Ania z Avonlea/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXV
Nieoczekiwany skandal

W radosny poranek czerwcowy — dwa tygodnie po burzy wuja Andrewsa — Ania wracała z ogrodu, trzymając w ręce parę nędznych narcyzów.
— Spójrz, Marylo — rzekła smutnie, pokazując jej kwiaty, — oto jedyne pąki, które burza oszczędziła, a i one są marne. Tak mi przykro! Pielęgnowałam je troskliwie, ażeby złożyć na grobie Mateusza: to były jego ulubione kwiaty.
— I mnie ich brak — przyznała Maryla. — Lecz uważam, że niema nad czem lamentować wobec straszniejszej katastrofy: wszystkie zbiory zniszczone, cały owoc przepadł.
— Ale wokoło wszyscy powtórnie sieją owsy — pocieszała Ania — i pan Harrison twierdzi, że jeśli pogody dopiszą, zbiory będą jak najlepsze, choć późne. Moje roczne rośliny wschodzą, tylko nic nie zastąpi tych narcyzów. I biedna Helena Gray jest ich pozbawiona; byłam wczoraj wieczorem w jej ogródku — ani jednego kwiatu. Jestem pewna, że będzie tęskniła za niemi.
— Nie powinnaś mówić w ten sposób, Aniu! — rzekła Maryla surowo. — Helena umarła przed trzydziestu laty, i dusza jej jest w niebie... mam nadzieję.
— Tak. Ale wierzę, że nie zapomniała swego ogrodu — odpowiedziała Ania. — Jestem pewna, że jakkolwiek długo byłabym mieszkanką nieba, z wdzięcznością spoglądałabym na dół, na tych, co przystrajaliby mój grób kwiatami. Gdybym miała na ziemi taki ogródek, jak Helena, to nawet po trzydziestu latach w niebie tęskniłabym za nim czasami.
— Dobrze już, dobrze. Niech aby bliźnięta nie usłyszą tych herezyj — niepokoiła się Maryla, zamykając drzwi od kuchni.
Ania wpięła narcyzy we włosy i podążyła ku furtce ogrodowej, ażeby przed rozpoczęciem swych sobotnich zajęć przez chwilę rozkoszować się jeszcze czerwcowem słońcem. Świat zwolna oblekał się w swe dawne szaty; matka przyroda przykładała wszelkich starań, ażeby zmazać ślady huraganu, i chociaż potrzeba było na to całych miesięcy czasu, dotąd już dokazała cudów.
— Dziś chciałabym leniuchować dzień cały — mówiła Ania do ptaszka, pośpiewującego na gałęzi. — Ale poważna kierowniczka szkoły i wychowawczyni bliźniąt nie może oddawać się próżniactwu. Jakiż cudny jest twój śpiew, ptaszyno; odnajduję w nim uczucia, wypowiedziane o wiele lepiej, niż ja potrafiłabym to uczynić... A to kto?
Po drodze toczyła się pocztowa bryczka. Siedziały w niej dwie osoby; wielki kufer umieszczony był ztyłu. W jednej z nich Ania poznała syna pocztmistrza, ale towarzyszka jego była zupełnie obcą. Zanim jeszcze konie zatrzymały się przed furtką, niewiasta owa wyskoczyła pośpiesznie. Była to bardzo przystojna osoba, bliższa pięćdziesiątki, niż czterdziestki, o różowej cerze, ciemnych, błyszczących oczach i lśniących czarnych włosach. Pomimo iż osiem mil jechała zakurzonym gościńcem, wyglądała w swym kapeluszu, przybranym kwiatami, jakgdyby tylko co wyszła z pudełka.
— Czy tu mieszka pan Jakób Harrison? — zapytała żywo.
— Nie, pan Harrison mieszka naprzeciwko — odpowiedziała Ania zdumiona.
— Oczywiście; odrazu domyśliłam się, że to zbyt schludne otoczenie dla Jakóba, chyba, iż tak bardzo się zmienił od czasu, gdy go znałam — szczebiotała nieznajoma. — Czy prawdą jest, że Jakób żeni się z jakąś mieszkanką tej osady?
— Nie, co znowu! — zawołała Ania, rumieniąc się jak winowajczyni, co sprawiło, że nieznajoma spojrzała na nią ciekawie, jakgdyby posądzając ją o matrymonjalne zamiary względem pana Harrisona.
