Dżafar Mirza I/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Dżafar Mirza
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
TO - KEI - CHUN

MMusiałem zacierać za sobą ślady. Aż do lasu nie miałem z tem wielkiego kłopotu, gdyż droga prowadziła przez kamienny teren, spalony od słońca. Zresztą, nie ulegało wątpliwości, że Indjanie z tej strony nie przybędą.
W lesie natomiast sytuacja się pogorszyła. Teren był tu miękki, trzeba więc było posuwać się naprzód na czworakach i to na palcach i na piętach. Tylko ten, kto kiedyś przedzierał się w tej pozycji przez moczary, może zrozumieć, co to za męka. Nie znam fizycznego wysiłku, któryby wymagał więcej wytrwałości, niż ta marszruta na czworakach. W dodatku, ze względu na konieczność natychmiastowego zacierania śladów, trzeba się było cofać. Nic dziwnego, że posuwałem się naprzód w żółwiem tempie.
Nie miałem wątpliwości, dokąd się zwrócić. Wiedziałem, skąd Komanczowie przybędą, wiedziałem również, w którem miejscu dotrą do lasu. Byłem pewien, że ruszyli prosto do kotliny po wodę. Tam właśnie postanowiłem się ukryć.
Gdybym mógł iść normalnie, byłbym dotarł do tego miejsca w przeciągu pięciu minut; w obecnych jednak okolicznościach zajęła mi droga przeszło godzinę. Zacząłem się rozglądać. Trzeba się ukryć, ale gdzie? Nie czekałem długo. Obok leżało zwalone drzewo, obrośnięte mchem. Było do rdzenia przegniłe. Przygniecione nim krzaki obumierały również. Gałęzie ich utworzyły gęstą, zieloną powłokę, pod którą znalazłem świetne schronienie.
Należało, oczywiście, przypuszczać, że nie ja pierwszy szukam tu schronienia. Zacząłem kłuć dokoła niedźwiedziówką. Wypłoszyło to nieco zwierzyny; ujrzałem dwa jadowite węże, które rzuciły się do ucieczki. Miałbym się zpyszna, gdyby te obydwa płazy chciały zaatakować tego, kto zakłócił im spokój. Prawdopodobnie posiliły się niedawno, a syte węże są naogół mało niebezpieczne.
Zaszyłem się możliwie najgłębiej w omszałe listowie, bacząc pilnie, aby nie złamać jakiejś gałęzi, co mogłoby zwrócić na mnie uwagę czerwonych. Należało się liczyć z tem, że zabawię tu sporo czasu; ulokowałem się więc jak najwygodniej i trwałem w wyczekiwaniu. Czas płynie w takich okolicznościach niezwykle wolno, minuty wydają się godzinami. Należało się również liczyć z ewentualnością, że Indsmani zboczą z prostej linji dotrą do lasu w innem miejscu. Utrudniłoby to, oczywiście, zrealizowanie mego planu.
Nic więc dziwnego, że odgłos zbliżających się kroków ucieszył mnie bardzo. To oni! Ujrzałem dwóch czerwonych. Ruszyli naprzód, by poszukać dogodnego miejsca. Rozejrzawszy się, jeden z nich rzekł:
— To odpowiednie miejsce. Brat mój może zsiąść z konia, a ja sprowadzę resztę towarzyszów.
Ruszył zpowrotem. Tymczasem towarzysz zsiadł z konia, i zaprowadził go nad wodę, aby napoić.
Po niedługim czasie zjawił się cały oddział; tylko wodza brakło. Ujrzałem obydwóch służących i obydwóch przewodników naszego Persa; ku mojej wielkiej radości bracia Snuffles znajdowali się również w tej kompanji. Nie byli ranni, jechali na swych mułach. Więc podstęp się udał; Indjanie znaleźli obydwa muły. Zachodziła tylko kwestja, czy bracia Snuffles byli na tyle przezorni, aby się nie zdradzić, że mieli towarzysza.
Związanych jeńców zdjęto z koni i mułów, i ułożono na ziemi. Czerwoni rozsiedli się dokoła, puściwszy konie samopas. To mnie upewniło, że nie natrafią na moje ślady.
Chwilowa nieobecność wodza była dla mnie okolicznością pomyślną. To-kei-chun, świadomy swej godności, uważał, że wódz nie może jechać razem ze zwyczajnymi wojownikami, i został nieco wtyle. Jeżeli zastosuje tę samą taktykę i tutaj, należy się liczyć z tem, że ruszy stąd nieco później, niż jego wojownicy. Będę więc miał sposobność obezwładnić go, o ile nie stanie się to jeszcze przedtem przy innej okazji.
