Brzask (Sieroszewski, 1900)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Brzask
Pochodzenie Brzask
Data wydania 1900
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


BRZASK



Z duszą zmąconą do głębi spieszyłem od oceanu w tę stronę, o której nawykłem marzyć w długie noce zimowe. Nie wiedziałem, czy kiedy kresu dosięgnę. Rozpaczliwie dowodziłem sobie, że to pewnie nigdy nie nastąpi. Wyliczałem przeszkody niezwalczone, gdyż kapryśne jak podmuchy wiatru wiejącego w stepie pod niebem przyćmionem lotnemi chmurami. Dowodzenia nie działały jednak na mnie, nie wsiąkały w głąb a niby o mur rozbijały się o dziwną, stalową, na niczem nieopartą pewność. Ogarniało mnie uczucie ogromnej swobody, uczucie ptaka, co skrzydła, długo bezczynne rozwinąwszy, mknie bez troski w dal. Pragnienie życia rozpierało mi piersi, żądza czynu drżała w piersiach, a pieśń tryumfu towarzyszyła mi, w trop biegły za mną wszystkie moje marzenia dźwięcząc chórem słodkim a potężnym:
— Osięgniesz... I spełni się wszystko, co kochasz i ziści się więcej, niż śmiesz pomyśleć... tylko żyj, dąż, pragnij!...
Bajeczna cisza i bezludność miejsc, które tak długo zamieszkiwałem, wyrugowały z serca mego nienawiść. Pojąłem nietylko myślą, lecz całym sobą to, co mi twierdzono zdawien dawna, od dzieciństwa, że ból z jednakowem okrucieństwom przeszywa każdą istotę, ludzką, każdą istotę żywą i wszystkie serca, drżące od zmian życia, stały się mi jednakowo zrozumiałe, jednakowo pożałowania godne, choć nie jednakowo... blizkie. Wyobraźnia wyrobiona ciemnością biegunowych zim, przedstawiała mi wyraźnie i z łatwością całą kulę ziemską — srebrzystą u biegunów, pozłocisto-zieloną w pół ciała, oblaną błękitnemi morzami, pocentkowaną żółtemi plamami pustyń, porysowaną szaremi żyłami górskich łańcuchów, owiniętą płachtami dni, zórz i nocy płynących za sobą niezmiennie... Wśród jej obszarów pełno było zakątków prześlicznych, krain rajskich, lecz dla mnie, czułem to dobrze, dla pełni uczuć moich, dla tego hymnu życia, który każda dusza dąży wyśpiewać doszczętnie, istniał tylko punkt jeden na całym tym globie.
Tętniały kopyta końskie po wyschłej jesiennej drodze, brzęczały dzwonki uprzęży, turkotały koła, powóz z jękiem zapadał w wyboje, w tumanach kurzu wzlatał na wzgórza i z karkołomną szybkością spadał na dół; potem znowu się wznosił, znów spadał, lub jak ogromny drop rozpostarłszy loty, biegł równym stepem. Mijałem góry, lasy, wsie... przepływałem na promach i łodziach rzeki... poznałem niezliczoną moc stacyi pocztowych, niby paciorki w równych odstępach tkwiących wzdłuż brzegów bladożółtej wstęgi gościńca. Lecz wszystko to ślizgało się po wierzchu mej świadomości, zajętej mglistą, ale bardzo ważną robotą.
Ach znam to wszystko i mam tego dosyć! — mówiły moje oczy znękane.
Przyjaźnie spoglądałem tylko na słupy wiorstowe.
Pierwszą rzeczą, która oddziałała na mnie niby iskra elektryczna i zmusiła zwrócić baczniejszą uwagę na świat zewnętrzny, był plant kolei żelaznej, widok szyn, lokomotywy, która wyrzucając kłęby pary i dymu, sapiąc i dudniąc, przemknęła przed naszym powozem, wlokąc za sobą szereg pustych wagonów.
— Co panu? — spytał mnie wypadkowy towarzysz podróży. — Czy pan nigdy nie widział kolei żelaznej?
— Owszem, widziałem...
Bardzo byłem zadowolony, że nie oczekując końca zaczął sam mówić i objaśniać mi wszystko uprzejmie.
