Cymbelin (Shakespeare, tłum. Rossowski, 1897)/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Cymbelin
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom IX
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1897
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Stanisław Rossowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA
Anglia. Ogród w pałacu Cymbelina.
Wchodzą dwaj DWORZANIE.

Pierwszy dworzanin. Wszyscy tu chmurni. Krew tak nie podlega
Odmianom aury, jak w lot przybierają
Dworzanie minę króla.
Drugi dworzanin. Cóż się dzieje?
Pierwszy dworzanin. Córze, dziedziczce swojej, król na męża
Upatrzył syna żony, którą świeżo
Poślubił jako wdowę. Lecz tymczasem
Panna wybrała sobie sama męża,
Biednego wprawdzie, ale szlachetnego.
Ledwie złączonych rozdzielił gniew króla,
Ją szląc do kaźni, jego na wygnanie.
Stąd ów udany smutek dworzan. Sądzę,
Ze tylko pan nasz cierpi.
Drugi dworzanin. Tylko pan nasz?
Pierwszy dworzanin. I ten, co stracił ją; królowa również,
Żarliwa związku tego protektorka.
Lecz co do dworzan, to choć w ślad za królem
Czoło i twarz swą chmurnie marszczą, każdy
W głębi raduje się z tego.
Drugi dworzanin. I czemu?

Pierwszy dworzanin. Ów, odrzucony przez księżnę — to człowiek
Z gruntu bezecny, a ten, co ją posiadł,
(Raczej poślubił i wygnany został),
Równego nie ma chyba na tym świecie,
Bo i najlepszy jeszcze w tyle za nim.
Nie wyobrażam sobie nawet, aby
Zdołał ktoś drugi połączyć z urodą
Tyle cnót razem.
Drugi dworzanin. Nie przesadzasz, waszmość?
Pierwszy dworzanin. Za mało jeszcze pochwał mam dla niego.
Miasto rozwinąć całą jego wartość,
Ściągam ją raczej.
Drugi dworzanin. Jego ród, nazwisko?
Pierwszy dworzanin. Genealogii, wyznam, nie zbadałem
Aż do początków. Syn to Sycyliusza,
Który, jak wiecie, pod Kasybelanem
Wsławił się w walce z Rzymem, a godności
Od Tenancyusza dostał był za służbę
Równie chwalebną, jak wierną. Stąd właśnie
Przydomek jego „Leonatus“. Śtary
Dwóch jeszcze synów miał, obydwaj jednak
Zginęli mężnie w walce, z mieczem w dłoni.
Zabił go żal za nimi, których kochał
Całą potęgą serca. Pozostawił
Wdowę brzemienną. Dając życie temu,
O którym właśnie mowa — sama zmarła.
Wówczas król bierze w swą opiekę dziecko,
Daje mu imię Leonat Postumus,
Sam wychowuje go, bierze za pazia
I kształcić każe we wszystkiem, do czego
Nada się tylko. A chłopiec naukę
Chwytał, jak my, powietrze; każdy przedmiot,
Ledwie podany, wnet opanowywał.
Już wiosna żniwo dała mu. Żył tedy
U dworu jako wzór młodzieży, jako
Pacholę, starych poprowadzić zdolne.
A dla małżonki swej, z powodu której
Banicyą został obłożony, — wszakże

W nagrodę cnoty oddała mu siebie!
Co to być musi za człowiek, osądźcie
Po jej wyborze!
Drugi dworzanin. Chylę przed nim czoło
Po tem, co słyszę. Lecz powiedz mi, waszmość,
Nie ma król więcej, prócz niej, dzieci?
Pierwszy dworzanin. Nie ma!
Wprawdzie dwóch synów miał. Jeśli-ś ciekawy,
Posłuchaj: starszy trzy lata ukończył,
Młodszy zaś jeszcze w powijakach leżał,
Gdy ich skradziono... Nikt po dziś dzień nie wie,
Gdzie się podzieli.
Drugi dworzanin. Dawno to się stało?
Pierwszy dworzanin. Jakoś przed laty dwudziestu.
Drugi dworzanin. Czyż to możebne, by królewskich dzieci
Tak źle strzeżono i tak źle szukano,
Iż się nie znalazł ślad?
Pierwszy dworzanin. Prawda! To dziwne.
Niedbalstwo prawie śmieszne, lecz — niestety —
Prawdziwe.
Drugi dworzanin. Muszę wam wierzyć na słowo.
Pierwszy dworzanin. Cyt! Oto właśnie szlachetny pan idzie
Z królową i księżniczką...

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Tamże.
Wchodzą: KRÓLOWA, POSTUMUS, IMOGENA.

Królowa. Wierzaj mi, córo, ja zwyczajem macoch
Koso na ciebie nie popatrzę nigdy.
Mam stać na straży twej kaźni; ten strażnik
Sam ci podaje klucze od więzienia.
Tobie zaś, panie, pragnę być rzeczniczką,
By jak najrychlej uśmierzyć gniew króla.
Gniew ten jaskrawo jeszcze wciąż goreje,
Najlepiej przeto będzie, gdy się poddasz
Sądowi króla z tą cichą pokorą,
Jakiej wymaga rozsądek.

Postumus. Dziś jeszcze
Wyjadę.
Królowa. Znane ci niebezpieczeństwo.
Współczując z wami, zostawiam was samych.
Przejdę się po ogrodzie, choć surowo
Król mi nakazał wzbronić wam rozmowy.

(Wychodzi).

