Dżafar Mirza I/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Dżafar Mirza
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
BRACIA SNUFFLES

Większość moich czytelników zna Winnetou, wodza Apaczów, najszlachetniejszego z pośród Indjan, najlepszego i najwierniejszego mego przyjaciela. Wiadomo im zapewne, jaką zginął śmiercią. W głębokim kraterze góry Hancock, podczas walki z Siouxami plemienia Ogellallah, kula przeszyła mu piersi. Wyzionął ducha na moich rękach. Zanieśliśmy jego zwłoki w góry Gros-Ventre i pogrzebaliśmy je w dolinie rzeki Metsur. Przypadł mi smutny obowiązek wyprawy na południe celem zawiadomienia Apaczów, że najwyższy ich i najsławniejszy wojownik nie żyje.
Jazdę tę dziś jeszcze z grozą wspominam. Śmierć Winnetou poruszyła mnie do głębi. Stałem się innym człowiekiem. Znikła gdzieś beztroska i wiara we własne siły. Nie moglem się zdobyć na najlżejszy uśmiech. Opuściła mnie radość życia. Szukałem samotności, unikałem ludzi. A gdy podczas samotnej, dalekiej wyprawy trzeba było zamienić kilka słów w jakimś forcie lub osadzie, starałem się, aby rozmowa trwała jak najkrócej. Ludzie, z którymi się od czasu do czasu stykałem, nie traktowali mnie jak równego sobie. Nie zwracali na mnie uwagi, nie dostrzegali mnie prawie, a gdym się z nimi rozstawał, nie zawsze mówili: „do widzenia!“ Przyczyną był mój wygląd zewnętrzny.
Ruszyłem z Winnetou w góry Hancock, aby oswobodzić kilku znanych nam osobiście settlerów[1], których Siouxowie plemienia Ogellallah wzięli do niewoli. Cel wyprawy został osiągnięty, ale przypłaciliśmy ją śmiercią Winnetou. Po pogrzebaniu zwłok, część białych postanowiła zostać w dolinie rzeki Metsur i utworzyć tam kolonię. Pomagałem im w tem i dlatego nie odrazu ruszyłem do Apaczów.
Mój strój myśliwski był do tego stopnia zniszczony, że musiałem postarać się o inny. Na Dzikim Zachodzie niema sklepów z ubraniem, trzeba więc było zadowolić się propozycją pewnego settlera, który ofiarował mi strój własnego wyrobu. Był to ubiór z niebieskiego płótna: settler wykonał go na warsztacie tkackim, przykroił i przyfastrygował. Oczywiście, o linji kroju nie mogło być mowy. Spodnie przypominały podwójną rurę, kamizelka — worek bez rękawów, marynarka — wór z rękawami. Ubranie było uszyte na człowieka o zupełnie innej figurze, niż moja. Nietrudno więc sobie wyobrazić, jak w niem wyglądałem; nie byłem ani odrobinę podobny do westmana. Nadobitek milczałam jak zaklęty i z trwogą patrzyłem na ludzi. Więc pojawienie się Old Shatterhanda nie wywoływało zwykłego efektu.
Po upływie dwóch tygodni przybyłem w okolice Północnej Kanadian. Droga prowadziła przez szeroką, płaską prerię, na której rosły kępy drzew i krzewów. Trzeba było zaostrzyć czujność, gdyż te drzewa i krzewy zasłaniały widok. W każdej chwili należało się spodziewać spotkania z nieprzyjacielem, chodziły bowiem pogłoski, że wśród Komanczów, których linje sięgały aż do prerji, wybuchły poważne niepokoje.
Około południa dotarłem do strumienia, którego świeża, czysta woda musiała zwabić każdego wędrowca. Wybrawszy miejsce, z którego roztaczał się daleki widok, zsiadłem z konia, napiłem się krynicznej wody i wyciągnąłem się pod cienistem drzewem.
Po jakimś kwadransie ujrzałem dwóch jeźdźców. Stwierdziwszy, że to biali, nie ruszyłem się z miejsca. Zbliżali się po tej samej linji, po której przybyłem; jechali po moich śladach. Widziałem, że mi się bacznie przypatrują. Siedzieli na mułach, a byli zupełnie jednakowo ubrani. Gdy się zbliżyli, zauważyłem, że podobieństwo rozciąga się również na postacie i rysy twarzy. Nie ulegało wątpliwości, że to bracia, jeśli nie wręcz bliźnięta.
Byli bardzo wysokiego wzrostu, a przytem straszliwie wychudzeni. Mimowoli nasuwało się przypuszczenie, iż od tygodnia głodują. Zato cerę mieli zdrową. Siedzieli mocno na swych mułach. Zbliska zauważyłem, że jeden różnił się od drugiego jedynie nieznaczną blizną, przecinająca lewy policzek. Nie można powiedzieć, by byli pięknościami, gdyż najbardziej wystającą część twarzy mieli niezwykle rozwiniętą. Byli to posiadacze nieprawdopodobnych nosów! Można się śmiało założyć, że takich nosów niema w całych Stanach. Aby opisać wielkość, kształt i kolor, trzeba je widzieć. Mimo tych trąb jerychońskich nie byli brzydalami. Przeciwnie, wyraziste, wygolone twarze wzbudzały sympatję. Kąty ust uśmiechały się radosnym beztroskim uśmiechem; jasne oczy patrzały w świat przenikliwie. Ubrani byli w wygodne ciemnoszare wełniane bluzy i spodnie. Nogi tkwiły w mocnych sznurowanych kamaszach, na głowach mieli kapelusze o szerokich kresach, z ramion zwisały szerokie koce, podobne do nieprzemakalnych płaszczów. Za skórzanemi pasami tkwiły sztylety i rewolwery. Ponadto uzbrojeni byli obaj jeźdźcy w długie dalekonośne rifles.
Dotąd nie spotkałem tej pary, ale słyszałem o niej nieraz. Wiedziałem, kogo mam przed sobą. Pomyłka była wykluczona. Nikt nie widział tych nieodłącznych towarzyszów oddzielnie, i nikt nie znał ich nazwisk. Ze względu na potężne nosy, nazywano ich poprostu „dwaj Snuffles“. Ten z blizną zwał się Jim Snuffle, drugi — Tim Snuffle[2]. Jak widać nawet imiona mieli podobne. Ale nie koniec na tem! Muły ich również wabiły się prawie identycznie: Jim nazywał swojego Polly, Tim na swego wołał Molly. Mimo, że w ostatnich czasach unikałem towarzystwa, spotkanie tej pary nie sprawiło mi przykrości. Byli to ludzie z gruntu uczciwi i tak pociągający, że perspektywa odbycia w ich towarzystwie szmatu drogi przedstawiała się wcale przyjemnie. Nie zauważyli mego konia, ukrytego za krzakami, ani mnie, gdyż leżałem w gęstej, wysokiej trawie. Zbliżali się coraz bardziej, wpatrzeni wciąż w moje ślady. Odległość, dzieląca nas, nie przekraczała dwudziestu kroków. Wreszcie zauważyli, że ślady, za któremi jadą, urywają się nagle. Zdumieni, zatrzymali swe muły. Ten z blizną zawołał:
— Do licha! Ślady się skończyły! Widzisz, stary Jimie?
Yes! — skinął drugi. — Ale gdzie jest ta kanalja?
— Ulotnił się jak kamfora!
— Ktoś musiał go sprzątnąć, mój stary Jimie. Nie widzę śladów.
— To fałsz, oto ślady kopyt, — prowadzą w kierunku krzaków. Łotr z pewnością się tam schował.
— Nie. Zwróć swój błogosławiony wzrok w tym kierunku, a zobaczysz, że zsiadł z konia i poszedł ku wodzie, gdzie...
Urwał. Wodząc wzrokiem za śladami, wreszcie mnie ujrzał.
— Do stu tysięcy djabłów! — zawołał po chwili. — Leży w trawie i nie rusza się. Czyż sądzi, że na Dzikim Zachodzie nie znają prochu i noża? Wypoczywa sobie, jak u siebie w domu na kanapie; zapomniał, że na tym brzegu Missisipi Komanczowie podkradają się po łup, jak wilki. Chodź, obudzimy go.