— Oto budka! A tam — weksel... To są słupy telegraficzne... Ten człowiek, co tam stoi, to pewnie stróż... Czy nieprawda, że podobny do stróża? Tu rosną akacye, drzewa, których pan pewnie nie zna, a to są lipy...
W cieniu ich upłynęło moje dzieciństwo; obecnie z trudnością je poznałem! Zerwałem nieznacznie liść i długo ze wzruszeniem mu się przyglądałem w wagonie. Tyle lat, najlepszych lat, byłem oderwany jak ten liść...
Szybko mknęły nikłe, chyże obrazy, oprawne w ramy okna. Przewinęło się białe miasto, wdzięcznie schowane w zielonych ogrodach, pasma lasów, czarnych i postrzępionych, cały szereg nudnych, jak krople wody do siebie podobnych stacyi kolejowych, wsie wielkie i brunatne; potem z głębi przestrzeni wynurzyło się znowu miasto czerwone, zbrukane, przysłonięte dymem niezliczonych fabryk, a za niem znowu ciemne, dzikie, tajgą porosłe »urmany«, nagie skaliste szczyty i przepaście o fioletowych, głębokich dnach.
Krajobraz zmieniał charakter, linie jego zaczynały falować, wznosić się, dawno pożegnany kraj, kraj podobny stawał przedemną w całej surowej swej piękności. Ujrzałem znów jego stożkowate, siwemi mgłami opłynięte góry, lesiste wądoły, w głębi których szumiały burzliwe, kryształowe rzeczki, ujrzałem jeziora, niby olbrzymie srebrne puklerze, rzucone wśród borów, stepy, gdzie trawy wyrastają jak las, równiny, gdzie kwitną nigdy przez nikogo nic deptane kwiaty, gdzie dojrzewają dziewicze, nigdy nie koszone łąki, gdzie drzemie puszcza nieskończenie smętna i milcząca.
Na niebie paliła się zorza tego kraju, która nie ma pewnie równej sobie w sile barw i ich rozmaitości; potem nastąpiła ostatnia noc. Nie widziałem jej, gdyż znużony wielką ilością przebytych wrażeń, usnąłem snem kamiennym. Pociąg stukotał swą jednostajną piosenkę i śniło się mi, że nie na zachód jechałem, lecz na północ, że to przewodnik krajowiec nucił ubogą melodyę a purga przeszkadzała mu, wyła i miotła śniegiem...
— Panie, już jesteśmy! Już minęliśmy! Niech pan wyjrzy, a może pan jeszcze zobaczy... — zbudził mnie towarzysz podróży.
Aha! Nareszcie jesteśmy! Wyglądam przez okno. Ten sarn krajobraz falisty, ciemną tajgą porosły, to samo wysokie blado-turkusowe niebo. Mimo to ogarnęło mnie dziwne uczucie, drżałem prawie. Przebyłem linię, poza którą już inne rządzą prawa. Niejasne wzburzenie zamieniło się zwolna w rzewną, spokojną radość. To, na co czekałem lata, spełniło się. To brzask, po którym nastąpią dni złote!
Dusza leciała ku tym dniom skupiona w jeden ostry, przenikliwy grot, z poczuciem, że góry przebije, tamy zburzy, zniszczy wszelkie przeszkody i dosięgnie celu lub sama w proch się rozsypie. Czułem ogromną wdzięczność do świata za wszystko co mi dał, za to poczucie siły i ten wicher pragnień. Tak: wszystko... kocham i wszystkim... przebaczam, lecz strzeżcie się, gdyż wiem, co mi się należy i wezmę...
Zmiany następowały nieznacznie. Inny kraj ujrzałem dopiero na przystani wielkiej rzeki, gdzie z wagonu miałem się przesiąść na parostatek. Wśród barwnego tłumu ludzi zauważyłem stojącą na uboczu gromadkę istot, jakich nie widziałem dawno. Okryci byli w brudne łachmany, po przez które przeświecało ciało czarne i wyschłe; większość miała głowy niepokryte, rozczochrane, oczy obojętnie przed siebie patrzące, nogi bose, duże, zabłocone, gęsto usiano guzami i bliznami.
— Bosaki... Łachmaniarze... Czy pan nigdy ich nie widział?
