Ania z Avonlea/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXVI
Za zakrętem

Rozstanie się Tomasza Lindego ze światem było równie ciche, jak całe jego życie. Pani Małgorzata okazała się czułą, cierpliwą, niezmordowaną pielęgniarką. Kiedy był zdrów, zdarzało się nieraz, że, zniecierpliwiona jego ślamazarnością, bywała dlań szorstka, lecz z chwilą, gdy zapadł na zdrowiu, trudno było o łagodniejszy głos, delikatniejsze dotknięcie, bardziej niestrudzone czuwanie po nocach.
— Byłaś mi dobrą żoną, Małgorzato, — dziękował jej, gdy siedząc przy nim o zmroku, trzymała w swej spracowanej dłoni jego wychudłą, bezkrwistą rękę. — Bardzo dobrą żoną. Martwi mnie, żem cię lepiej nie zabezpieczył. Ale dzieci będą pamiętały o tobie. Przecież są dzielne, zdolne... zupełnie jak matka. Dobra kobieta... dobra żona.
Z temi słowy zasnął. A następnego poranku, kiedy białe mgły spełzały ze świerków w dolinie, Maryla weszła cicho do pokoiku na facjatce i zbudziła Anię.
— Tomasz Linde umarł... pastuszek ich przyniósł mi tę wiadomość. Idę natychmiast do Małgorzaty.
Nazajutrz po pogrzebie Tomasza Maryla krzątała się po domu z niezwykle zafrasowaną miną. Od czasu do czasu spoglądała na Anię, jakby chciała coś powiedzieć, lecz tylko potrząsała głową i milczała dalej. Po podwieczorku odwiedziła panią Małgorzatę, a wróciwszy, udała się wprost na facjatkę, gdzie Ania zajęta była poprawianiem kajetów.
— Jakże się miewa pani Linde? — zapytała ta ostatnia.
— Jest spokojniejsza i bardziej zrównoważona — odpowiedziała Maryla, siadając na łóżku, co było dowodem niezwykłego stanu duszy, gdyż wedle gospodarskiego kodeksu Maryli, siadanie na zasłanem łóżku było grzechem nie do wybaczenia. — Ale samotność jej cięży. Eliza musiała dziś pojechać do domu, bo syn jej zachorował.
— Gdy tylko skończę poprawiać ćwiczenia, pobiegnę do pani Linde na chwilę pogawędki — rzekła Ania. — Chciałam coprawda wziąć się dziś do łaciny, ale to może poczekać.
— Zdaje się, że Gilbert jedzie tej jesieni na uniwersytet — zdobyła się wreszcie na odwagę Maryla — czy ty nie chciałabyś się udać na studja?
Ania spojrzała zdumiona.
— Zapewne, chciałabym, ale to niemożliwe.
— Dlaczego niemożliwe? Ja zawsze byłam zdania, iż powinnaś to uczynić. Ubolewałam, że zarzuciłaś tę myśl ze względu na mnie.
— Ależ, Marylo, ja nie żałowałam ani przez chwilę, że zostałam w domu. Byłam bardzo szczęśliwa! Te ostatnie dwa lata spędziłam tak rozkosznie!
— O, wiem, że czułaś się zadowoloną. Ale nie o to chodzi. Musisz kształcić się dalej. Zaoszczędziłaś dosyć na roczny pobyt w Redmondzie, a dochód z folwarku opędzi wydatki następnego roku. Zresztą może i stypendjum dostaniesz.
— Tak, ale nie mogę wyjechać. Twój wzrok poprawił się coprawda, lecz nie zostawiłabym cię samą z bliźniętami, które wymagają ciągłej opieki.
