Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/78

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Bił ziemię pięściami, wgryzał się w piasek, wyciągał się i kurczył w drganiach konwulsyi, zrywał się i opadał na ziemię, a w niewypowiedzianej, śmiertelnej trwodze słyszał swój własny krzyk:
    Gdzie jesteś — gdzie?
    Naraz zdawało mu się, że cała ziemia stała się jednym przepotężnym organem. Tony były ciężkie i grube, wyrastały z ziemi jak olbrzymie słupy i otoczyły go lasem straszliwych filarów. Nad nimi spoczęła ogromna, ciężka kopuła, tak ciężka, że wszystkie filary poczęły się słaniać, trzeszczeć i pękać.
    Teraz ziemia na niego spadnie. Ciężka kopuła organów go pogrzebie. Już poczęła się chwiać, filary zapadały, kruszyły się — chwilkę jeszcze...
    Nadludzką siłą zerwał się i stanął na nogach.



    Na sierpie księżyca siedział szatan ze zwieszonemi, cienkiemi nogami i grał na skrzypcach.
    A do niego tuliła się bezwstydnie naga kobieta — kobieta upadku, kobieta jego miłości i śmiała się — na całe gardło śmiała się.
    — Patrz, otóż to ja — nagroda twej śmierci krzyżowej — otóż to ja, złoty wóz Eliasza, który cię miał po-