— Nie widziałem ich... dawno!
To ponowne z nimi spotkanie, jak nóż ostry przeszyło mi serce. Nieraz obcowałem w puszczach z ludźmi źle odzianymi, źle żywionymi, nieledwie umierającymi z niedostatku, lecz była to nędza inna, zdrowsza, szlachetniejsza, gdyż nie zawierała w sobie... krzywdy! Tamtych pozbawiały pokarmu: zbyt długa zima, niezwykła wiosna, jałowe lato, lecz w tych przeciwnościach kształciły się ich charaktery, wyrabiała myśl, uczyli się przewidywania. Tu nic — prócz zawiści i występku!
Na czele gromadki bosaków stał osobnik olbrzymiego wzrostu, z czerwonej koszuli podpasanej powrozem. Łokcie zabawnie wystawił, nogi szeroko rozstawił i z humorem wisielca, dłubał ogromną wykałaczką w zębach, które pewnie dawno już nie znały nic prócz wódki. Obok niego jegomość w pomiętym cylindrze, smoktał wyniośle okurek cygara i prezentował szereg metalowych guzików kamizelki, ręce wsadziwszy do kieszeni, choć nie wiem doprawdy, jak tam utrzymać się mogły, gdyż to, w co one bywają zwykle wszyte, istniało w leciuchnych, uchwytnych zaledwie zarysach. I oni i towarzysze ich, patrzyli na nas przechodniów, dostatnio ubranych, z pewnem lekceważeniem, jak na »coś co się miga«, co do zupełnie innego należy gatunku.
Aby te zwątlałe, pokręcone głodem żołądki napełnić strawą, aby to poranione nogi obuć, aby te zwyrodniałe umysły oświecić, aby ich wyschłe, puste żyły ogrzać krwią gorącą, aby dzikie ich dusze wrócić ludzkości, trzebaby mieć wolę nie jak grot, ale jak taran, a takich taranów niezliczoną moc i uderzać nimi bez wytchnienia, z całą potęgą, tak, żeby od uderzeń tych drżała w posadach swych ziemia...
Dokoła był już kraj inny. Rzeka, po której płynęliśmy, miała znaczną szerokość; lecz nie były to już te oceany wody słodkiej, po falach których mknąłem tak niedawno w drobnej cudzoziemskiej pierodze, ze strzelbą za plecami i sieciami u nóg. Niebo słało się nad nami łagodne, szafirowe, nie miało chłodnych połysków niebios północy; blask słońca nie miał metalowej ostrości, odległość — wyrazistości czystych i pustych przestworów. Wszystko przysnute było, otulone muślinem bladego tumanu i dymami wiosek. Sioła, miasta, osady, pojawiały się coraz częściej na obu brzegach. W dali, za szmatami pól, za lasami, majaczyły strzeliste wieżyce świątyń, bielały budowle.
Tłum podróżnych napełniał parostatek. Składał się z nieskończenie rozmaitej, pstrej mieszaniny odzieży i typów. Błyskały twarze białe, rumiane, żółte, śniade, prawie czarne, głowy pokrywały czapki, kapelusze, turbany, mycki, baszłyki, zawoje... rozlegały się setki narzeczy, dziwacznych jak świergot ptaków, jak pomruki nieznanych tworów, lub gorączkowe skrzeczenie owadów. Tu zebrał się cały wschód daleki: brudny, wcale nie wonny, lecz malowniczy.
Przybywało ich coraz więcej. Z tobołkami, wzorzystemi sakwami i miedzianemi amforami w ręku, chodzili z kąta w kąt, szukając miejsca. Gniewali się, że go nie było. Usta okolone gęstemi brodami otwierali szeroko, wyrzucając chrapliwe dźwięki, błyskali groźnie podłużnemi, czarnemi jak noc oczami, rozdymali ruchliwe nozdrza ogromnych płaskich nosów, wymachiwali włochatemi pięściami. Wszędzie odsyłali ich na dziób statku. Tam też ludzie stłoczyli się jak śledzie w beczce.
— Gdzie się podziejemy?... Nasz pieniądz pan majtek brał, nasz pieniądz dobry był...
