Świat zaginiony/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Świat zaginiony
Podtytuł Tom II
Wydawca Skład główny w Stowarzyszeniu Pracowników Księgarskich, sp. z o.o.
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz A. Spero
Tytuł orygin. The Lost World
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.
„Strasznie było w lesie“...

Wspominałem już, a może i nie wspominałem, gdyż pamięć zaczyna ostatnio mnie zawodzić — iż promieniałem dumą, gdy trzej tacy ludzie, jak moi towarzysze, dziękowali mi za uratowanie sytuacji, lub przynajmniej za wybitną pomoc w tym kierunku. Jako najmłodszy z całej wyprawy, nietylko pod względem wieku, ale i co do wiedzy, doświadczenia i wyrobienia życiowego, — jednem słowem pod względem tego wszystkiego, co się składa na indywidualność prawdziwego mężczyzny — dotychczas zajmowałem najpośledniejsze miejsce. Aż wreszcie przyszła kolej i na mnie; myśl ta napawała mnie niewypowiedzianą radością. Niestety, pycha prowadzi do upadku, i ta obudzona we mnie próżność, to przesadne pojęcie o własnych siłach popchnęło mnie tejże nocy do kroku zakończonego przygodą, o której nie mogę myśleć bez przerażenia.
Stało się to w następujący sposób: podniecony wyprawą na szczyt drzewa, nie mogłem żadną miarą usnąć. Summerlee, który wartował, siedział przy płonącem ognisku, trzymając strzelbę między kolanami, i zgarbiwszy swą kościstą, suchą postać, za każdem mimowolnem zdrzemnięciem kiwał koźlą bródką. Lord Roxton, owinięty długim płaszczem, leżał spokojnie, a chrapanie Challengera rozlegało się echem po lesie. Księżyc w pełni świecił jasno, a powietrze było świeże i chłodne. Co za noc do spaceru! I nagle błysnęła mi w głowie myśl: Czemu nie? Czemu nie wymknąć się po cichu z obozu, nie dotrzeć samotnie aż do brzegów jeziora i wrócić przed śniadaniem z zaciekawiającem sprawozdaniem mojej wycieczki? Na jakież pochwały zasłużyłbym sobie wówczas! I gdyby przeważyło zdanie profesora Summerlee co do natychmiastowego powrotu, gdyby zostały obmyślone środki wydobycia się z tej pułapki — przywieźlibyśmy do Londynu rozwiązanie największej zagadki tego płaskowzgórza, a ja byłbym jedynym w świecie człowiekiem, któryby dotarł do jego serca. Przypomniały mi się słowa Gladys: „zawsze można znaleźć okazję do niezwykłych czynów“. Zdawało mi się, że słyszę głos, którym je wymawiała. Stanął mi także przed oczyma Mc Ardle; co za wspaniałe artykuły dla naszego dziennika. Co za droga do sławy! Kto wie, czy w najbliższej wojnie nie zostałbym korespondentem z placu boju.
Sięgnąłem po strzelbę — kieszenie miałem pełne naboi — i, rozsunąwszy ciernie w bramie naszego obozu, szybko wymknąłem się do lasu. Ostatnie moje spojrzenie padło na Summerlee, najlichszego z wartowników, który nad dogasającym ogniem kiwał się tak miarowo, jak dziecinny pajac.
Ale nie zdołałem jeszcze ujść i stu metrów, gdy pożałowałem mej decyzji; wspomniałem już raz w moich listach, że na skutek zbyt żywej wyobraźni, nie jestem prawdziwie odważnym, ale, że zawsze lękam się, aby nie wyglądać na tchórza. Ten to właśnie lęk popchnął mnie naprzód; poprostu nie mogłem wrócić do obozu, nie dopiąwszy celu. Nawet gdyby moja chwilowa nieobecność ukryła się przed mymi towarzyszami, uczucie wstydu wobec samego siebie byłoby dla mnie zbyt męczącem. A jednak drżałem, widząc się tak samotnym w tym wielkim lesie, i dałbym dużo za to, aby się módz wycofać z honorem z całej tej sprawy.
