Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


blado na wierzchołku góry, Affryką zwanej, zawisnął.
— Jak oni tu te swe ogrody, jak kościoły budują! — westchnął, przyglądając się, Przedpełk — co za gmachy, co za wieże! a jacy to budowniczowie, co kamień umieją wyrzynać jak kość słoniową i rzeźbić tak misternie! Kiedy my coś podobnego potrafimy.
— Jak gdyby — sprzeciwił się Wyszota — nasze kościoły także piękne, choć na inny sposób, nie były. Dajemy Panu Bogu, co mamy. On nam kamienia poskąpił, musimy Mu z cegły wznosić świątynie.
— Tak — rzekł Przedpełk — ale my bo i cegły tak, jak Krzyżacy, nie umiemy wypiec, polewą ją okryć i tak się z nią obejść, jak ci czarownicy. Oni piszą na murach cegłami, a w Malborgu ci, co z królem Kaźmirzem byli, mówią, z maleńkich kamyków nawet obraz Matki Boskiej ułożyli, przed którym ino na twarz padać. Stoi, jak żywa, jakby się zjawiła.
— No — odparł Wyszota — juści temu, co Kaźmirz nieboszczyk pobudował, nic zarzucić nie można. Gmachy są przepiękne, a niech nam drugiego Kaźmirza Bóg da... będą jeszcze wspanialsze...
— Otóż! otóż! — westchnął Szczepan. — Drugiego nam takiego Piasta tylko brak...