Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podniesie[1] — Won mi! won mi! precz z tem pogaństwem. We dwa dni woła, drzwi zamyka i prosi — Śpiewaj, zlituj się...
Słucha, oczy zakrywszy, i płacze... Czasem mu pozwalają wychodzić z drugim mnichem na miasto, za mury, gdzie stare drzewa... Spotka jadącego rycerza... to się odprostuje, ogień mu z oczów tryska... inny człowiek... skoczyłby na konia... a nazajutrz... dyscypliną sobie ciało porzeże aż strach...
Byłby może Buśko opowiadał dłużej, gdyby głucho, zdala dzwonek się jakiś nie odezwał. Rzucił się żegnać, szybko mówiąc.
— Powiem panu o was... zmiłujcie się, nie jedźcie nie widząc się z nim... Opat pozwoli...
Pokłonił się wszystkim z kolei, Wyszotę najbliższego w rękę pocałował i jak kula potoczył się, przedzierając przez tłum, a spiesząc z powrotem do klasztoru.
Dopieroż rozmowa się żywa zawiązała o księciu i o tym Buśku, którego sobie Przedpełk przypominał z dawniejszych czasów, że przy księciu błazna, sługi, powiernika i przyjaciela pełnił obowiązki, i że Biały, jak mówiono, niekiedy go bił, a czasami obsypywał łaskami — i obejść się nie mógł bez niego.

Walał się teraz ulubieniec ów księcia w klasztorze między czeladzią, aby swojego pana, któremu lat służył tyle, nie opuścić.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.