Istotnie, strasznie było w lesie. Drzewa, rosnące gęsto, posplatane były ze sobą konarami tak ściśle, że przez gąszcz ich listowia dostrzegałem księżyc zaledwie w niektórych rzadszych miejscach. Wzrok mój, przyzwyczaiwszy się do ciemności, rozróżnił wśród drzew, rozmaite jej stopnie — gdzieniegdzie majaczyły przedemną jakieś szare, niejasne kontury, gdzieidziej znów mijałem ze strachem, ziejące cienia plamy, podobne do otworów olbrzymich jaskiń. Myślałem mimowoli o rozpaczliwej skardze męczonego iguanodona — skardze, której echo powtórzyły lasy. I myślałem także o potwornej, okrwawionej, owrzodzonej paszczy tej bestji, którą ujrzałem przy świetle głowni lorda Johna. Znajdowałem się w obrębie jej państwa, każdej chwili bezimienny, ohydny potwór mógł wychylić się ku mnie z cienia. Zatrzymałem się i wyjmując nabój z kieszeni, chciałem odsunąć zamek strzelby...
Serce we minie zamarło: zamiast porządnej strzelby, wziąłem niedużą dubeltówkę.
Znów ogarnęła mnie chęć powrotu. Miałem dostateczny powód do tego; powód, któremu nikt nie mógłby nic zarzucić. Ale znów odezwała się we mnie fałszywa duma: nie mogłem — nie powinienem był wracać z niczem. Wszak wobec niebezpieczeństw, które mnie czekały, duża strzelba była prawdopodobnie równie nieużyteczną, jak i ta dubeltówka. A trudno byłoby wrócić do obozu, zmienić broń i znów wyjść niepostrzeżenie; gdyby towarzysze moi się zbudzili, musiałbym zwierzyć się im ze swojego zamiaru, i nie zdołałbym go bez ich udziału wykonać. Po krótkiej więc chwili wahania, zebrałem się znów na odwagę, i ruszyłem dalej, dźwigając pod pachą moją nieużyteczną broń.
Ciemność lasu była straszną, ale jasne światło księżyca, zalewające przełęcz iguanodonów — było jeszcze straszniejsze. Z poza krzaków spojrzałem na łączkę; ale było na niej żadnego z olbrzymich tych stworzeń. Być może, że tragedja, w której jedno z nich padło ofiarą, wypłoszyła ich z tego pastwiska. W srebrnem, mglistem świetle nie widziałem śladu żywej istoty; nabrawszy więc nieco otuchy, przebiegłem łączkę i zatrzymałem się po drugiej stronie, w lesie, nad strumieniem, który służył mi za przewodnika. Szemrał i pluskał wesoło jak te drogie mi, ojczyste potoki, w których dzieckiem nocami łowiłem pstrągi. Idąc w górę strumienia, musiałem dojść do jeziora, tak jak i później idąc za brzegiem jego w dół, wiedziałem, że powrócę do obozu. Niekiedy traciłem go z oczu wśród gęstych zarośli, ale plusk jego dochodził do mnie zawsze.
Grunt począł się zniżać, a las rzednąc, przechodził w zarośla, wśród których gdzieniegdzie widniało jakieś drzewo. Posuwałem się żwawo naprzód i obserwowałem wszystko wokoło, sam nie będąc widzianym; minąłem zblizka bagno pterodaktylów, a jedno z tych olbrzymich stworzeń — miało ze 20 stóp długości — zerwało się z ziemi i z głuchym, suchymi trzaskiem skrzydeł, uniosło się w powietrze. Promienie księżyca, sącząc się przez błonę jego skrzydeł, nadawało mu pozór szkieletu, fruwającego w jasnem świetle nocy podzwrotnikowej. Zaczaiłem się w krzakach, gdyż doświadczenie nauczyło minie, że wstrętne to stworzenie jednym krzykiem mogło sprowadzić na mnie całą setkę towarzyszy. I dopiero wówczas, gdy pterodaktyl znikł mi z oczu zupełnie, odważyłem się wyjść z ukrycia.
