Biały książę/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



I.


Orszak, złożony z kilku rycerzy i kilkunastu czeladzi, w dolinie, po nad którą łańcuch wzgórz panował w dali, zatrzymał się na gościńcu.
Jadący przodem człeczek na mule, palcem wskazywał, śmiejąc się, na znaczne miasto, które ztąd dobrze teraz widać było.
Do koła krajobraz zielony roztaczał się dosyć wdzięczny, acz mało urozmaicony. Oprócz szarego gór łańcucha, zamykającego z jednej strony widnokrąg, z panującą nad wyżynami górą wyniosłą, małe tylko pochyłości widać było w dolinie, winnicami do koła zasadzonej. W pośród nich niewielkie zbóż kawałki, gdzieniegdzie drzew kupki i domki białe, nędzne, leżały rozpierzchłe.
Miasto, na które przewodnik jadącym doń wskazywał, na owe czasy wcale okazale się i poważnie przedstawiało przybywającym. W koło mocnemi mury i basztami otoczone, w pośrodku jeżyło się wieżycami kościołów, podniesionemi zębatemi szczytami gmachów, dzwonnicami i różnych kształtów wieżami.
Stało ono na niewielkim pagórku, a po za ścianami murów jego rozsiadły się przedmieścia, całe w cieniach i ogrodach.
Widok był piękny, bo gród na stolicę wyglądał i zdawał się wyzywać nieprzyjaciół, tak zbroja jego kamienna była mocno na nim opięta i najeżona piętrami bastyonów.
Piękny wieczór letni ze złoconem niebem, które prawie w tej porze miało barwę południowych stref, blaskiem swym dodawał jeszcze wyrazistości widokowi. Każda z wieżyc, każdy załom muru, dach i szczyt, każda pręga kamienna, rzucając cień silny, uwydatniała się na tle nieba i sinawego oddalenia.
Niektóre części budowli stały prawie sino-czarne, utopione w mroku, inne zdały się ozłocone, a gdzieniegdzie słońce, bijąc w błony okien, zapalało jakby ogniska na nich czerwone i płomienne.
Światło, padające z góry, najjaskrawsze na szczytach, powolnem stopniowaniem bladło w dole i rozlewało się w pół mroku. Drzewa także na wierzchołkach, jakby pokropione złotem, układały się we wdzięczne grupy fantastycznych kształtów, to pozaokrąglane, to strzelające do góry, zbite w gęste masy i rozwiane, jakby we mgłę zielonawą.
Podróżni, stojący na wzgórzu, z jakiemś uczuciem religijnem, wszyscy zwolna krzyż zakreślili na piersiach, wlepiając oczy w miasto, z którego dzwonnic właśnie na jakieś nabożeństwo wołające ozwały się dzwony.
Stali daleko, ruchu miejskiego wcale ztąd dojrzeć nie było można, głos ten tylko, jakby mowa grodu, witał przybywających powolną jakąś, niezrozumiałą piosenką.
Podróżni, jako łacno poznać było po ich okurzonej odzieży, znużonych koniach, opalonych trudem i słońcem twarzach, musieli przybywać z daleka.
Czterech ich przodowało orszakowi, reszta jako czeladź i służba trzymała się dalej nieco.
Trzej z rycerzy byli już ludzie niemłodzi, jeden nawet włos miał siwy u skroni, czwarty młodszy i najweselszego oblicza, może z największą ciekawością przypatrywał się nowemu dla siebie krajobrazowi.
Starsi byli to Wielkopolanie Przedpełk ze Staszowa, Szczepan z Trląga, Wyszota z Kórnika, młodszy i towarzyszący im nie kto inny, jak Lasota Nałęcz.
Po długiej i nużącej podróży stali blizko jej celu i nie bez pewnej obawy wpatrywali się w mury tego miasta, po za któremi były ich nadzieje.
Aż tu szli oni szukać w klasztornej klauzurze tego Piasta, którego u siebie nigdzie znaleść nie mogli.
Zeszli na jednego, ostatniego, na tego Włodka, zwanego Białym księciem, o którym nie wszyscy jednako mówili. Przykładem tych, co niegdyś Kaźmirza od Benedyktynów na tron wzięli, i oni jechali wyzwolić zamkniętego, aby mu do tronu otworzyć wrota.
Skutek był bardzo wątpliwy, lecz, panowanie i władza mają urok wielki, przychodzili kusić, spodziewali się, że blaskiem korony pociągną, mieli nadzieję, że ze słabego człowieka uczynią potężnego, że z niestałego i chwiejącego się w postanowieniach mocnego bojownika zrobią.