Skierowali muły w moją stronę. Patrzyłem na nich szeroko otwartemi oczami, nie mogli więc mieć żadnych wątpliwości, że nie śpię. Ten z blizną rzekł:
Good day! Ale z pana nieostrożny człowiek. Ślady widać na trzy mile! Rozkłada się pan na trawie czerwonoskórym na cel. Z pewnością nie jesteś westmanem!
Miał wybitnie nosowy głos, któremu też zawdzięczał przezwisko Snuffle. Obrzucił mnie badawczem, ale życzliwem spojrzeniem, które wytrzymałem z całym spokojem, i ciągnął dalej:
— No i cóż, nie odpowie pan?
— Owszem, nie chciałem jednak przeczyć, — odparłem.
— Przeczyć? Ciekaw jestem, do czego miałoby się to odnosić?
— Sadzicie naprawdę że czerwoni nakryliby mnie tak łatwo?
— Oczywiście!
— Oho! Gdybym pierwszego z nich zobaczył, wpakowałbym mu kulę w łeb, zanimby się zdążył zorjentować, w jakiem miejscu leżę. Przecież sami ujrzeliście mnie dopiero wtedy, gdy dzieliło nas zaledwie parę kroków. Mogłem więc was sprzątnąć o wiele łatwiej, niż się wam to obecnie zdaje.
Spojrzał zdziwiony na swego brata i rzekł doń:
— Ten człowiek ma rację, prawda, Tim? Mówi, jak z książki, choć nie wygląda na szpaka. Mógł nas istotnie sprzątnąć, oczywiście gdybyśmy byli wrogami i gdyby... gdyby był westmanem.
Yes, ale nie jest westmanem, — orzekł Tim stanowczo, patrząc na mnie z przyjaznem politowaniem. — Musi to być zabłąkany settler.
— Tak, to widać. Trzeba się nim zająć i skierować na odpowiednią drogę. Zabłąkał się na Dalekim Zachodzie. Perspektywa niewoli u Komanczów nie należy do przyjemności. Spocznijmy na chwilę.
Zeskoczył z muła, usiadł obok mnie i, gdy brat poszedł za jego przykładem, zapytał protekcjonalnym tonem:
— Sądzę, że nie będziemy panu przeszkadzać, he?
— Prerja stoi dla każdego otworem, sir.
— Oho, to brzmi tak, jakby nasza rada i pomoc była obojętna.
— Bardzo jestem wdzięczny, ale nie potrzeba mi ani rady, ani pomocy.
— Nie? — zapytał, ściągając brwi i obrzucając mnie badawczem spojrzeniem. — A więc nie zboczył pan z drogi?
— Nie.
— Hm! dziwne! Stawiam mego muła przeciw młodej kozie, że nie jesteś pan westmanem. Skądże pochodzisz?
— Z Niemiec.
— Hm, to bardzo prawdopodobne. Dowodzi tego strój i ubiór. Sądzę, że wolno zapytać, co tu pan robi i jak się nazywa?
— Dlaczegóżby nie? Skoro jednak przybyłem tu pierwszy, i do pytań powinienem mieć pierwszeństwo.
— Do licha! Jaki formalista z tego człowieka! Nie będziemy więc ukrywać, że jesteśmy westmanami, i to najprawdziwszymi westmanami, a nie żadnymi poszukiwaczami padliny, których gromady niepokoją starą prerję. Jak się zwiemy? Sądzę, że prawdziwe nazwiska nie będą pana interesować; wystarczy, jeżeli powiem, że ze względu na nosy cały świat nazywa nas „parą Snufflerów“. Przydomek to nieco irytujący, ale przyzwyczailiśmy się do niego. Teraz, skoro pan wie, kim jesteśmy i jak się nazywamy, zechciej odpowiedzieć na moje pytanie.
— Bardzo chętnie — odparłem, posługując się jego słowami. — Nie będę również ukrywać, że jestem westmanem i to westmanem najprawdziwszym, a nie poszukiwaczem padliny, których gromady niepokoją starą prerję. Jak się zowię? Sądzę, że prawdziwe nazwisko nie będzie was interesować; wystarczy, jeżeli powiem, że cały świat zwie mnie Old Shatterhandem.
Jim Snuffle skoczył — na równe nogi i zawołał:
— Old Shatterhand? Do licha! Mamy więc zaszczyt z najsławniejszym...
Nie skończył, gdyż brat Tim przerwał:
— Brednie! Nie pozwól z siebie kpić, stary Jimie! Przypatrz się tylko dobrze temu człowiekowi. Jakże można go porównać z Old Shatterhandem!
Jim usłuchał wezwania brata. Przyjrzawszy mi się dokładnie, rzekł tonem pełnym rozczarowania:
Well, masz rację, stary Timie! Człowiek ten nie jest Old Shatterhandem; zdawało mi się tylko. Tak mu daleko do Old Shatterhanda, jak zwykłemu niedźwiedziowi do niedźwiedzia grizzly.
Po tych słowach usiadł.
— Możecie mym słowom wierzyć, lub nie wierzyć. Prawdy nie zmienicie.
Pshaw! — roześmiał się ironicznie. — Nie podawaj się za Old Shatterhanda. Wiem lepiej, kim pan jesteś.
— No?
— Jesteś pan jokerem, wesołkiem. Chciałeś nas wodzić za nasze długie nosy. Ale to się nie uda! Gdy przed chwilą wypowiedział pan imię Old Shatterhanda, tak byłem zaskoczony, żem zapomniał, iż znam tego sławnego strzelca osobiście.
— Ach! Znasz go, mr. Snuffle?
— Tak. Widzieliśmy go kiedyś w Fort Clark nad Missouri.
— W Fort Clark? Niewiadomo mi, by tam był kiedykolwiek.
— Wierzę, gdyż jestem przekonany, że zna pan Old Shatterhanda tylko z nazwiska. Otóż muszę panu powiedzieć, że jest to ogromny, barczysty mężczyzna i ma kruczą brodę, sięgającą aż do pasa. Winnetou, nim został jego przyjacielem, zadał mu toporem cios w czoło, od którego ślad pozostał dotychczas.
— Cios toporem w czoło? Wielki, barczysty mężczyzna o czarnej brodzie? Hm. W takim razie ktoś naprawdę wywiódł was w pole. Old Shatterhand nie był nigdy w Fort Clark. Człowiek, któregoście przed chwilą opisali, pochodzi z Jowy, nazywa się Stoke i jest zastawiaczem sideł. Niejednokrotnie podawał się za Old Shatterhanda, aż wreszcie został zdemaskowany.
— Przez kogóż to?
— Przez prawdziwego Old Shatterhanda.
— Ach! Więc przez pana? Jakże się to stało? Jestem bardzo ciekaw.
— Bardzo prosto i jasno. Było to w Fort Randall, również nad Missouri. Przybyłem tam dla zakupienia amunicji i zastałem w knajpie gromadę ludzi, którzy z ogromnem zainteresowaniem słuchali jego przechwałek. Zapytałem, czy jest istotnie Old Shatterhandem. Gdy odpowiedział, że tak, oświadczyłem, że jestem jedynym człowiekiem, który ma do tego imienia prawo. Ponieważ nazwał mnie kłamcą, przeprowadziłem dowód prawdy.
— Dowód? Jaki?
— Walnęłam go pięścią w łeb tak mocno, że się zwalił jak długi.
Well! Czy byłbyś pan łaskaw pokazać nam tę pięść?
— Oto jest.
Pokazałem mu swoją rękę. Ujął ją w dłoń, obmacał dokładnie i rzekł z uśmiechem:
— Jest pan istotnie niezwykłym wesołkiem. Przecież to kobieca ręka. Takie miękkie ręce miała nasza nieboszczka ciotka. Wiem o tem doskonale, bo częstowała mnie często policzkami, ale ani jeden nie powalił mnie na ziemię. Temi palcami potrafi pan powalić człowieka?
— Nawet tak, że nie wstanie.
— Bądź pan łaskaw zaaplikować mi takie uderzenie. Chciałbym poznać stan nieprzytomności. Musi to być wspaniałe uczucie — roześmiał się znowu.
— Tego nie możecie wymagać, mr. Snuffle. Dla pana potrzebowałbym dwóch uderzeń.
— Jakto?
— Jednego w głowę, drugiego zaś w nos.