Noc była przedziwnie spokojna, jednak w miarę jak posuwałem się dalej, przyciszony, głuchy, lecz nieustanny szmer począł dobiegać moich uszu. Wzrastało to coraz bardziej z każdym moim krokiem, aż wreszcie rozlegało się zupełnie z bliska. Sprawiało to wrażenie wody, gotującej się w wielkim kotle; wkrótce odkryłem przyczynę tego szmeru; na środku łąki, przez którą właśnie przechodziłem, znajdowało się coś w rodzaju jeziorka, — lub raczej stawu, gdyż nie było większe od basenu fontanny na Trafalgar Square — napełnionego czarniawą, gęstą cieczą, z której wytryskiwały bomble rozpalonego gazu. Powietrze wokół było rozgrzane, a ziemia tak gorąca, że nie mogłem dotknąć jej gołą ręką. Widocznie siły wulkaniczne, które przed dziesiątkami wieków utworzyły to płaskowzgórze, działały jeszcze. Po drodze widziałem już poczerniałe kamienie skalne, stwardniałe odłamy lawy, wychylające się z pośród zieleni, ale ten asfaltowy kocioł był pierwszym śladem niewygasłych czynności jakiegoś wielkiego wulkanu.
Nie mogłem przyglądać mu się długo, gdyż czas naglił jeśli zrana miałem wrócić do obozu. Okropna ta wędrówka przez całe życie pozostanie mi w pamięci. Na pustych, zalanych światłem księżyca przestrzeniach, czołgałem się po ziemi w cieniu. Wśród dżungli posuwałem się ostrożnie, zatrzymując się z bijącem niespokojnie sercem ilekroć usłyszałem trzask gałęzi, łamanej jakgdyby łapą dzikiego zwierza. Niekiedy mijały przedemną, rozpływając się w cieniach wielkie, milczące, bezszelestne cienie. Ileż razy zatrzymywałem się, opanowany chęcią powrotu, a jednak duma zwyciężyła lęk i popychała mnie dalej, do raz zamierzonego celu.
Wreszcie (zegarek wskazywał pierwszą po północy) po przez drzewa zamigotała ku mnie ruchliwa toń wody, a w dziesięć minut później stałem wśród sitowia, nad wielkiem jeziorem.
Spragniony, położyłem się na brzegu i zaczerpnąwszy ręką wody, napiłem się jej chciwie; była świeża i chłodna. Szeroko wydeptana ścieżka świadczyła, że było to miejsce wodopoju dla okolicznych zwierząt. W pobliżu wznosił się wielki odłam lawy; wdrapawszy się nań, ułożyłem się na szczycie, skąd mogłem wybornie widzieć całą okolicę.
Pierwsza rzecz, którą dostrzegłem, wprawiła mnie w zdumienie; opisując to, co widziałem z wierzchołka drzewa, wspomniałem o szeregu ciemnych plam, które wydały im się otworami jaskiń. Otóż teraz, spoglądając na te same skały, ujrzałem ze wszystkich stron bladawe, ale wyraźne światełka, podobne do okrągłych okienek wielkiego parowca płynącego nocą. Przez chwilę sądziłem, że to odblask lawy jakiego płonącego wulkanu, ale przypuszczenie to było absurdem, gdyż wulkan wybucha na szczycie, a nie z pośród skał. Cóżby więc to być mogło? Te migotliwe światełka musiały być blaskiem ognia, płonącego wewnątrz jaskiń — ognia rozpalonego ręką człowieka. Zdumiewające, a jednak niezaprzeczone odkrycie. Ludzkie istoty żyły na tem płaskowzgórzu!
Moja wyprawa została uwieńczona nadzwyczajnym skutkiem. Nielada jaką nowinę mogliśmy zawieźć do Londynu!
Przez długi czas przyglądałem się tym jasnym krążkom światła; sądzę, że były o jakie dziesięć mil oddalone odemnie, a jednak nawet z tej odległości mogłem zauważyć ich migotanie, wzmaganie się ich blasku, lub jego przyćmiewanie, gdy cień jakiś przesuwał się przed niemi. Cobym dał za to, aby módz podpełznąć bliżej, zajrzeć do wnętrza jaskiń, i módz powiedzieć moim towarzyszom coś o wyglądzie i sposobie życia rasy, zamieszkującej ten dziwaczny kraj! Oczywiście nie mogłem o tem marzyć narazie, ale czułem, że niepodobna opuścić płaskowzgórza nie zbadawszy tej nowej zagadki.
Jezioro Gladys — moje jezioro — leżało przedemną, jak wielka tafla żywego srebra, w której drgały promienie księżyca. Wody jego były płytkie, gdyż w wielu miejscach wynurzały się z nich ławice piasku, Ruchoma powierzchnia, na której co chwila wysuwały się kręgi, zdradzała wrące w niej życie, niekiedy błysnęła przedemną srebrzysta łuska rybki, lub mignął ciemny grzbiet przesuwającego się głębiej potwora. Raz dojrzałem na piasczystej ławicy coś w rodzaju łabędzia, o ciężkiem ciele i długiej, giętkiej szyi; przez chwilkę ocierał się o piasek, poczem zanurzył się w wodę, i, ukazawszy nad jej powierzchnią swą smukłą szyję i okrągłą głowę, dał nurka i nie pokazał się więcej.
