Cupio dissolvi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Przybyszewski
Tytuł Cupio dissolvi
Pochodzenie Poezye prozą
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1902
Druk P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CUPIO DISSOLVI


Musieli się rozłączyć...
Wzięła go jednego wieczora za rękę i rzekła z cichym, smutnym uśmiechem:
— Pocóż mamy się tak dłużej męczyć? Rozłączmy się. Niema innej rady.
Milczał.
Tak niema innej rady. Bez niej wróci spokój, próżnia, posępne, dżdżyste niebo, ciężkie ołowiane chmury, ale przynajmniej spokój — spokój...
A kochał ją, kochał. Kochał ją duszy obłędem, bólem i rozpaczą zastygłem sercem, a miłość ta, gdyby jadowita trucizna przegryzła mu duszę aż do dna, gdyby ziele hyzopu wrastała delikatną siecią włóknistych korzonków w najtajniejsze jej szczeliny i rozsadzała, rozrywała jej spojenia.
Była cichą i smutną, a smutek jej duszy był jak rozpaczne skupienie pokuty, jak niema, beznadziejna skrucha rozciągnięta w krzyż na wilgotnej posadzce mrocznych kaplic.
Była cichą i dumną w posępnym majestacie upadku i grzechu i była smutną a piękną pięknością anioła, co duma, płacze, a tęskni za utraconym rajem.
Kochał ją, i jak ją kochał!
Zniszczył szczęście najdroższych sobie istot, najsilniejsze potargał więzy, zdeptał całą swą przyszłość — ale nie znalazł szczęścia.
Tylko ból, strach, a gniew.
Przestał panować nad sobą, czuł, że ktoś inny, jakiś zbrodniczy szatan nim owładnął, targa go i prowadzi, dusza jego stała się straszną i okrutną. Szedł jakby w ciągłej nocy obłędu, szarpany burzą, straszony potworną ciemnością.
Znęcał się nad nią.
Aż do krwi siekł ją szyderstwem, a w mózgu jej wypalał krwawe plamy obelgą i hańbiącem słowem.
Nie wolno było jej mówić, że go kocha. Śmiał się dzikim obelżywym śmiechem. Nie jego kochała, ale swego pierwszego kochanka, który w niej kobietę stworzył, z którym to wielkie, tajemne piękno pierwszej rozkoszy miłosnej przeżyła. Jej miłość to tylko mętne resztki na dnie jej duszy: — to wszystko, co dla niego zostało.
Nie wolno było jej siąść o zmroku i zamyśleć się. Widział wtedy długie, drżące ręce jej tęsknoty, jak pragnęły tego pierwszego, jak go ku sobie wołały, i nęciły i rozkosze obiecywały.
Przestali mówić ze sobą, przestali patrzeć na siebie, bali się dotknięcia swych rąk — a nawet w ich milczeniu szalały obłędy zwątpień, bezwiary i nienawiści.



Wszystko napróżno.
Napróżno zdeptał szczęście swych najdroższych, napróżno poświęcił spokój swego sumienia.
A przecież miał takie same prawo do szczęścia, jak inni, a nawet większe jeszcze.
Wszystko zniósł, by posiąść z nią szczęście.
Była przecież aniołem. W świętem jaśnieniu jej skrzydeł, pragnął wznieść się ku niebu, co słoneczną łaskę nań zlać miało.
O, święte wniebowstąpienie, którego z nią razem dokonać pragnął, jej miłością otulony, uświęcony swą Golgotą, ogniem tak ciężko zdobytego szczęścia oczyszczony.
Na tęczach niebieskich miał królować, ziemia miała być nóg jego podnóżkiem, a ludzie mieli całować stopy jego i żebrać promieni jego łask.