— Ależ czytałam o tem w gazecie — upierała się nowoprzybyła. — Przyjaciółka nadesłała mi ów numer z zakreśloną wzmianką; przyjaciółki zawsze są chętne do takich usług. Imię Jakóba było wypisane nad „niedawno przybyły, lecz wielce szanowany obywatel“.
— Ależ... ależ to był tylko żart — zaprzeczyła Ania. — Pan Harrison nie ma zamiaru żenić się z kimkolwiek. Zapewniam panią!
— Bardzo się z tego cieszę — oświadczyła energiczna niewiasta, powracając śpiesznie do bryczki, — gdyż, niestety, już się był raz ożenił — ja jestem jego żoną. O, nie dziwię się pani zdumieniu. Przypuszczam, że udawał kawalera i zdobywał serca na prawo i na lewo. Ho, ho, Jakóbie — groziła w stronę białego domu — koniec zabawy. Żona przyjechała. Coprawda, nie trudziłabym się do Avonlea, gdyby nie wiadomość o tych twoich zamysłach. Sądzę — zwróciła się znów do Ani — że papuga bluźni tak samo, jak dawniej?
— Papuga... chyba... nie żyje — jąkała Ania, niepewna w tej chwili bodaj własnego imienia.
— Nie żyje! A więc wszystko składa się jak najlepiej — zawołała mniemana pani Harrisonowa radośnie. — Dam sobie radę z Jakóbem, skoro ten ptak nie będzie już bróździł.
Z tym zagadkowym wykrzyknikiem odjechała, Ania zaś, oszołomiona tem, co zaszło, pobiegła do Maryli.
— Kto to był, Aniu?
— Marylo — rzekła Ania uroczyście, ale z niepokojem w oczach. — Czy wyglądam jak niespełna rozumu?
— Nie więcej, niż zwykle — odpowiedziała Maryla bez cienia ironji.
— A czy sądzisz, że nie śnię?
— Aniu, co pleciesz! Pytam, kto tu był?
— Marylo, jeśli nie zwarjowałam i nie śnię, to ona nie może być wytworem fantazji — to człowiek z krwi i kości. A już w żadnym razie nie mogłabym sobie wyobrazić takiego kapelusza. Powiada, że jest żoną pana Harrisona, Marylo!
Zkolei Maryla zdumiała.
— Jego żoną! Ależ, Aniu! Więc dlaczego podawał się za nieżonatego?
— Wcale tego nie czynił — usprawiedliwiała go Ania. — Nigdy nie twierdził, że jest nieżonaty. Poprostu uważaliśmy to za nieulegające wątpliwości. Ach, Marylo, co pani Linde na to powie?
Wieczorem dowiedziały się, co pani Linde o tem myślała. Pani Linde nie była bynajmniej zdziwiona! Pani Linde już oddawna oczekiwała jakiejś niespodzianki! Pani Linde spodziewała się zawsze czegoś podobnego po panu Harrisonie!
— I pomyśleć, że opuścił żonę! — oburzała się. — Coś podobnego mogłoby się zdarzyć w Stanach, lecz któżby posądził o taki skandal spokojne Avonlea?
— Ależ nie jesteśmy wcale pewni, czy pan Harrison ją porzucił — protestowała Ania, zdecydowana wierzyć w niewinność swego przyjaciela, dopóki wina nie zostanie mu udowodnioną. — Nie znamy jeszcze całej prawdy.
— Wkrótce ją poznamy. Idę tam natychmiast — rzekła pani Linde, która nie kierowała się nigdy uczuciem delikatności. — Nie będą mnie podejrzewać, iż wiem o jej przybyciu, a pan Harrison miał dziś przywieźć z Carmody lekarstwo dla Tomasza; będzie to więc dobrą wymówką. Wybadam wszystko, a wracając, wstąpię wam powiedzieć.
Pani Linde bez skrupułów wtargnęła tam, dokąd lękała się wstąpić Ania, której nic nie skłoniłoby do odwiedzenia Harrisonów. Lecz jej łatwo zrozumiane zaciekawienie sprawiło, iż w duszy rada była, że pani Linde odsłoni tajemnicę. Wraz z Marylą napróżno jednak wyczekiwały jej powrotu; pani Linde nie zjawiła się tego wieczoru na Zielonem Wzgórzu. Przyczynę tego wyjaśnił Tadzio, powróciwszy o dziewiątej od Boulterów.