— Ach, tak! Nieźle pan się wykręcił, ale to nie pomoże. Gdybyś był naprawdę Old Shatterhandem, uderzyłbyś mnie teraz, gdyż Old Shatterhand nie pozwoliłby, by go bezkarnie nazywano jokerem.
— Zwłaszcza, gdy to miano oznacza kłamcę, — dodałem spokojnie. — Ponieważ był pan łaskaw użyć mniej drastycznego terminu, nie mogę spełnić pańskiego życzenia.
— Znowu świetna wymówka! Czy nie wie pan, jakie strzelby posiada Old Shatterhand?
— Niedźwiedziówkę i sztuciec Henry’ego.
Muszę dodać, że z powodu deszczu, który padał nocy ubiegłej, okryłem sztuciec pokrowcem.
Jim Snuffle wskazał na leżącą obok mnie strzelbę i zapytał:
— Nie zechce pan chyba twierdzić, że stara, zdemontowana armata, to niedźwiedziówka Old Shatterhanda?
— Owszem, twierdzę.
— W takim razie możnaby nazwać armatę z czasów Waszyngtona zwykłym rewolwerem kieszonkowym! A ta dubeltówka w pokrowcu — to zdaniem pana sztuciec Henry’ego?
— Tak.
— Pokaż-no pan! Jestem bardzo ciekaw.
— Czy tamten Old Shatterhand z Fort Clark pokazywał wam swoją broń?
— Nie. Jakżebyśmy śmieli niepokoić takiego człowieka!
— Ale mnie niepokoicie bez skrupułów! Czy miał przy sobie niedźwiedziówkę i sztuciec?
— Nie wiem i wcale o tem nie pomyślałem. Zapewniam pana, że to prawdziwy Old Shatterhand. Szeroki kapelusz, surdut myśliwski ze skóry elków, koszula myśliwska ze skóry jeleniej, skórzane spodnie i wysokie buty. Spójrz pan teraz na siebie! Jedynie kapelusz mógłby zdobić strzelca lub westmana; reszta garderoby zalatuje oborą lub królikami. A poza tem najważniejsze: Old Shatterhanda niema w tych okolicach.
— Dlaczego?
— Ponieważ znajduje się w górach Gros-Ventre!
— Jesteście tego pewni?
— Tak. Z pewnością pan nie wie, co w górach zaszło. Słyszał pan kiedyś o Winnetou?
— O wodzu Apaczów? Cóż wam o nim wiadomo?
— Wiemy, że zginął. Siouxowie plemienia Ogellallah zabili go w górach Hancock; Old Shatterhand ściga ich, by pomścić śmierć sławnego przyjaciela. Oświadczam wam, że żaden z nich nie ujdzie z życiem. Old Shatterhand nigdy nie przelewa krwi bez potrzeby, lecz w tym wypadku nie spocznie, dopóki nie zmiecie z powierzchni ziemi ostatniego z pośród tych łotrów. Czy pan twierdzi nadal, że jesteś Old Shatterhandem?
— Tak.
— W takim razie może pan nam opowie, co się stało w górach Hancock?
— Przeżyłem to wszystko. Szkoda słów.
Well! Znowu niezła wymówka, albo ma pan małego zajączka i popuszcza wodze imaginacji. Jeżeli tak jest istotnie, musimy się panem zająć, aby ci się nie przywidziało, żeś sułtanem tureckim, lub cesarzem chińskim. A może pan żartuje poprostu? W takim razie jesteś pożądanym towarzyszem. Jeżeli udajesz się w tę samą drogę, co my, zabierzemy pana chętnie ze sobą.
— Naprawdę? Chcecie mi okazać ten zaszczyt?
— Mniejsza o zaszczyt. Poprostu lubimy się pośmiać. Skąd pan przybywa?
— Z gór Gros-Ventre.
Well! Dobra odpowiedź. Dokąd pan podąża?
— Do Apaczów.
— Do licha! Czegóż pan od nich chce?
— Zawiadomię ich o śmierci Winnetou.
— Człowieku, świetnie grasz swoją rolę! Jeżeli jednak naprawdę żywisz ten zamiar, szkoda narażać się na niebezpieczeństwa podróży, gdyż nie ulega wątpliwości, że Apaczowie wiedzą o śmierci Winnetou.
— Racja. Nie mogłem wyruszyć odrazu; pewne okoliczności zatrzymały mnie, więc wieść o śmierci przyjaciela podążyła przede mną. Mimo to muszę przedsięwziąć tę wyprawę, ponieważ chcę, aby Apaczowie dowiedzieli się o wszystkiem od naocznego świadka.
— Od naocznego świadka! Pyszna z pana figura! Będziemy się cieszyć, jeśli zechcesz nam towarzyszyć. Przeprawimy się przez Kanadian, potem zaś mamy zamiar ruszyć do Santa Fé. Drogi nasze częściowo się zbiegają. Czy będzie pan nam towarzyszyć?
— Owszem, podobacie mi się, messurs.
Well! A wiec sprawa załatwiona. Musimy jednak wiedzieć, jak pana mamy nazywać?
— Old Shatterhand.
— Człowieku, tego nie możesz od nas wymagać! Nie chcemy wycierać sobie gęby tem nazwiskiem. Wyszukaj sobie inne przezwisko!
— Obstaję przy tem.
— Więc my panu wyszukamy. Ponieważ jesteś Niemcem, będziemy pana nazywać mr. Germanem do chwili, aż nam raczysz wyjawić swe prawdziwe nazwisko. Zgoda?
Nie mam nic przeciw temu.
— Zgadzasz się również, stary Timie?
— Dobrze, nazwij go, jak chcesz.
— A więc, mr. German, pojedziesz pan z nami? Czy wiesz, co to znaczy?
— Nie przypuszczam, aby to było coś niezwykłego.
— Oho! Musimy się przedostać przez terytorium Komanczów, którzy znowu podnieśli broń przeciw białym. Twierdzą, że zostali oszukani przy jakichś dostawach. Może mają rację. Jeżeli nas pochwycą, będziemy zgubieni.
— Jeżeli nas pochwycą, będziemy głupcami.
Well, wcale nieźle! Miejmy nadzieję, że pan będzie rozsądny niatylko w słowach i nie pozwoli się schwytać, No, odpoczęliśmy i możemy ruszyć w drogę. Sprowadź pan swego konia, sir!
— Zjawi się sam.
Gwizdnąłem. Z za krzaków wyszedł mój wierzchowiec. Na widok wspaniałego karego rumaka, oniemieli na chwilę. Wreszcie Jim zawołał:
— Do licha, skąd taki wierzchowiec do pana?
— To dar Winnetou.
— Daj pan spokój! Winnetou darował by panu takiego rumaka? Wyznam szczerze, że to wydaje mi się podejrzane. Taki człowiek właścicielem tak wspaniałego wierzchowca! Miejmy nadzieję, że nie spotkamy właściciela i że nie powieszą nas jako koniokradów.
— Nie martw się, mr. Snuffle! Nie jestem koniokradem. Z tego, że mnie słucha, możecie wnioskować, że jest moją własnością.
— To mnie nieco zbija z tropu. Człowiek, który posiada takiego konia, nie jest z pewnością zwykłym włóczęgą. Ale prawdziwy westman nie obwiesza swego ciała płóciennemi płachtami, które z niego spadają. Jesteś pan dla mnie zagadką.
— Może. Nie łamcie sobie głowy; rozwiązanie przyjdzie samo przez się.
— Jeśli łaska, niech się to stanie, jak najszybciej, mr. German. Uważałem was za greenhorna, ale pojawienie się wierzchowca wywołało we mnie szereg refleksyj. Na szczęście, ma pan szczery wyraz twarzy, więc spróbujemy! A więc na koń i jazda!
Jak już nadmieniłem, spotkanie z braćmi nie było mi niemiłe; teraz zaczynało mnie bawić. Obydwaj poczciwcy nie chcieli żadną miarą uwierzyć, że jestem Old Shatterhandem. Moje obejście zdezorjentowało ich zupełnie, ponadto do wątpliwości przyczynił się również mój strój. Byli przekonani, że jestem fantastą, lub człowiekiem niezupełnie normalnym, jeśli nie koniokradem!