Imogena. Nędzna obłudo! Jak to ona umie
Pogłaskać, raniąc! Mój najdroższy mężu,
Trwoży mnie wprawdzie potroszę gniew ojca,
Ale nie skutki gniewu, byle-m jeno
Przysięgi wiernie dochowała tobie.
Teraz czemprędzej uchodź. Ja zostanę
Jako niezmienny cel złowieszczych spojrzeń.
Pociechą całą będzie mi nadzieja,
Że nie przepadniesz, drogi skarbie, w świecie;
Że cię obaczę znowu!
Postumus. O, ty moja
Królowo, pani! Nie płacz ty już dłużej!
Większą, niżeli mężczyźnie wypada,
Odsłaniam czułość. Ja tobie zostanę
Mężem tak wiernym, jak drugiego nie ma.
W Rzymie osiędę, w domu Filaryona,
Który w przyjaźni żył niegdyś z mym ojcem,
Choć mnie, co prawda, zna on tylko z listów.
Tam, o, królowo moja, szlij pisanie.
Oko me będzie z goryczy inkaustu
Dobywać słodkie słowa, które skreślisz.
Królowa (wracając). Proszę was, prędzej! Gdyby tak król nadszedł,
Bóg wie, jak ciężko tknąłby mnie gniew jego.

(Do siebie).

Trzeba go tutaj sprowadzić. On hojnie
Każdą mi krzywdę nagradza dla zgody,
I za zmartwienie każde suto płaci.

(Wychodzi).

Postumus. Gdyby się żegnać nawet i tak długo,
Jak życia starczy, męczarnia rozstania
Wzrosłaby jeno. Bywaj-że mi zdrowa!

Imogena. Nie odchodź jeszcze!
Za krótkiem byłoby to pożegnanie,
Gdybyś się wybrał tylko na przechadzkę.
Spójrz, luby, na ten brylant, on pochodzi
Od mojej matki, przyjm go, drogie serce —
I noś, dopóki nie poślubisz innej,
Gdy Imogena umrze.
Postumus. Co? Co? Innej?
O wielkie bogi, tę mi tylko dajcie,
Którą posiadam już; więzami śmierci
Uściskom innej wydrzejcie mnie. Oto

(Nasadzając pierścień na palec).

Bądź ze mną zawsze, jak długo potrafi
Świadomość ciebie utrzymać na palcu.
Najdroższa i najlepsza! Jak za ciebie
Zmieniłem me ubogie „ja“, wyjść muszę z zyskiem
I przy zamianie symbolów uczucia.
Jako pamiątkę miłości noś więzy,
Które nakładam najcudniejszej z wszystkich
Więzionych istot.

(Wkłada jej naszyjnik).

Imogena. O, wszechmocne bogi.
Kiedy-ż znów ujrzym się?

(Wchodzi Cymbelin z orszakiem).

Postumus. Król tutaj... Biada!
Cymbelin. Ty, kreaturo nędzna! Precz z mych oczu!
Zginiesz, jeżeli pomimo zakazu
Dłużej się ważysz dwór nasz kalać sobą.
Trucizną jesteś dla mej krwi.
Postumus. Niech bogi
Ciebie i co dobrego jeszcze jest przy tobie,
Mają w swej pieczy. Idę!

(Wychodzi).

Imogena. Mniej okropną
Śmierć by mi była!
Cymbelin. O, ty zaślepiona,
Zamiast mi młodość wznowić, zdwajasz jeszcze
Liczbę lat moich.
Imogena. Nie szkodź sobie, panie,
Zbytniem wzruszeniem. Gniewu się nie zlęknę...

Od trwogi, bolu chroni mnie, jak pancerz,
Głębsze uczucie...
Cymbelin. Drwisz? Gardzisz mą łaską?
Imogeiia. Czem dla mnie łaska, gdy nie mam nadziei?
Cymbelin. Mogłaś za męża mieć syna królowej!
Imogena. Mogłam! Na szczęście nie musiałam! Orła
Nie rzucę dla jastrzębia!
Cymbelin. Lepszy tobie
Żebrak... Nad moim tronem dzięki tobie
Hańba zawisła.
Imogena. Bo mi zabroniono
Nowym go blaskiem oblec.
Cymbelin. O, nędznico!
Imogena. Z twojej to winy, panie, kocham jego,
Wychowywana przezcię z nim pospołu.
Każdej kobiety godzien on być mężem...
Czem-że ja w obec niego?
Cymbelin. Oszalała!
Imogena. Tak, prawie! Niechaj bogi mnie uleczą.
Czemuż nie jestem ja pasterską córą,
A Leonatus mój, synem pasterza!

(Wchodzi królowa).

Cymbelin. O, bezrozumna!

(Do królowej).

Znowu byli razem!
Nie posłuchałaś mnie! Bierzcie ją zaraz —
I do ciemnicy!
Królowa. Cierpliwości, królu.
Ty, pani córo, milcz... Mój drogi władzco,
Zostaw nas samych i szukaj rozrywki,
Jakiej zapragniesz.
Cymbelin. Nie! Niechaj wysycha
Kropla po kropli krwi w niej co dnia; niechaj
Wyschnięta, stara, zginie przez swe głupstwo.

(Wychodzi. — Wchodzi Pisanio).

Królowa. Fe! (Do Imogeny). Daj-że spokój! — Oto jest wasz sługa.
Cóż tam nowego przynosisz nam, waszmość?
Pisanio. Syn twój królowo, napadł mego pana.

Królowa. Co? Lecz nie przyszło przecie do nieszczęścia?
Pisanio. Nie brakowało wiele, ale pan mój
Nie bił się z przeciwnikiem, igrał jeno,
Wolny od gniewu, aż ich rozdzieliło
Kilku pobliskich panów...
Królowa. To mnie cieszy!
Imogena. Tak! Syn wasz, ojca mojego przyjaciel,
Ujął się za nim! Co za bohaterstwo,
Napaść banitę! Gdyby tak w Afryce
Spotkać się mogli i gdybym ja przy nich
Stać mogła z igłą w ręku, aby przekłuć
Nędznika, który cofnie się... — Pisanio!
Czemu swojego opuściłeś pana?
Pisanio. Bo mi pójść kazał, surowo wzbraniając,
Bym towarzyszył mu chociaż do fortu.
Tutaj zaś podał mi przepisy służby,
Jaką mam pełnić przy waszej miłości,
Jeśli zażądasz.
Królowa. Wiernym był ci zawsze
Pisanio sługą. Ze będzie nim nadal,
Masz na to słowo me.
Pisanio. Wasza wysokość
Raczy podziękowanie przyjąć.
Królowa (do Imogeny). Przejdź się ze mną!
Imogena (do Pisania). Zgłosisz się waszmość do mnie w pół godziny.
Pragnę, byś jeszcze na pokładzie statku
Pomówił z moim panem. — Teraz odejdź.

