Areopagos

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Areopagos
Pochodzenie Z głosów lądu i morza
Wydawca Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Data wyd. 1911
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AREOPAGOS.
Z głosów lądu i morza grafika.png




Lekki wiatr powiał od strony morza. Godzina była już przedwieczorna, na wschodzie niebo chłodło, nasiąkając stopniowo seledynowym, a później srebrzystym tonem. W pośród skalistych złomów pagórka szeptał wiatr.
Słońce, które w południe stoi nad Akropolem, stoczyło się oddawna za wyniosłości Pnyxu i wzgórza Nimf. Daleka błękitna linja pirejskiego portu migoce ostatnim gorącym błyskiem zachodu. Jeszcze dalej kędyś na wodach topi się złota głowa.
Nieporównane zjawisko Akropolu znalazło się teraz w uspokojonem przestworzu, na tle stygnącego nieba. Ochłodły z żarów dziennych przedziwne Propyleje i wyżej ponad niemi majestat Partenonu. Niepokalana czystość zarysów występuje w przestrzeni jak utrwalony cud...
U podnóża, obiegający boską skałę, w należnem uniżeniu, w białawym prochu — gościniec, przy którym na stokach sztywne, zakurzone agawy siedzą. Dwa rzędy akacyi podniosły się w samym dole i wyciągnęły, odprowadzając oną białą drogę ku miastu.
Cisza.
W obliczu Akropolu pagórek. Samotny i pusty. Od wzgórz zachodnich poniżej, a przecież ponad nie stokroć większy.
Jedyny, który nie zgniecion majestatem kolumn patrzących w świat. Niemal do stóp im rzucony, a jednak stwierdzający się nieskończenie.
Smutny.
Okrągławy, ciemny grzbiet wzniósł się twardo; po zjeżonych głazach przeciąga oddech wiatru.
Coś straszniejszego bywało tędy i zmiotło życia ślady, nieubłagane tchnienie czasu obnażyło skalistą głowę. Jako pustkowie stoi Areopagos. Aliści w tem obnażonem zjawisku jest dla serca ludzkiego niewysłowiona, tragiczna waga.
Zwalon ciężar posępnej, wieczyście surowej bryły.
Właśnie jakby na serce ludzkie...
Szarzeje.
Słodka, srebrzysta szarość: powolny zmierzch nie pochłania zarysów Akropolu, a tylko przyoblekły się one, te nieśmiertelne kształty, w ciche złudzenie snu. Tajemniczą myślą tchnie jawa, gdy obleczona w pozorny sen.
Dźwignijmy się natężonem pytaniem; poznamy, że kolumnowe zjawisko patrzy.
Świadek to jest i widz jest niepomiernego znaczenia, zgoła najdostojniejszy, przewyższający chwałą nawet ów lud ateński, ludów lud, który siadał na zboczu świętej góry, w rozwartym ku błękitowi nieba i ku nieskończonej pamięci — teatrze Dyonizosa.
Tragedya rozegrywać się będzie, godna takiego widza.
Chór z wiekowych strof, antystrofy jak wieków echo, maski rzeźbione przez ciąg człowieczego bólu. Rozegra się tragedya: prosty i zwięzły najgłębszych rzeczy tok.
Areopagos orkiestrą i sceną.
Wzdycha wiatr w rumowisku srogich, ciemnych kamieni; w nierówne linje łamana jest powierzchnia wzgórza, a tu i ówdzie, powyżej i niżej, kute w skale podstawy: dla ołtarzów, które zniszczały, dla bogów, których oddawna niema.
Zagasło przemijające światło jednego dnia. Rozegrywanej tragedyi gwoli zapali się słońce nieprzemierzonych, tajemnych spraw...
Widzicie słodycz blasku? Sączony jest przez mgłę; spłynął uspokojeniem na krwawe oczy duszy.
W orkiestrze szumi wiatr, zwiastun nadchodzącego chóru.
Oto już blisko; oto się wzbiły szepty jakby rytmiczne odgłosy śpiesznych kroków...