— Spotkałem panią Linde z jakąś obcą damą — opowiadał. — Jakże trajkotały obie naraz! Pani Linde kazała wam powiedzieć, że dziś wieczór będzie za późno na odwiedziny. Aniu, jestem strasznie głodny. Dostaliśmy podwieczorek o czwartej — teraz widzę, że pani Boulter jest naprawdę skąpa. Nie dała nam ani konfitur, ani ciasta... nawet chleba było mało...
— Tadziu, gdy idziesz w gości, nie krytykuj jedzenia, bo to bardzo brzydko — rzekła Ania surowo.
— Dobrze, będę tylko o tem myślał — zgodził się Tadzio chętnie. — Ale daj mi co na kolację!
Ania spojrzała na Marylę, która weszła za nią do śpiżarni, zamykając starannie drzwi za sobą.
— Posmaruj mu chleb konfiturą, Aniu; wiem dobrze, jakie bywają podwieczorki u Boulterów.
Tadzio z westchnieniem ulgi zabrał się do swej kromki.
— Ciężko żyć na świecie — zacytował słyszane nieraz zdanie. — Kot Emilka choruje na konwulsje — przez trzy tygodnie dzień w dzień miał taki napad. Emilek mówi, że wygląda wtedy strasznie zabawnie. Poszedłem dziś umyślnie, żeby go zobaczyć. Ale niegodziwe stworzenie nie drgnęło ani razu, było zdrowe, jak ryba, choć Emilek i ja pilnowaliśmy go przez całe popołudnie i czekaliśmy. Ha, to trudno! — Tadzio rozjaśniał buzię, w miarę, jak słodycz konfitury przenikała do jego żołądka. — Może jeszcze kiedy indziej to zobaczę. Przecież konwulsje nie skończą się tak odrazu, bo on jest do nich przyzwyczajony i nie będzie mógł bez nich żyć, prawda? Ta konfitura jest pyszna!
Konfitura ze śliwek miała cudowną własność leczenia wszelkich Tadziowych smutków.
W niedzielę lało jak z cebra, więc nikt w całej Avonlea nie wyszedł za próg domu. Zato w poniedziałek krążyły najrozmaitsze opowieści o Harrisonach. I w szkole pełno było szeptów o tem, co się stało, to też Tadzio wrócił do domu z całym zapasem nowin.
— Marylo, pan Harrison ma żonę... Nie taką zupełnie nową. Emilek mówi, że przestali być małżeństwem na krótki czas. Ja myślałem, że jeśli się kto ożeni, to musi zawsze być żonaty, a tymczasem Emilek mówi, że jeśli się z żoną nie zgadza, to może sobie odejść. Emilek mówi, że pan Harrison odszedł od żony, bo ciskała w niego różne ciężkie rzeczy; Arcio Slone znowu powiada, że nie pozwala palić mu fajki, a Edzio Clay spiera się, że ona mu wciąż wymyślała. Ja nie porzuciłbym mojej żony dlatego. Tupnąłbym mocno nogą i powiedziałbym: „Pani Tadziowa! Musisz robić, co mnie się podoba, bo ja jestem mąż!“ Na pewno posłuchałaby mnie. Ale Amelka Clay mówi, że to ona go opuściła, bo nie chciał wycierać butów przed drzwiami, i Amelka chwali ją za to. Lecę natychmiast do pana Harrisona zobaczyć, jak też ona wygląda.
Powrócił niezadługo trochę rozczarowany.
— Pani Harrison nie było w domu. Pojechała z panią Linde do Carmody po nowe tapety. A pan Harrison kazał Ani powiedzieć, żeby przyszła, bo chce się z nią rozmówić. Pomyślcie tylko! Podłoga jest wyszorowana i pan Harrison ogolony, chociaż wczoraj nie było żadnego kazania.
Kuchnia Harrisonów przedstawiła Ani oczom widok bardzo niezwykły. Podłoga, zarówno jak i wszystkie sprzęty były wyszorowane do najwyższego stopnia czystości. Piec błyszczał, jak zwierciadło, ściany były wybielone, a szyby lśniły w promieniach słońca. U stołu siedział pan Harrison w swem codziennem ubraniu, które w piątek jeszcze poplamione i podarte, dziś było starannie oczyszczone i wyłatane. Ogolony był bez zarzutu, a resztki włosów przyczesane.
— Siadaj, Aniu, proszę — przywitał Anię pogrzebowym tonem. — Emilja pojechała do Carmody z panią Linde... Nowa przyjaźń na całe życie! Tak, Aniu, moje dobre czasy już minęły... Raz na zawsze! Czystość i porządek muszą teraz panować w domu do końca życia.