Gdyśmy ruszyli w drogę, zachowywałem się jak człowiek niezbyt dobrze obeznany ze siodłem. To potwierdzało jeszcze bardziej ich wątpliwości i zaczęli pocichu wymieniać zdania pod moim adresem, obserwując mnie przytem bacznie.
Gdybym im pokazał sztuciec Henry’ego, nastroje zmieniłyby się odrazu. Bawiło mnie jednak, że się z mego powodu niepokoją i zaczynają żałować propozycji wspólnej jazdy.
Przed wieczorem zatrzymaliśmy się na nocleg u skraju lasu. Niebezpieczeństwo, grożące ze strony Komanczów, wymagało wystawienia warty. Zwróciłem ich uwagę, by ustalili porządek czuwania. Odpowiedzieli, że mogę spać spokojnie przez całą noc, gdyż rozdzielą wartę między siebie. Wskazywało to, że nieufność ich względem mnie wzrosła. W innych okolicznościach byłbym im dał dowód, że jestem istotnie tym, kim się być mienie; podczas jednak ostatnich kilku nocy, ze względu na konieczność baczenia na wroga, nie spałem prawie zupełnie, więc postanowiłem skorzystać z nęcącej propozycji. Spałem do rana jak kamień, trzymając w rękach obydwie strzelby.
Gdyśmy rano wyruszyli, od Beaver-Creeku dzieliły nas cztery godziny jazdy. Przez cały czas byłem równie milczący, jak wczoraj. Obydwaj bracia nie starali się o podtrzymywanie rozmowy. Najchętniej byliby się mnie pozbyli.
Po jakichś dwóch godzinach, gdyśmy się znaleźli na małej, otwartej sawanie, ukazał się na horyzoncie jakiś jeździec, zdążający w naszym kierunku. Gdy nas ujrzał, skierował konia na prawo, aby zniknąć nam z oczu. Obudziło to podejrzenie Jima:
— Nie chce się z nami spotkać. Nie ulega wątpliwości, że to biały. Z pewnością widzi również, że nie jesteśmy Indjanami. Dlaczego gardzi nami, mój stary Timie?
— Ponieważ w tych stronach nie można ufać nikomu, nawet białym, — odparł Tim.
— Pokażemy mu, że nam ufać można. Może dowiemy się od niego, skąd przybywa i czy natrafił na ślady Komanczów. Zboczmy w jego stronę!
Jeździec zobaczył, żeśmy ruszyli ku niemu. Gdyby zboczył jeszcze bardziej, obudziłby w nas jeszcze większe podejrzenie. Poszedł wiec po rozum do głowy i ruszył w naszą stronę.
Po niedługiej chwili ujrzałem, że dosiada świetnego konia. Stwierdziłem również ze zdumieniem, że koń ma typ uprzęży, zupełnie nieznany w Ameryce. Siodło i wędzidło przypominały kosztowne uprzęże perskie, zwane reszma. Imitacja była bardzo skromna i nie ulegało wątpliwości, że robił ją człowiek nie znający oryginału. Mimo to uderzył mnie sam fakt napotkania w Ameryce perskiej reszmy.
Jeździec, ubrany w strój strzelców Zachodu, był stuprocentowym Amerykaninem. Przez ramię zwisała strzelba, za pasem tkwił rewolwer, nóż i... Nie Chciałem wierzyć własnym oczom, gdym ujrzał długi, perski handżar, którego trzon był wykładany srebrem. Skąd się ta broń wzięła do westmana?
Pozdrowił nas z ponurą miną i zatrzymał konia. Odpowiedziawszy na ukłon, Jim Snuffle rzekł:
— Czy pan weźmie nam za złe, jeżeli zatrzymamy go na chwilę? Komanczowie wyleźli ze swych nor, trzeba się więc mieć na baczności i zważać, czy w okolicy niema nieprzyjaciół. Przybywa pan z nad Beaver-Creeku?
— Istotnie — odparł zapytany, wyprostowując swój długi tułów i potrząsając szerokiemi ramionami. — Jeżeli chcecie się czegoś dowiedzieć, śpieszcie się, gdyż nie mam czasu.
— Będę się streszczać. Jaką drogą pan jechał po tamtej stronie Creeku?
— Ruszyłem od Antelope-Buttes.
— Natrafił pan na ślady Komanczów?
— Nie.
— Czy po tamtej stronie doszło już do starcia?
— Nic o tem nie słyszałem. Czy to już wszystko? Śpieszno mi, panowie!
— Tak. Pana rzeczowe odpowiedzi wyczerpują sprawę. Dziękuję, sir, i życzę szczęśliwej podróży!
Obydwaj bracia byli zadowoleni z relacyj nieznajomego. Nie mógłbym tego powiedzieć o sobie. Poza obcą uprzężą i handżarem zaniepokoił mnie wielki pośpiech przybysza. Wydawało mi się rzeczą nieprawdopodobną, by sam przybył z Antelope-Buttes. Gdy więc chciał ruszyć w dalszą drogę, zbliżyłem się doń na koniu i rzekłem:
— Jeszcze chwilę, sir! Cóż za dziwna uprząż zdobi tego konia? Nigdy na Zachodzie takiej nie widziałem.
— To nie pana sprawa — burknął brutalnie, usiłując mnie wyminąć. Nie ustępowałem jednak z drogi. Ciągnąłem dalej:
— Racja, nic mi do tego. Ale jestem człowiekiem ciekawym i chciałbym wiedzieć.
— Ustąp pan z drogi! — fuknął. — To uprząż meksykańska! No, a teraz jedź do wszystkich diabłów!
Spiął konia, aby zatoczyć dookoła mnie łuk. Dałem koniowi ostrogi i znów znalazłem się obok niego.
— Mylisz się, sir. Nie jest to uprząż meksykańska, lecz perska. Czy wolno spytać, skąd pochodzi egzotyczny sztylet, który tkwi za pasem pana?
— Nie, o to pytać nie wolno. Jakiem prawem...
Nie dokończył, gdyż Jim wtrącił z niechęcią:
— Co też panu strzeliło do głowy? Zostaw tego gentlemana w spokoju. Nie dopuszczę o bójki bez powodu.
Nie zwracając na te słowa uwagi, rzekłem do nieznajomego:
— Ten sztylet to poprostu perski handżar. Żądam wyjaśnienia, skąd pochodzi. Wierzchowiec, którego pan dosiada, jest obcą własnością.
— Jak śmiesz mnie posądzać o kradzież? — ryknął. — Chcesz, żebym ci wpakował kulkę w łeb?
— Do tego nie dojdzie — odparłem z całym spokojem. — Zechciej się pan przyjrzeć swoim butom i ostrogom. Czy harmonizują z orjentalnemi strzemionami? Koń nie jest pana własnością. Komuś go ukradł?
— Odpowiem ci na to kulą, kanaljo!
Wyrwał rewolwer z za pasa. Zanim zdążył wziąć mnie na cel, wymierzyłem w jego skroń cios tak potężny, że wypuścił lejce i zwalił się z konia. Zeskoczyłam ze swego wierzchowca, aby zrewidować jego kieszenie. Widząc to, Jim Snuffle również zsiadł z konia, podbiegł i chwytając mnie za ramię, zawołał:
— Na Boga, człowieku, zachowujesz się jak zwyczajny zbój! Jeżeli nie zostawisz tego podróżnego w spokoju, walnę pana kolbą w łeb.
Nie wiem, czy był gotów wykonać swój zamiar. Dość, że odsunąłem go od siebie gwałtownym ruchem i oświadczyłem kategorycznie:
— Pięść moja działa sprawniej, niż pana kolba, mr. Snuffle. Old Shatterhand nie jest zbójem, ale nie jest również tak lekkomyślnym młokosem, jak pan. Jeśli będziecie mi przeszkadzali, powalę was na ziemię tak samo, jak tego kłamcę.
— Ależ... — jęknął przerażony — przecież on nie wyrządził panu żadnej krzywdy!
— Dowiodę wam, że wyrządził krzywdę innym.
Pochyliłem się powtórnie i opróżniłem kieszenie nieznajomego, który nie odzyskał jeszcze przytomności. Nie było w nich nic podejrzanego. Poczciwy Jim zwrócił się więc do mnie z wyrzutem:
— Pomyliłeś się, sir — nic w nich nie znajdziesz. Nie godzi się rzucać na człowieka, jak dzikie zwierzę, jeżeli...