W skalistem łonie skarb leży, świadomość wszystkich kolejnych dni, bo niestarganem świadectwem wsiąkała obecność każdego z nich. W skalistem łonie zawarty, zgłuszony, echowy świat; z jego nagłych przejawień uwita dusza, którą żyje Areopagos w tragicznej przypomnienia godzinie.
Wzbiera tętno i rośnie; zaszemrało, wstał jęk. Tysiączne czucia zagrały tysiącami przeróżnych brzmień. Chyżej, szerzej, donośniej; zlanie tonów, pieśń, śpiewny zgiełk; rytmiczne odgłosy śpiesznych kroków: chór do orkiestry idzie.
Rozsunęła się wielka zasłona — czasu.
Widzicie błękitniejące w powietrzu smugi? Dymią się zlekka czczonych bogów ołtarze: Woń jest dokoła, rzeźwości powiew i wiosny. Patrzajcie, którzy możecie, bo oto tragedyi wstęp — szczęśliwy.
Jakie świetliste niebo, jakie na ziemi rozradowanie barwy; jakże cudowne są bogi ludu tego!
Nigdy ręka obłędna nie ulepiła potworu, przed którymby się ugięło błędne serce. Nie było wielogłowych, lub mnogoramiennych; nieludzkich nie było. Wszystkie na miarę wyśnionej piękności — człowieka. Trwał moment w dziejach świata, gdy człowiek w ludzie ateńskim uczuł się boskim i wyrzeźbił sam siebie.
Przeminął jako moment.
Śpiewa chór. Brzmiącem pluskaniem wód Egejskiego morza, rozdęciem żaglów, które idą ku Troi.
Jakże prosty tok rzeczy rozegrywanych na podsłonecznej scenie. Półbogów śmiałe zamiary, każdy z nich godzien wziąć sławę na Olimpijskim szczycie; czoła są w świetle, piersi oddechem wiatrów dyszą, stopy wparte o ziem. Zda się, niemasz różnicy: młody bóg się weseli młodem szczęściem człowieka; ta sama wartkość i pęd, i śmiech, i gniewny ból; współżycie nie zadziwia nikogo. Prostota spiżowych głosów pełna, pod słońcem dźwięczy spiż, — Upojenie.
Zaś ci, niedosyć, o duchu rodzący tragedyą swoją?
Którzyście chcieli widzieć, obejrzyjcie się za gasnącym wstępem „szczęśliwym...“.
Śpiewa chór. Prometejskie to są wołania, wicher wstający z przestrzeni świetlistych pól. Ludzki bóg, boski człowiek, nacieszył się sprężystością członków toczonych, nasycon jest pięknem kształtu. Zapragnął w sobie samym przerosnąć wszelkie ograniczenie.
Zaznaczyła się na jedną bolesną chwilę różnica, przedział Olimpu od ziemi. W tej samej chwili bunt targnął obrębem niebios dawnych, nie ostoją się władne siły. Męczeński Prometeusz mocen obalić Zeusa: a sam nieśmiertelnym będąc, wie, że nie zginie.
A przeto bogi zrodzone z zarannej myśli greckiej uczynią pakt z człowiekiem.
Witaj, Pallas-Athene, gościu nasz na skalistem wzgórzu! Z czem przychodzisz, Mądrości? Wicher zażegnać, aby nie zerwał gwiazd? Skierować w piersi, we własne piersi nasze.
Po raz wtóry lud ludów ma uczuć boskość w sobie.
Zakołysały się zgromadzone chmury; oto rozpływać się będą w wolnym rytmicznym ruchu, aż zajaśnieje głębsza niźli ongi pogoda. Tętno poruszeń wymierza wielka myśl.
Oglądajcie na wyżynie Areopagu kute z kamienia ławy; dostojny lud zasiadł miejsca i uprzejmem wejrzeniem, a królewskością serc raduje się gościowi, Pallas-Atenie.
W pośrodku jest Orestes.