(Wszyscy wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Plac publiczny.
KLOTEN, DWAJ LORDOWIE.

Pierwszy lord. Mości książę, należałoby zmienić koszulę. Z powodu bowiem gwałtownej walki, ziejesz wasza książęca mość parą, jak ofiara. Skąd powietrze wychodzi, tam ono i wchodzi, a zaprawdę nie masz pod stropem tak dobrego powietrza, jak to, które wasza książęca mość wydajesz.
Kloten. Przebrałbym koszulę, gdyby była skrwawioną. — Cóż, zraniony?
Drugi lord (na stronie). Eh, nawet jego cierpliwość nie poniosła szwanku.
Pierwszy lord. Zraniony? Jego ciało jest chyba fantazmatem lub powietrzną pochwą dla ostrza, jeśli nie został zraniony.
Drugi lord (na stronie). Rapier uciekał w tył, jak dłużnik za miasto.
Kloten. Nędznik, nie dotrzymał mi placu.
Drugi lord (na stronie). Biegł ci ciągle do twarzy.
Pierwszy lord. Bo też kto wam dotrzyma placu, mości książę? Macie podostatkiem gruntu, ale on jeszcze ustąpił wam pola.
Drugi lord (na stronie). Na tyle cali, ile masz oceanów pod sobą. — Lizuny!
Kloten. Żałuję, że waszmość panowie wpadliście pomiędzy nas.
Drugi lord (na stronie). Ja niemniej. Byłbyś przecie raz wymierzył na ziemi, ile długości ma twoja głupota.
Kloten. Tego człowieka kochać, a mnie dać kosza!
Drugi lord (na stronie). Księżniczka w piekle smażyć się będzie, jeśli grzechem jest uczynić dobry wybór!
Pierwszy lord. Zawsze to twierdziłem, mości książę, że jej rozsądek nie może dotrzymać kroku jej urodzie. Jest ona jak piękny obrazek, z którego jednak nie promienieją blaski ducha.
Drugi lord (na stronie). Pięknie wyszłaby na tem, gdyby chciała blaski swe roztaczać przed głupotą.
Kloten. Pójdźcie, mości panowie, na moje komnaty. Szkoda, że obeszło się bez wypadku.
Drugi lord (na stronie). Chyba z oślą skórą!
Kloten. Cóż, pójdziecie panowie z nami?
Pierwszy lord. Do usług, mości książę.
Kloten. Chodźmyż wszyscy razem.

Drugi lord. Dobrze, panie!
SCENA CZWARTA.
Komnata w pałacu.
IMOGENA, PISANIO.

Imogena. Na wałach portu stój, jak wmurowany
I badaj każdy okręt. Stratą, równą
Stracie zbawienia, byłoby to dla mnie,
Gdyby list jego nie doszedł. Mów, jakie
Były ostatnie słowa twego pana?
Pisanio. Rzekł: „O, królowo droga!“
Imogena. Wionął chustką?
Pisanio. I do ust swoich tulił ją gorąco.
Imogena. Płótno bez czucia szczęśliwsze odemnie!
Czy to już wszystko?
Pisanio. Nie! Jak długo jeszcze
Okiem i uchem mogłem go rozróżnić,
Stał na pokładzie, szląc wciąż znaki chustką,
Rękawiczkami, kapeluszem, pragnąc
Wyrazić niemi, co czuł w głębi serca:
Jak dusza jego uchodzi powoli,
A jak pospiesznie okręt.
Imogena. Było trzeba
Zostać, aż wyda ci się jak ptak małym
I jeszcze mniejszym.
Pisanio. Tak też uczyniłem.
Imogena. Byłabym nerwy oczu wytężyła
Aż do pęknięcia, by śledzić go póty,
Póki nie zmalał jak koniuszek igły
I jako punkcik nie zniknął w przestworzu —
Potem zaś oczy odwrócić i płakać. Pisanio,
Kiedy od niego wieść przyjdzie?
Pisanio. Najbliższą
Pewnie okazyą.
Imogena. Nie miałam dość czasu
Na pożegnanie; tyle pięknych rzeczy
Chciałam mu jeszcze opowiedzieć o tem,
Jak myśleć o nim będę tu w godzinach,
Które wyznaczy; chciałam, aby przyrzekł,
Że i wśród Włoszek wiernym mi zostanie;

Chciałam go prosić, aby się w modlitwach
Spotykał duchem ze mną co dnia rano,
W południe, w wieczór, w onych porach bowiem
Wznosi się dusza moja ku niebiosom.
W końcu ujęłabym jeszcze w dwa słodkie
Słowa me usta przez pocałowanie.
Lecz właśnie ojciec nadszedł, niby mroźny
Powiew północy, który pączki warzy,
Zanim rozkwitną.

(Wchodzi dama dworu).

Dama. Najjaśniejsza pani
Przyzywa waszą wysokość.
Imogena. Pamiętaj
O mych rozkazach!
Pisanio. Wypełnię je święcie.


SCENA PIĄTA.
W Rzymie, w domu Filaryona.
FILARYO, JACHIHO, FRANCUZ, HOLENDERCZYK, HISZPAN.