Wszyscy oni znali go niegdyś, wiedzieli, że dziwacznym był i rzucającym się łatwo na to, co mu zabłysło i zrażającym również prędko lada przeciwnością, lecz naówczas był on maluczkim panem na Gniewkowie, a oni mu przynosili nadzieję polskiej korony.
Cała niemal Wielkopolska go wzywała, cała chciała iść z nim i za nim, cała się wzdrygała pokrzywdzona przeciw rządom króla Ludwika i jego matki.
Przedpełk, Szczepan i Wyszota pamiętali go młodszym i zdawało się im, że podróże, spoczynek, klasztor, cierpienie ukołysały krew gorącą, a dały mu spokój ducha i wytrwałość.
Lasota, dodany przez Dersława, rozkaz wziął patrzeć, słuchać, pomagać, lecz sam występować czynnie nie miał ni zlecenia, ni ochoty.
Najstarszy Przedpełk najmocniej był o tem przekonany, że to, co on wymarzył, miało się znaleźć w Białym księciu. Mówił, że go nauczyło doświadczenie podobnego dojrzewania charakterów.
Szczepan z Trląga więcej niż na samego księcia, któremu mniej ufał, rachował na to, że oni go otoczą, dozorować będą i kierować nim, że każdy z nich coś mu ze swej siły wleje.
Wyszota z Kórnika miał też nadzieje dobre, lecz je opierał na tem, że się w Białym obudzić musi żądza panowania, będąca we krwi.
Trzej posłowie Wielkopolan mniej więcej godzili się ze sobą w nadziejach, lecz nie w sposobie, jakiego zażyć było potrzeba, aby się one ziściły.
Stary Przedpełk myślał, że zapanuje nad księciem słabym, Szczepan chciał go ująć swobodą, dostatkiem, świetnym ożenkiem z młodą jaką księżniczką, słowem, światową pokusą; Wyszota sądził, iż pokorą, padaniem do nóg, oddawaniem mu czci najłatwiej go rozbudzą do czynów.
Choć wszyscy oni, głośno mówiąc, nie przypuszczali, ażeby się im mogło ni[1] powieść i dowodzili, że nie ma człowieka, coby koronę przynoszoną mu odrzucił, jednak każdy z nich, gdy sam z sobą i myślami pozostał, frasował się i wątpił.
Wszyscy, choć się do tego nie przyznawali głośno, wiedzieli, że na dziwacznego Włodka Białego trudno było rachować na pewno.
A jakim go klasztór uczynił, tego się tylko domyślać mogli. Od powrotu z ziemi świętej nikt nie widział księcia.
W chwili, gdy stolica Burgundyi, którą jedni z francuzka Diżonem, z[2] drudzy z łacińska Dywjonem zwali, pokazała się wreszcie oczom, długo już tęsknie jej wypatrującym, gdy przewodnik Francuz pokazał im najwyższą wieżę kościoła św. Benigna, przy którym był klasztór Benedyktynów, a w nim ów książę, wygnaniec dobrowolny, nadzieja Wielkopolanów, wszyscy oni posmutnieli.
Losy ich poselstwa wprędce się rozstrzygnąć miały.
Każdemu z nich teraz stanęły trudności zadania, od czego począć? jak postąpić?
Przedpełk pierwszy przeżegnał się, znakiem tym wzywając niejako opieki Bożej, za nim poszli drudzy.
Przewodnik, mały człek, twarzy czerwonej, okrągłej, wesołej, lśniącej, rad, że już zbliżył się do celu, był w najlepszym humorze, śmiał się do nich w przekonaniu, iż oni też równie być powinni weseli, i zdziwił się mocno, zobaczywszy zasępionych.
— Tak, tak, miłościwi panowie — wołał w swoim języku głos coraz podnosząc — to, to jest stolica Burgundyi i wielkich książąt zachodu (Grand Ducs d’occident). Tam około miasta, chociaż ztąd ich nie widać, płyną rzeki nasze, Ouche i Suzon, tam dalej dolina Saony. Ta wieża, górująca nad innemi, to kościół patrona św. Benigna, choć nie mniejszy od niego św. Urban, którego grób ma kościół św. Jana... oto ten... za murami... Widać go ztąd dobrze.
Tam dalej kościół św. Michała, a tu... N. Panna Targowa (du Marchè), a te mury duże... to klasztór Kartuzów, którzy wino robią doskonałe dla Ojca świętego i co roku mu je posyłają, bo takiego, jak nasze, cały świat nie ma.