Nareszcie, po jakimś kwadransie, zjawił się wódz. Zsiadłszy z konia, ulokował się niedaleko powalonego drzewa, pod którem leżałem. Napełnił tytoniem fajkę pokoju i zaczął z niej wolno pykać, nie odzywając się ani słowem. Wojownicy milczeli również. Wypaliwszy całą zawartość fajki, zawiesił ją na szyi i rzekł do obydwóch czerwonych, którzy przybyli tu pierwsi:
— Niechaj nasi młodzi wojownicy przyprowadzą do mnie obydwie blade twarze, zwane braćmi Snuffles.
Przywleczono Jima i Tima i rzucono ich przed To-kei-chunem na ziemię, jak dziurawe worki. Wódz patrzył im przez chwilę prosto w oczy, poczem rzekł:
— Niechaj bracia Snuffles posłuchają, co im powiem, i niechaj dadzą mi wreszcie odpowiedź prawdziwą. Postanowiłem, że na górze Makik-Natun umrą przy palu. Jeżeli jednak nie będą się prawdy wypierać, odzyskają wolność. — Czy znali białego człowieka, który był naszym jeńcem i wczoraj wieczorem znikł w tak tajemniczy, niepojęty sposób?
Jim odparł:
— Pytasz o to po raz trzeci, po raz trzeci odpowiadam dosłownie to samo: nie znaliśmy go.
— Czy wiecie, dokąd się udał?
— Nie.
— Był tak mocno związany, że nie mógł się sam uwolnić.
— Mylisz się; sam z pewnością się uwolnił.
— Tuż przed ucieczką badałem jego więzy. Był mocno związany.
— A więc jest zapewne czarodziejem. I wśród bladych twarzy trafiają się sztukmistrze. Tacy potrafią rozluźnić najmocniejsze więzy.
— Nieprawda! Ktoś musiał popuścić mu rzemieni.
— Nie może to być. Leżał pośrodku was; wszyscyście mieli go na oku.
— Podczas chwytania ciebie i twego brata, nie zwracaliśmy nań uwagi. Tę właśnie chwilę wykorzystał i ulotnił się.
— Mimo, że miał związane ręce i nogi?
— Tak. Ktoś był wpobliżu i wykorzystał moment, by go porwać.
— Porwał jeńca z pośród siedemdziesięciu Indjan? W takim razie musiał to być nielada zuchwalec! Nie pokusiłby się o to żaden rozsądny, zrównoważony człowiek.
— Znam tylko jednego, który tego dokaże.
— Któż to?
— Old Shatterhand. Znam tego białego parszywego psa. Był kiedyś moim jeńcem, ale zmusił nas do zwrócenia mu wolności. To, co się wczoraj stało, wygląda na jego sprawkę. Gdybym nie wiedział, że bawi obecnie daleko stąd, na północy, aby pomścić śmierć Winnetou, swego równie parszywego brata, przypuszczałbym, że jest tutaj. Gdyś się podkradł wraz z bratem pod nasz obóz, jeniec nasz zginął; musisz więc znać tego, który go oswobodził!
— Nie wiemy o niczem.
— To kłamstwo przypłacicie życiem. Jeżeli wyznacie prawdę, darujemy wam wolność.
— To także kłamstwo! Wiem, że fałszywie przyrzekasz.
— To-kei-chun dotrzymuje swych obietnic.
Pshaw! Jeżeli przypieczętujesz tę obietnicę wypaleniem z nami kalumetu, uwierzymy.
— To-kei-chun nie zapali z żadnym ze swych jeńców fajki pokoju.
— Widzisz: chciałeś nas wyprowadzić w pole! Wykopaliście topór wojny, a więc każdy biały, który się dostanie w wasze ręce, jest zgubiony. Gdyby nawet przypuszczenia twoje były prawdziwe i gdybyśmy przed tobą złożyli zeznanie, nie dotrzymasz słowa i każesz nas stracić.
Wódz przemawiał dotychczas spokojnym tonem, w przekonaniu, że Jim się wygada. Widząc, że się łudził, ciągnął dalej gniewnie:
— Cóż na to powie drugi Snuffle? Również nic?
No! — odparł lakonicznie Tim.
— Powiem wam więc, że mieliście rację. Tak, czy inaczej zginęlibyście, ale wpakowalibyśmy wam kulkę w łeb, abyście się dłużej nie męczyli. Ponieważ jednak pyski wasze zapomniały mowy, otworzą je skargi i jęki. Doznacie wszelkich męczarni, jakie sobie tylko wyobrazić można.
Pshaw, nie lękamy się.
— Milcz! Skończyłem z tobą. Jeniec zginął; nie możemy pojąć jak to się stało; basta! Ale zamiast niego, schwytaliśmy was, więc wyszliśmy na swoje. Dziś wieczorem dotrzemy do Makik-Natun; jutro rano zginiecie przy palu męczarni!