Jachimo. Wierzaj mi, panie, znałem go w Anglii. Znaczenie jego rosło; spodziewano się po nim wielkich rzeczy, a że nie zawiódł oczekiwań, dowodem późniejsza sława. Byłbym jednak wówczas patrzył nań bez podziwu, chociażby nawet miał na pokaz spis swych wysokich przymiotów tak, iżby je można jeden po drugim wyczytać.
Filaryo. Mówisz o czasach, gdy nie dojrzał jeszcze ciałem, ani duchem.
Francuz. Widziałem go we Francyi. Tam było więcej takich, którzy równie bystro potrafili patrzeć w słońce.
Jachimo. Pojął za małżonkę córkę swego monarchy; jej wartość także obniża jego szalę. Dlatego to fama przedstawia go świetniej w swych barwach, niż rzeczywistość.
Francuz. A przytem banicya...
Jachimo. I aprobata tych, którzy pod sztandarem księżniczki stojąc, płaczą nad żałosnem rozdzieleniem, przedziwnie wznosi go ponad słuszną miarę — może być dla tego tylko, by ją utwierdzić w postanowieniu. Jakże łatwo bowiem mogłoby ono runąć pod atakiem byle kolubryny, gdyby pojęła za mąż żebraka, którego ubóstwa nie zrównoważą najwyższe przymioty! Jakimże to jednak stało się sposobem, iż zamieszka on u was? Skąd data?
Filaryo. Ja i jego ojciec byliśmy towarzyszami broni; ileż to razy ocalił mi on życie!

(Wchodzi Postumus).

Otóż i mój Anglik! Wciągnijcie go do waszego grona, jak przystoi ludziom stojącym na wyżynie waszego wykształcenia, wobec tak znakomitego cudzoziemca. Proszę was bardzo, zaznajomcie się waszmoście z tym panem, z którym wiążą mnie węzły zaszczytnej przyjaźni.
Francuz. Miałem sposobność poznać pana już w Orleanie.
Postumus. Istotnie. Od tego też czasu jestem dłużnikiem pańskim i chociaż długi zawsze staram się płacić, nie wiem jak wyrównam rachunek doznanej ze strony waszmość pana uprzejmości.
Francuz. Zbyt wysoko cenicie, panie, drobne moje przysługi. Sprawiło mi to prawdziwą przyjemność, iż mogłem pogodzić pana z moim rodakiem. Czyż nie należałoby ubolewać, gdybyście w przystępie zabójczego rozgoryczenia stanęli naprzeciw siebie z powodu takiej drobnostki.
Postumus. Wybaczcie, panie; byłem wtedy młodym jeszcze podróżnikiem. Kierowała mną raczej chęć samodzielności, niźli rozsądek, który nakazuje we wszystkiem podlegać cudzym doświadczeniom. Lecz i dzisiaj, gdy zapatrywania moje już dojrzały — choć nie wiem, żali nie jest pyszałkostwem, przypisywać sobie coś podobnego — i dzisiaj nie wydaje mi się to, o co nam poszło, taką drobnostką.
Francuz. W każdym razie, powód do rozprawy był za drobny; zwłaszcza dla ludzi, z których jeden drugiego byłby zabił niezawodnie, a kto wie, może nawet obaj byliby zginęli.
Jachimo. Czy wolno, nie narażając się na zarzut natręctwa, zapytać, o co poszło?
Francuz. Bagatela! Sprzeczka była publiczną, a treść jej można opowiedzieć bez obawy o nieprzyzwoitość. Poruszono mianowicie sprawę bardzo podobną do tej, o której rozprawialiśmy wczoraj wieczorem, gdy mianowicie każdy z nas chwalił kobiety swego kraju. Ten pan utrzymywał wtedy i oświadczył gotowość poprzeć sąd swój krwią z pod serca, iż jego pani piękniejszą jest, cnotliwszą, roztropniejszą, czystszą, stalszą i mniej dostępną pokusom, niż którakolwiek z najznaczniejszych dam Francyi.
Jachimo. Wasza pani zapewne zmarła, albo też zmieniłeś waszmość sam pierwotne swe zdanie.
Postumus. Bynajmniej. Ja trwam równie silnie przy mem zdaniu, jak ona przy swej cnocie.
Jachimo. Nie powinniście, panie, stawiać jej tak wysoko ponad nasze Włoszki.
Postumus. Nie opuściłbym nic z pochwał nawet wówczas, gdyby mnie znowu tak podrażniono, jak we Francyi. Mój podziw dla tej damy jest większy, aniżeli nawet miłość dla niej.
Jachimo. Nic łatwiejszego, jak nazwać którą z dam angielskich równie piękną i dobrą, a przecie za piękne to i za dobre byłoby wobec rzeczywistości. Gdyby nawet pańska dama przewyższyła inne znane mi kobiety tak samo, jak ów brylant na pańskiej ręce przyćmiewa inne brylanty, to jeszcze i wtedy przyznałbym jej tylko wśród wielu pierwszeństwo. Lecz podobnie, jak mnie nie zdarzyło się widzieć najcenniejszego z pośród wszystkich brylantów, trudno przypuszczać panie, jakobyś miał poznać kobietę, której żadna inna nie dorówna.
Postumus. Chwalę ją tak, jak ją cenię: na równi z mym brylantem.
Jachimo. To znaczy?
Postumus. Wyżej, niźli wszystkie dobra tego świata.
Jachimo. Ha, chyba niezrównana ukochana pańska nie żyje, albo też warta tyle, co lada błyskotka.
Postumus. Waszmość pan jesteś w błędzie. Ten kamień sprzedanym być może w razie, gdyby znalazł się nabywca dość bogaty, aby go kupić, lub też dość zasłużony, aby go otrzymać w prezencie. Natomiast dama, o której mowa, nie jest na sprzedaż, jako prawdziwy dar bogów.
