Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


otwartych panował wielki, a i wrzawa przy stołach nie mniejsza. Znaczniejsza część gości już była skosztowała doskonałego Chenove, którym gospodarz słusznie był dumny, języki rozwiązały się i głosy spotężniały, a miarkować ich nikt nie myślał, bo w gospodzie każdy panem i wszystko wolno.
Żołnierze zamkowi, właściciele winnic i posiadłości z okolicy, nawet księży kilku znalazło się za stołami.
Wśród tego natłoku nikt z przybyłych, gdy się ze zbroi rozdziewali, pasów popuszczali i mieścili na twardych ławach, nie zważał na człowieka małego, pękatego, z dużą głową, jak kręgla utoczoną, a trocha łysą, z oczyma wielkiemi i ustami szeroko rozciętemi, — który od wnijścia podróżnych nadzwyczaj się im pilno i z wielkiem przypatrywał zdumieniem.
Tak się zdawał zdziwiony i niemal przelękły zobaczywszy ich, iż usta wielkie otwarłszy mimowolnie, stał jak osłupiały, nie spuszczając już z nich oka.
Człek był lat średnich, spasły, ubrany osobliwie, bo miał suknię czarną i jakby mniszą, podpasaną skórzanym paskiem, a na nogach proste trzewiki bez pończoch, na boso wdziane.
Gdy podróżni nasi usiedli, człowiek ten zwolna i nieznacznie, kołując, tocząc się, podsunął jak mógł najbliżej ku nim, i ucho skierowawszy