Inne wina to kwas i piquetka przy burgundzkiem, a Kartuzi mają sekret, że go lepiej, niż inni, robią.
Stary rozgadawszy się, nie mógł powstrzymać, zwłaszcza wpadłszy na wino, które lubił.
— Zobaczycie, miłościwi panowie, gdy wam Benedyktyni, bo podobno do nich jedziecie, dadzą pokosztować tego, co oni sami piją... hę! Chenove, Vosne, Pomard, Volnay, po szklaneczce człowiek odmłodnieje. To życie daje.
Czy tych pochwał winnic burgundzkich słuchali posłowie, którzy konie trochę powstrzymawszy, w zadumie ciągle na miasto patrzyli, przewodnik nie umiał odgadnąć, widząc jednak, że dość obojętnie przyjmowano jego objaśnienia, zabierał się ruszyć naprzód.
Tymczasem Przedpełk, cichą dokończywszy modlitewkę, odezwał się do Szczepana.
— A co, bracie, nie wystoimy tu nic, jedźmy, trzeba raz to skończyć.
— Tak — odparł pan z Trląga — co nalano, wypić musimy.
Westchnął.
Wyszota, który czasem się lubił sprzeczać, choć niewiele od nich mężniejszy, podchwycił.
— Tylko śmiało! Przedpełkowi teraz coś markotno i trwożno, no, a ja najlepszą mam otuchę. Z rana baba nam drogę przeszła z pełniuteńkiemi dzbanami, z których się lało.
Dobry omen.
Rozśmiał się Lasota i dodał.
— Lepszy jeszcze znak, że zając, który się już nam wysworował drogę przebiedz, uląkłszy się... zawrócił.
Jechali tedy, z miasta nie spuszczając oka, a to się im coraz wyraźniej rysowało, chociaż ostry blask zachodzącego słońca spełzł już był, cały krajobraz leżał w pół mroku i w dali tylko ostatni promień światła, oddaleniem zamglony, blado na wierzchołku góry, Affryką zwanej, zawisnął.
— Jak oni tu te swe ogrody, jak kościoły budują! — westchnął, przyglądając się, Przedpełk — co za gmachy, co za wieże! a jacy to budowniczowie, co kamień umieją wyrzynać jak kość słoniową i rzeźbić tak misternie! Kiedy my coś podobnego potrafimy.
— Jak gdyby — sprzeciwił się Wyszota — nasze kościoły także piękne, choć na inny sposób, nie były. Dajemy Panu Bogu, co mamy. On nam kamienia poskąpił, musimy Mu z cegły wznosić świątynie.
— Tak — rzekł Przedpełk — ale my bo i cegły tak, jak Krzyżacy, nie umiemy wypiec, polewą ją okryć i tak się z nią obejść, jak ci czarownicy. Oni piszą na murach cegłami, a w Malborgu ci, co z królem Kaźmirzem byli, mówią, z maleńkich kamyków nawet obraz Matki Boskiej ułożyli, przed którym ino na twarz padać. Stoi, jak żywa, jakby się zjawiła.
— No — odparł Wyszota — juści temu, co Kaźmirz nieboszczyk pobudował, nic zarzucić nie można. Gmachy są przepiękne, a niech nam drugiego Kaźmirza Bóg da... będą jeszcze wspanialsze...
— Otóż! otóż! — westchnął Szczepan. — Drugiego nam takiego Piasta tylko brak...
Lasota, który pana opłakiwał dotąd, zawołał z wyrazem wielkiej boleści.
— Takiego, jakim Kaźmirz był, nie znajdziemy i wieki miną, a nie będzie. Kaźmirze tacy mrą bezdzietni!
Jadący przodem na mule coraz pospieszał, oglądając się na nich, i tak ich aż do wrót doprowadził.
Stała w nich straż miejska, lecz że dzień był gorący, a czasy spokojne, na przybywających niewielką zwracała uwagę.
Wyszedł, przecierając oczy, zaspany człek, w pół zbroi, z halabardą, a bosy, posłuchał, niewiele zważając, co mu mówiono, i ręką im pokazał na miasto.
Przewodnik się był zobowiązał zawieść ich do dobrej gospody niedaleko św. Benigna, a o której opowiadał, że równej sobie nie miała, zwłaszcza piwnicą, gdyż tam zamkowa dwornia uczęszczała.