Jachimo. Czy dar wam, panie, zesłany przez bogów?
Postumus. Co więcej: dar, który przy ich pomocy mam nadzieję ustrzedz.
Jachimo. Nie przeczę; może ona prawnie do was należeć, jako żona; ale czyż kaczki nie zapędzają się i na cudze stawy? Wszakże i pierścień wasz może paść ofiarą kradzieży. Tak więc z dwóch nieporównanych dóbr, jakiemi się waszmość pan szczycisz, jedno jest niepewne, drugie zawisło od przypadku. Przebiegły złodziej, zręczny uwodziciel bez trudu pozbawiliby was obu skarbów.
Postumus. Na szczęście nie masz we Włoszech nikogo równie zręcznego, by owładnąć zdołał czcią mej ukochanej — jeżeli to miałeś waszmość na myśli, nazywając ją dobrem niepewnem. Nie wątpię, że złodziei macie w tym kraju podostatkiem, a jednak o pierścień swój jestem zupełnie spokojny.
Filaryo. Mości panowie, przejdźmy do innego przedmiotu.
Postumus. I owszem. Czcigodny signor, wasz przyjaciel, panie — za co szczerą żywię dlań wdzięczność — traktuje mnie bynajmniej nie jak obcego; odrazu jesteśmy z sobą na poufałej stopie.
Jachimo. Pozwml mi waszmość tylko pięć razy tyle słów wymienić z waszą piękną władczynią, a już dam sobie z nią radę. Zmuszę ją do kapitulacyi, do poddania się, bylebym jeno znalazł przystęp i sposobność.
Postumus. Nie, nie!
Jachimo. Zakładam się o połowę mego majątku, jeśli waszmość ze swej strony założysz się o pierścień, który wedle mego szacunku wart jest jeszcze więcej; zakładam się raczej jednak dla zburzenia twej naiwnej ufności, niż dla naruszenia twego honoru. Aby zaś w niczem go nie obrazić, utrzymuję mój zakład wobec wszystkich kobiet tego świata.
Postumus. Uwodzi waszmość pana zbytnia pewność i nie wątpię, że spotka cię to, na co zasługuje podobna próba.
Jachimo. A mianowicie?
Postumus. Zawód, chociaż w gruncie próba owa zasługuje na coś więcej jeszcze: na karę.
Filaryo. Dość już, mości panowie! Cała rzecz wykłuła się zbyt raptownie; niechże pójdzie, jak przyszła — a was proszę, poznajcie się z sobą dokładniej.
Jachimo. Chętnie moje i mego sąsiada mienie postawiłbym na udowodnienie tego, co powiedziałem.
Postumus. Którą-ż kobietę obrałbyś, panie, za przedmiot swego zamachu?
Jachimo. Tę właśnie, mój panie, w której wierność wierzysz tak niezłomnie. Stawiam naprzeciw pańskiego pierścienia dziesięć tysięcy dukatów, pod warunkiem, że polecisz mnie u dworu, na którym przebywa owa dama. I niczego nie żądam więcej ponad to, jak dwukrotnej z nią roznmwy, a przywiozę stamtąd cześć jej, twojem zdaniem, tak nieugiętą.
Postumus. A więc złoto stawiam naprzeciw pańskiego złota. Co się tyczy pierścienia, jest mi on równie drogi, jak mój palec, który jest jego częścią.
Jachimo. Ostrożność zdradza w waszmości panu gorącego kochanka. Ale chociażbyś kupił ciało niewieście płacąc miliony za łut każdy, nie ustrzeżesz go od zepsucia. Podoba mi się jednak pańska trwożliwość, bo wskazuje na człowieka religijnego.
Postumus. Mówisz tak, panie, z nawyczki; przypuszczam, że uczciwe są twe zamiary.
Jachimo. Jestem panem i mistrzem słów mych, i przysięgam, że nie cofnę się przed wykonaniem tego, co rzekłem.
Postumus. Czyżby naprawdę? Pożyczę waszmości panu mój pierścień aż do czasu powrotu. Zróbmy-ż ugodę. Cnota mojej damy wyższą jest od niegodziwości twych myśli. Wyzywam cię, panie; zakład stoi. Oto mój pierścień.
Filaryo. Nie, nie ma zakładu!
Jachimo. Na bogi, zakład stoi; jeśli nie przyniosę panu dostatecznych dowodów, iż posiadłem najcenniejszy skarb twej ukochanej, to otrzymasz odemnie razem ze zwrotem pierścienia dziesięć tysięcy dukatów. Jeśli zostanę pokonany, jeśli owa dama obroni swój honor, na którym tak budujesz, to ona, pański klejnot, ten klejnot i moje złoto należeć będą do ciebie. Ale, powtarzam raz jeszcze: wszystko to pod warunkiem, iż zostanę przez waszmość pana poleconym.
Postumus. Przyjmuję warunki. Spiszemy punkta ugody i tylko stosownie do nich będziesz waszmość pan odpowiedzialnym. Jeśli potrafisz, panie, wykonać swe przechwałki, jeśli dowiedziesz mi niewątpliwie, że zwyciężyłeś, nie wezmę ci tego wcale za złe, byłby to bowiem dowód, że szło o kobietę niegodną sporu; jeśli jednak ona nie da się uwieść, jeśli nie zdołasz waszmość pan wykazać się sukcesem, w takim razie odpowiesz mi, panie, z mieczem w ręku za niecne myśli i zamach na jej niewinność.
Jachimo. Podaj, panie, rękę: zgoda! Umowę zawrzemy wobec sądu, a potem niezwłocznie wyruszam do Anglii, by przedsięwzięcie nasze nie ostygło, nie zamarło. Pójdę po pieniądze i każę zakład nasz utrwalić pisemnie.
Postumus. Dobrze.