Nieszczęśnik, którego winy nie mogły rozplątać, ani zniweczyć, ani osądzić — bogi.
Przerażający niedolą grzech Orestów Pallas-Atena oddaje na sąd ludu...
I stało się. Zawarte porozumienie. Niech się święcą bogowie białością marmuru całowanego przez usta słońca. Niech trwają nad ołtarzami w niebieskiej dymu mgle.
Dla nich krew jałówek i byków, ofiara mleka i wina. Aliści odebrana im władza najwyższa rozeznawania i sądu dusz.
Dokonało się to przesunięcie wśród głębokiej pogody, kiedy po chmur odejściu widnieje przestworze spokojne, niezmącone, dalekie...
Wielkim obrotem twórczej myśli posiadł człowiek tragiczną potęgę nad samym sobą.
Nie odrazu przejawia się tragedya. W obrębie Areopagu zasiadają sędziowie, a lud przy zmienionych ołtarzach „po przyjacielsku“ pali bogom ofiary. Mądrze i górnie poczęte wszystkie sprawy.
Spoglądaj życzliwa z wyżyny Akropolu Ateno-Niko, Ateno-Promachos i ty najcudniejsza, wyrzeźbiona z kości słoniowej Ateno-Parthenos, dziewico.
Zaiste, sąsiedztwo wzajemnie godne siebie.
Nigdy jeszcze Heleńczyk nie czuł tak wielkiej, słonecznej, słusznej dumy. Oto umie czcić bogi, które utworzył dla się, a osądzi się sam...
Jednakże w tej osiągniętej chwale poczyna się wikłać tok rzeczy... Może dlatego, iż zstąpił tak bardzo wgłąb?...
Trylogii ostatnia część. Chór śpiewa.
Zaliż to jeszcze śpiew? Niesą-ż to raczej wydarte z trzewiów łkania?
Orestesowy lęk, gdy mu włosy podnosił wicher grozy; Jokasty niezapomniany, najstraszliwszy, beznadziejny krzyk: biada! Cóż się tu stało na świetnej scenie życia? Dojrzewa tragiczny owoc wielkiego czynu.
Boskiem uczuciem było wziąć w dłonie bogatą duszę swoją i rzeknąć: „Nikt ponad tobą jeno mój własny sąd”.
Aliści za onem słowem natychmiast zstąpiło się w przepaść, w siebie.
Napadowi dostoi obrona, przed pościgiem ucieczka i kryjówka schroni, ale gdy we mnie sąd, któż mię ocalić może?
Ukazują się jakieś przerażające głębie; czarno... Chłód się wydobył i daleki jeszcze świst wężowy.
Wstrzymany dech, ciszy chwila...
Jest na północno-wschodnim stoku Areopagu stłoczenie głazów tak dzikie, jakby je tu zwaliła beznadziejność rozpaczy.
Ze szczeliny skalnej wychodzą...
A może ze szczeliny gdzieś na dnie duszy?
Wstrzymany dech, w żyłach krew lodowata...
Słyszycie świsty żmij? Czerwone oczy goreją nieskończonością dręczenia.
Erynie na scenę idą...
Któż nie wie, co potem być musiało? Kto nie widział Edypa podnoszącego ręce do oczu, które już odtąd światła nie ujrzą nigdy? Kto nie cierpiał z całym szeregiem przedziwnych postaci Eurypidesa?
A męka ich coraz zawilsza, długa.
Gdy człowiek Heleńczyk podobien słońcu wszystek świat opanował, odkrył jedyną nieprzejednaną rzecz — w sobie.
Gdy nie było ponad nim żadnego ograniczenia, wstała karząca władza — w nim.
Erynie wstały.
I ten jest tryumf tragiczny greckiego ducha.
Zaprawdę, wielkości do tego potrzeba było i wolności, jakich przed onym czasem nie oglądano w świecie.
Lud ateński wyznaczył Eryniom mieszkanie na stoku Areopagu.
Duma pokrywa ból.
Te są następne dzieje.
Aliści w splocie dojmujących męczarni wytwarza się samo przez się pytanie: za co?