Ale wkrótce to, co się działo u moich stóp, odwróciło moją uwagę od zjawisk bardziej oddalonych. Dwa stworzenia, podobne do wielkich pancerników, przyszły do wodopoju, i przykucnąwszy na brzegu, poczęły pić, wyciągając długie, zwijające się jak wstążka, czerwone języki. Wspaniały jeleń, królewskiej postawy podszedł wraz z łanią i dwojgiem młodych i pił spokojnie obok pancerników. Na całym świecie niepodobna znaleźć takiego jak ten jelenia, gdyż łosie, jakie dotychczas widywałem, nie sięgnęłyby mu nawet do łopatki. Nagle, cudne to zwierzę chrapnęło ostrzegawczo i uciekło wraz ze swą rodziną, a pancerniki odbiegły śpiesznie, szukając schronienia.
Nowy przybysz ukazał się na ścieżce. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie już mogłem widzieć te potworne cielsko, o wygiętym, trójkątnymi kolcami najeżonym grzbiecie, i dziwnej ptasiej głowie, pochylonej ku ziemi. Aż nagle przypomniałem sobie; był to stegosaurus, zwierz wyrysowany przez Maple White’a, potwór, który przykuł uwagę Challengera! Oto stał przedemną — ten sam może, którego widział amerykański artysta. Ziemia drżała pod jego ciężarem, a gdy począł pić, bulgotanie rozlegało się głośno wśród ciszy. Przez jakie pięć minut stał tak blizko odemnie, że gdybym wyciągnął rękę, mógłbym dotknąć ohydnych kolców jego grzbietu. Wreszcie oddalił się ciężko i zniknął wśród skał.
Zegarek wskazywał wpół do trzeciej i czas mi już było zbierać się w powrotną drogę. Nie miałem żadnej trudności w jej odnalezieniu, gdyż idąc z obozu przez cały czas, trzymałem się lewego brzegu strumienia, który wypływał z jeziora o kilkanaście kroków odemnie. Ruszyłem więc w drogę w znakomitym humorze czując, że wyprawa powiodła mi się i że przyniosę z sobą ciekawe nowiny. Najważniejszą bezwątpienia była wiadomość o świetle w jaskiniach, co dawało pewność, że zamieszkuje je jakaś rasa troglodytów. Pozatem przekonałem się, że brzegi jeziora roją się od dziwnych stworzeń, których dotychczas jeszcześmy nie spotykali. Idąc, rozmyślałem, że niewielu ludzi na świecie mogłoby spędzić noc ciekawszą od mojej, i bogatszą w wiekopomne odkrycia.
Szłem tak pod górę, zajęty temi myślami, i zrobiłem już może połowę drogi, gdy uwagę moją zwrócił jakiś szmer. Było to coś pośredniego między chrapaniem a mruczeniem, odgłos cichy, lecz wyraźny i niewypowiedzianie groźny. Jakieś dziwne stworzenie znajdowało się widocznie w pobliżu, ale ponieważ nie mogłem go nigdzie dojrzeć, więc tylko przyspieszyłem kroku. Ubiegłem jeszcze jakie pół mili, gdy znów usłyszałem ten sam odgłos, ale o wiele groźniejszy. Serce zamarło we mnie na myśl, że to niewidzialne zwierze ściga mnie. Włosy zjeżyły mi się na głowie, a ciało pokryło się zimnym potem. Wzajemne rozszarpywanie się tych potworów było wynikiem zwykłej walki o byt, ale okropną wydała mi się myśl, że mogą rzucić się na współczesnego człowieka.
I znów stanęła mi przed oczyma straszna, umazana krwią paszcza, która jak widmo Dantejskiego piekła, wyjrzała ku mnie z za ramienia lorda Johna. Kolana drgały podemną, gdy odwróciwszy się spojrzałem poza siebie. Wszystko wydawało się uśpionem wśród cichej nocy, nie widziałem nic prócz ciemnych plam zarośli, na które padał srebrny blask księżyca. I nagle, wśród tego milczenia, rozległ się znów głuchy, niski pomruk, znacznie bliższy i głośniejszy niż poprzednio. Niepodobna było wątpić: jakieś zwierzę było na moim tropie i zbliżało się ku mnie bezustanku.