(Postumus i Jachimo wychodzą).

Francuz. Czyżby mieli naprawdę obstawać przy tem?
Filaryo. Signor Jachimo nie ustąpi. Pójdźmy za nimi!

(Wychodzą).

SCENA SZÓSTA.
Anglia. W pałacu Cymbelina.
Wchodzą: KRÓLOWA, DAMY DWORU, KORNELIUSZ.

Królowa. Zrywajcie kwiaty, póki na nich rosa.
Gdzie spis jest?
Dama dworu. U mnie, najjaśniejsza pani.
Królowa. Możecie odejść.

(Damy dworu wychodzą).

Czy mi przyniosłeś, doktorze, te proszki?
Korneliusz (podając proszki). Wasza wysokość raczy je odebrać.
Czy wolno jednak — słuchając sumienia —
Spytać, do czego najjaśniejszej pani
Tych trucizn, które wprowadzone w ciało
Muszą sprowadzić śmierć, powolną wprawdzie,
Lecz niezawodną?
Królowa. Dziwi mnie, doktorze,
Twoje pytanie. Czy-żem nie dość długo
Twą uczenicą? Czy mnie nie uczyłeś
Jak się esencye robi, jak wyciągi,
Kadzidła — tak iż nawet król nasz wielki
Prosił mnie nieraz o próbki mej sztuki?
Cóż więc dziwnego, gdy kształcąc się dalej,
(Wszak za dyablicę nie będziesz mnie trzym ał),
Rozszerzyć pragnę zakres mojej wiedzy
Nowych szeregiem prób? Nauki siłę
Wybadać pragnę na tworach tak nędznych,
Ze szkoda na nie stryczka, (nie na ludziach!)
Próbując skuteczności owych środków,
Chcę zastosować potem antidota,
By poznać cechy i siły substancyi.
Korneliusz. Stwardnieje serce waszej wysokości
Skutkiem tych badań. Sam widok działania
Bywa w podobnych razach równie wstrętny,
Jak i szkodliwy.

(Wchodzi Pisanio).

Królowa. Bądź waszmość spokojny

(Do siebie).

Otóż pochlebca ów nędzny! Nasamprzód
Na nim spróbuję; sprzyja swemu panu,
A mego syna nie cierpi.

(Do Pisania).

Pisanio!

(Do Korneliusza).

Już nie potrzeba mi ciebie, doktorze.
Możesz pójść.
Korneliusz (do siebie). Mam cię, pani, w podejrzeniu!
Lecz nie dopuszczę do złego.
Królowa (do Pisania). Posłuchaj!
Korneliusz (do siebie). To nie podoba mi się. Ona sądzi,
Że jad trawiący dostała: o, znam ją,
I nie ważyłbym się piekielny środek
Dawać osobie, jak ona, przewrotnej...
Ten na czas krótki tylko oszałamia.
Być może, zechce ona go próbować
Naprzód na kotach, psach, potem wciąż wyżej...
Ale w pozornej śmierci z tej trucizny
Niebezpieczeństwa brak; na krótko tylko
Dusza popada w senną martwość, aby
Zbudzić się tem raźniejszą... W błąd ją wwiedzie
Fałszywy pozór; a ja tem wierniejszy,
Iż fałsz popełniam.
Królowa. Możesz pójść, doktorze,
I czekać aż cię wezwiemy.
Korneliusz. Do usług!

(Odchodzi).

Królowa. Wciąż jeszcze płacze? Jak sądzisz: czy z czasem
Nie uspokoi się i z rezygnacyą
Głupstwa nie zrzeknie się? Czyń, co możliwe.
W chwili, gdy rzekniesz mi, iż ona kocha
Mojego syna, staniesz tak wysoko,
Jak twój pan; wyżej jeszcze: padła bowiem
Trafem szczęśliwość jego, a nazwisko
Wkrótce ostatni oddech wyda. Wrócić
Nie może, ani zostać tam, gdzie bawi,

Zmieniając miejsce, zmieni jedną biedę
Na drugą; każdy dzień burzy mu tylko,
Co stworzył w dniu poprzednim. Jakaż
Korzyść z człowiekiem wiązać się, co runął,
I już nie wstanie; bo nawet przyjaciół
Nie ma, gotowych poprzeć go!

(Opuszcza puszkę, którą Pisanio podejmuje).

Podjąłeś,
Nie wiedząc, co to; przyjmże za twe trudy.
Własny to wyrób rąk mych; pięciokrotnie
Króla ocalił od śmierci i nie znam
Nic, coby bardziej wzmacniało. Zachowaj
Dar, jako zakład znaczniejszej nagrody,
Którą gotuję tobie. Twojej pani
Powiedz, od siebie, jak się rzeczy mają.
A pomyśl, jak się zmienią twoje losy;
Przychylność księżnej zachowasz, a zyskasz
Przychylność mego syna — nie zapomni
On tej przysługi. Króla ja już skłonię,
By wszystko, czego zapragniesz, uczynił,
Najbardziej jednak mnie tem do wdzięczności
Zobowiązałbyś. Przyszlij mi fraucymer
I rozważ dobrze, coś słyszał.

(Pisanio odchodzi).

Lis szczwany
I nieugięty, swego pana rzecznik,
Jej zasię mentor, baczący wciąż na to,
By zachowała serce małżonkowi.
Jeśli spożyje tylko, co mu dałam,
Nie będzie miała Imogen nikogo,
Ktoby się podjął poselstwa miłości,
A jeśli ona przecie nie ulegnie,
Skosztuje w końcu także tych przysmaków.

(Pisanio wraca z damami dworu).

Tak, doskonale! Te fiołki, dzwonki,
Pierwiosnki, wnieście do mojej sypialni.
Bądź zdrów, Pisanio! A nie zapominaj
O moich słowach.

(Królowa i damy dworu wychodzą).

Pisanio. O, tak! Nie zapomnę!
Nim pana zdradzę, raczej wprzód na ścięcie,
Oddam mą głowę... To przyrzekani święcie!

(Wychodzi).
SCENA SIÓDMA.
Inny pokój w pałacu.
Wchodzi IMOGENA.

Imogena. Ojciec surowy, fałszywa macocha,
Głupi zalotnik zamężnej kobiety,
Banita mąż jej — o, ten mąż, ten drogi,
Mąk mych korona, bo-ć dla niego wszystko
Cierpię! Dlaczegóż mnie nie ukradziono
Tak, jak mych braci? Czyz to nie szczyt nędzy
Żałość na tronie? O, błogosławieni
Maluczcy, którym jest okrasą życia
Spełnienie godnych życzeń. — Któż tam znowu?

(Wchodzi Pisanio i Jachimo).

Pisanio. Księżno, ten rączy kawaler przybywa
Z Rzymu z listami pana.
Jachimo. Nie drżyj, pani!
Zacny Leonat zdrów i żyw, pozdrawia
Waszą wysokość.

(Wręcza Imogenie list).