Wstał, aby się dumnie oddalić; przed odejściem jednak rozkazał donośnym głosem:
— Moi czerwoni bracia mogą ruszyć w dalszą drogę: konie już napojone. Wkrótce za nimi podążę.
Słysząc ostatnie słowa wodza, musiałem natężyć wolę, aby nie zdradzić się ja kimś nieostrożnym ruchem. A więc zostanie tutaj! Mogłem mieć uzasadnioną nadzieję, że przedsięwzięcie się uda.
Znowu przywiązano jeńców do koni; Komanczowie dosiedli swych wierzchowców i pocwałowali. Wódz znikł mi z oczu. Koń jego stał za moją kryjówką i objadał gałęzie. Nie ulegało wątpliwości, że, zbliżając się do swego wierzchowca, To-kei-chun będzie musiał przejść obok mnie.
Z ogromnem napięciem czekałem około kwadransa. Wreszcie się zjawił. Trzymał strzelbę w prawej ręce, z lewego ramienia zwisał koc. Przepuściłem go obok siebie. Podszedł do konia, ale wierzchowiec nie chciał się oderwać od pochłaniania soczystych gałęzi, i odmawiał posłuszeństwa. Odgłos kopyt, uderzających o ziemię, przygłuszył szmer, wywołany mojem wydostaniem się z pod powłoki mchu. Stanąłem tuż za nim. Właśnie chwycił konia za cugle i podniósł lewą nogę, aby ją wetknąć w strzemię. Położywszy rękę na jego lewem ramieniu, skierowałem ku niemu rewolwer i rzekłem:
— Niechaj To-kei-chun zaczeka chwilę. Chcę z nim pomówić.
Wódz zdębiał. W pierwszej chwili nie poznał mnie, a to z powodu mego nader skromnego ubioru. Po chwili jednak na twarzy jego zjawił się wyraz przerażenia. Zawołał:
— Old Shatterhand! Old — — — !
— Tak, to Old Shatterhand, — potwierdziłem skinieniem głowy — ten sam parszywy pies, który, zdaniem twojem, przebywa na północy. Nie ruszaj się, bo wystrzelę!
Wódz należał do ludzi tchórzem podszytych. Twarz jego wróciła po chwili do spokojnego, zrównoważonego wyrazu.
Uff! Więc to naprawdę Old Shatterhand! Podsłuchiwałeś nas. O czem chcesz ze mną pomówić?
Nie miał odwagi porwać się na mnie: przedewszystkiem górowałem nad nim siłą, po drugie zaś skierowana ku niemu lufa mówiła za siebie zbyt wyraźnie. Patrzyłem mu prosto w twarz, przekonany, że oczami zdradzi swe myśli. Ugiął się pod mym wzrokiem, uchylił nieco głowy i spojrzał wtył. Aha, chce skoczyć w krzaki i uciec. Czy pozwolić sobie na zabawę w kota i myszkę? Zgoda! W każdym razie nie wymknie mi się — tegom pewien. Dlatego nie wykonałem ani jednego ruchu, by go zatrzymać, tylko odrzekłem:
— Chcę pomówić z tobą o jeńcach, którym musisz zwrócić wolność.
— Zwrócić wolność? Wykopaliśmy przeciw bladym twarzom tomahawk wojny. Każdy biały, którego schwytamy...
Na tem przerwał, odwrócił się błyskawicznym ruchem i skoczył w krzaki. Ruszyłem za nim niezbyt szybkim krokiem. Łamiąc dokoła gałęzie dla wywołania hałasu, zacząłem wołać, jakgdyby mi było bardzo spieszno:
— Czekaj, czekaj! Zatrzymaj się, bo będę strzelać!
Łom gałęzi miał wywołać wrażenie, że biegnę za nim. Tymczasem wróciłem najspokojniej do jego wierzchowca i wyciągnąłem z kieszeni rzemień, który schowałem po oswobodzeniu Dżafara. Rzemieniem tym przywiązałem tylną nogę konia do sąsiedniego pnia, poczem skierowałem się szybko do swej kryjówki. Koń stał spokojnie, ogołacając nadal gałęzie. Przypuszczałem, że wódz wróci po jakimś czasie, gdyż wierzchowiec był mu niezbędny, a w dodatku nosił na szyi leki, dla których każdy Indjanin bez wahania narazi życie. Gdyby nawet przypuszczenie okazało się błędne i gdyby zrezygnował z konia, będzie musiał iść pieszo za swymi wojownikami, a ja dogonię go bez trudności na jego własnym wierzchowcu.
Wlazłem więc znowu pod osłonę z mchu i przez szpary wśród liści mogłem patrzeć na wszystkie strony. Oczywiście, nie patrzyłem w tym kierunku, w którym uciekł, gdyż byłem pewien, że zbliży się z innej strony. Wytężyłem wzrok i czekałem.