— A dziewajcie się, gdzie chcecie! Nie myśmy brali — odpowiadali majtkowie, przepychając się przez tłum zbity i bezładny.
Wśród tego tłumu jak drobne blaszki odmiennego kruszcu wyróżniały się blade postacie aryjczyków o stalowem spojrzeniu i spokojnych, wstrzemięźliwych ruchach. Lecz i między nimi tylko pijani zachowywali się z godnością wobec majtków i różnych panów.
— Ty, panie majtek, nie szturgaj i nie wymyślaj!... Widzisz bilet?... Bi—let wła—sny o—so—bi—sty... Pijany jestem, ale mam o—so—bi—sty...
Większość była obszarpana, sterana niedolą i drogą, zobojętniała i pokorna. Ale byli i tacy, co jastrzębim wzrokiem przeglądali twarze i rzeczy sąsiadów.
— Oto cały mój kapitał pożywny! — rzekł wesoło jeden z takich, potrząsając w powietrzu małym węzełkiem.
— Ach, gdyby udało się trafić... na tabakę francuską!
— Na tabakę francuską!... Zachciało ci się — przeciągnął inny niedaleko nas stojący i nieznacznie kiwnął na nas głową.
Przybysz umilkł, obejrzał się lękliwie i zniknął w tłumie. Mój najbliższy sąsiad pociągnął mnie za rękaw.
— Wszyscy na jarmark! Powiadali w kasie, żeby wystrzegać się, ale jak wystrzegać się w takim ścisku! Pan też pewnie na jarmark? Ja bo na jarmark... z dalekiego sioła. Mam sklep z rozmaitemi wiktuałami, książki czytuję. Więc kiedy miejscy kupcy, u których brałem, uparli się w cenach, uparłem się i ja i ruszyłem na jarmark. Pierwszy raz! Teraz widzę, że może źle... Lud całkiem inakszy niż w naszych okolicach. Nasz prościejszy, a tu taki nabożny żadnego krzyża nie minie, żeby się nie przeżegnać, a patrz pan, co robią... Nawet widzę, kum, co jedzie ze mną z tej samej wioski, zachęca się...
Podszedłem zobaczyć, co istotnie tak ponętnego dzieje się w zwartem kole rozbawionych widzów. Młoda kobieta w czarnem, miejskiem ubraniu i białym szalu, narzuconym na pełne ramiona igrała jak kot z myszą ze starym muzułmańskim »chodżii«.
Na stole przed nim stała butelka i kieliszki. Kobieta pijąc, przewróciła kieliszek szerokimi rozmachami ręki przed nosom »chodżijego«.
— Jeśli pragniesz mnie pocałować, ot, tutaj... mówiła, wyciągając białą rękę dłonią zwróconą do góry — to daj rubla, jeśli tutaj — ciągnęła, pokazując na pozłacaną bransoletkę — to daj dwa, dalej trzy... a jeszcze dalej, to pieniędzy twoich stary nie starczy...
— On do Boga będzie się modlił za ciebie... Pozwól mu! — pożartował jakiś Tatar.
— Niech się modli za siebie, niedługo umrze! odcięła, schwyciła z głowy »chadżijego« biały święty jego turban i chciała sobie włożyć na zwinięte w koronę złote warkocze, lecz zajrzawszy do środka, odrzuciła ze wstrętem.
— Fe! Jaki brudny!
Znów wcisnęła go na wygoloną czaszkę starca, który cały czas siedział z przymrużonemi oczami i kocim uśmiechem na ustach i dłoń lekko przesunęła mu po obwisłych wargach. Stary wargi zabawnie wystawił i mocno wciągnął w siebie powietrze. W tłumie rozległ się śmiech i ludzie zaczęli się rozchodzić. Jakiś mężczyzna w żakiecie siadł obok kobiety i wyłącznie zajął jej uwagę.
W miarę jak zmrok zapadał bachiczny nastrój przenikał do wszystkich zakątków parowca. Oczy gorzały, rozmowy zamieniały się w śpiewy, okrzyki i szepty. Raz po raz wychylały się z cieniów giętkie niewieście postacie, wyrywając się ruchem lubieżnym z ciemnych objęć męzkich.
— Puść mnie! — szeptała dziewczyna, dziecko prawie. — Tu tyle ludzi... wstydzę się...