Gospoda była pod znakiem Złotej tarczy i szlachta a rycerstwo stawało w niej. Burgundczyk ręczył, że u Urbana Bonjeana ani głodni, ni spragnieni nie będą.
Jechali tymczasem ciasnemi i dosyć krętemi uliczkami, które wysokie a nierówne domostwa otaczały, dziwnej budowy, z galeryami, znakami, wyskokami murów, klatkami zawieszonemi nad ulicą, z ogromnemi nizkiemi bramami czarnemi, w których ciemności widać było popstrzone światełkami dziwacznie.
W tych przejściach już ludno było i gwarno. Przed niektóremi domami stali ludzie poubierani w najosobliwszy sposób, rozmawiając głośno, pędzono bydło, prowadzano konie, tu i ówdzie pokazywał się zbrojny jeździec, który drzewcem włóczni zapierających mu drogę rozpychał.
Na naszych podróżnych, po których poznawano łatwo, że z daleka przybywać musieli, oglądano się ciekawie. A że przewodnik im drogę torował, dowiadywano się od niego o ich pochodzeniu, o którem on pono też mało wiedział. W ten sposób zwolna musieli przebyć znaczną część miasta, nim się na plac przy katedrze dostali.
Lecz po drodze było na co patrzeć, bo, choć większa część uliczek brudna była i niepozorna, mijali też gmachy wspaniałe i budowy piękne. Kilka razy Przedpełk się musiał zatrzymać, bo przy rogach domów i po placykach spotykali to mękę Pańską, to obraz N. Panny, to wizerunek jakiego świętego, przed którym się pokłonić musieli.
Burgundczyk na ostatek z równą pociechą i równie wesołym uśmiechem, jak wprzódy miasto, tak teraz im wskazywał gospodę pod Złotą tarczą.
W istocie nad szeroką, otwartą bramą domu rozległego, przez którego okna widać było ogień rozpalony we wnętrzu, wisiała tarcza wyzłacana.
Opasły człek, rumiany, jasno ubrany, w czarnym berecie na głowie, stał u wrót, jakby na podróżnego czatując, chociaż gospoda próżną już nie była. We wrotach ludzi zwijało się dużo, z okien buchał gwar.
Gdy się zbliżyli podróżni nasi, a Lasota, który język lepiej umiał, wystąpił dla umowy z gospodarzem Urbanem; znalazł u niego uśmiech uprzejmy, ukłon nizki i przyjęcie wiele obiecujące.
P. Urban zaręczył, iż nigdzie im lepiej, bezpieczniej, wygodniej ani taniej być nie może,[3] Zachwalał przy tem wino swoje.
Pozsiadali wszyscy z koni, i oddawszy je służbie, która do stajni prowadziła, sami za p. Urbanem weszli do wielkiej izby gościnnej, bo innej wówczas, nad wspólną dla wszystkich, nie miano.
Tu, na oko, trudno miejsce upatrzeć było, tak wszystkie stoły osadzili goście różni, lecz dla dostojnych cudzoziemców Urban postarał się jeden kąt opróżnić.
Wszyscy się im ciekawie przypatrywali.
W głębi izby, starym obyczajem, pod oczyma gości była kuchnia. Mogli być świadkami, jak się dla nich przygotowywało jadło i zawcześnie nasycić jego wonią. Skwar i zaduch, mimo okien otwartych panował wielki, a i wrzawa przy stołach nie mniejsza. Znaczniejsza część gości już była skosztowała doskonałego Chenove, którym gospodarz słusznie był dumny, języki rozwiązały się i głosy spotężniały, a miarkować ich nikt nie myślał, bo w gospodzie każdy panem i wszystko wolno.
Żołnierze zamkowi, właściciele winnic i posiadłości z okolicy, nawet księży kilku znalazło się za stołami.
Wśród tego natłoku nikt z przybyłych, gdy się ze zbroi rozdziewali, pasów popuszczali i mieścili na twardych ławach, nie zważał na człowieka małego, pękatego, z dużą głową, jak kręgla utoczoną, a trocha łysą, z oczyma wielkiemi i ustami szeroko rozciętemi, — który od wnijścia podróżnych nadzwyczaj się im pilno i z wielkiem przypatrywał zdumieniem.
Tak się zdawał zdziwiony i niemal przelękły zobaczywszy ich, iż usta wielkie otwarłszy mimowolnie, stał jak osłupiały, nie spuszczając już z nich oka.
Człek był lat średnich, spasły, ubrany osobliwie, bo miał suknię czarną i jakby mniszą, podpasaną skórzanym paskiem, a na nogach proste trzewiki bez pończoch, na boso wdziane.