Po pięciu minutach poruszył się leciutko jeden z krzaków; gałęzie rozchyliły się, wychynęła jego postać. Spojrzał w kierunku wierzchowca; nie widząc mnie, pomyślał zapewne, że go jeszcze szukam, i podbiegł do konia, aby jak najszybciej na nim uciec. Nie zauważył rzemienia. Skoczył na siodło. Skoro zmiarkował, że koń nie może ruszyć nogą, zaniepokojony, zeskoczył napowrót.
Pochylił się, ja zaś stanąłem za nim i rzekłem:
— Wiedziałem, że To-kei-chun poszedł tylko na spacer. Nie przeszkadzałem mu więc i spokojnie czekałem, aż powróci.
Zerwał się, spojrzał na mnie błędnym wzrokiem. Patrząc z uśmiechem na zdumioną twarz wodza, ciągnąłem dalej:
— Sprzykrzyły mi się jednak te przechadzki wodza, więc położę im kres.
Przed chwilą wypuścił z rąk strzelbę; opamiętawszy się, błyskawicznie sięgnął za pas, gdzie lśniła klinga noża. W tejże chwili zdzieliłem go pięścią w głowę. Padł jak kłoda. Drugi cios pozbawił go przytomności.
Przedewszystkiem odwiązałem konia i dosiadłem go, aby się przekonać, czy mi będzie posłuszny. Zadanie miałem niełatwe ze względu na trzy strzelby, trzymane w ręku, i Indjanina, leżącego w moich objęciach. Koń opierał się przez krótką chwilę, wreszcie ustąpił, widząc, że opór bezcelowy. Zeskoczyłem z siodła; przerzuciwszy wszystkie trzy strzelby przez ramię, podniosłem Indjanina wgórę, wskoczyłem znów na siodło i, trzymając jeńca w ramionach, puściłem się w drogę powrotną do Dżafara i Perkinsa.
Z początku jechałem wolno, gdyż trzeba było przedzierać się przez krzaki. Dopiero wydostawszy się z lasu, ruszyłem w pełnym galopie. Obydwaj towarzysze ujrzeli mnie zdaleka.
— Chwała Bogu, że pan wraca, — zawołał głośno Perkins. — Ach, pan trzyma jakiegoś czerwonoskórego! Któż to taki.
— Przypatrzcie mu się — rzekłem, zatrzymując się przed nimi.
Allah, Allah! — zawołał Dżafar. — Przecież to siwowłosy wódz, który nas chciał zamordować!
— Oczywiście! Inny jeniec nie na wieleby się przydał. Ściągnijcie wodza. Trzeba go związać.
Ściągnęli go z konia i położyli na ziemi We dwóch zabrali się do wiązania Komańcza, ja zaś opowiedziałem, w jaki sposób udało mi się go schwytać. Po każdem zdaniu wydawali okrzyki zdumienia. Widząc, że To-kei-chunowi wraca przytomność, wezwałem ich, aby zamilkli. Wódz otworzył oczy, spojrzał na nas, po chwili zamknął powieki. Niebawem rozchylił je znowu, przeszył mnie spojrzeniem, pełnem bezgranicznej nienawiści, i, zgrzytając zębami, mruknął:
— Powiodło się temu psu. Ale nasi wojownicy oswobodzą mnie, a jego zatłuką na śmierć.
Na tę obrazę odparłem z całym spokojem:
— Stary wódz Komanczów postąpiłby znacznie mądrzej, gdyby chciał mówić nieco uprzejmiej. Życie jego w naszych leży rękach.
— Nie wydrzesz mi życia. Moi ludzie przybędą tutaj i zmuszą cię, abyś mnie puścił wolno!
— Tych paru Komanczów? Pshaw!
— Jest ich dziesięć razy po siedem. Zmiażdżą was.
Pshaw! Czemże jest siedemdziesięciu Komanczów wobec Old Shatterhanda! — odparłem dumnie i wyniośle.
— Siedemdziesięciu mocnych bawołów przeciw jednemu choremu psu!
— Chcesz mnie zmusić, bym się śmiał z człowieka, którego włos przyprószyła siwizna? Wściekłość bezsilna przemawia przez ciebie. Leżałem pośród tych siedemdziesięciu Komanczów, i nawet serce mi mocniej nie zabiło. Czemże wobec tego jest twoje wykrzykiwanie o siedemdziesięciu bawołach i chorym psie? Bawoły sobie poszły, zato pies uniósł w zębach najsilniejszego z nich. Jakże świetny widok kryje się pod powłoką twych siwych włosów. Zamiast rozumu mieszka pod nią młodzieńcza nierozwaga i głupota.