— Ee! Co tam!...
W korytarzach jeszcze ciemnych z poza drzwi kajut, okutych w miedziane ozdoby, dochodziły stłumione, tajemnicze głosy. W suto oświetlonej sali jadalnej pierwszej klasy widać było opuszczony stół z obwisłym obrusem, poplamionym winem, z srebrnemi przyborami i kryształowemi naczyniami, rozrzuconemi niedbale wśród okruchów ciast, resztek owoców i więdnących kwiatów. Na pokładzie kobiety strojne, giętkie, jak węże, jaskrawe jak motyle, chodziły krokiem niepewnym od kołysania statku, blask klejnotów i zapach perfum szedł za niemi a dokoła nich krążyli mężczyźni wysocy, niezgrabni, podobni do czarnych, włochatych trutni. Jakiś kupiec z siwą brodą i twarzą ascety, w długiej staromodnej kapocie i palonych butach szeptał młodej dziewczynie coś, od czego oczy jej śmiały się i świeciły jak czarne brylanty. Szpakowaty wojskowy i młodzi ludzie, widać ubodzy, stali na uboczu i z zawistnym uśmiechem przyglądali się »grze motyli«.
Koła parostatku tłukły monotonnie o wodę, bałwaniły gładką jej powierzchnię, komin w miarowym, potężnym oddechu wyrzucał kłęby dymu i pary, cały korpus okrętu krępy, mocno zbity z dębu, żelaza i miedzi drgał od głębokiej, ukrytej, naprężonej roboty. Stalowe kułaki tłoków migały w oświetlonem wnętrzu maszynowego luku. W szmer gasnącego na pokładach tłumu wrzynały się chwilami ostre dźwięki dzwonków, świstawki, tubalne, urywane wyrazy komendy, po których ruchy statku wolniały, oddech jego zamierał, cały kadłub pochylał się, łuk zataczał lub prostował i porywczo, gorączkowo zaczynał tętnić i pracować. Majtkowie wydając niezrozumiałe okrzyki pełnili swoją robotę, u burt dzwoniły łańcuchy. Lecz najczęściej statek spokojny, pewny siebie płynął w dal, niosąc gwar wesołych głosów i blask licznych świateł. Sternik stał nieruchomo w swej szklanej budzie, z rękoma na rękojeści kierownika, z oczami utkwionemi w szafirowe, ciemniejące przestworza, gdzie migotały różnokolorowe ognie majaków, gdzie nizko nad wodą kołysały się na mieliznach błędne ogniki »bakanów«. Czasami pojawił się wśród tłumu podróżnych osmolony palacz, przesuwał się nieśmiało przez pokład i niknął w głębokich, wązkich szczelinach, skąd dniem i nocą biła krwawa łuna, dolatywał czad przepalonych tłuszczów i szum pracujących maszyn.
Kupka Tatarów zebrała się na modlitwę na obszyciu kół parowca, już za drucianą balustradą pokładu. Stali bez obuwia na wzorzystych dywanach zwróceni na wschód, w wielkiem skupieniu zapatrzeni we własne dłonie, rozwarte jak stronice Koranu lub utkwiwszy rozmodlone spojrzenia w niebiosach. Ich ciemne, nieruchome postacie silnie odrzynały się na złoto-różowem tle gasnącej nad wodą zorzy.
Wśród zapadającego zmroku gwiazdy rojnie zabłysły i nasz statek zagorzał setkami świateł elektrycznych.
Cichy szmer szeptów i leniwy spokój zmierzchu zmienił się w rosnący gwar śmiechów, pieśni, brzęku naczyń, muzyki; nawet gdzieś tam w głębi słychać było miarowy tupot tańca i okrzyki.
— Szampana!... Szampana zwykle piję w trzy koleje: z rana, wieczorem i... jeszcze raz wieczorem!
— A ja cztery!
— Nieprawda! Nie można pić cztery... A zresztą pal sześć! Hej, dawaj tu!
— Więc powiedz, co znaczy »diablys«?
— Co znaczy? Co ma znaczyć?! Nic nie znaczy. Pijany jesteś i tylko!
— A może »stryczka?!« — spytała zalotnie dama, siedząca przy tym samym stole.