— Proszę, nie unoś się, sir! — przerwałem. — Zawartość kieszeni dowodzi jedynie, że jest westmanem, natomiast nie wynika stąd, że koń do niego należy. Zobaczymy, co się mieści w kulbace!
Wyciągnąłem z niej coś, co trudno znaleźć u westmana, a mianowicie tomik, oprawiony w marokańską skórę. Kartki pokryte były perskiem pismem. Na jednej z nich widniał napis następujący:

Du yar zirak u az bada in kubun da mani,
Faragat iva kitab-i va gusa i caman-i!
Man in buzur bi dunya va achivąt na diham;
Agarci dar pay-am uftand chalki, anjuman-i!

Był to fragment utworu „Diwan“, napisany przez największego liryka perskiego Hafisa. Tomik poezji nie mógł być własnością pospolitego wędrowca sawany. Ludzie tego typu nie uczą się po persku i nie mają czasu na zajmowanie się Hafisem podczas przeprawy przez terytoria wrogich Komanczów.
Wróciłem do rewizji kulbaki. Oprócz fajki perskiej, zwanej hukah, znalazłem jeszcze kilka innych przedmiotów, które mnie upewniły, że prawowity właściciel konia pochodził ze Wschodu, lub conajmniej przyswoił sobie obyczaje orjentalne. Tutaj, w zachodniej Ameryce? Może to bogaty Jankes, który przybył na prerie z Persji, czy ze Wschodu? Obrabowano go, może zamordowano. Bezwzględnie należało to zbadać!
Tim również zsiadł z konia i, podobnie jak jego brat, oczekiwał w napięciu, co się dalej stanie. Gdym wskazał na hukah, Jim zapytał zaciekawiony:
— Cóż to jest? Jakoby o szklanej głowie! Coś w rodzaju aptekarskiego przyrządu do parzenia likieru?
— Skądże znowu! To poprostu perska fajka, w której dym przechodzi przez warstwę wody.
— Dym przechodzi przez wodę? Musi to być szczyt rozkoszy! A więc człowiek, który tu leży, pali w ten sposób?
— Nie ten, ktoś inny, kogo odszukamy.
— Cóżto za książka?
— Perskie wiersze. Prawie cała zawartość kulbaki jest perskiego pochodzenia.
— Skąd pan wie, że to perska książka?
— Przeczytałem kilka wyjątków.
— Pan — — rozumie — — po persku?
— Tak.
— Ta Persja leży w kraju, który się zwie Wschodem?
— Tak.
— Pośród pustyni Sahary, w której pełno ludzi na wielbłądach?
— Mniej więcej tak.
— Do licha! Słyszałeś, stary Timie?
Yes — odparł milczący brat.
— Popatrz-no na mnie!
Yes!
Zlustrowali się wzajemnie. Nie mogę twierdzić, aby twarze ich miały przytem zbyt mądry wyraz.
— Tim, słyszałeś, co niedawno opowiadano w Fernandino o Old Shatterhandzie?
— Oczywiście. Słyszałem na własne uszy, a słuch mam niezgorszy.
— Ile razy był w Stanach Zjednoczonych?
— Wspominano o czternastu.
— A poza tem?
— Podobno tłukł się po Turkach, Chińczykach i murzynach. Opowiadano, że był na Saharze, gdzie ludzie siedzą na wielbłądach, a słońce tak przyświeca, skóra złazi z ciała.
Well. Pomyśl w dodatku, że pod wpływem uderzenia tego mr. Germana nasz nieznajomy stracił przytomność.
Yes!
— Czyta po persku, a więc zna narzecza z okolic Sahary.
Yes!
— Old Shatterhand zna narzecza wszystkich Chińczyków i muzułmanów?
— Tak opowiadano. Mówią, że z muzułmanami porozumiewa się za pomocą tysiąca dialektów indjańskich.
Well! Pozwól się więc zapytać, mr. German, czyś bywał w tamtych krajach i czyś się z tamtymi gentlemanami porozumiewał w ich języku?
— Nie przeczę temu — odparłem.
— W takim razie bracia Snuffles okazali się parą osłów. Więc to, cośmy wczoraj słyszeli o zastawiaczu sideł Stoke, jest prawdą?
— Od a do zet.
— W takim razie ta stara armata jest zapewne niedźwiedziówką. Może pan zechce łaskawie pokazać tamten sztuciec.
— Wiecie, jak wygląda sztuciec Henry’ego?
Yes. Opisano mi go dokładnie. Poznałbym go zmiejsca.
— Proszę, przyjrzyjcie się; nie mam nic przeciw temu.
Wyjąłem z pokrowca sztuciec i podałam go braciom westmanom. Pod wpływem zakłopotania wyglądali przekomicznie. Uświadomiwszy sobie, jak się w stosunku do mnie pomylili, nie mieli odwagi spojrzeć mi w oczy.
— Cóż powiesz, Timie, o tej strzelbie? — zapytał Jim.
— To sztuciec Henry’ego.
— Bezwątpienia. Oto srebrna powłoka z napisem. Potrafisz odczytać?
Yes. „Old — Shat — ter — hand“ — sylabizował.
— Racja? A myśmy nie wierzyli! Zbłądziliśmy tak dalece, żeśmy sławnego gentlemana posądzali... o koniokradztwo! Pierwszy raz w życiu tak się skompromitowałem.
— Ja również.
— Trzeba błąd naprawić. Ale jak? Hm, hm!...
Niełatwo mu było przyznać się do fatalnej pomyłki. Stał jeszcze przez chwilę odwrócony, potem wykręcił się nagłym ruchem, podszedł o mnie i rzekł:
— Postąpiliśmy obydwaj jak patentowani idjoci. Mam jednak nadzieję, że pan nie będzie miał do nas urazy. Proszę nas wyśmiać dowoli, lecz potem proszę puścić w niepamięć naszą fatalną pomyłkę.
— Wierzycie więc, żem Old Shatterhand?
Yes — skinął Tim.
Brat zaś, bardziej wymowny, ciągnął dalej:
— Oczywiście, że wierzymy, nawet gotowiśmy na to przysiąc. Jeśli ktoś ośmieli się wątpić i przeczyć, podziurawimy go kulkami na rzeszoto. Zgadza się pan wspólnie z nami podróżować?
— Oczywiście do chwili, w której drogi nasze nie rozejdą. A teraz zajmijmy się nieznajomym! Widzę, że się rusza. Musimy uważać, aby się nie ulotnił.
Mieliśmy pod ręką kilka rzemieni, więc związaliśmy nieznajomego. Obydwaj bracia starali się gorliwością okupić swoją pomyłkę.
Nieznajomy powoli odzyskiwał przytomność. Chciał się podnieść. Gdy poczuł, że jest związany, przytomność wróciła całkowicie. Przez długą chwilę wodził po nas błędnym wzrokiem. Przypomniał sobie, co zaszło, i próbował nadludzkiemi wysiłkami oswobodzić się z więzów. Gdy trud okazał się daremny, przemówił:
— Zwarjowaliście! Naprzód walicie w łeb, a potem związujecie mi nogi i ręce. Cóż złego wam uczyniłem? Muszę jechać dalej i żądam uwolnienia mnie z więzów!
— Wierzę, że spieszno panu, — odparłem. — Pościg powinien tu nadążyć wkrótce.
— Chwała Bogu, że wam to wiadome! — odparł wbrew oczekiwaniu. — A więc uwolnijcie mnie i uciekajcie wraz ze mną!
— Dlaczegóż? Gdzież podstawa?
— Podstawa jest prosta i jasna. Komanczowie.
Pshaw! Niedawno pan opowiadał, żeś o nich nie słyszał nawet.
— Bo się wami nie interesowałem. Ale teraz sprawa wygląda inaczej. Jeżeli mnie nie puścicie, zginiecie wraz ze mną. Pięćdziesięciu Komanczów tu ciągnie!
— Doskonale! Zawrzemy z nimi znajomość. Ale przedtem chciałbym się od pana czegoś dowiedzieć.
— Odwiążcie mnie, inaczej pary z ust nie puszczę.