Zawstydzony, nie odpowiedział, patrząc ponuro przed siebie. Skorzystałem z tego milczenia, aby zrewidować torby, wiszące po obydwóch stronach siodła. Jedna zawierała suszone mięso, prowianty oraz parę przedmiotów, uważanych przez Indjan za niezbędne w czasie wypraw wojennych. W drugiej natomiast leżały ważniejsze rzeczy. Przedewszystkiem więc wyciągnąłem portfel.
— To moja własność! — zawołał Dżafar. — Zawiera ważne notatki, pieniądze i przekazy.
— Niech pan zobaczy, czy nic nie zginęło?
Dżafar stwierdził po chwili, że nic z portfelu nie ubyło. Zkolei podałem mu sakiewkę i zegarek. Wreszcie wyciągnąłem cały szereg przedmiotów, zabranych służbie, przewodnikom i braciom Snuffles. Wódz zatrzymał te łupy dla siebie. Wściekłe spojrzenia, rzucane w naszą stronę, były dowodem, że w sercu jego wre i kipi. Wrzasnął:
— Bierzcie, bierzcie wszystko! Niech tylko wojownicy przybędą, wnet porachuję się z wami!
— Mylisz się, nie przybędą tutaj. Ja ruszę do nich. I nic mi nie zrobią, tak samo, jak wtedy, gdym był twoim jeńcem i gdy setki waszych wojowników nie odważyły się tknąć mnie.
— Wtedy darowałeś życie memu synowi i za jego wstawiennictwem uszedłeś cało.
— To kłamstwo. Nie przeczę, że syn twój poczuwał się wobec mnie do wdzięczności, ale uratowałem życie sobie i towarzyszom jedynie przez to, żem cię pochwycił w niewolę. Dziś sytuacja jest podobna. Tyś mój jeniec i musisz słuchać mych rozkazów.
— Ja, To-kei-chun, wódz Komanczów, nie poddam się pod rozkazy żadnej bladej twarzy.
— W takim razie jesteś zgubiony.
— Nie będziesz miał odwagi pozbawić mnie życia. Czy nie szczycisz się tem, żeś bez ostatecznej konieczności ani jednego człowieka nie zgładził?
— Cieszę się, że ludzie są tego zdania.
— W takim razie mogę być pewnym, że nie zechcesz narazić się na zarzut, iż zamordowałeś wodza Komanczów, To-kei-chuna.
— Mylisz się. Tu nie może być mowy o morderstwie, a jedynie o ukaraniu.
— Kara? Za co?
— Za to, że chwytasz blade twarze i chcesz je mordować.
— Według praw prerji możesz mnie zabić tylko wtedy, jeżeli przelałem krew. Czy uczyniłem to?
— Nie mogę twierdzić, żeś zabił któregoś z białych, ale wielu z nich wziąłeś do niewoli.
— Za to nie zasługuję na śmierć.
Hola! Jakżeż karać się zwykło kradzież lub porwanie konia?
— Śmiercią.
— A porwanie człowieka? Czyż kara powinna być mniejsza?
— To-kei-chun brał blade twarze do niewoli, ale nie rabował ich.
Pshaw! Jeżeli złupię i uprowadzę konia, który do mnie nie należy, jest to zwykły gwałt. Tyś brał do niewoli i wlókł ze sobą białe twarze, co również jest gwałtem. A karany bywa gwałt śmiercią. Jeżeli więc poczęstuję cię kulą, nikt nie będzie mi mógł nic zarzucić.
— A jednak nie zabijesz mnie! — upierał się nadal.
— Nie łudź się! Cierpliwość moja skończyła się. Uratować cię może jedynie zgoda na pewną naszą propozycję.
— Znam ją. Chcesz, żebym ci oddał wzięte do niewoli blade twarze. Zato zwrócisz mi wolność.
— Racja. Cóż ty na to?
— Co ja na to? Zatrzymasz mnie, a my ich zatrzymamy.
— To twoje ostatnie słowo?
— Tak.
— W takim razie jesteś zgubiony.
Pshaw! Tyś przecież Old Shatterhand, który nie przelewa krwi nadaremnie. Dlatego jeńcy pozostaną w naszej mocy.
Przypuszczał, że ma nade mną przewagę, ale mylił się: byłem zupełnie pewny swojej sprawy. Perkinsa natomiast oburzył jego zuchwały opór. Zawołał więc gniewnie:
— Streszczaj się, sir! Pana rozmowność w stosunku do tego ananasa dodaje mu tylko tupetu. Wpakujemy mu kulę w łeb, a potem puścimy się w pogoń za jego ludźmi, aby oswobodzić białych. Nie ulega wątpliwości, że nic im się nie stanie; życiu ich nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Wystarczy, jeżeli zawiadomimy czerwonych o schwytaniu ich wodza. To zmusi ich do liczenia się z jeńcami ze względu na jego los. Oczywiście, nie będą wiedzieli, żeśmy wpakowali mu kulę w łeb. Szkoda czasu, skończmy już raz z tym łotrem!