— Nie. »Stryczka« to...
Współbiesiadnicy zatknęli mu usta. Dama mimo grubą warstwą różu i bielidła zarumieniła się jak wiśnia.
— ...A to wszystko po co, na co? Ażeby mnie skrzywdzić. Uczciwość teraz nie popłaca. Teraz uczciwego nazywają głupcem... — brzmiał poważny bas w innym końcu. — Mówię mu więc: musicie zmazać połowę, bo nic nie zapłacę. Dosyć korzystaliście z mojej cierpliwości...
— No i co?
— Zmazał. Co miał robić?
— Pieniądze mają koniec, ale towar niema końca! — odezwał się z westchnieniem słuchający rozmowy ormianin.
— ...Ba, a skąd to pochodzi? — dowodził siwy jegomość z długimi włosami, siedzący na uboczu z jakąś »kapotą«. — Pochodzi to od braku posłuszeństwa, od zuchwałości. Wszystko pozwala, sobie sądzić i gadać... A słuchać nikt nie chce, niema rygoru. Ludzie mocnej wymagają ręki. Jesteśmy grzesznicy, musimy czuć wieczny strach i skruchę, aby pamiętać o cnocie... Trzeba nas karać, aby nas zachować, abyśmy nie zastygli w naszej dumie. Bez strachu jesteśmy jako łódź bez steru i żagli... Każdego postawić należy na miejscu, oprawić w ramę, aby miał obraz i podobieństwo Boga.
— W rok głodny panowie zapomnieli o chłopie! — powiedział niespodzianie stojący w cieniu chłop.
— Jakto: nie mieliście pomocy, nie zbierano dla was składek, nie urządzano tanich kuchen?...
— Tak to tak! Ale... zapomnieli o chłopie! — powtarzał uparcie. — Widziałem jak umierali bez pożałowania. Nic nie dostali. Ten wyżył, kto się szczerzej do Boga pomodlił. A teraz, kiedy urodzaj, chwalą się. W naszej wsi kury niema gdzie puścić... Za wodopój — płać, za przegon — płać... Za powietrze kazaliby płacić, gdyby go z piersi wydrzeć mogli... Sklepikarze, prasoły, obsiedli nas jak szarańcza a gorsi są od żydów. Kamienne dusze, nieprędko z nich co można wykrzesać... Wszystko w wiosce dojrzą, zabiorą, wycisną, bo swoi...
— A bo wszystko z braku rygoru, z braku odpowiedniego rozporządzenia. Od tego giniemy...
Ciemno już było; zorza zagasła. Noc ze wszechstron szczelnie nakryła ziemię. Wzdłuż brzegów błyszczały ognie sygnałowe; w słabym ich blasku tu i owdzie lśniły się smugi czarnej wody, rysowały mgliste urwiska, nizkie krzewy, wysmukłe drzewa, dnem wywrócone na piaskach lodzie i ciężkie, pękate barki nieruchomo śpiące w przystaniach. Czasami wylatywał z ciemności drobny jak meteor parowiec, leciał ku nam, rósł, świecił i huczał, wreszcie mijał płonący od niezliczonych lamp jak sala balowa. I długo w ślad za nim po czarnych rozkołysanych falach biegły drżące, wydłużone odbicia naszych ogni i długo wzamian płynęły ku nam od niego dźwięki gasnącej muzyki i oddalających się szmerów.
I znów ogarnęły nas ciemności, koła niosącego mnie statku łopotały monotonnie, blado tliły się w oddali nieruchome ognie.
— Jeśli wszystko, co mnie otacza, jest falą, pianą, błyskiem, to gdzież są głębiny? — myślałem z utęsknieniem, spoglądając na zakryte nocą brzegi, gdzie długie sznury drobnych jak iskry okienek mówiły o wielkich, ludnych siołach.
Zszedłem na dół, zostawiwszy na pokładzie przytulone do siebie w zmroku eleganckie pary minąłem miejsca, gdzie konała orgia ochrypła i znużona i, zawinąwszy się w kołdrę, usnąłem w ciemnym, odległym zakątku, gdzie było mi dobrze razem z tłumem najbiedniejszych i najmniej grzesznych, gdyż najmniej świadomych.