Gdy podróżni nasi usiedli, człowiek ten zwolna i nieznacznie, kołując, tocząc się, podsunął jak mógł najbliżej ku nim, i ucho skierowawszy w stronę ich, choć udawał czem innem zajętego, pilno nasłuchiwać zaczął.
Przedpełk z Wyszotą mówili z sobą dosyć głośno po polsku — jakiś wyraz doleciał do uszu ciekawych, i mały człek drgnął, zaśmiał się, ręce mu tłuste i mięsiste mimowolnie się złożyły jak do modlitwy, twarz zwróciła ku przybyłym. Z wyrazu jej wnosić było można, iż jakaś nadzwyczajna szczęśliwość całą jego istotą wstrząsła. Uśmiech, który wszystkie zęby, białe i gęste obnażył, rozlał się po policzkach, czole, zmienił tę pyzatą twarz w promieniejący obraz zachwycenia... Ktoby go był naówczas zobaczył, sądziłby, iż miał widzenie niebieskie.
Chwilę postawszy, nagle rzucił się do najbliżej stojącego Wyszoty, pochwycił rękę jego i nic nie mówiąc, całować ją począł. Łzy mu na nią strumieniem z oczów płynęły.
Wyszota patrzał nań, nie rozumiejąc, co to znaczyć mogło, i czego chciał ten napastliwy człeczyna, gdy z ust jego wyrwało się.
— Boże miłosierny! Nasi! nasi!
Po polsku wymówione wyrazy te wszyscy usłyszeli i obrócili się ku niemu.
Tłusty ów człek począł się dwoma kułakami bić po piersiach, śmiać się i wołać.
— A toć ja jestem Busław... Buśko! a toć ja z tamtych, co i wy! Ach! Boże, myślałem, że dojdę, gdym tę mowę posłyszał. Nie ma na świecie takiej muzyki, jak ta mowa. Miłościwi panowie, przez rany Zbawiciela... mówcie jeszcze, abym słuchał...
Zkąd wy tu? zkąd? zkąd?
— My? my? — odparł Przedpełk zbliżając się — co my... ale ty zkąd się tu wziąłeś u licha?
Śmiejąc się, ruszył ramionami mały, jak gdyby litował temu dziwnemu zapytaniu.
— Ależ ja jestem Buśko! Buśko! a któż nie wie o Buśku? Boże miłosierny!
Spojrzeli po sobie wszyscy, ale o tym Buśku nikt nie wiedział i nie słyszał. Wyszota tylko domyślać się począł i wpadł na przypuszczenie, że chyba z Białym może tu przywędrował. Tylko trudno było posądzać księcia, aby tak niepozornego, prawie karłowatego sługę, mógł upodobać, za sobą ciągnąć i zatrzymywać.
Rzekł tedy Wyszota.
— Słuchaj i miej rozum... Żaden z nas o Buśku nie wie... Kat cię zna, zkądeś się tu wziął. Mów.
Buśko z wesołego stał się nagle dziwnie zasępionym.
— A to mi miłość wasza śliczną rzecz powiadacie! — zawołał — że już o Buśku nikt na świecie nie wie, że o nim, a chyba już i o jego panu wszyscy zapomnieli.
— Któż twój pan? — zapytał Przedpełk.
Ruszył ramionami oburzony tem Buśko.
— Mój pan — rzekł — a! prawda! sam się wyrzekł dobrowolnie tego, czem był.. dziś ma w zakonie imię Benigna... ale przecie słyszeliście o Gniewkowskim księciu Włodzisławie?
Tak! tak! to był... no i jest mój pan. Ja z nim aż za morze pływałem do świętej ziemi i wszędzie, gdzie on był, tam ja byłem. Opuścili go ludzie, on się wszystkich wyrzekł, a mnie sobie wyprosił, że mi przy nim pozwolono zostać w klasztorze i czasem mu posłużyć, choć mnisi sług nie mają.
Tu westchnął.
— Buśka wszyscy dawniej znali, że on księciu bajki prawił i pieśni śpiewał. No i teraz w klasztorze, gdy nikt nie słucha, w wielkiej tajemnicy ja mu czasem starą pieśń półgłosem zanucę...
Dla niego ja w tym przeklętym klasztorze się duszę, bo mi tu jak w więzieniu, i nie wiem, jak książe w nim wytrzymać może... On, co był księciem i panem, a tu lada mnich z nim za pan brat i gorzej, gorzej.