Skinąłem potakująco głową i zwróciłem się do wodza:
— Słyszałeś, co powiedział ten biały. Ma rację. Uczynię, czego żąda. A więc pytam po raz ostatni: zgadzasz się na wymianę jeńców?
— Nie — odparł szyderczo. — Możecie mnie zabić, jak psa!
— I zabijemy, choć w to nie wierzysz. Widzę, że znasz Old Shatterhanda bardzo powierzchownie. Wierzysz, że cię nie zastrzelę, i masz rację. Apelujesz do mego uczucia ludzkości; mam wrażenie jednak, że nie znasz przebiegłości Old Shatterhanda. Oszczędzę twoje ciało, lecz zamorduję duszę.
— Duszę? — zapytał zdziwiony.
— Jakżeż można kulą zabić ludzką duszę?
— Nie rozumiesz tego? A więc pokażę ci! Duszę czerwonego djabła można tak ustrzelić, że nie wzniesie się nigdy ku wiecznym Ostępom. Mr. Perkins, chciałbym się pobawić odgłosem strzałów. Zechciej stanąć tutaj i wyciągnąć ramię, abym pana nie trafił.
Pshaw! nie obawiam się, że Old Shatterhand chybi.
Ustawiłem go o jakieś trzydzieści kroków od wodza. Podniósł rękę. Podszedłem do konia Komańcza, wziąłem torbę z lekami i wręczyłem ją Perkinsowi.
— Słuchaj, mr. Perkins. W tych lekach tkwi dusza To-kei-chuna, wodza Komanczów. Podziurawię torbę kulami, a potem spalę ją, aby się upewnić, że wódz nie przestąpi nigdy Wiecznych Ostępów. Potem puścimy go wolno. W ten sposób ciału jego nic się nie stanie, i nie będzie mógł powiedzieć, że Old Shatterhand go zamordował. Ale też nie będzie mógł powrócić do swoich: imię jego zgaśnie w potokach hańby i nie odzyska go nigdy. Leków swych nie straci w walce: zabierzemy mu je podstępem i zbezcześcimy.
Z zadowoleniem skonstatowałem, że wyrachowanie moje było słuszne. W oczach i To-kei-chuna zjawił się wyraz przerażenia. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z gardła ani słowa; wreszcie zaczął wrzeszczeć zachrypniętym głosem. Próbował zerwać więzy. Gdym skierował rewolwer na torbę, krzyknął:
— Wstrzymaj się! Odłóż broń! Nie strzelaj — nie strzelaj!
Nie wypuszczając rewolweru z ręki, zwróciłem się ku wodzowi i zapytałem:
— A więc przyznajesz, że dusza twa i honor byłyby na wieki stracone, gdybym teraz strzelił?
— Tak.
— Czy prosisz, abym tego zaniechał?
— Tak, ale odłóż broń!
Po tych słowach opuściłem rękę, w której trzymałem rewolwer i oświadczyłem:
— Przyznajesz teraz, żeś niezupełnie dobrze znał Old Shatterhanda? Ale na dobroci mojej nie zawiodłeś się. Jestem gotów okazać ci litość, jeżeli spełnisz moje żądanie.
— Wydam blade twarze za zwrócenie mi wolności.
Pshaw! Tego żądałem przedtem. Obecnie wymagania moje wzrosły.
— O cóż chodzi? — zapytał, znowu przerażony.
— Sądziłeś, żeś mądrzejszy ode mnie, i odrzuciłeś z pogardą moją słuszną propozycję; przyjąłem to ze spokojem, wiedząc zgóry, że przegrasz. Old Shatterhand nie należy do ludzi, których można zaskoczyć. Decyduj się szybko, albo zacznę strzelać.
Znowu skierowałem rewolwer ku torbie z lekami, którą trzymał Perkins, i rzekłem:
— Czy zgadzasz się, aby pojmane blade twarze odzyskały natychmiast wolność? Czy zwrócicie im całe ich mienie?
— Tak.
— Więc wystawisz mi totem. Po okazaniu go, będę mógł bez narażenia się na niebezpieczeństwo żądać wydania jeńców.
— Spełnię twe żądanie.
— Nigdy nie podejmiesz przeciw tym ludziom i przeciw mnie wrogich kroków?
Uff! Zbyt wiele wymagasz!
— Powiedz: dobrze. Nie czekam. Raz — dwa — trz — —!
— Wstrzymaj się, nie strzelaj! Przyrzekam i to.
— Sama obietnica nie wystarczy. Musisz ją poręczyć dymem z fajki pokoju.
— Wielki Duch odwrócił ode mnie swą rękę i oddał mnie w twą władzę. Muszę spełnić twe żądanie. Kiedy mnie oswobodzisz?