— Ależ wprost przeciwnie: nie uwolnimy pana, dopóki nie odpowiesz na nasze pytania.
— Zwłokę przypłacimy życiem.
— Jestem innego zdania. Radzę odpowiadać na moje pytania, i odpowiadać prawdą.
Zaczął mnie obsypywać obelgami. Przekonawszy się, że nic tą drogą nie wskóra, zwrócił się do Jima i Tima. Gdy i ci okazali się nieprzejednani, syknął ponuro
— O cóż chodzi? Przysięgam, że drogo zapłacicie za ten gwałt!
— No, zobaczymy. Do kogo należy koń i sztylet?
— Głupie pytanie. Oczywiście, że do mnie!
— A ta książka?
— Także do mnie.
— Cóż zawiera?
— Własne notatki.
— Ale nie w języku angielskim?
— Nie. Stenografowałem.
— Bezcelowe wybiegi, sir! To perskie pismo i perski tekst. A konia poprostu ukradłeś. Uprzedzam: jeżeli wyznasz prawdę, możesz liczyć na naszą wyrozumiałość. Jeżeli jednak nie zmienisz taktyki, właściciel konia ukarze cię według prawa sawany. Wiesz zapewne, że koniokradów karze się śmiercią?
— Końby się uśmiał! Bo jakże to można skraść własnego konia? Nie grajcie komedji! Przejrzałem was: sami jesteście koniokradami; chcecie mi odebrać mego konia pod pozorem, żem go ukradł.
To zuchwalstwo nie wyprowadziło mnie z równowagi. Ale szlachetny Jim Snuffle oburzył się do tego stopnia, że podszedł doń z zaciśniętemi pięściami i rzekł groźnie:
— Kanaljo, łotrze! Śmiesz twierdzić, że jesteśmy złodziejami? Powtórz to jeszcze raz, a wygarbuję ci skórę jak ostatniemu psu. Czy wiesz, z kim rozmawiasz?
— W każdym razie nie z uczciwymi ludźmi. Uczciwi puściliby mnie wolno.
— Właśnie dlatego, żeśmy ludzie uczciwi, nie odzyskasz wolności. Dowiedz się, że zowią nas parą Snuffles.
— Ach, więc to wy? W takim razie dziwię się jeszcze bardziej, że mnie tak traktujecie. Oskarżacie mnie bez cienia powodów. Nie zapytaliście nawet, jak się nazywam.
— I tak nie powiesz prawdy.
— Jestem gentlemanem, nie mam powodu ukrywać swego nazwiska. Odwiążcie mnie. Ze stenogramów, zawartych w tym notesie, będziecie się mogli przekonać, że jestem prawowitym właścicielem konia i tych wszystkich rzeczy.
— Gdybyśmy byli sami, możeby udało ci się wymigać. Uwierzylibyśmy ci na słowo, że książka z perskiemi wierszami jest notatnikiem, zawierającym stenogramy. Na szczęście jednak ten gentleman rozumie i czyta po persku.
— Kłamstwo! To indywiduum ubrane w niebieskie płótno nie może znać perskiego języka!
— Indywiduum ubrane w niebieskie płótno? Łotrze, bądź grzeczniejszy! Gdy ci wymienię jego nazwisko, zdechniesz z przerażenia.
— No, jestem ciekaw. Sam zapewne nie śmie go wymówić.
— Co? — Old Shatterhand wstydziłby się swego nazwiska?
— To indywiduum — Old Shatterhandem? Ha, ha, ha!
Zaśmiał się na całe gardło. Oburzyło to Jima tak dalece, że podniósł nogę, by go kopnąć. Odsunąłem go jednak i rzekłem:
— Szkoda psuć sobie krew dla tego człowieka! Wkrótce dowie się, kim jestem. Od tej chwili nie zaszczycimy go już ani jednem słowem. Gdyby zeznał prawdę, obeszlibyśmy się z nim łagodnie. Obecnie zeznanie jest już niepotrzebne.
— Święta racja, sir! Nie wierzyć, żeś Old Shatterhand! Już to, żeś go uderzeniem pięści zwalił z konia, powinno mu posłużyć za dowód wystarczający. Spójrz, łotrze, oto niedźwiedziówka, a oto sztuciec Henry’ego. Kto wobec takich argumentów ma jeszcze wątpliwości, ten jest niespełna rozumu!
Nieznajomy rzucił okiem na obydwie strzelby, potem spojrzał na mnie. Zaczęło mu świtać w głowie, że nierozsądnie przeczył i kłamał. Ja zaś obojętnie rzekłem do Snufflerów:
— Przywiążemy go do konia i ruszymy zpowrotem po jego śladach. Wkrótce okaże się, w jaki sposób zdobył przedmioty. Mam również nadzieję, że niezadługo będzie świadkiem mej rozmowy z właścicielem konia. Oczywiście, prowadzić ją będziemy w języku perskim.
Jeńcowi krew uderzyła do głowy. Było to dowodem, że istotnie sprawa dotyczy Persa, lub osoby, której nieobca jest Persja.
Włożyliśmy znalezione przedmioty do kulbaki i, podniósłszy jeńca, przywiązaliśmy go mocno do konia. Broń odebraną trzymali Snuffles, z wyjątkiem handżara, który schowałem za pas. Dosiedliśmy koni i ruszyliśmy ku Beaver-Creek. Jechałem na przodzie, za mną Jim i Tim, między nimi nieznajomy.
Miałem plan dosyć ryzykowny i niebezpieczny. Słowa nieznajomego o Komanczach nie były chyba wyssane z palca. Mogły zawierać odrobinę prawdy. Dlatego, skorośmy wjechali w las, wyprzedziłem towarzyszy podróży, aby ich ewentualnie ostrzec przed niebezpieczeństwem. Musiałem zdwoić uwagę. Trzeba było natężać wzrok, aby nie stracić z oczu śladów. Ponadto musiałem się strzec, aby nieprzyjaciel nie zjawił się niespodzianie. Z tych względów nie mogliśmy jechać zbyt szybko, jakkolwiek należało się śpieszyć, gdyż każda zwłoka mogła zaszkodzić okradzionemu właścicielowi konia, o ile, oczywiście, znajdował się w niebezpieczeństwie.
Na szczęście, nie przytrafiło się nic złego. Dotarliśmy nad Beaver-Creek przed upływem dwóch godzin.
Rzeka nie była tu głęboka. Dojrzeliśmy ślady na przeciwległym brzegu, ale gdzie były ślady, prowadzące ku rzece z tej strony?
— Do wszystkich djabłów! Cóż teraz poczniemy? — spytał Jim. — Ta bestja musi nam powiedzieć, w jaki sposób przeprawiła się przez rzekę. Zmusimy go do tego!
Spojrzawszy na jeńca przelotnie, wyczytałem w jego oczach błysk zadowolenia. Myśl, żeśmy bezpowrotnie stracili ślady, dodała mu otuchy. Przedwcześnie się jednak radował. Odnalezienie ich nie przedstawiało żadnej trudności. Chodziło o ustalenie, w którym punkcie przeprawił się przez rzekę. Zsiadłem z konia i wszedłem do wody wolno, ostrożnie, by jej nie mącić. Była czysta, nie sięgała wyżej metra, mogłem więc dojrzeć dno. Gdym wytężył wzrok w kierunku przeciwległego brzegu, zobaczyłem na dnie wyraźne ślady kopyt. Wynikało stąd, że dla zmylenia tropu spory szmat drogi przebył wodą. Skinąłem na braci, aby mi podali konia.
Twarz jeńca zasępiła się. Znowu stracił nadzieję. Spoważniał i spochmurniał, i można było poznać, że rozgrywa się w nim jakaś walka.
Ślady prowadziły wzdłuż rzeki, potem skręciły nagle pod kątem prostym na prawo i wbiegły w gęsty las. Poprzez drzewa doszły do strumienia i tu, nad jego brzegiem, nagle się urywały. Po drugiej stronie strumienia trawa była mocno wdeptana w ziemię. Zsiadłem z konia i zacząłem badać dno. Po chwili ujrzałem ślady kopyt.
— Mam wrażenie, że na tamtym brzegu popasali jacyś jeźdźcy, — rzekł Jim do brata.
Yes! — brzmiała odpowiedź.
