Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w stronę ich, choć udawał czem innem zajętego, pilno nasłuchiwać zaczął.
Przedpełk z Wyszotą mówili z sobą dosyć głośno po polsku — jakiś wyraz doleciał do uszu ciekawych, i mały człek drgnął, zaśmiał się, ręce mu tłuste i mięsiste mimowolnie się złożyły jak do modlitwy, twarz zwróciła ku przybyłym. Z wyrazu jej wnosić było można, iż jakaś nadzwyczajna szczęśliwość całą jego istotą wstrząsła. Uśmiech, który wszystkie zęby, białe i gęste obnażył, rozlał się po policzkach, czole, zmienił tę pyzatą twarz w promieniejący obraz zachwycenia... Ktoby go był naówczas zobaczył, sądziłby, iż miał widzenie niebieskie.
Chwilę postawszy, nagle rzucił się do najbliżej stojącego Wyszoty, pochwycił rękę jego i nic nie mówiąc, całować ją począł. Łzy mu na nią strumieniem z oczów płynęły.
Wyszota patrzał nań, nie rozumiejąc, co to znaczyć mogło, i czego chciał ten napastliwy człeczyna, gdy z ust jego wyrwało się.
— Boże miłosierny! Nasi! nasi!
Po polsku wymówione wyrazy te wszyscy usłyszeli i obrócili się ku niemu.
Tłusty ów człek począł się dwoma kułakami bić po piersiach, śmiać się i wołać.
— A toć ja jestem Busław... Buśko! a toć ja z tamtych, co i wy! Ach! Boże, myślałem, że dojdę, gdym tę mowę posłyszał. Nie ma na świe-