Obudził mnie stuk i ruch niezwykły, kołysanie się statku, który nagle pochylił się, jakby pod naciskiem wielkiego ciężaru. Staliśmy u przystani. Łoskot miarowy licznych kroków po schodkach i pokładzie objaśnił mi przyczynę pochylenia. Nagle we wszystkich przejściach, we wszystkich pustych przerwach i szczelinach pojawili się ludzie, wepchnięci potężnym naporem.
— Nie odchodź pan! Nie ruszaj się... Udaj, że śpisz... — ostrzegał mnie sąsiad. — Zajmą miejsca... Strach, ile napędzono ludzi... Rekruci, powiadają...
Ale jużem się ruszył i nogi nieostrożnie pod siebie podwinąłem, więc pusty kawałek ławki natychmiast obsiadł rój oberwańców.
— Panie, dobry panie, niech już nam pan pozwoli, a my będziemy rzeczy pańskich pilnować... — prosili mnie. — Pan się wyśpi i we dnie, a naszego wypoczynku tyle tylko, co na parostatku. O brzasku staniemy do roboty... Najęci jesteśmy zboże nosić z świeżo przybyłych na trzecią przystań berlinek...
— Czy to was tyle przyszło?
— Nie, to inni... Bez liku ich. Wszystko zepchnęli...
Wyszedłem na pokład. Był zasiany, zapełniony chłopami. Zapach potu, kożuchów i butów juchtowych stłumił nawet ostrą, właściwą okrętom woń smoły, nafty i przypalonych tłuszczów. Większość przybyłych była bardzo biednie odziana i nie miała wcale rzeczy. Na twarzach, w ruchach, w ubraniu zachowali świeże ślady wsi i pracy w polu. Kruszyny siana, słomy, kurz i plewa zbożowa trzymały się w fałdach ich sukman, sypały się z rękawów i włosów.
Jeden trzymał pęk kłosów, z których on i sąsiedzi wydłubywali ziarna i żuli z widoczną rozkoszą.
— Z pola wzięli... Sołtys nie pozwolił wozu doładować, odziać się — opowiadał z uśmiechem.
— I skąd gwałt taki i dokąd pójdziemy? Pan nie wie, co w gazetach stoi... pytali mnie.
— Wojna — odpowiedział ktoś za mną.
— Wojna... wojna — zaszeptano. Wszystkie twarze zwróciły się ku nam, wstali ci, co spoczywali w odległych kątach, umilkł młody tatarzyn nucący w pobliżu smętną piosenkę, umilkła gromadka sąsiadów gwarząca półgłosem. Wszyscy słuchali z wyciągniętemi szyjami. Tylko nie ruszyli się ci nadmiernie znękani, co upadłszy twarzą na brudne deski pokładu, spali snem ciężkim istot, nie chcących myśleć o jutrze.
— Panowie, panowie... proszę odejść, nie wolno... powiedział podchodząc ku nam podoficer i grzecznie, ale stanowczo wskazał nam drogę z powrotem.
Odszedłem na dziób statku, gdzie wiszą kotwice, gdzie leżą ogromne zwoje lin i łańcuchów, gdzie czuwa straż, gdzie zawsze znajdzie się tyle miejsca, aby oprzeć się o burtę i podumać. Parowiec znowu płynął. Powiew wiatru wywołanego biegiem muskał statek i zwiewał wonie i opary. Noc cicha, ciemna i mętna słała się wszędzie. Rdzawo-czarne tumany wszystko przysłoniły, znikły gwiazdy na niebie, nie błyskała pod statkiem zbałwaniona woda, nie odbijała, już ogni. Majaki mdło płonęły wzdłuż brzegów. Meteory parostatków przelatywały przygasłe i pobladłe. I nasz parowiec też ucichł i owinął się w przejrzyste senne obsłony. Tylko koła bez przerwy uparcie tłukły o wodę i sternik stał w swej kryształowej budce w seledynowych potokach elektrycznego światła, z rękami na kole rudlowem, nieruchomy, zapatrzony w dal, jak posąg uwagi. Lecz i on nie wiedział, gdzie jest i co ma przed sobą, płynął od znaku do znaku.

Warszawa, marzec 1899 r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.