Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


oddawna oczekiwała jakiejś niespodzianki! Pani Linde spodziewała się zawsze czegoś podobnego po panu Harrisonie!
— I pomyśleć, że opuścił żonę! — oburzała się. — Coś podobnego mogłoby się zdarzyć w Stanach, lecz któżby posądził o taki skandal spokojne Avonlea?
— Ależ nie jesteśmy wcale pewni, czy pan Harrison ją porzucił — protestowała Ania, zdecydowana wierzyć w niewinność swego przyjaciela, dopóki wina nie zostanie mu udowodnioną. — Nie znamy jeszcze całej prawdy.
— Wkrótce ją poznamy. Idę tam natychmiast — rzekła pani Linde, która nie kierowała się nigdy uczuciem delikatności. — Nie będą mnie podejrzewać, iż wiem o jej przybyciu, a pan Harrison miał dziś przywieźć z Carmody lekarstwo dla Tomasza; będzie to więc dobrą wymówką. Wybadam wszystko, a wracając, wstąpię wam powiedzieć.
Pani Linde bez skrupułów wtargnęła tam, dokąd lękała się wstąpić Ania, której nic nie skłoniłoby do odwiedzenia Harrisonów. Lecz jej łatwo zrozumiane zaciekawienie sprawiło, iż w duszy rada była, że pani Linde odsłoni tajemnicę. Wraz z Marylą napróżno jednak wyczekiwały jej powrotu; pani Linde nie zjawiła się tego wieczoru na Zielonem Wzgórzu. Przyczynę tego wyjaśnił Tadzio, powróciwszy o dziewiątej od Boulterów.
— Spotkałem panią Linde z jakąś obcą damą — opowiadał. — Jakże trajkotały obie naraz! Pani Linde kazała wam powiedzieć, że dziś wieczór będzie za późno na odwiedziny. Aniu, jestem strasznie głodny. Dostaliśmy podwieczorek o czwartej — teraz widzę, że pani Boulter jest naprawdę skąpa. Nie dała nam ani konfitur, ani ciasta... nawet chleba było mało...
— Tadziu, gdy idziesz w gości, nie krytykuj jedzenia, bo to bardzo brzydko — rzekła Ania surowo.
— Dobrze, będę tylko o tem myślał — zgodził się Tadzio chętnie. — Ale daj mi co na kolację!