Pan Harrison starał się mówić żałośnie, lecz jakieś błyski zadowolenia w oczach zdradziły go.
— Ależ pan cieszy się z przybycia żony — zawołała Ania, grożąc mu palcem. — Niech pan nie udaje, że tak nie jest, bo widzę to doskonale.
Pan Harrison łagodnie się uśmiechał.
— Owszem... owszem. Przyzwyczajam się do tego — ustępował. — Nie twierdzę, że przyjazd Emilji sprawił mi przykrość. Nie można żyć samotnie w naszej osadzie, gdzie z powodu partji szachów, zagranej u sąsiada posądzają człowieka o konkury do siostry tego obywatela i rozpisują się o tem w dziennikach.
— Nikt nie posądzałby pana o konkury do Izabeli, gdyby pan nie udawał kawalera — rzekła Ania.
— Ja nie udawałem. Każdemu, ktoby mnie o to zapytał, powiedziałbym prawdę. Nie wiem, dlaczego ogół był przeświadczony, że jestem nieżonaty. Mnie nie było śpieszno zwierzać się w tej kwestji — zbyt wiele mnie to kosztowało. Jakież to używanie dla pani Linde, jeśliby wiedziała, że żona mnie opuściła!
— Niektórzy mówią, że pan ją porzucił.
— A jednak to była jej sprawka, Aniu. Opowiem ci wszystko, gdyż nie chcę, byś mnie sądziła gorzej, niż na to zasługuję... i Emilję również. Ale wyjdźmy na ganek. Nie mogę znieść widoku tej czystości wokoło — po pewnym czasie przyzwyczaję się, ale teraz wolę patrzeć na dziedziniec, Emilja nie zdążyła go jeszcze uporządkować.
Zasiadłszy wygodnie na ganku, pan Harrison opowiadał historję swych cierpień.
— Zanim tu przybyłem, mieszkałem w Scottsfordzie, w Nowym Brunświku. Siostra prowadziła mi gospodarstwo i pielęgnowała mnie czule. Była w sam raz porządna, nie zamęczała mnie — psuła mnie, powiada Emilja. Umarła przed trzema laty, a przed śmiercią trapiła się bardzo moim losem, aż wreszcie przyrzekłem jej, że się ożenię. Radziła mi ożenić się z Emilją, która pochodziła z zamożnego domu i słynęła, jako wzorowa gospodyni. Broniłem się: Emilja nie spojrzy nawet na mnie. „Oświadcz się tylko“, przekonywała siostra. Przyrzekłem to dla jej spokoju, oświadczyłem się, a Emilja przyjęła mnie. Nic w życiu nie zdziwiło mnie bardziej: miła, ładna kobieta i taki stary chłop, jak ja. Z początku zdawało mi się, że wygrałem wielki los. Pobraliśmy się i po dwutygodniowej podróży wróciliśmy do domu. Przybyliśmy o dziesiątej wieczór i, daję ci słowo, Aniu, w pół godziny potem Emilja już sprzątała mieszkanie. Myślisz sobie zapewne, że mieszkanie moje wymagało tego — masz bardzo wyrazistą twarz, Aniu; twoje myśli czyta się w niej, jak w otwartej książce. Ale tak źle nie było. Przyznaję, że było w zaniedbaniu za moich kawalerskich czasów, lecz przed ślubem kazałem je wymalować i sprzątnąć. Wierzaj mi, gdybyś wprowadziła Emilję do nowo-zbudowanego pałacu z białego marmuru, wzięłaby się do szorowania go, z chwilą, gdy udałoby się jej przypasać jaki stary fartuch. Owego dnia szorowała do pierwszej w nocy, a o czwartej rano już znowu stanęła do roboty. I tak ciągle... bez najmniejszej przerwy. Szorowanie, zamiatanie — cały tydzień aż do niedzieli; a w niedzielę oczekiwanie poniedziałku, ażeby zacząć na nowo. Bawiło ją to widocznie i przystosowałbym się do tego, gdyby mi tylko dała spokój. Lecz w tem sęk właśnie. Postanowiła sobie przerobić mnie, ale zabrała się do tego zapóźno. Nie wolno mi było wejść do mieszkania, jeśli u progu