Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wieczorem pani Harrison odprowadziła Anię do domu. Szły pachnącą łąką, gdzie tysiące świętojańskich robaczków migotało w trawie.
— Przypuszczam, że Jakób opowiedział pani naszą historję — zagadnęła.
— Owszem.
— Więc nie będę jej powtarzała, bo Jakób jest prawdomówny i sprawiedliwy. Teraz widzę, że wina była nietylko po jego stronie. Zaledwie go opuściłam, już żałowałam mojej popędliwości, lecz wstyd mi było się przyznać. Przekonałam się, że zbyt wiele zamiłowania porządku wymagałam od mężczyzny, a już szaleństwem było zwracać uwagę na błędy gramatyczne. Mniejsza o poprawny język, jeśli ktoś jest skrzętnym gospodarzem i nie zagląda żonie do garnków. Jestem przekonana, że teraz będziemy prawdziwie szczęśliwem małżeństwem. Żałuję, że nie wiem, kto to jest „Spostrzegacz“. Chciałabym mu podziękować, bo mam dla niego duży dług wdzięczności.
Ania nie zdradziła się i pani Harrison nie dowiedziała się nigdy, że „Spostrzegacz“ był doskonale poinformowany o jej wdzięczności. Żartobliwa kronika avonleaska miała nieoczekiwanie daleko idące następstwa: pogodziła zwaśnione małżeństwo i zdobyła rozgłos dla nieznanego proroka.
Na Zielonem Wzgórzu pani Linde opowiadała Maryli dzieje Harrisonów.
— Jakże ci się podoba nasza nowa sąsiadka? — spytała Anię.
— Nadzwyczajnie. Wydaje mi się bardzo miłą osobą.
— Jest nią w istocie — potwierdziła pani Linde z naciskiem. — Właśnie przekonywałam Marylę, że ze względu na nią nie wolno nam zwracać uwagi na dziwactwa Harrisona, powinnyśmy dbać o to, ażeby czuła się w naszej osadzie, jak w domu. Ale muszę już wracać, aby dojrzeć Tomasza. Od czasu przyjazdu Elizy pozwalam sobie na krótkie odwiedziny