— Nie pozostanę sama. Chciałam właśnie pomówić z tobą o tej sprawie. Miałam dziś długą rozmowę z Małgorzatą, i dowiedziałam się, że pozostała w bardzo ciężkich warunkach. Osiem lat temu, celem wysłania najmłodszego syna na Zachód, zapożyczyli się, ale spłacali tylko procenty. Choroba Tomasza też dużo kosztowała. Trzeba będzie sprzedać farmę, a po spłaceniu długów nic prawie nie zostanie. Małgorzata musiałaby zamieszkać u Elizy, a z rozpaczą myśli o porzuceniu Avonlea. Niełatwo jest kobiecie w jej wieku przenieść się w nowe warunki i zawiązać nowe znajomości. Gdy zwierzała mi się ze swych trosk, przyszło mi do głowy, że byłoby dobrze, gdyby zamieszkała u mnie. Lecz nie chciałam jej tego proponować bez porozumienia się z tobą. Jeślibym miała towarzystwo Małgorzaty, mogłabyś wyjechać na uniwersytet. Co myślisz o tem?
— Myślę... że ktoś darował mi... gwiazdę z nieba. I nie wiem... co z nią zrobić — rzekła Ania oszołomiona. — Co do pani Linde, musisz sama zadecydować, Marylo... Czy jesteś pewna, że dobrze ci z nią będzie? Jest to dobra osoba i miła sąsiadka, ale... ale...
— Ale ma swoje wady, chcesz powiedzieć? Oczywiście. Łatwiej będzie mi jednak narażać się na przykrości z tego powodu, niż rozstać się z nią na zawsze. Brakowałoby mi jej niezmiernie; to moja jedyna serdeczna przyjaciółka. Czterdzieści pięć lat sąsiadowałyśmy ze sobą i nigdy nie było między nami kłótni, chociaż omal nie przyszło do niej w ów dzień, gdy nazwała cię rudym chudzielcem, pamiętasz?
— Pamiętam — odpowiedziała Ania. — Nie zapomina się takich przykrości. Jakżeż nienawidziłam wtedy biedną panią Linde!
— A następnie twoje przeprosiny. Istotnie trudno było dać sobie z tobą radę. Nie zawsze umiałam postępować — Mateusz rozumiał cię lepiej.
— Mateusz wszystko rozumiał — szepnęła Ania czule, jak zwykle, gdy wspominała swego opiekuna.
— Można chyba urządzić tak, aby nie dochodziło do starć między nami. Zdaje mi się, że powodem sprzeczek dwóch gospodyń jest krzątanie się we wspólnej kuchni, gdzie jedna drugiej wchodzi w drogę. Małgorzacie dałabym północną facjatkę na sypialnię, a na kuchnię pokoik obok kuchni, zupełnie nam zbyteczny. Mogłaby tam wstawić piecyk i część mebli, które zatrzyma — mieszkałaby wygodnie i nie byłaby skrępowana. Na utrzymanie wystarczy jej w zupełności — już dzieci będą o to dbały — ja użyczę jej tylko dachu nad głową. Owszem, Aniu, taki stan rzeczy odpowiadałby mi bardzo.
— Więc zaproś ją! — zadecydowała Ania szybko. — Ja sama żałowałabym, gdyby pani Linde musiała się wyprowadzić z Avonlea.
— Z chwilą zaś, gdy się sprowadzi — ciągnęła dalej Maryla, — ty możesz wyjechać na studja. Nie byłoby już powodu do zatrzymywania cię w domu, bo miałabym towarzystwo, a także pomoc w wychowywaniu bliźniąt.
Tego wieczora Ania długo rozmyślała — radość i smutek staczały walkę w jej duszy. Doszła wreszcie — i to nagle i niespodziewanie — do zakrętu gościńca, a za zakrętem znajdował się uniwersytet, opromieniony tęczowemi nadziejami. Jednakże zdawała sobie sprawę, że z chwilą, gdy minie zakręt, pozostawi za sobą wiele drogich sercu spraw: wszystkie proste, codzienne obowiązki, które tak bardzo ukochała w ciągu ostatnich dwóch lat i, z wrodzonym sobie entuzjazmem, otoczyła aureolą piękna i blasku. Musi opuścić szkołę, a była przecież przywiązana do wszystkich swych uczniów, nawet do najmniej zdolnych i najkrnąbrniejszych. Samo wspomnienie Jasia Irvinga kazało jej zastanowić się, czy Redmond wynagrodzi jej ból rozstania.