Stało się inaczej...
Ale gdy już pociąg, który mu ją uwiózł, znikł w dali na skręcie, zrozumiał, że ją utracił na zawsze.
Musiał to sobie głośno powtórzyć, raz jeszcze, aby jasno i dokładnie zrozumieć.
Dopiero wtedy, gdy się coś dokładnie i jasno zrozumie, staje się rzecz jasną.
Nie mógł jednak sięgnąć myślą poza to, co miało się stać jasnem.
Oparł głowę o słup latarni przed dworcem. Zimne żelazo paliło go.
A naraz uczuł w swej duszy jakąś straszną jasność krwawych brzasków, jakie widywał nad dachami ulic, kiedy nad ranem wracał do domu.
Stanął na środku ulicy.
Nagle w myśli jego zrodził się wielki, wspaniały pomysł.
Musi się puścić za pociągiem, a dogoni go z pewnością. A gdy go dogoni, to i zatrzyma.
Na rękach swych ją poniesie, całemu światu ją pokaże, u stóp jej legnie jak pies i jej stopy całować będzie.
I nagle pojął, że mu kawał duszy wydarto, że z nią utracił siebie samego, że ziemia się przed nim rozstępuje a strop niebios w nieskończoność ucieka...
Musiał ją odzyskać — musiał...
Gwiazdy gasły...
Puścił się jak strzała w pogoni za pociągiem.
Szalonymi skokami biegł w gęstym tłumie ludzi, roztrącał ich, bił, deptał po nich, czuł, że uderzenia spadały na niego jak grad, słyszał jak pędzi za nim jakiś dziki, czarny potwór.
Już pozostawił przedmieście poza sobą już ucichł wrzask wielkiego miasta, zdawało mu się, że widzi czerwoną latarnię pociągu, widział ją dokładnie, jak migotała w pobliżu szatańskim ślepiem, słyszał wyraźnie szyderczy głos: napróżno, napróżno... ale nic go wstrzymać nie mogło, siły jego olbrzymiały, a nogi zaledwie ziemi dotykały.
Szał począł go ogarniać.
Przedziwnie pięknie.
Jego myśli splątały się w błędne koło, ścieśniały się, zwiły się w kłębek, to znowu się rozszerzały, coraz większe zataczały linie, rozprężały się w olbrzymie koła — coraz większe, coraz szersze. Niektóre pękały w tem naprężeniu i wyskakując pryskały skrami, rzucały się ku niebu jak ogniste błyskawice i zamierały, sycząc gdzieś po za krańcem nieba.
A wpośród tego koła rozszalałych myśli, tańczyły dwa nowo wylęgłe, niekształtne wyrodki jego duszy, tak, jak na klepisku stodoły tańczą dzieci w kole dorosłych, w czas dożynku.
Cały świat wpadł w ten straszny wir tańca i szału.
Domy tu i owdzie po drodze porozrzucane, zbiły się w jeden czarny, szalejący pas, drzewa kołowały wkrąg siebie, ziemia sklepiła się, to znowu zapadła w przepaścistą dolinę, drżała i trzęsła się.
Upadł, zerwał się znowu, biegł, szalał, znowu upadł, i znowu się porwał wściekłą mocą; myśli jego obejmowały teraz całą ziemię, objęły ją do czerwona rozpaloną obręczą, ściskały ją coraz ciaśniej, coraz wścieklej... A teraz zdało mu się, że ziemia łoskotem spadających światów pęknąć musi, a wtedy może obręcz jego myśli pęknie, stężeje w jedną pięść ognistą i uderzy gdzieś z taką mocą, że szczątki jakiegoś świata wokół się rozprysną gradem siarki i ognia, co cały wszechświat w jedną bryłę stopi.
Biegł, pędził w ciemną noc, coraz głębiej w pola i bagna, przebiegł torfowiska i moczary, już doganiał gorejące ślepie szatana już chwytał za koła ostatniego wagonu — naraz krzyknął straszliwie i padł na szynach.



Pochyliła się nad nim niepochwytna postać kobiety z rękami które słońce przeświecało.
Wokół jej czoła wianek, z promieni światła spleciony, a wonią chryzamu nieskalanej czystości spłynęła na niego.
Przez dwa morza przyszła do niego — jedną i drugą górę przejść musiała, by mu dać swe serce — ale przyszła.
— Ukochany.
A było to jak dźwięk, nigdy nieporodzony, bez początku i końca.
Jak gdyby już rozegrany dźwięk fali rozdzwonił się tonem harfy Eola, spotężniał, wzniósł się pod niebo, zapełnił wszechświat i znowu zwolna opadał w nieskończoność niepoczętej harmonii sfer.
— Ukochany.
A było to, jak jasność przejrzystego obłoczku nad krańcem nieba. Rośnie, wzmaga się w świetlistą chmurę, rozciąga się falą ognia od wschodu do zachodu, zwolna niknie, blednie, gaśnie.
— Ukochany.
A było to, jakby się całe niebo w drobnym dżdżu sperliło, jak gdyby naraz chłodny strumień wiatru w parne południe spłynął, jak gdyby ostre skrzydło mewy zarysowało lekką bruzdę w szklistej powierzchni morza.



Tak, to było południe, czas żniw.
Przed domami siedzą żniwiarze i ostrzą kosy osełkami. Gromadka dzieci wybiega niesfornie ze szkoły, wykrzykując chórem do każdego przechodnia: Niech będzie pochwalony! Przed kuźnią stoi wpół pęknięty lemiesz pługa. Przed czworakami siedzą parobcy, dopóki ich dzwonek do pracy nie zawoła. Ciężka burza, ciężarna zniszczeniem i śmiercią wisi nad wioską.
Burza, która jego matkę zabiła.
Widział ją, jak w strasznem poczuciu śmierci wyjmuje mosiężny krzyż, jak klęka na środku izby i rozpoczyna litanię do świętej Dziewicy z Loreto.
Dzieci tulą się przestraszone do siebie w kątach izby. Grzmot piorunu uderza w ich duszę jak ryk trąby sądu ostatecznego.
— Wieżo z kości słoniowej —
— Módl się za nami, błagają dzieci z płaczem przestrachu.
— Arko przymierza —
— Módl się za nami.
— Pocieszycielko utrapionych...
Naraz pękło niebo z piorunującym hukiem. Izba zatrzęsła się, stanęła w zielonym ogniu tysiąca błyskawic, a z mściwym głosem Jehowy zmieszał się śmiertelny krzyk matki, piorunem rażonej...
Matka nie żyła...