Stałem jak skamieniały, wpatrując się w przebytą przestrzeń. I nagle ujrzałem napastnika. Na oddalonym końcu polanki poruszyły się krzaki, jakiś cień oderwał się od nich i wyskoczył w jasny blask księżyca. Rozmyślnie używam słowa „wyskoczył“, gdyż olbrzymie to zwierzę poruszało się jak kangur: odpychając się od ziemi potężnemi tylnemi nogami opadało na przednie. Musiałobyć niezmiernie silne, a choć było tak wielkie jak stojący dęba słoń, jednak ruchy miało mimo to zadziwiająco zwinne.
W pierwszej chwili, gdym je ujrzał, miałem nadzieję, że to iguanodon, o którym wiedziałem, że jest nieszkodliwy, ale mimo mego nieuctwa, spostrzegłem wkrótce, że miałem przed sobą zupełnie odmienne zwierzę. Zamiast łagodnej sarniej głowy, żywiącego się liściem trzypalczastego zwierza, bestia ta miała płaską szeroką ropuchowatą paszczę, podobną do paszczy owego drapieżnika, który napastował nasz obóz w nocy. Groźny pomruk zwierzęcia, wytrwałość, z jaką mnie prześladował, przekonywały mnie, że był to krwiożerczy dinosaurus, jedno z najstraszniejszych zwierząt, jakie kiedykolwiek żyły na ziemi.
Olbrzymia ta poczwara posuwała się naprzód, opadając wciąż na przednie łapy i co jakiś czas opuszczając nos ku ziemi węszyła moje ślady. Nie kiedy gubiła je na chwilę, ale później znów opadała na trop i podskakując, zbliżała się szybko tą samą drogą, którą przeszedłem.
Nawet teraz, gdy myślę o tym strasznym potworze pot występuje mi na czoło. Co miałem począć? Bezużyteczna dubeltówka ciążyła mi na ramieniu. Czegóż się mogłem po niej spodziewać? Obejrzałem się rozpaczliwie wokół za skałą lub drzewem, ale znajdowałem się wśród gęstych zarośli, gdzie nie było nic wyższego nad młodą brzózkę; tropiący mnie zaś potwór wyrywał z korzeniem zwykłe drzewa, jak trzciny. Jedynym moim ratunkiem byłaby ucieczka, ale nie mogłem biec prędko po nierównym, kamienistym gruncie. Obejrzawszy się rozpaczliwie wokół, dostrzegłem szeroką, wybornie udeptaną ścieżkę, biegnącą tuż przedemną. W ciągu naszych wycieczek napotkaliśmy już niejeden taki szlak, udeptany widocznie przez stada zwierząt; ten mógł stać się deską ratunku dla mnie, gdyż byłem zawsze doskonałym szybkobiegaczem. Cisnąwszy więc bezużyteczną dubeltówkę, rzuciłem się do ucieczki i ubiegłem takie pół mili jakiej nie zrobiłem nigdy jeszcze dotychczas i jakiej nigdy już nie zrobię. Wszystkie członki mnie bolały, serce tłukło się w piersiach, tchu brakło w gardle, a jednak na myśl o tej okropnej poczwarze biegłem, biegłem i biegłem. Wreszcie zatrzymałem się wyczerpany zupełnie. Zdawało mi się przez chwilę, że zmyliłem czujność zwierza, gdyż ścieżka pozamną była pustą. Aż nagle przy akompanjamencie łamanych gałęzi i ciężkiego stąpania, groźny pomruk bestji rozległ się znowu. Była tuż za mną. Czułem się zgubiony.
Co za szaleństwem było zwlekać tak długo z ucieczką! Dopóki zwierzę kierowało się jedynie swoim węchem, ruchy jego były powolne, ale dojrzało mnie w chwili gdym zaczął uciekać i na ścieżce, którą biegłem, widziało mnie wyraźnie przed sobą. Teraz w olbrzymich podskokach posuwało się ku mnie, jego wielkie oczy, dwa szeregi zębów w półotwartej paszczy i groźne pazury na krótkich łapach błyszczały w świetle księżyca. Z okrzykiem śmiertelnego strachu rzuciłem się znów do ucieczki, chrapliwy pomruk zwierzęcia stawał się coraz głośniejszym, ciężkie jego skoki coraz to bliższe. Spodziewałem się, że lada chwila skoczy na mnie, aż nagle zabrakło mi gruntu pod nogami — czułem, że spadam w przestrzeń, w ciemność i straciłem przytomność.