— Dużo młodych roślinek wzeszło za moją sprawą — dumała, — obawiam się, czy rozstanie ze mną nie uczyni im szkody. Lepiej jednak będzie, gdy odejdę. Maryla ma słuszność: nie istnieje żaden ważny powód, dla którego miałabym pozostać. Muszę wydobyć z ukrycia wszystkie moje zagrzebane ambicje i przewietrzyć je trochę.
Następnego dnia Ania posłała prośbę o zwolnienie z posady; a pani Linde, po serdecznej rozmowie z Marylą, wdzięcznem sercem przyjęła ofiarowaną jej gościnę na Zielonem Wzgórzu. Zamierzała spędzić jeszcze lato u siebie, gdyż farma miała być sprzedana dopiero w jesieni, a tymczasem dużo spraw wymagało załatwienia.
— Nigdy coprawda nie myślałam, że będę musiała mieszkać tak daleko od gościńca — wzdychała w cichości pani Małgorzata. — Ostatecznie jednak Zielone Wzgórze nie leży tak na odludziu, jakby to się mogło zdawać; Ania ma bardzo dużo znajomych, a bliźnięta wnoszą w dom wiele życia. W każdym razie wolałabym mieszkać nawet w mysiej dziurze, niż opuścić Avonlea.
Wiadomość o tych dwóch postanowieniach odrazu usunęła na drugi plan ostatni temat plotek: przybycie pani Harrison. Rozważni kiwali ze zdumieniem głowami nad szybkiem postanowieniem Maryli. Ogólnie twierdzono, że nie będzie zgody na Zielonem Wzgórzu: przyjaciółki różniły się od siebie zbytnio zarówno charakterem, jak przyzwyczajeniami; obiegało wiele smutnych przepowiedni, które jednak nie mąciły spokoju stron zainteresowanych. Te ostatnie porozumiały się co do swych przyszłych praw i obowiązków i miały szczery zamiar trwać przy nich.
— Nie będziemy się wtrącały jedna do drugiej — orzekła stanowczo pani Linde. — Co się tyczy bliźniąt, chętnie zajmę się niemi w miarę możności. Nie podejmuję się tylko odpowiadać na zapytania Tadzia, oto co! Nie jestem encyklopedją, ani adwokatem. Pod tym względem bardzo nam będzie brakowało Ani.
— Często odpowiedzi Ani były równie dziwaczne, jak pytania Tadzia — rzekła Maryla sucho. — Niewątpliwie bliźnięta bardzo odczują jej nieobecność. Lecz nie wolno zaspokajać pragnienia wiedzy Tadzia kosztem przyszłości Ani. Ilekroć na zapytanie jego nie umiem odpowiedzieć, mówię mu, że na dzieci lubię patrzeć, ale nie słyszeć je. Ja otrzymałam takie wychowanie, z pewnością nie gorsze od nowoczesnych warjackich pomysłów.
— Jednak Ani metoda dała świetne wyniki w wypadku Tadzia — uśmiechnęła się pani Linde. — Jego charakter ogromnie się poprawił, oto co!
— Niezły z niego malec — przyznała Maryla. — Nigdy nie przypuszczałam, że polubię tak te dzieci. Tadzio poprostu chwyta cię za serce, a Tola też słodka dziewczynka, chociaż... chociaż...
— Trochę nudna? Właśnie — podpowiedziała pani Małgorzata. — Jak książka, której jedna strona podobna jest do drugiej, oto co! Tola będzie dobrą gospodynią, ale prochu nie wymyśli. Wygodnie jest mieć do czynienia z takimi ludźmi, chociaż nie są bardzo zajmujący.
Gilbert był prawdopodobnie jedyną osobą, której wiadomość o wyjeździe Ani sprawiła przyjemność. Uczniowie jej uważali to za istne nieszczęście; Aneczka Bell spazmowała po powrocie do domu, Antoś Pay dla wyładowania swych uczuć wydał dwie regularne bitwy kolegom; Basia Shaw płakała całą noc, a Jaś Irving zapowiedział z niezwykłą stanowczością swej babce, że przynajmniej przez tydzień nie weźmie do ust kaszki.