Imogena. Dziękuję wam, panie,
Mój miły gościu.
Jachimo. Jakież bogactwo ozdabia ją z zewnątrz!
Jeśli i dusza jej równie wspaniała,
Wówczas unikat widzę w niej. Feniksa,
I wiem, że przegram. Wspieraj mnie, odwago,
A ty, zuchwalstwo, uzbrój mnie! Inaczej
Przyjdzie mi walczyć na sposób partyjski:
W ucieczce — ba, bez walki uciec!

Imogena (czyta:) „Jestto szlachcic znakomitej familii, którego przyjaźń niezmiernie mnie zobowiązuje. Ceń go w równej mierze, jak ci drogą twoja wierność.

Leonatus.“

Dalej nie czytam głośno:
Lecz owo „dalej“ płomieniem napełnia
Głąb mego serca i wdzięczność w niem wznieca.
Witajże, zacny panie — z serdecznością,
Na jaką tylko stanie mnie i jaką
We wszystkiem znajdziesz.
Jachimo. Dzięki, zacna pani!
Co? Poszaleli ludzie? Czyż natura
Dała wzrok tylko do patrzenia w niebo,
W ten sklep wspaniały nad morzem i lądem?
Czyli też po to, by gwiazdę od gwiazdy
Zdołać rozróżnić, kamyk od kamyka?
Zali-ż ten cenny ap arat nie pozna,
Co brzydkie, a co piękne?
Imogena. Skąd te myśli?
Jachimo. Nie, tu nie oko w grze. Pokażcie małpie
Tak różne dwie kobiety, a powita
Jedną zgrzytaniem, drugą pieszczotami.
I nie w rozsądku rzecz — matołek nawet
Mądrym piękności będzie sędzią; zatem
Lubieżność? Ależ brud przeciwstawiony
Takim urokom, zmusiłby wnet żądze
Wyżygać nawet czczość — a jakże mógłby
Wzniecić łakomstwo?
Imogena. Co wam, zacny panie?
Jachimo. Pragnienie przetężone; żądza syta,
A głodna; beczka dziurawa, a pełna —
Nie dosyć pożreć jagnię, chce się jeszcze
Jelit...
Imogena. Gdzież myśl was unosi, mój panie?
Może wy chorzy?
Jachimo. Nie, księżno, jestem zdrów. Mój przyjacielu,
Zechciej popatrzeć, gdzie jest mój służący.
Nie zna on miejsca, a głupi!
Pisanio. Właśnie wyjść chciałem na jego spotkanie.

(Wychodzi).

Imogena. Jakże powodzi się mojemu panu?
Jachimo. Wybornie, księżno!
Imogena. A czy wesoły?

Jachimo. Nieinaczej, sądzę.
Bardzo wesoły. Nikt go nie prześcignie
W figlach i żartach. Zwą go też powszechnie
Swawolnym synem Anglii.
Imogena. Będąc tutaj,
Objawiał skłonność do smutku, jakkolwiek
Przyczyn sam nie znał.
Jachimo. Ja go nie widziałem
Nigdy poważnym. Leonat ma druha
Francuza, pan to znakomity wielce;
Serce zostawił, zdaje się, w ojczyźnie,
Okrutnie wzdycha więc. Wesoły Anglin,
Wasz cny małżonek, śmieje się i woła:
Pęknę, doprawdy, gdy pomyślę sobie,
Że człowiek, który z słuchu i doświadczeń
Wie, czem kobiety są i czem być muszą,
Będąc swobodnym, tęsknić jeszcze może
Do jarzma.
Imogena. Tak powiada mój małżonek?
Jachimo. Tak — i aż płacze ze śmiechu. Prawdziwa
Rozkosz, posłyszeć go, jak kpi z Francuza.
Ano, bywają wśród mężczyzn czasami
Nagany godni.
Imogena. Nie on jednak, sądzę.
Jachimo. Zachowaj Boże! Choć za łaskę niebios
Mógłby wdzięczniejszym być. On mnie zadziwia.
Ale co do was, księżno, (w której widzę,
Zyskał Leonat więcej, niż zasłużył),
Podziw z współczuciem łączą się.
Imogena. Dla kogo?
Jachimo. Dla dwojga istot.
Imogena. Czy ja jedna jestem?
Tak dziwnie patrzysz. Cóż we mnie takiego
Widzisz, co litość wzbudza?
Jachimo. Rzecz to smutna!
Gdy ktoś porzuca słońce i szczęśliwym
Czuje się w norach ohydnych przy blasku
Łojówki.

Imogena. Bardzo proszę was, mój panie,
Chciejcie się jaśniej nieco wytłumaczyć,
W czem źródła waszej litości nademną?
Jachimo. Bo inna dziś —
Chciałem rzec — z waszych praw — lecz nie? Już dosyć!
Bogów jest rzeczą grzech taki ukarać,
Nie moją, mówić o nim...
Imogena. Wnosić muszę,
Że wam wiadomo coś, co mnie obchodzi.
Gdy zaś przeczucie złego często silniej
Dręczy, niż pełna świadom ość; (złe bowiem
Samo się nieraz naprawia, lub jeśli
W czas je poznamy, daje się naprawić)
Proszę: powiedzcie, co was równocześnie
Gna i wstrzymuje?
Jachimo. O, gdybym te usta
Miał dla kąpania mych ust, a tę rękę,
Której dotknięcie jedno już wymusza
Śluby wierności; to lice, co więzi
Nieokiełzane loty moich spojrzeń,
Ku sobie tylko żar ich ciągnąc; czyżbym
Zdołał ust dotknąć zużytych, ja k schody
Na Kapitolu? Hańbo! Czyżbym ręce
Twarde od płatnych, fałszywych uścisków,
(Bo fałsz ich pracą), tulił; albo, czyżbym
Mógł spojrzeć w oczy nędzne i opełzłe,
Tak migające, jak światełko knotu,
Co siedzi w starym łoju? Ach, zaprawdę,
Rzecz słuszna, aby na taki upadek
Runęło całe piekło przekleństw!
Imogena. Mąż mój
Chyba zapomniał Anglię.
Jachimo. A z nią — ciebie?
Niechętnie tylko przynoszę wiadomość
O sprosnej jego zmianie; gorżkie słowa
Dostały się na usta z głębin smutku,
Zwabione tylko wdziękiem twoim, pani!
Imogena. Dosyć już! Nie chcę więcej słyszeć o tem?