Nie zawsze wystarczy tu z odpowiedzią sprawiedliwość, albo wysiłek myśli, albo wysiłek dumy.
Tok rzeczy pogmatwał się straszliwie.
Jeszcze raz się obraca, niewidzącemi oczyma patrzący poza siebie, król Edyp u wrót cienistych w Kolonos. Jeszcze raz się obrócił z tą ślepą pustką czerwonych oczodołów.
Wnet rozchyliły się przed nim gałęzie srebrno-zielonych oliwnych drzew. Zaszemrał listków szept, owionął miły chłód ostatniego schronienia.
A tam, poza nim, w obliczu złotego słońca, pozostała bez odpowiedzi skrwawiona dola.
Coraz chmurniejsze dzieje.
Poprzez twórczość Eurypidesa już się przewija cichem dźwięczeniem nieskończenie bolesny śmiech z bogów i ludzi. Równiśmy wy i my. Wielcy, a jako liście nieubłaganem tchnieniem niesieni. I my i wy.
Posępnem kwieciem zakwitło, które już dawno, korzeniami w samych początkach tragizmu tkwiło, — straszliwe zrozumienie.
Jako przestworze niezamącone, obojętne, jasne, a głuche, zarówno ponad głowami bogów i ludzi — Los.
A przeto odtąd jedynym jest ratunkiem twórczego umysłu mężny trud. Nie roztrąci bezlitośnej kopuły, jednakże pomiędzy nią a prochem ziemnym, pochłaniającym wszelkie ciało, rozwiedzie tęczowy czar, nieśmiertelny, niedorównany już nigdy potem: sztukę grecką, klejnot, marzenie, chwilę cudu...
Chwała ci niestrudzona duszo, skrzydłami bijąca ponad przepaścią bólu...
Aliści musiało jej bywać ciężko.
Musiał się wydrzeć krzyk; jeden, w zgiełku wydarzeń niedosłyszany, ale takiem wytężeniem — ostatni, że po nim nastąpić mogła tylko śmierć — albo objawienie nowe.
Bo oto w pomroku zapadających chwil przedzgonnych wyłaniają się jakoweś ramiona i ruchem niewysłowionej tęsknoty ołtarz stawiają —
Nieznanemu Bogu...
Skończona tragedya starożytnych ludzi.
Aliści nie odchodźcie, widzowie.
Nie wiecież, jako w kolejach żywota pomiędzy ujściem, a wytryśnięciem przerwy niema?
Ciemno.
A wszakże to nie przeszkadza, że rozpoczęły się znowu dzieje.
Jeden głos ludzki wypełnia wszystką scenę. Kto słyszał taki dźwięk niepodobny czemukolwiek uprzedniemu na ziemi? Brzmienie tego głosu gorące: płomień i ciężkie, niewypłakane łzy. Człowiek, który tak mówi, trawiony jest miłością i z powodu onej miłości — bólem.
Słyszymy; rozeszło się w powietrzu.
„Mężowie ateńscy, we wszystkiem was widzę jakoby najpobożniejszemi... Bo idąc mimo bogi wasze, nalazłem ołtarz, na którym napisano: Nieznajomemu...
Owoż tego, któremu wy, nie znając, służycie, ja opowiem...“
Oczy przywykają do zarannego zmierzchu; zwolna objęły tę drobną i wyniszczoną postać Pawła, który przecie mocarzem jest w nędzy swojej. Ku wędrówce spieszą się stopy jego; nie spocznie ani się kiedy nasyci. Opowiadaniem nieustającem mówić będzie o rzeczach zakrytych, a rozpękających się ku zrodzeniu. Słowa jego jak błyskawice, krzyk jego: ognisty słup ku górze. Drżą wzywające, otwarte, wyciągnięte ku przestrzeniom ramiona.
Możemy iść, widzowie.
Nieskończona jeszcze tragedya nowych ludzi zstąpiła z Areopagu; skrwawionemi stopami w świat poszła, w przyszłość brzemienną, w dal.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.