— Nie mogę, babciu — mówił. — Wogóle nie wiem, czy będę mógł cokolwiek przełknąć. Zdaje mi się, że mam zasznurowane gardło. Byłbym beczał, wracając ze szkoły, gdyby nie to, że Kuba Donnell bezustannie mnie podglądał. Popłaczę już w łóżku — czy aby jutro nie będzie tego znać po moich oczach? Płacz byłby dla mnie taką ulgą... W każdym razie nie mogę jeść kaszki, chcę zachować całą siłę woli dla przeniesienia tego nieszczęścia, babciu, i nic mi już jej nie pozostanie do zmuszania się do kaszki. O, co ja pocznę, gdy moja ukochana nauczycielka wyjedzie? Emilek Boulter gotów się założyć, że panna Andrews obejmie szkołę. Być może, iż jest ona bardzo miła, ale wiem na pewno, że nie będzie mnie tak rozumiała, jak panna Shirley.
Diana również bardzo pesymistycznie zapatrywała się na przyszłość.
— Jakaż smutna zima nas czeka — biadała, siedząc z Anią w jej pokoiku, zalanym promieniami księżyca, spoglądającego ku nim poprzez gałęzie wiśni. — Nie będzie ciebie, ani Gilberta... ani Allanów. Pan Allan zostaje przeniesiony do Charlottetown’u.
— Mam nadzieję, że nie naznaczą do nas pastora Baxtera — mówiła Ania z przekonaniem. — Kazania jego są takie ponure! Pan Bell powiada, że to stara szkoła, ale pani Linde twierdzi, że wszystkiemu winien jest jego żołądek. Pastorowa jest podobno marną gospodynią, a pani Linde uważa, że jeśli kto dostaje pięć razy tygodniowo kwaśny chleb na wieczerzę, nie może to pozostać bez wpływu na jego kazania. Pani Allan bardzo boleje nad rozłąką z Avonlea; mówi, że, gdy przybyła tu, jako młoda mężatka, doznała od wszystkich tak serdecznego przyjęcia, iż żegna ich z żalem jak najdroższych sercu przyjaciół. Nie może się też przyzwyczaić do myśli o rozstaniu z mogiłką dziecka. Była to wprawdzie maleńka trzechmiesięczna istotka, ale gotowa tęsknić za matką — lęka się pani Allan, choć za nic w świecie nie zwierzyłaby się z tego swemu mężowi. Opowiadała mi, że prawie co wieczór skrada się na cmentarz, aby zanucić swemu maleństwu kołysankę. Mówiła mi o tem wczoraj, gdy składałam wiązankę polnych róż na grobie Mateusza. Przyrzekłam jej, że dopóki pozostanę w Avonlea, będę stroiła kwiatami mogiłkę jej dzieciny, a kiedy wyjadę, to...
— Ja to będę czyniła — dokończyła Diana serdecznie. — Bezwarunkowo! Będę też za ciebie pamiętała o grobie Mateusza.
— O, dziękuję ci bardzo! Chciałam cię właśnie o to prosić. Nie zapomnij też o grobie Heleny Gray. Tyle myślałam i marzyłam o niej, że stoi mi jak żywa przed oczami. Wyobrażam ją sobie w jej cichym, zielonym ogródku. Mam złudzenie, że jeślibym się tam zakradła jakiego wiosennego wieczora w czarodziejskiej godzinie, między zmierzchem a nocą, zastałabym ogród w jego dawnej świetności, pełen róż i narcyzów, a w nim mały domek spowity winem. Po ścieżkach krążyłaby urocza Helena Gray; dotykając koniuszkami palców podnoszące się ku niej główki róż, szeptałaby z niemi tajemniczo. Wtedy zjawiłabym się przed nią cichutko i z wyciągniętemi dłońmi prosiłabym: „Cudna Heleno, ja także kocham kwiaty. Czy pozwolisz mi zostać twoją towarzyszką?“ I zasiadłszy na starej kamiennej ławce, zaczęłybyśmy trochę gawędzić, trochę marzyć. A skoro po wschodzie księżyca obejrzałabym się naokoło, nie byłoby Heleny, ani róż, ani domku, tylko stary opuszczony ogród pełen narcyzów, rozsianych wśród traw, i wiatr smutnie wzdychający pomiędzy gałęziami wisien. I nie wiedziałabym, czy to była rzeczywistość, czy sen tylko.
