Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ruszył ramionami oburzony tem Buśko.
— Mój pan — rzekł — a! prawda! sam się wyrzekł dobrowolnie tego, czem był.. dziś ma w zakonie imię Benigna... ale przecie słyszeliście o Gniewkowskim księciu Włodzisławie?
Tak! tak! to był... no i jest mój pan. Ja z nim aż za morze pływałem do świętej ziemi i wszędzie, gdzie on był, tam ja byłem. Opuścili go ludzie, on się wszystkich wyrzekł, a mnie sobie wyprosił, że mi przy nim pozwolono zostać w klasztorze i czasem mu posłużyć, choć mnisi sług nie mają.
Tu westchnął.
— Buśka wszyscy dawniej znali, że on księciu bajki prawił i pieśni śpiewał. No i teraz w klasztorze, gdy nikt nie słucha, w wielkiej tajemnicy ja mu czasem starą pieśń półgłosem zanucę...
Dla niego ja w tym przeklętym klasztorze się duszę, bo mi tu jak w więzieniu, i nie wiem, jak książe w nim wytrzymać może... On, co był księciem i panem, a tu lada mnich z nim za pan brat i gorzej, gorzej.
Przyjdzie czasem opat... i, ja tam nie rozumiem, co gada, ale z miny widzę, że nałaje. Książę musi stać, słuchać, z rękami na piersiach złożonemi, ani mru, mru... jeszcze potem przyklęknąć i starego księdza w łapę całować.
Spoglądając ciągle po sobie posłowie nasi po-