Chciał się podnieść — wstać. Stęknął, oparł się obiema rękami o ziemię, chciał przyklęknąć, ale nie był w stanie.
Z jękiem upadł znów na ziemię, i w strasznym bólu słyszał, jak rwało mu się ze serca:
— Gdzież jesteś? Ty — Ty?
Szał go ogarnął.
Kołujące wiry piasku piętrzyły się nad nim ku niebu, to znowu wklęsały w bezdenne przepaście, a on w tym szale i zamęcie, ciskany jak piłka w górę, to zrzucany w otchłanie, krzyczał rykiem zranionego zwierza:
Gdzie jesteś — gdzie jesteś?




Na sierpie księżyca siedział szatan — chudy szatan ze zwieszonemi, długiemi nogami, urągliwą twarzą kozła i grał na skrzypcach. Każdy ton był długim sznurkiem, zakończonym ostrym hakiem.
Szatan rzucał wędki na niego. A miał przedziwną pewność oka. Jedna wędka za drugą zaczepiała się — jedna o mózg, druga o pierś, trzecia o szyję... Każdy ton zahaczał się o jego ciało, ranił go, wyrywał mu kawałki mięsa — leżał skrwawiony, oszalały z bólu — ale nie mógł się podnieść.
Bił ziemię pięściami, wgryzał się w piasek, wyciągał się i kurczył w drganiach konwulsyi, zrywał się i opadał na ziemię, a w niewypowiedzianej, śmiertelnej trwodze słyszał swój własny krzyk:
Gdzie jesteś — gdzie?
Naraz zdawało mu się, że cała ziemia stała się jednym przepotężnym organem. Tony były ciężkie i grube, wyrastały z ziemi jak olbrzymie słupy i otoczyły go lasem straszliwych filarów. Nad nimi spoczęła ogromna, ciężka kopuła, tak ciężka, że wszystkie filary poczęły się słaniać, trzeszczeć i pękać.
Teraz ziemia na niego spadnie. Ciężka kopuła organów go pogrzebie. Już poczęła się chwiać, filary zapadały, kruszyły się — chwilkę jeszcze...
Nadludzką siłą zerwał się i stanął na nogach.



Na sierpie księżyca siedział szatan ze zwieszonemi, cienkiemi nogami i grał na skrzypcach.
A do niego tuliła się bezwstydnie naga kobieta — kobieta upadku, kobieta jego miłości i śmiała się — na całe gardło śmiała się.
— Patrz, otóż to ja — nagroda twej śmierci krzyżowej — otóż to ja, złoty wóz Eliasza, który cię miał powieźć do nieba — otóż to ja, bogini Twych tęsknot nadziemskich.
To ja — ja — nałożnica szatana...



Wszystko znikło. Na niebie wykwitły pierwsze blaski brzasku.
To było słońce — to było szczęście.
On, syn człowieczy, którego ziemia sama porodziła, on, który deptał po trupach, który całopalne ofiary tysiąca narodzonych dzieci samicy szatana zaprzedał. — On — jakże On był potężny.
Żyły jego nabiegły krwią tysiąca ludzi na pastwę djablicy rzuconych, głowa jego sięgała aż ku niebu, bo nie mogła pomieścić straszliwego nabiegu krwi, a muskuły jego nabrzmiały jak olbrzymie maczugi, pełne szalonej siły.
Teraz musiał wyrzucić ze siebie ten wściekły orkan siły.
Teraz musiał spełnić czyn, godny człowieka, którego ziemia sama porodziła.
Jaśniało coraz więcej, brzask coraz wyżej wspinał się na niebo.
Otóż to — to był czyn, który spełnić musiał.
On był brzaskiem.
Poszedł w zapasy z ciemnością, wpił swe ogniste palce w ciemne niebo, schwytał je żelaznemi rękami i począł toczyć olbrzymie koło ciemności, coraz szybciej — ogniste palce utworzyły krąg ognia i światła, a ciemność znikała, zlewała się w ogniu, aż wreszcie na całym przestworzu rozbłysły jego do biała rozpalone ręce.
Zwyciężył, pokonał ciemność — on — czysty, nieskalany, biały dzień wniebowzięcia.
Pot strumieniem spływał mu z czoła i z wyciągniętemi ramionami, z krwią nabiegłemi oczami, z dzikim wzrokiem, stał On — On zwycięzca, tryumfator — słońce.
Posiadł szczęście.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Przybyszewski.