— Kiedy cię oswobodzę? O tem w tej chwili nie może być mowy. Zaproponowałem ci wymianę. W zaślepieniu nie chciałeś się na to zgodzić — odpowiedziałeś szyderstwem i pogardą. Dlatego oświadczyłem ci, że zmieniłem swe żądanie. Wydasz mi jeńców za to, że nie zniszczę twej torby z lekami. Zostaniesz jednak nadal mym jeńcem. Co z tobą dalej pocznę, czy ci daruje wolność, zależeć będzie wyłącznie od mej łaski.
Uff, uff! — zawołał przerażony. — Na to się nie mogę zgodzić. Puszczam ich wolno wzamian za oswobodzenie siebie. Jest ich sześciu przeciw mnie jednemu, więc i tak daję znacznie więcej, niż ty.
— I to mówi człowiek, który się uważa za największego wodza pośród wodzów Komanczów? Co do mnie, nie zawahałbym się wykupić swej wolności wolnością setek czerwonych wojowników. Uważasz, żeś mniej wart od tych sześciu? Ze zdumieniem dowiaduję się, jak nisko wódz Komanczów siebie samego ceni!
Zawstydziły go te słowa. Chcąc naprawić popełniony błąd, rzekł:
— Wiesz równie dobrze, jak ja, że jeńcy moi to nie zwykłe, przeciętne blade twarze; są wśród nich wybitni wojownicy.
— Powinieneś być dumny z tego, że zależy mi więcej na tobie, niż wam na nich. Za żadną cenę nie odstąpię od mego ostatniego żądania!
— A moje żądanie brzmi: wolność za wolność!
— Może zgodziłbym się na to przedtem; zachowanie twoje jednak wpłynęło na zmianę moich żądań. Old Shatterhand nie pozwoli, by z niego bezkarnie szydzono. A więc, zgadzasz się, czy nie?
— Nie.
— Uważaj więc, co się stanie! Mr. Perkins, trzymaj torbę wysoko!
Skoro ją podniósł, nacisnąłem cyngiel. Kula przebiła torbę. Równocześnie niemal wódz wydał okrzyk przerażenia.
— Wstrzymaj s ę, nie strzelaj!
— Więc wystawisz totem?
— Tak. Ale nie mam na czem malować.
— Zwykliście nacinać wasze znaczki na skórze i nacierać je czerwoną farbą. Niestety, nie mam tutaj skóry. Dam ci więc papier i ołówek.
— Nie umiem pisać sposobem białych; nie potrafię stworzyć mówiącego papieru.
— Pismo twe nie jest przeznaczone dla naszych wojowników, lecz dla twoich. Dam ci kilka kartek z mego notatnika. Łatwiej ci będzie namalować coś ołówkiem, niż naciąć skórę.
Spojrzał na mnie badawczo. Na twarzy pojawił się odcień zadowolenia, którego znaczenie, niestety, dopiero później zrozumiałem. Po chwili rzekł:
— Jak chcesz. Spróbuję. Przedtem musisz mnie zwolnić z więzów.
— Na kilka minut zdejmiemy ci więzy z rąk, abyś mógł pisać.
Tak się stało. Stanąłem zboku, aby uniemożliwie próbę ucieczki. Pisał długo, poczem w milczeniu wręczył mi papier i dał się spokojnie związać.
Przystąpiłem do dokładnego badania totemu, gdyż jedna podstępna kreska mogła wywołać niebezpieczeństwo. Nie znalazłem nic, coby mogło wywołać podejrzenie; totem był zredagowany uczciwie. Nakreślone na nim drobne figurynki łączyły się w grupy, sprawiające wrażenie dziecinnego rysunku. W pierwszej grupie widać było człowieka leżącego na ziemi. Pióro w bujnej czuprynie wskazywało, że to wódz Indjan; był związany; obok widniał znak To-kei-chuna. Opodal stała postać, trzymająca w każdej ręce strzelbę; ręce miała nieproporcjonalnie wielkie; nad jej głową zaś unosiła się jakaś trzecia ręka. Postać ta miała mnie oznaczać. U mego boku widniały dwie figury: jedna w wysokiej okrągłej czapce na głowie wyobrażała Dżafara, druga miała na sobie wysokie buty, co wskazywało, że należy do białych. Miało to oznaczać, że Old Shatterhand, Dżafar i jakaś blada twarz wzięli To-kei-chuna do niewoli.
Podobnie skonstruowane były pozostałe grupy, w których wódz wyrażał to, cośmy ustalili. Rysunki były wykonane z dziecinną naiwnością, odcyfrowanie ich wymagało wiele sprytu. Jak już mówiłem, nie widziałem nic, coby wskazywało na zamiar oszukania nas.
To-kei-chun czekał w pozycji siedzącej na ocenę swego arcydzieła.