nie zmieniłem butów na pantofle. Nie wolno mi było palić fajki w pokoju, tylko w sieni. I nie wysławiałem się dość gramatycznie — Emilja była w młodości nauczycielką, więc z łatwością spostrzegała błędy. Raziło ją też, gdy jadłem nożem. Miałem tego gderania po uszy, chociaż, muszę przyznać, że i ja nie byłem bez winy. Nie starałem się poprawić, jak to powinienem był uczynić, ale wpadałem w gniew i odpowiadałem jej szorstko. Któregoś dnia odciąłem jej się, dlaczegoż nie zwróciła uwagi na mój zły styl, gdy się jej oświadczałem? Nie było to taktowne z mojej strony. Kobieta przebaczy mężczyźnie raczej złe traktowanie, niż posądzenie, że chciała go złapać na męża. Odtąd sprzeczaliśmy się często o głupstwa, co nie było arcymile, lecz ostatecznie zżylibyśmy się ze sobą, gdyby nie Imbirek. Imbirek był skałą, o którą rozbił się spokój naszego ogniska domowego. Emilja nie lubiła papug, a bluźnierstwa Imbirka denerwowały ją w najwyższym stopniu. Ja zaś byłem przywiązany do tego ptaka ze względu na mego brata — marynarza. Ten brat był mojem oczkiem w głowie jeszcze z czasów dzieciństwa, a umierając, przysłał mi Imbirka na pamiątkę. Nie widziałem powodu, dla którego miałbym go odzwyczaić od przekleństw. Niecierpię przekleństw w ustach człowieka, ale należało być wyrozumiałym dla papugi, która powtarza bezmyślnie tak, jak ja powtarzałbym mowę chińską. Emilja była innego zdania — kobiety nie są logiczne. Starała się odzwyczaić Imbirka od bluźnierstw z takim samym skutkiem, jak mnie od mówienia „jezdem“ i „tamtą razą“. Wydawało się, że im więcej nad nim pracuje, tem on gorzej klnie — zupełnie to samo, co ze mną.
Działo się coraz gorzej, aż nastąpiła katastrofa. Emilja zaprosiła na podwieczorek naszego pastora z żoną i drugiego jeszcze, który bawił u nich w gościnie. Przyrzekłem wynieść Imbirka z pokoju — Emilja nie dotknęłaby jego klatki nawet metrowym kijem — i miałem szczery zamiar uczynić to, gdyż nie życzyłem sobie, ażeby w moim domu pastorowie narażeni byli na słuchanie przekleństw. Niestety, zapomniałem. I nic dziwnego. Toć Emilja tyle kładła mi w uszy o czystym kołnierzyku i gramatyce, że papugę przypomniałem sobie dopiero, gdyśmy siedzieli przy herbacie. I oto w chwili, gdy pastor numer pierwszy odmawiał modlitwę, z ganku rozległ się głos Imbirka. Indyk ukazał się na podwórzu, a widok tego ptaka miał zawsze jak najfatalniejszy wpływ na Imbirka, który też tym razem prześcignął sam siebie. Możesz się uśmiechać, Aniu. Ja sam, przypominając sobie tę scenę, nieraz śmiałem się w duchu, ale wówczas czułem się równie zawstydzony, jak Emilja. Pośpieszyłem wynieść Imbirka do śpichrza, ale straciłem już humor do gości. Mina Emilji nie wróżyła nic dobrego. Po odjeździe pastorów udałem się po paszę dla krów, a po drodze rozmyślałem nad tą całą sprawą. Żałowałem Emilji i tego, że nie byłem dla niej dość uważającym. Przytem obawiałem się, czy pastorowie nie pomyślą, że Imbirek nauczył się przekleństw ode mnie. Koniec końców postanowiłem rozprawić się z Imbirkiem i po powrocie do domu miałem to oświadczyć Emilji. Ale nie zastałem jej. Natomiast na stole leżał list — zupełnie jak w powieści. Pisała, że muszę wybrać pomiędzy nią a papugą, że wraca do swego dawnego mieszkania i czekać będzie mojej odpowiedzi.
