Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozległego, przez którego okna widać było ogień rozpalony we wnętrzu, wisiała tarcza wyzłacana.
Opasły człek, rumiany, jasno ubrany, w czarnym berecie na głowie, stał u wrót, jakby na podróżnego czatując, chociaż gospoda próżną już nie była. We wrotach ludzi zwijało się dużo, z okien buchał gwar.
Gdy się zbliżyli podróżni nasi, a Lasota, który język lepiej umiał, wystąpił dla umowy z gospodarzem Urbanem; znalazł u niego uśmiech uprzejmy, ukłon nizki i przyjęcie wiele obiecujące.
P. Urban zaręczył, iż nigdzie im lepiej, bezpieczniej, wygodniej ani taniej być nie może,[1] Zachwalał przy tem wino swoje.
Pozsiadali wszyscy z koni, i oddawszy je służbie, która do stajni prowadziła, sami za p. Urbanem weszli do wielkiej izby gościnnej, bo innej wówczas, nad wspólną dla wszystkich, nie miano.
Tu, na oko, trudno miejsce upatrzeć było, tak wszystkie stoły osadzili goście różni, lecz dla dostojnych cudzoziemców Urban postarał się jeden kąt opróżnić.
Wszyscy się im ciekawie przypatrywali.

W głębi izby, starym obyczajem, pod oczyma gości była kuchnia. Mogli być świadkami, jak się dla nich przygotowywało jadło i zawcześnie nasycić jego wonią. Skwar i zaduch, mimo okien

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka lub kolejny wyraz (Zachwalał) winien być od małej litery.