— Któż to mógł być? Sądzi pan, że będzie to można ustalić, mr. Shatterhand?
— Nam nadzieję. Ustalenie, kto tu był przed dwiema godzinami, jest dla nas rzeczą bardzo ważną, — odparłem.
— Przed dwiema godzinami? Nie gniewaj się sir, ale sądzę, że więcej czasu upłynęło! Niech pan spojrzy na trawę. Jest bardzo zgnieciona. Przypuszczam, że obozowali tu przez całą noc.
— Jestem tego samego zdania.
— Doskonale! W takich razach jednak trawa nieprędko się podnosi. Dlatego sądzę, że miejsce to opuszczone zostało wcześniej, niż przed dwiema godzinami.
— Racja. Nam jednak wrażenie, że pan nie wszystko wziął pod uwagę. Po ludziach, którzy tu obozowali od wczorajszego wieczora, przybyli inni, i ci właśnie ruszyli stąd przed dwiema godzinami.
— Inni? Więc pan przypuszcza, że obozowały tutaj dwie oddzielne grupy?
— Bezwątpienia.
— W takim razie może pan będzie łaskaw pomóc nieco mym słabym oczom?
— Chętnie. Ale teraz muszę przejść na przeciwległy brzeg strumienia. Wy zostaniecie tutaj, gdyż nie chciałbym, byście zatarli ślady.
Przeskoczyłem przez wąski strumień. Zbadawszy opuszczony obóz, poleciłem braciom, aby przybyli do mnie wraz z jeńcem i moim wierzchowcem.
— Czy mogę wraz ze starym Timem zbadać również te ślady? — zapytał Jim. — Jestem bardzo ciekaw, czy potrafimy tak czytać ze śladów, jak pan. Byłaby to rozkosz prawdziwa!
— Nie mam nic przeciwko temu — odparłem. — Sprawa nie nastręcza trudności dwom tak wybitnym jednostkom, jak bracia Snuffles.
Zsiedli z koni i zaczęli przyglądać się śladom. Z prowadzonej półgłosem rozmowy wyniosłem wrażenie, że doszli do zgodnej konkluzji. Po chwili Jim rzekł:
— Stoimy przed zagadką, którą niełatwo rozwiązać. Jeśli Old Shatterhand twierdzi, że obozowały tu dwie różne grupy, nie myli się z pewnością. Cóżto za druga grupa?
— Ruszyła za pierwszą.
— Ale gdzież są jej ślady? Nie widać ich.
— Przecież ciągną się przed waszym nosem. Skąd przybyli ci ludzie, którzy tu obozowali i dokąd ruszyli?
— Przybyli z południa; ruszyli na zachód. Ślady są wyraźne, innych niema.
— To właśnie pomyłka.
— Pomyłka?
— Przyjrzyjcie się kątowi, jaki tworzą. To przecież nieprawdopodobne, aby westmani tak nakładali drogi. Ruszyli stąd na zachód, należy więc przypuszczać, że przybyli od wschodu.
Well. Czyż nie dostrzega pan swem bystrem spojrzeniem, że przybywają od południa?
— Przecież to nie ich ślady!
— Ach! A więc to ślady tamtych?
— Tak. Spójrzcie na wschód. Nic nie widzicie?
Skierowawszy wzrok we wskazanym przeze mnie kierunku, odparł:
— Mam, mam! Na trawie ciągnie się ledwie widoczna smuga. To z pewnością wczorajszy ślad tych, co tu nocowali. Od chwili ich przybycia upłynęło tyle czasu, że trawa zdążyła się wyprostować.
— Tak, teraz jesteśmy na dobrej drodze, mr. Jim.
— A więc nie ulega wątpliwości, że ludzie, o których nam chodzi, przybyli od wschodu i ruszyli dziś na zachód. A ślady, idące od południa?
— Wycisnął silny oddział jeźdźców, który przybył z południa i miał zamiar kontynuować podróż na północ. Odkrywszy jednak ten obóz, zboczył na lewo, za pierwszym oddziałem.
— Tak, ma pan zupełną rację, sir. Prawda, stary Timie?
Yes!
— Z kogóż więc składał się pierwszy oddział, a z kogo drugi? — rzuciłem dla wypróbowania jego sprytu i orjentacji.
— Pierwszy składał się z białych, drugi z Indjan.
— Na jakiej podstawie to twierdzicie?
— Mam ku temu dwie przyczyny. Przedewszystkiem, drugi oddział składał się najmniej z sześćdziesięciu jeźdźców. Trudno przypuścić, aby w tych okolicach stowarzyszyło się tylu białych, wypada więc przyjąć, że byli to Indjanie. Po drugie zaś, konie nie były podkute, co można zauważyć przy bliższem badaniu śladów. Jedynie Indjanie mogą mieć tak wielką ilość niepodkutych koni.
— Racja, ale dlaczego pierwszy oddział ma się składać z białych?
— Ponieważ ślady wskazują wyraźnie na podkowy końskie. Do oddziału tego należał zresztą i nasz jeniec, który przecież jest biały.
— Racja, mr. Jim, Ale on temu zaprzeczy.
— W takim razie musielibyśmy przyjąć, że należy do czerwonoskórych, którzy żywią wobec tych białych wrogie zamiary. Jeżeli tak jest, trzeba się z nim porozumieć zapomocą noża. Jim Snuffle nie jest greenhornem, ale odczuwa prawdziwa rozkosz, gdy go wypytuje Old Shatterhand.
Byłem przekonany, że nasz jeniec należy do białych i że z jakiegoś określonego powodu, w jakimś zbrodniczym celu, rozstał się z nimi. Było mi jednak na rękę, że Jim posądził go o porozumienie z Indjanami.
Słowa, wypowiedziane przez Jima, poskutkowały odrazu. Nieznajomy odparł:
— Mylisz się, mr. Jim. Chciałem ujść przed czerwonoskórymi.
— Może kto inny w to uwierzy, nas nie okłamiesz.
— Ależ nie okłamuję! Poprostu, rozmyśliłem się i doszedłem do przekonania, że lepiej będzie wyznać całą prawdę.
— Postąpiłbyś pan rozsądnie — rzekłem. — I tak wkrótce dogonimy czerwonoskórych i pomówimy z białymi, wśród których jest również ten, któregoś okradł. Skonfrontuję pana z nim.
— Bynajmniej nie miałem na celu kradzieży.
— Oho! Czy ten koń nie jest jego własnością?
— Owszem, należy do niego.
— A rzeczy w kulbace?
— Również.
— Zechce pan twierdzić, żeś to wszystko otrzymał w darze?
— Nie. Możliwe są inne ewentualności.
— Ciekaw jestem, jakie. Pożyczył panu konia?
— Tak jest. Pożyczył.
— Wykręt.
— Nie, to prawda. Będę zupełnie szczery. Wiem, że chcecie ścigać czerwonych. Słuchajcie więc!
— Tylko bez blagi. Nazwisko?
— Nazywam się Perkins. Pewien biały wynajął mnie wraz z dwoma westmanami, byśmy go przeprowadzili przez góry. On właśnie jest właścicielem konia.
— Któż to taki? Czem się trudni?
— Tego dokładnie nie wiem. Jest małomówny. Kazał się nazywać mr. Dżafar.
— Dżafar? Ach! Mówi po angielsku?
— Od biedy można go zrozumieć.
— Podróżuje sam?
— Nie, z dwoma lokajami, których zaangażował w Londynie.
— Nie wie pan, skąd pochodzi?
— Nie. Mówiłem już, że jest małomówny. Trudno więc było pytać o cokolwiek.
— Z pewnością bogaty?
— Tak przypuszczam. Ma dwa juczne konie; płacił dobrze. Zdaje się, że nie jest chrześcijaninem.
— Z czego to pan wnosi?
— Z tego, że pięć, sześć razy dziennie modli się w dziwny sposób w niezrozumiałym języku.
— Czy posługuje się podczas modlitwy dywanem?
— Ma koc, na którym staje, klęka i kłania się, krzyżuje przytem ręce na piersiach, lub składa je razem.
— Jak jest ubrany?
— Tak samo, jak my. Tylko nosi czapkę ze skóry jagnięcia. Włosy ma ciemne i bardzo gęstą, długą brodę.
— Ile mniej więcej ma lat?
