Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w gęste masy i rozwiane, jakby we mgłę zielonawą.
Podróżni, stojący na wzgórzu, z jakiemś uczuciem religijnem, wszyscy zwolna krzyż zakreślili na piersiach, wlepiając oczy w miasto, z którego dzwonnic właśnie na jakieś nabożeństwo wołające ozwały się dzwony.
Stali daleko, ruchu miejskiego wcale ztąd dojrzeć nie było można, głos ten tylko, jakby mowa grodu, witał przybywających powolną jakąś, niezrozumiałą piosenką.
Podróżni, jako łacno poznać było po ich okurzonej odzieży, znużonych koniach, opalonych trudem i słońcem twarzach, musieli przybywać z daleka.
Czterech ich przodowało orszakowi, reszta jako czeladź i służba trzymała się dalej nieco.
Trzej z rycerzy byli już ludzie niemłodzi, jeden nawet włos miał siwy u skroni, czwarty młodszy i najweselszego oblicza, może z największą ciekawością przypatrywał się nowemu dla siebie krajobrazowi.
Starsi byli to Wielkopolanie Przedpełk ze Staszowa, Szczepan z Trląga, Wyszota z Kórnika, młodszy i towarzyszący im nie kto inny, jak Lasota Nałęcz.
Po długiej i nużącej podróży stali blizko jej celu i nie bez pewnej obawy wpatrywali się