Przyjdzie czasem opat... i, ja tam nie rozumiem, co gada, ale z miny widzę, że nałaje. Książę musi stać, słuchać, z rękami na piersiach złożonemi, ani mru, mru... jeszcze potem przyklęknąć i starego księdza w łapę całować.
Spoglądając ciągle po sobie posłowie nasi porozumiewali się oczyma, ciesząc z tego, że im traf owego Buśka nastręczył, i Wyszota się odezwał.
— Mybyśmy bardzo się księciu pokłonić chcieli.
— A no! czemuż nie — odezwał się ochoczo Buśko — ja i tak muszę zaraz powracać do klasztoru, bo jak bramę zamkną, to nie puszczą, śpij, gdzie chcesz, pod murem. To darmo! Powiem księciu, że panowie są z Polski i chcą go pozdrowić, a jutro rano po nabożeństwie... Opat pozwoli...
— Trzebaż go o pozwolenie pytać? — zapytał Przedpełk.
— A jakże! — rzekł Buśko głową potrząsając. Oni na księcia nic nie zważają, słuchać tu każdy musi...
— I cóż? wasz książe rad ze swojego życia w klasztorze? — podchwycił Wyszota.
Buśko zrobił minę dwuznaczną i chwilę się namyślał nad odpowiedzią.
— Albo ja wiem — rzekł — ja od dzieciństwa księciu służę, a co w nim siedzi, nigdy nie wiem, takim go Pan Bóg stworzył. Są takie dni, że on zupełnie już zdaje się mnichem. Modli się aż jęczy, bije w piersi, płacze, posługi pełni, jak najprostszy człek... a potem... coś się w nim przewróci i narzeka, aż żal nań patrzeć. Czasem piosnkę gdy zacznę nucić, tupnie nogą, rękę podniesie[4] — Won mi! won mi! precz z tem pogaństwem. We dwa dni woła, drzwi zamyka i prosi — Śpiewaj, zlituj się...
Słucha, oczy zakrywszy, i płacze... Czasem mu pozwalają wychodzić z drugim mnichem na miasto, za mury, gdzie stare drzewa... Spotka jadącego rycerza... to się odprostuje, ogień mu z oczów tryska... inny człowiek... skoczyłby na konia... a nazajutrz... dyscypliną sobie ciało porzeże aż strach...
Byłby może Buśko opowiadał dłużej, gdyby głucho, zdala dzwonek się jakiś nie odezwał. Rzucił się żegnać, szybko mówiąc.
— Powiem panu o was... zmiłujcie się, nie jedźcie nie widząc się z nim... Opat pozwoli...
Pokłonił się wszystkim z kolei, Wyszotę najbliższego w rękę pocałował i jak kula potoczył się, przedzierając przez tłum, a spiesząc z powrotem do klasztoru.
Dopieroż rozmowa się żywa zawiązała o księciu i o tym Buśku, którego sobie Przedpełk przypominał z dawniejszych czasów, że przy księciu błazna, sługi, powiernika i przyjaciela pełnił obowiązki, i że Biały, jak mówiono, niekiedy go bił, a czasami obsypywał łaskami — i obejść się nie mógł bez niego.
Walał się teraz ulubieniec ów księcia w klasztorze między czeladzią, aby swojego pana, któremu lat służył tyle, nie opuścić.
Przedpełk bardzo winszował sobie, iż go spotkali, i wnosił, aby przed księciem z początku o poselstwie nie mówić nic, przyjść jako goście, wybadać go i dopiero, gdy się okaże skłonnym jechać z nimi, wyjawić mu, z czem przybywali.
Wyszota niebardzo się na to zgadzał, rozprawiano długo, naostatek zdano jutrzejsze widzenie się na łaskę Bożą.
— Okaże się, co robić mamy, gdy go zobaczymy — rzekł Przedpełk. Mnie się zdaje, iż łatwo się domyśli, żeśmy tu nie z przypadku zawędrowali, bo tędy żadna droga nie prowadzi tam, kędy my jeździć nawykliśmy.
W izbie powoli przerzedziło się. W jednym jej kącie zostali na nocleg kupcy, jadący z Paryża do Awenionu; w drugim nasi panowie posłowie sobie kazali rozłożyć na ziemi. Na kuchni ogień dogasał, a wkrótce i stróże poczęli obwoływać gaszenie i pilność nocną...




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nie.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – a.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka lub kolejny wyraz (Zachwalał) winien być od małej litery.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.