— Około trzydziestu.
— Pochodzi ze Wschodu, jest prawdopodobnie Persem. Nic więc dziwnego, że trudno wytłumaczyć sobie, w jaki sposób taki człowiek mógł się dostać do Ameryki, i to na Dziki Zachód! Dokąd podąża?
— Do San Francisko. Mamy go odprowadzić do Santa Fé. Tam zamierza wziąć innych przewodników. Wierzy mi pan teraz, mr. Shatterhand?
— Mam wrażenie, że obecne pana informacje nie mijają się z prawdą. Powiedz pan szczerze, dlaczegoś od niego zbiegł?
Trudno mu było wyznać prawdę. Widząc jednak, że kłamstwem daleko nie zajedzie, odparł:
— Może mi pan wierzyć, że nie była to ucieczka planowa. Zdecydowałem się na nią pod wpływem nagłego ukazania się czerwonoskórych. Podeszli tak blisko, żem stracił głowę. Myśl o ukryciu się w bezpiecznem miejscu opanowała mnie niepodzielnie.
— Przecież opuściliście już obóz!
— Tak, ale miałem wrócić. Zupełnie słusznie pan przypuszczał, żeśmy na to miejsce przybyli wczoraj od wschodu. Przenocowawszy tu, ruszyliśmy rano w dalszą drogę. Po jakiejś godzinie mr. Dżafar zauważył brak sztyletu, zwanego handżarem, któryście mi zabrali. Nie ulegało kwestji, że zostawił go tutaj. Chciał sam wrócić po ulubioną broń. Nie zna jednak Zachodu i mógłby zabłądzić, zaproponowaliśmy więc, że jeden z nas pojedzie po handżar. Zgodził się i wysłał mnie.
— Na swoim koniu?
— Tak, ponieważ wierzchowiec jego był najbardziej rączy. Pożyczył mi go, bym jak najprędzej powrócił.
— Gdybyśmy się nie spotkali, czekałby na ten powrót wieki całe. Dalej! Przybył pan tutaj? Znalazł pan sztylet?
— Tak. Leżał pod krzakiem, otoczony gęstemi gałęziami. Zsiadłem z konia, schyliłem się, by go podnieść. Gdym się wyprostował, ujrzałem ku memu przerażeniu falangę sześćdziesięciu do siedemdziesięciu Komanczów, ciągnącą od południa. Na twarzach mieli barwy wojenne, więc pojąłem, że skoro mnie odkryją, nie uniknę śmierci. Krzaki stanowiły moją jedyną osłonę. Nie mogłem ich opuścić. Po jakimś czasie przeciągnąłem konia z przeciwnego brzegu, zdając sobie sprawę, że Komanczowie niełatwo odszukają ślady na dnie rzeki.
— A potem, zamiast ruszyć na zachód i ostrzec towarzyszów, puścił się pan na północ?
— Tak. Przyznaję się do tego błędu. Ale usprawiedliwić mnie może paniczny strach przed czerwonymi.
— Nie uważam tego za dostateczny powód. Westman, którego przeraża widok paru Indjan, przestaje być westmanem.
— Paru? Powiedziałem przecież, że było ich sześćdziesięciu do siedemdziesięciu!
— To znaczy — paru! Był pan przewodnikiem nieznajomego, odpowiedzialnym za jego życie, więc obowiązkiem pana było ostrzec go niezwłocznie.
— Nie mogłem. Dostrzegliby mnie Komanczowie.
— Nonsens! Las był przecież dostateczną osłoną. Mogłeś po pewnym czasie zawrócić ku śladom swoim i swych towarzyszów.
— Tak, racja, — potwierdził Jim Snuffle.
— Może w międzyczasie napadnięto na tych biedaków i sprzątnięto ich z powierzchni ziemi. Nie sądzisz, stary Timie?
Yes — skinął brat.
Perkins patrzył przed siebie z zakłopotaną miną. Czując, że mamy rację, próbował się usprawiedliwić:
— Tak źle nie jest. Mam nadzieję, że moi towarzysze na czas zobaczyli czerwonych i ukryli się przed nimi.
— Zupełnie bezpodstawne przypuszczenie — odrzekłem. — Nawet w tym wypadku Komanczowie na widok ich śladów bez trudności odnaleźliby miejsce, w którem się ukryli. Zwłaszcza, że wszystko działo się podczas białego dnia. Postąpił pan niegodnie. Czyż nie wiesz, że scout życie stawia na kartę w obronie tych, którzy powierzyli się jego pieczy? Chciałeś się usprawiedliwić, a osiągnąłeś skutek wręcz przeciwny. Koniokrad jest złodziejem, ale zasługuje na pewnego rodzaju podziw dla swej odwagi. Natomiast scout, tak tchórzliwy jak pan, godzien jest pogardy. Ruszymy wślad za czerwonymi. Będziecie mi towarzyszyć, mr. Jim?
— Pan jeszcze pyta? Bracia Snuffles są zawsze gotowi do wyratowania bliźnich z opresji. Nie sądzisz, stary Timie?
Yes — skinął drugi. — Musimy się podkraść do nich jak najprędzej, inaczej zginą.
— Oczywiście. Pięciu białych, z których trzech nie jest westmanami, przeciw siedemdziesięciu czerwonoskórym, którzy ruszyli na zbrojną wyprawę! Proszę mi jednak powiedzieć, mr. Shatterhand, czy zdaniem pana ten Perkins, któregoś nazwał scoutem, tym razem mówił prawdę?
— Sądzę, że tak. Nie przypuszczam, aby zbijał jedno kłamstwo drugiem, — przypłaciłby to życiem. Według jego słów, grupa białych składała się z pewnego nieznajomego, z jego służących i dwóch westmanów. Ciekaw jestem bardzo, co to za westmani?
— Dzielni, bardzo dzielni ludzie, — zapewnił Perkins.
— Jeśli tacy dzielni, jak pan, niech Bóg ulituje się nad nieznajomym. A więc naprzód! Straciliśmy dziś wiele czasu!
Dosiedliśmy koni i ruszyli na zachód, wzdłuż śladów ciągnących się w kierunku górnego biegu rzeki. Miałem wrażenie, że ostatnie zeznania Perkinsa były prawdziwe. Upewnić się o tem było trudno, gdyż ślady białych zostały na miejscu popasu zatarte przez Indsmanów. Spodziewałem się, że po drodze natrafimy na bardziej wyraźne odciski. Nadzieja ziściła się, gdyśmy dotarli do miejsca, w którem czerwoni się zatrzymali. Jim Snuffle osadził wierzchowca i rzekł:
— Tutaj się naradzali. Ale nad czem?
— Wiem — rzekłem. — Zastanawiali się nad liczbą białych, których ścigali.
— Tak? Czemu pan tak przypuszcza?
— Do tego miejsca jechali tropem białych. Tu opuścili go, dwaj z pośród nich zsiedli z koni, aby zbadać ślady. Widocznie po drodze powstała różnica zdań, chcieli więc przekonać się, kto miał rację. Panieważ starali się nie zatrzeć śladów bladych twarzy, my również będziemy mogli przyjrzeć się im dokładnie, i przekonać się, czy Perkins powiedział prawdę.
— Ależ proszę, sir! — rzekł pojmany scout. — Przekonacie się, że nie kłamałem.
Zacząłem badać ślady. Zadanie było trudne, gdyż przestrzeń niestratowana przez czerwonych była niewielka, a zależało mi na odkryciu śladów, zwróconych w przeciwnym kierunku podków. Po długiem jednak mierzeniu i porównywaniu osiągnąłem pożądany rezultat. Odnalazłem owe ślady. Był to dowód jego prawdomówności, coprawda bardzo niewyraźny; okryłem go tylko dlatego, że miałem go na względzie podczas poszukiwania. Indsmani badali ślady w pomyślniejszych okolicznościach, więc liczyłem się z tem, że dostrzegli zapewne odciski odwróconych podków. W takim razie powinni byli pchnąć wywiadowców w trop za jeźdźcem. Ponieważ nie spotkaliśmy ich, ani nie natrafiliśmy na ich ślady, nie troszczyłem się tymczasem o tę okoliczność. — — —



Przypisy

  1. Osadników.
  2. Snuffle — wąchać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.