— Jestem z totemu zadowolony — rzekłem. — Zawiera wszystko, czego sobie życzę. Przywiążemy wodza Komanczów do jego wierzchowca i ruszymy za wojownikami w kierunku Makik-Natun. Może przybędziemy tam przed nimi.
— Jadą z wielką szybkością.
— Sądzę, że z początku będą rozmyślnie mitrężyli, przypuszczając, że ich dogonisz.
— Nie będą się z tem liczyć, gdyż wiedzą, że chętnie pozostaję wtyle i sam podróż odbywam. Będziesz mógł pomówić z nimi dopiero na Makik-Natun.
Szczerość, z jaką wypowiedział te słowa, była wprawdzie niezwykła, nie miałem jednak podstawy do przypuszczenia, że kłamie. Odparłem więc:
— Musimy się tedy śpieszyć. Chciałbym jeszcze dziś oswobodzić blade twarze; nieodzownym tego warunkiem jest możność pomówienia z wojownikami Komanczów przed zapadnięciem zmroku.
Perkins dosiadł wierzchowca To-kei-chuna, do którego też przytroczyliśmy wodza. Zaczęliśmy szukać śladów jego ludzi. Znalazłszy je po jakimś czasie, przekonałem się, że Indsmani jechali bardzo szybko. Więc mówił wódz prawdę.
Perkins jechał ze związanym wodzem na przodzie, ja z Dżafarem za nim, aby go mieć ciągle na oku.
Pers wszczął rozmowę o przeżyciach dnia dzisiejszego i o nadziei uwolnienia jeńców. Na wstępie rzekł:
— Wódz rozumie po angielsku. Może więc porozumiewać się będziemy w innym języku?
— Dobrze, ale w jakim?
— Emirowi Kara Ben Nemzi effendi mowa arabska nie sprawi trudności.
— Dlaczego nie m am y mówić po persku?
— I ten język pan zna?
— W każdym razie porozumieć się potrafię.
Ucieszony, że będzie mógł posługiwać się rodzimym językiem, ożywił się niezwykle i opowiadał o swej ojczyźnie, o stosunkach w niej panujących. Przypuszczałem, że napomknie o własnych przeżyciach. Wyczuł to, gdyż rzekł w trakcie rozmowy:
— Czekasz zapewne, sir, aż powiem coś o sobie. Cóż mogę powiedzieć o swym losie w kraju, w którym się czuję obcym i jestem niczem?
Milczałem. Chcę ci jednak powiedzieć, że nasz władca darzy mnie łaską. Jest przyjacielem zachodniej kultury i od czasu do czasu wysyła któregoś ze swych młodych poddanych na Zachód, aby pogłębili swą wiedzę.
— Wybiera zapewne jedynie ludzi zdolnych?
— Nie wiedziałem, że Old Shatterhand umie prawić komplementy. Istotnie, łaska władcy padła na mnie; wysłał mnie do Stambułu, Paryża i Londynu. W Anglji przebywałem przez czas dłuższy. Zapewne słyszałeś o tem, sir, że szach perski bawił niedawno w Londynie?
— Czytałem w pismach.
— Przy okazji wizyty w stolicy Anglji przypomniał sobie moją osobą. Otrzymałem rozkaz stawienia się przed jego oblicze. Podczas audjencji polecił mi udać się do Stanów Zjednoczonych. Nie przeczuwałem nawet, że będę tam miał szczęście poznać dzielnego Kara Ben Nemzi, o którym mi tyle opowiadał Hadżi Halef Omar. W najśmielszej fantazji nie przyszło mi na myśl, że będę ci zawdzięczał wolność i życie. Widzę, że podróżowanie po tym kraju, wbrew moim przypuszczeniom, jest bardzo niebezpieczne. Czy niebezpieczeństwo minie, gdy opuścimy kraj prerji?
— Przeciwnie. W górach wzmoże się jeszcze.
Musiałem mu udzielić szeregu informacyj o obyczajach Zachodu. O sobie Dżafar nie wspomniał już ani słowem.
Czemu przypisać to milczenie? Czy ma do spełnienia jakąś tajemną misję? Było to wcale prawdopodobne. A może podjął ekspedycję naukową? Może chce uzupełnić swą wiedzę, by objąć później w kraju jakieś ważne stanowisko naukowe? Ale w takim razie poco ta tajemniczość? Czyżby w ten sposób chciał podkreślić znaczenie swej osoby? To jednak w stosunku do mnie nie miałoby sensu. Człowiek Wschodu, spotykający w odległości dwu tysięcy pięciuset mil geograficznych kogoś, z kim może się porozumieć w ojczystym języku, nie będzie się chyba zapinał na wszystkie guziki etykiety! Tak czy inaczej, postanowiłem unikać rozmowy z Dżafarem na temat jego osoby. — — —


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.