Jachimo. Boska istoto! Twa hańba, jak febra,
Wstrząsa mem sercem. Kobieta tak piękna,
Spadkobierczyni królestwa, podwójnie
Mogłaby godność króla podnieść. On zaś
Twymi pieniądzmi płacąc, nierządnice
Ściąga, zepsuciem nawskróś przetrawione,
Za grosz z chorobą igrające każdą,
Jaka powstaje z gnicia; te zbiorniki
Jadu, truciznę nawet zatruć zdolne.
Musisz się zemścić, pani, jeśli jesteś
Istotnie córą królów, nie wyrzutkiem
Wielkiego rodu...
Imogena. Co? Ja — mścić się?
Jakim sposobem? Jeżeli to prawda,
(Ale mam serce, które się nie łatwo
Da w błąd wprowadzić uszom); jeśli prawda,
Jakże się zemścić mam?
Jachimo. On tobie, pani,
Każe żyć w zimnem łożu, jak westalce,
A sam, ku hańbie twej, za twe pieniądze,
Wśród najszpetniejszych żądz nurza się! Zemsta!
Ku pocieszeniu oto masz mnie, pani,
A szlachetniejszym będę, niźli zbieg ów,
I lepiej wytrwać potrafię w miłości,
Korny, dyskretny.
Imogena. Pisanio, Pisanio!
Jachimo. Z mych ust zdejm, pani, śluby wiernej służby!
Imogena. Precz, precz! Przekleństwo mym uszom, że dotąd
Słuchały ciebie. Gdybyś był uczciwy,
Opowiedziałbyś to w imię słuszności,
A nie dla celu, który wart nędznika.
Cień na szlachetność rzucasz tak daleką
Od twych opisów, jak ty od honoru.
Osidlić chcesz kobietę, która tobą
Gardzi, jak czartem. Nuże, wejdź, Pisanio!
Niech król, mój ojciec, otrzyma wiadomość
O tym zamachu, a gdy za przystojną
Uzna rzecz, aby tu, na jego dworze,

Zuchwały intruz śmiał się zachowywać,
Jak w rzymskiej łaźni i bydlęcej chuci
Folgować — to o dwór swój chyba nie dba,
A córkę swoją ma za nic. — Pisanio!
Jachimo. Szczęśliwy Leonacie! wołam teraz.
Niezłomna wierność twej zacnej małżonki
Tak zasługuje na twe zaufanie,
Jak twoje cnoty na jej wierność. Żyjcie
Długo szczęśliwi! O, godna małżonko
Najzacniejszego z małżonków na świecie!
Bo też jedynie taki godzien ciebie!
Przebacz, sam chciałem tylko wypróbować,
Jak też daleko ufność twoja sięga.
Mąż twój, o, pani, czem jest, niech na nowo
Będzie przezemnie! A jest on, zaprawdę,
Niepokalany i jest czarodziejem,
Który porywa tłumy i serc wszystkich
Połowę posiadł.
Imogena. Jestem przejednana.
Jachimo. Jak Bóg, wielbiony, bawi pośród ludzi.
Cześć, jaką posiadł, wyższa ponad zwykłe
Uznanie ludzkie; nie gniewaj się na mnie
Dostojna pani, za wybryk zuchwalstwa,
Za owe kłamstwo dla próby; twa mądrość
Znalazła nowe w stałości stwierdzenie,
Wprzód objawiwszy się w wyborze męża,.
Który jedyny wolny jest od przywar.
Jam się z miłości dla niego jedynie
Ośmielił na to; ale ciebie, pani,
Stworzyły bogi nie taką, jak inne:
Bez skazy zgoła! Chciej mi więc przebaczyć!
Imogena. Wszystko już dobrze; u dworu, czem mogę
Chętnie wam służę.
Jachimo. Dziekuję pokornie.
Byłbym zapomniał poprosić o łaskę
W sprawie, acz drobnej, lecz ważnej niezmiernie
A dotyczącej i waszego pana.
W sprawie tej ja wraz z kilku przyjaciółmi
Bierzemy udział.
Imogena. Cóż to jest takiego?

Jachimo. Gromadka Rzymian razem z Leonatem,
(Same wybrane pióra naszych skrzydeł).
Wspólnie kupiliśmy dar dla cesarza...
Z ramienia reszty nabyłem go w Francyi.
Jestto rzecz srebrna przedziwnej roboty
Zdobna w kamienie, o formie misternej,
Znacznej wartości. Obcym będąc tutaj,
Lękam się nieco o ten skarb. Czy wolno
Prosić cię, pani, byś go w swą opiekę
Wzięła łaskawie?
Imogena. Ależ jak najchętniej!
Za nietykalność ręczę własnem słowem.
Skoro zaś w sprawę w dał się mój małżonek,
W sypialni skarb umieszczę.
Jachimo. Moi ludzie
Skryli go w skrzyni. Jeżeli więc wolno
Przyszlę ją tutaj, na jedną noc tylko,
Już bowiem rano muszę ruszyć w drogę.
Imogena. O, nie!
Jachimo. Niech wasza wysokość wybaczy:
Muszę, bo dałem słowo. Przypłynąłem
Od strony Francyi, by swemu życzeniu
I przyrzeczeniu posłuszny, was, pani,
Obaczyć.
Imogena. Dzięki serdeczne za trudy!
Lecz zostań jeszcze jutro, panie...
Jachimo. Muszę,
Muszę powracać! Proszę więc, gdy pragnie
Wasza wysokość pozdrowić listownie
Swego małżonka, zrób to, księżno, w wieczór.
I tak za długo już bawię, a ważna
Rzecz doręczenie daru.
Imogena. Pójdę pisać.
Waszmość zaś przyślij skrzynię; strzedz jej będę,
Aby nietkniętą zwrócić. Żegnaj, panie!

(Wychodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Stanisław Rossowski.