Diana czuła się nieswojo wobec fantastycznych zwierzeń Ani, to też zapragnęła zmienić temat rozmowy.
— Obawiam się, że z wyjazdem twoim i Gilberta K. M. A. się rozpadnie — zauważyła.
— Niema mowy o tem — zaprzeczyła Ania żywo, powracając z krainy marzeń do spraw codziennych. — Ma zbyt mocne podstawy, szczególniej od czasu, gdy starsze pokolenie tak bardzo się niem interesuje. Pomyśl, wiele uczynili w tym roku dla upiększenia osady. Ja zaś będę w Redmondzie zbierała wskazówki i w zimie przyślę wam referat. Nie patrz tak pesymistycznie na świat, Diano, i nie zatruwaj mi tej godziny zadowolenia i radości. Niezadługo, rozstając się z wami, nie będę miała wesela w duszy.
— Nic dziwnego, że się cieszysz... idziesz na uniwersytet, gdzie mile czas ci zejdzie. Pozawierasz nowe przyjaźni.
— Mam nadzieję, że znajdę nowych przyjaciół — mówiła Ania zadumana. — Myśl ta dodaje życiu tyle uroku! Bez względu na to, jak wielu nowych zdobędę, nigdy nie będą mi tak drodzy, jak dawni, szczególniej pewne czarnookie dziewczę ze ślicznemi dołeczkami. Czy zgadujesz, o kim mówię?
— Ale w Redmondzie będziesz miała tyle inteligentnych koleżanek, ja zaś jestem głupią wiejską gąską, która nawet umie powiedzieć „jezdem“, gdy się nie zastanowi. Ach, naprawdę, ostatnie dwa lata minęły nam rozkosznie! Wiem jednakże o kimś, kto się cieszy, że wyjeżdżasz... Aniu, pragnę ci zadać pytanie, bardzo poważne. Nie gniewaj się i odpowiedz szczerze. Czy lubisz Gilberta?
— Jako przyjaciela — bardzo, ale ani trochę w tym sensie, o który ci chodzi — odpowiedziała Ania spokojnym i stanowczym tonem; zdawało jej się, że to właśnie jest szczera prawda.
Diana westchnęła — pragnęła innej odpowiedzi.
— Czy nie masz zamiaru wyjść zamąż?
— Może... kiedyś... gdy spotkam mój ideał — uśmiechała się Ania z oczami utkwionemi wdal.
— Ale po czem poznasz, że to on jest właśnie? — upierała się Diana.
— Poznam go z łatwością, serce mi to powie. Ty przecież znasz mój ideał.
— Ale ideały ludzkie zmieniają się czasami.
— Nie moje — nie mogłabym kochać człowieka, któryby nie dorósł do moich wymagań.
— A jeśli nigdy go nie spotkasz?
— Wtedy umrę w staropanieństwie — brzmiała wesoła odpowiedź. — Sądzę, że to nie najcięższa śmierć.
