Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


serca na prawo i na lewo. Ho, ho, Jakóbie — groziła w stronę białego domu — koniec zabawy. Żona przyjechała. Coprawda, nie trudziłabym się do Avonlea, gdyby nie wiadomość o tych twoich zamysłach. Sądzę — zwróciła się znów do Ani — że papuga bluźni tak samo, jak dawniej?
— Papuga... chyba... nie żyje — jąkała Ania, niepewna w tej chwili bodaj własnego imienia.
— Nie żyje! A więc wszystko składa się jak najlepiej — zawołała mniemana pani Harrisonowa radośnie. — Dam sobie radę z Jakóbem, skoro ten ptak nie będzie już bróździł.
Z tym zagadkowym wykrzyknikiem odjechała, Ania zaś, oszołomiona tem, co zaszło, pobiegła do Maryli.
— Kto to był, Aniu?
— Marylo — rzekła Ania uroczyście, ale z niepokojem w oczach. — Czy wyglądam jak niespełna rozumu?
— Nie więcej, niż zwykle — odpowiedziała Maryla bez cienia ironji.
— A czy sądzisz, że nie śnię?
— Aniu, co pleciesz! Pytam, kto tu był?
— Marylo, jeśli nie zwarjowałam i nie śnię, to ona nie może być wytworem fantazji — to człowiek z krwi i kości. A już w żadnym razie nie mogłabym sobie wyobrazić takiego kapelusza. Powiada, że jest żoną pana Harrisona, Marylo!
Zkolei Maryla zdumiała.
— Jego żoną! Ależ, Aniu! Więc dlaczego podawał się za nieżonatego?
— Wcale tego nie czynił — usprawiedliwiała go Ania. — Nigdy nie twierdził, że jest nieżonaty. Poprostu uważaliśmy to za nieulegające wątpliwości. Ach, Marylo, co pani Linde na to powie?
Wieczorem dowiedziały się, co pani Linde o tem myślała. Pani Linde nie była bynajmniej zdziwiona! Pani Linde już