.
— Jeżeli nie w każdej, to przynajmniej w wielu — sprostowałem pochwałę. — Zatrzymamy się tutaj; to miejsce jest najbardziej odpowiednie.
— Dlaczego właśnie to ma być najbardziej odpowiednie? — zapytał jednak Perkins. — Jakże można będzie oswobodzić jeńców, gdy my pozostaniemy tutaj, a Indjanie rozbijają obóz w lesie?
— Niech pana o to głowa nie boli! Zaręczyłem przecież, że was nie narażę na niebezpieczeństwo. Co do mr. Dżafara, to zbyt mało jest obeznany z Dzikim Zachodem i jego mieszkańcami, więc nie chciałbym wogóle go trudzić. Pójdę do lasu sam — czekajcie tu mego powrotu.
— A jeżeli tymczasem ukażą się czerwoni?
— W takim razie oddalcie się na zachód. Skoro się ulotnią, wracajcie tutaj. Musicie starać się o to, abyście ich pierwsi ujrzeli.
— A jeżeli zajdzie konieczność ucieczki? Jeżeli nie będziemy mogli wrócić?
— O mnie się nie lękajcie. W każdym razie odnajdę i was i swego konia. Zostanę tu jeszcze czas jakiś; gdy nadejdzie chwila, w której, według moich przypuszczeń, Indjanie się zbliżą, ruszę w kierunku lasu i...
— Zobaczą pana, tak samo jak i nas, — przerwał.
— Żartowniś z pana, mr. Perkins. A może w żarcie jest część prawdy, może sam zechcę się pokazać. Nie ulega wątpliwości, że uwolnię tych sześciu jeńców ani w otwartej walce, ani przez podstęp. Potrzebny tu jest czyn niezwykły, oparty na wielkiej odwadze i sprycie. Spróbuję dokonać go dziś po południu. Jeżeli mi się uda obezwładnić wodza, gra nasza wygrana; zwrócę mu wolność jedynie za cenę oswobodzenia jeńców.
— Jakże go pan dostanie w ręce?
— To zależy od okoliczności. Skoro nie będą pomyślne, trzeba będzie działać siłą. W ostatecznym razie wpadnę między czerwonych, przyłożę wodzowi nóż do gardła i zagrożę mu, że go zakłuję, jeżeli ktokolwiek podniesie na na mnie rękę i nie zechce uwolnić bladych twarzy.
— Byłoby to szaleństwem, sir!
— Niejednego takiego szaleństwa już dokonałem. W takich wypadkach strach bywa moim najlepszym sprzymierzeńcem. Kto się jednak lęka przed czasem, ten nie powinien przykładać ręki do czynów tego rodzaju. No, teraz ściągniemy skórę z zająca. Drwa na ognisko mamy poddostatkiem.
Las przechodził na równinie w szereg krzaków. Niektóre z braku wilgoci powiędły zupełnie. Perkins uzbierał nieco gałęzi; rozpaliliśmy ognisko i upiekliśmy zająca.
Podczas posiłku odpowiedziałem Dżafarowi na szereg pytań, odnoszących się do niedalekiej przeszłości. O śmiałym planie, który dziś umyśliłem, nie było między nami mowy. Po jakimś czasie wstałem i, przewiesiwszy przez ramię strzelby, zacząłem gotować się do drogi, Perkins zapytał:
— Odchodzisz sir?
— Tak.
— Ze strzelbami? Jeżeli czerwoni pana pochwycą, drogocenna broń przepadnie bezpowrotnie.
Pshaw! Nieraz dostawałem się do niewoli, nieraz zabierano mi broń, a jednak zawsze udawało mi się zbiec razem ze strzelbami. Nie martwcie się, panowie! Nic złego mi się nie stanie.
Po tych słowach odszedłem. —  —  —


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.