Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

siebie, ziemia sklepiła się, to znowu zapadła w przepaścistą dolinę, drżała i trzęsła się.
Upadł, zerwał się znowu, biegł, szalał, znowu upadł, i znowu się porwał wściekłą mocą; myśli jego obejmowały teraz całą ziemię, objęły ją do czerwona rozpaloną obręczą, ściskały ją coraz ciaśniej, coraz wścieklej... A teraz zdało mu się, że ziemia łoskotem spadających światów pęknąć musi, a wtedy może obręcz jego myśli pęknie, stężeje w jedną pięść ognistą i uderzy gdzieś z taką mocą, że szczątki jakiegoś świata wokół się rozprysną gradem siarki i ognia, co cały wszechświat w jedną bryłę stopi.
Biegł, pędził w ciemną noc, coraz głębiej w pola i bagna, przebiegł torfowiska i moczary, już doganiał gorejące ślepie szatana już chwytał za koła ostatniego wagonu — naraz krzyknął straszliwie i padł na szynach.



Pochyliła się nad nim niepochwytna postać kobiety z rękami które słońce przeświecało.
Wokół jej czoła wianek, z promieni światła spleciony, a wonią chryzamu nieskalanej czystości spłynęła na niego.