Zirytowałem się i powiedziałem sobie, że jeśli tak, to niech czeka do Sądnego Dnia. Zapakowałem jej manatki i odesłałem je. Zakotłowało się jak w ulu. Scottsford nie jest mniej plotkarskiem gniazdem, niż Avonlea, a każdy współczuł Emilji. Byłem zły, rozgoryczony, zrozumiałem, że muszę się stamtąd wyprowadzić, jeśli mi spokój miły. Postanowiłem osiąść na tej wyspie, którą z lat chłopięcych znałem i lubiłem. Emilja nie zamieszkałaby tutaj, gdzie, jak twierdziła, należy unikać przechadzki o zmroku, ażeby nie wpaść w morze. Więc na złość jej przyjechałem tutaj. I oto cała historja. Odtąd nie słyszałem o niej nic zgoła, aż tu w sobotę, po powrocie z pola, zastaję ją szorującą podłogę, a na stole pierwszy porządny obiad od czasu, gdy tu mieszkam. Powiedziała mi, żebym przedewszystkiem zjadł obiad, a potem pogadamy, z czego wywnioskowałem, że nauczyła się postępować z mężem. Jest więc tutaj i pozostanie już na zawsze. Imbirek nie żyje, a wyspa jest większa, niż przypuszczała. Ale... wraca z panią Linde. Zostań, Aniu, zaznajomisz się z Emilją. Bardzo jej się podobałaś — wypytywała, kto jest to śliczne rudowłose dziewczę w sąsiedztwie.
Pani Harrison przywitała Anię serdecznie i zaprosiła na podwieczorek.
— Jakób opowiadał mi, jak dobrą pani była dla niego — rzekła. — Pragnęłabym poznać moich nowych sąsiadów jak najwcześniej. Pani Linde to przemiła osoba, taka serdeczna!
Wieczorem pani Harrison odprowadziła Anię do domu. Szły pachnącą łąką, gdzie tysiące świętojańskich robaczków migotało w trawie.
— Przypuszczam, że Jakób opowiedział pani naszą historję — zagadnęła.
— Owszem.
— Więc nie będę jej powtarzała, bo Jakób jest prawdomówny i sprawiedliwy. Teraz widzę, że wina była nietylko po jego stronie. Zaledwie go opuściłam, już żałowałam mojej popędliwości, lecz wstyd mi było się przyznać. Przekonałam się, że zbyt wiele zamiłowania porządku wymagałam od mężczyzny, a już szaleństwem było zwracać uwagę na błędy gramatyczne. Mniejsza o poprawny język, jeśli ktoś jest skrzętnym gospodarzem i nie zagląda żonie do garnków. Jestem przekonana, że teraz będziemy prawdziwie szczęśliwem małżeństwem. Żałuję, że nie wiem, kto to jest „Spostrzegacz“. Chciałabym mu podziękować, bo mam dla niego duży dług wdzięczności.
Ania nie zdradziła się i pani Harrison nie dowiedziała się nigdy, że „Spostrzegacz“ był doskonale poinformowany o jej wdzięczności. Żartobliwa kronika avonleaska miała nieoczekiwanie daleko idące następstwa: pogodziła zwaśnione małżeństwo i zdobyła rozgłos dla nieznanego proroka.
Na Zielonem Wzgórzu pani Linde opowiadała Maryli dzieje Harrisonów.
— Jakże ci się podoba nasza nowa sąsiadka? — spytała Anię.
— Nadzwyczajnie. Wydaje mi się bardzo miłą osobą.
— Jest nią w istocie — potwierdziła pani Linde z naciskiem. — Właśnie przekonywałam Marylę, że ze względu na nią nie wolno nam zwracać uwagi na dziwactwa Harrisona, powinnyśmy dbać o to, ażeby czuła się w naszej osadzie, jak w domu. Ale muszę już wracać, aby dojrzeć Tomasza. Od czasu przyjazdu Elizy pozwalam sobie na krótkie odwiedziny u znajomych, tem bardziej, że w ostatnich dniach czuje się on lepiej. Lecz niepokoję się o niego, gdy jestem poza domem... Słyszałam, że Gilbert rzuca szkołę w Białych Piaskach — pewnie wybiera się na uniwersytet od jesieni.
Z temi słowy badawczo spojrzała na Anię, która pochyliła się właśnie nad zasypiającym na stole Tadziem. Nie zdołała więc nic wyczytać z jej twarzy. Po chwili Ania opuściła pokój; niosła na rękach Tadzia, przytulając swój delikatny policzek do jego kędzierzawej główki.
Gdy wchodzili na schody, Tadzio objął rączkami jej szyję i ucałował lepkiemi od konfitur ustami.
— Ty jesteś moja najdroższa Ania. Emilek napisał dziś na swej tabliczce do Janki Slone:

Kocham twoje cudne oczy,
Kocham kolor twych warkoczy,
Kocham twoją rączkę małą,
Ciebie, Janko, kocham całą.

A ja tak myślę o tobie, Aniu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.