Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy tych pochwał winnic burgundzkich słuchali posłowie, którzy konie trochę powstrzymawszy, w zadumie ciągle na miasto patrzyli, przewodnik nie umiał odgadnąć, widząc jednak, że dość obojętnie przyjmowano jego objaśnienia, zabierał się ruszyć naprzód.
Tymczasem Przedpełk, cichą dokończywszy modlitewkę, odezwał się do Szczepana.
— A co, bracie, nie wystoimy tu nic, jedźmy, trzeba raz to skończyć.
— Tak — odparł pan z Trląga — co nalano, wypić musimy.
Westchnął.
Wyszota, który czasem się lubił sprzeczać, choć niewiele od nich mężniejszy, podchwycił.
— Tylko śmiało! Przedpełkowi teraz coś markotno i trwożno, no, a ja najlepszą mam otuchę. Z rana baba nam drogę przeszła z pełniuteńkiemi dzbanami, z których się lało.
Dobry omen.
Rozśmiał się Lasota i dodał.
— Lepszy jeszcze znak, że zając, który się już nam wysworował drogę przebiedz, uląkłszy się... zawrócił.
Jechali tedy, z miasta nie spuszczając oka, a to się im coraz wyraźniej rysowało, chociaż ostry blask zachodzącego słońca spełzł już był, cały krajobraz leżał w pół mroku i w dali tylko ostatni promień światła, oddaleniem zamglony,