— O, śmierć byłaby bardzo lekka, ale żyć, jako stara panna, nie pragnęłabym wcale. Chociaż zgodziłabym się zostać starą panną typu panny Lawendy. Tylko że dla mnie to niemożliwe — mając lat czterdzieści pięć, będę strasznie otyła, a jeśli szczupła stara panna może być poetyczną, to tęga — w żadnym razie... Ale, czy wiesz, Nelson Atkins oświadczył się Ruby Gillis. Opowiedziała mi tę całą historję. Nie miała zamiaru go przyjąć, bo jako jego przyszła żona musiałaby zamieszkać z teściami, ale oświadczył się tak pięknym i wyszukanym stylem, że ją to oszołomiło. Nie chcąc się zdecydować bez namysłu, zażądała tygodnia zwłoki. W parę dni potem, będąc na posiedzeniu Koła Pracy u jego matki, spostrzegła w bawialni na stole „Przewodnik dobrego tonu“. Ruby nie mogła mi opisać uczuć, jakich doznała, gdy w rozdziale, zatytułowanym „Wskazówki dla oświadczających się“, odnalazła calusieńką jego mowę — słowo w słowo. Po powrocie do domu napisała mu list z druzgoczącą odprawą i, jak twierdzi, od tego czasu rodzice na zmianę pilnowali go z obawy, by się nie utopił. Ale Ruby powiada, że niepotrzebnie się lękali, bo w tymże rozdziale „Przewodnika“, we wskazówkach zachowania się odrzuconego konkurenta niema wcale mowy o samobójstwie. Zwierzyła mi się też, że Wacek Blair poprostu usycha z miłości dla niej, ale ją to mało wzrusza.
Ania poruszyła się niecierpliwie.
— Przykro mi jest wyznać, ale nie lubię teraz Ruby. Była mi bardzo bliską, gdyśmy chodziły do szkoły i do seminarjum, chociaż nie tak, jak ty i Janka, oczywiście. Jednak ostatniego roku w Carmody stała się zupełnie inną, taką... taką...
— Już wiem — podchwyciła Diana. — Przywary Gillisów zaczynają obecnie wychodzić najaw. Pani Linde powiada, że jeśli kiedy którakolwiek z Gillisówien myślała o czemś innem, jak o flircie, to z zachowania ich w żadnym razie nie można było tego wywnioskować. Ruby mówi tylko o chłopcach, jakie komplementy jej prawią, jak za nią szaleją w Carmody... A najdziwniejsze, że tak jest naprawdę — dodała z pewnym żalem. — Wczoraj wieczór, gdy spotkałam ją w sklepie Blaire’ów, odrazu szepnęła mi: „Nowe zwycięstwo“. Umyślnie nie zapytałam, kto jest ten nieszczęśliwy, bo widziałam, że aż drży z ochoty wyjawienia mi nazwiska. Tak, ona zawsze o tem marzyła. Pamiętam, jeszcze w szkole mawiała, że gdy dorośnie, musi mieć tuzinami konkurentów i naużywać się życia, zanim wyjdzie zamąż. Jakaż ona inna od Janki! Janka — to taka rozumna, dystyngowana, miła dziewczyna.
— Janka istna perła — potwierdziła Ania — ale — dodała, ściskając pulchną rączkę przyjaciółki, — najlepsza ze wszystkich to moja Diana. Czy pamiętasz nasze pierwsze spotkanie w twoim ogrodzie i obietnicę wiecznej przyjaźni? Dotrzymałyśmy „przysięgi“! Nie było między nami nigdy sprzeczki, ani nawet nieporozumienia. Do końca życia nie zapomnę dreszczu, jaki mnie przebiegł, gdy wyznałaś mi, że mnie kochasz. Moje dziecięce serduszko tak bardzo łaknęło przywiązania! Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak strasznie samotną i opuszczoną byłam. Nikt o mnie nie dbał, nikt nie chciał, żebym mu była ciężarem. Jakże nieszczęśliwą czułabym się, gdyby nie mój świat marzeń, pełen urojonych przyjaciół i uczuć, których tak łaknęłam. Ale z chwilą przybycia na Zielone Wzgórze wszystko się zmieniło. Potem spotkałam ciebie — nie możesz sobie wyobrazić, czem była twoja przyjaźń dla mnie. Wiecznie będę ci wdzięczna za gorące przywiązanie, którem mnie obdarzyłaś.
— Zawsze będę cię kochała — załkała Diana w odpowiedzi. — Nigdy w życiu nie pokocham nikogo... żadnej przyjaciółki, tak jak kocham ciebie. A jeśli kiedykolwiek będę miała córeczkę, musi nazywać się Ania.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.