Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lasota, który pana opłakiwał dotąd, zawołał z wyrazem wielkiej boleści.
— Takiego, jakim Kaźmirz był, nie znajdziemy i wieki miną, a nie będzie. Kaźmirze tacy mrą bezdzietni!
Jadący przodem na mule coraz pospieszał, oglądając się na nich, i tak ich aż do wrót doprowadził.
Stała w nich straż miejska, lecz że dzień był gorący, a czasy spokojne, na przybywających niewielką zwracała uwagę.
Wyszedł, przecierając oczy, zaspany człek, w pół zbroi, z halabardą, a bosy, posłuchał, niewiele zważając, co mu mówiono, i ręką im pokazał na miasto.
Przewodnik się był zobowiązał zawieść ich do dobrej gospody niedaleko św. Benigna, a o której opowiadał, że równej sobie nie miała, zwłaszcza piwnicą, gdyż tam zamkowa dwornia uczęszczała.
Gospoda była pod znakiem Złotej tarczy i szlachta a rycerstwo stawało w niej. Burgundczyk ręczył, że u Urbana Bonjeana ani głodni, ni spragnieni nie będą.
Jechali tymczasem ciasnemi i dosyć krętemi uliczkami, które wysokie a nierówne domostwa otaczały, dziwnej budowy, z galeryami, znakami, wyskokami murów, klatkami zawieszonemi nad ulicą, z ogromnemi nizkiemi bramami czarnemi,