Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mocnemi mury i basztami otoczone, w pośrodku jeżyło się wieżycami kościołów, podniesionemi zębatemi szczytami gmachów, dzwonnicami i różnych kształtów wieżami.
Stało ono na niewielkim pagórku, a po za ścianami murów jego rozsiadły się przedmieścia, całe w cieniach i ogrodach.
Widok był piękny, bo gród na stolicę wyglądał i zdawał się wyzywać nieprzyjaciół, tak zbroja jego kamienna była mocno na nim opięta i najeżona piętrami bastyonów.
Piękny wieczór letni ze złoconem niebem, które prawie w tej porze miało barwę południowych stref, blaskiem swym dodawał jeszcze wyrazistości widokowi. Każda z wieżyc, każdy załom muru, dach i szczyt, każda pręga kamienna, rzucając cień silny, uwydatniała się na tle nieba i sinawego oddalenia.
Niektóre części budowli stały prawie sino-czarne, utopione w mroku, inne zdały się ozłocone, a gdzieniegdzie słońce, bijąc w błony okien, zapalało jakby ogniska na nich czerwone i płomienne.
Światło, padające z góry, najjaskrawsze na szczytach, powolnem stopniowaniem bladło w dole i rozlewało się w pół mroku. Drzewa także na wierzchołkach, jakby pokropione złotem, układały się we wdzięczne grupy fantastycznych kształtów, to pozaokrąglane, to strzelające do góry, zbite