Gdym się ocknął z omdlenia, — które nie mogło trwać długo — uderzył mnie przedewszystkiem ohydny, przenikliwy odór. Wyciągnąwszy przed siebie rękę natrafiłem na coś podobnego do wielkiego płata mięsa, drugą namacałem dużą kość. Zasypany gwiazdami skrawek nieba, jaki widziałem nad głową dowodził, iż leżę na dnie jakiejś głębokiej jamy. Powoli podniosłem się na nogi i obmacałem całe ciało. Byłem potłuczony i obolały od stóp do głów, ale czułem, że żadna kość nie jest złamana, żadne ścięgno nie nadwyrężone. Gdy przed zmęczonym moim umysłem stanęły znów wszystkie szczegóły mojego upadku, ze strachem podniosłem głowę, spodziewając się, że na tle jasnego nieba znów ujrzę paszczę potwora. Ale nie było już śladu po nim, ani nie doleciał odgłos jego pomruku. Zacząłem więc po omacku posuwać się przed siebie chcąc się przekonać co to za miejsce, w którem się znalazłem tak dla siebie szczęśliwie.
Była to, jak już wspomniałem, jama o prostopadłych ścianach, i równem dnem około dwudziestu stóp szerokości. Dno to było usiane kawałami mięsa, którego znaczna część znajdowała się w ostatniem stadjum rozkładu. Powietrze było obrzydliwe. Depcząc po tych szczątkach i potykając się o nie, uderzyłem nagle o coś twardego: był to słup wbity mocno w ziemię w samym środku jamy, a na tyle wysoki, że nie mogłem dosięgnąć ręką do jego szczytu; wydawał się posmarowany tłuszczem.
Nagle przypomniałem sobie, że mam w kieszeni pudełko woskowanych zapałek; zapaliwszy kolejno kilka z nich zdołałem rozejrzeć się dokładnie po całej jamie. Nie mogło być żadnej wątpliwości co do jej pochodzenia; była to pułapka, zbudowana ręką człowieka. Znajdujący się pośrodku słup, wysokości jakich dziewięciu stóp, pokrywała czarna i skrzepła krew zwierząt, które się nań wbiły. Kawały mięsa rozrzucone wokół były szczątkami tych ofiar, uprzątniętych najwidoczniej z pala, aby ustąpić miejsca następnymi. Przypomniałem sobie twierdzenie Challengera, że człowiek nie mógłby istnieć na tem płaskowzgórzu, gdyż środki obrony, jakiemiby rozporządzał, byłyby zbył słabe w porównaniu do sił rozkiełznanych wokół. Ale rzeczywistość wykazała, że jednak zdołał im się przeciwstawić. Wąskie otwory jaskini, niedostępne dla olbrzymich zwierząt, służyły jako schroniska dla krajowców, a ich bystry umysł pozwalał im urządzać takie oto, przykryte gałęziami pułapki na szlakach uczęszczanych przez zwierzęta, te wielkie zwierzęta, z któremi pod względem siły równać się nie mogli. Człowiek zawsze staje się panem.
Strome ściany pułapki nie były dla mnie zbyt trudne do przebycia, ale wahałem się długo, zanim odważyłem się wychylić z jamy i narazić na powtórne spotkanie z potworem, któremu wymknęłem się takim cudem. Skądżeż mogłem wiedzieć, czy nie czyha na mnie w najbliższych zaroślach? Ale nabrałem otuchy, przypomniawszy sobie rozmowę, jaką mieli kiedyś Challenger i Summerlee, a w toku której twierdzili obydwaj, że te olbrzymie przedhistoryczne zwierzęta były niemal zupełnie pozbawione mózgu, że małe ich czaszki nie zawierały miejsca na jakikolwiek odruch myślowy i że ich zniknięcie z powierzchni ziemi wynikło prawdopodobnie z ich własnej głupoty, wskutek której nie umiały się przystosować do zmienionych warunków bytu.
To też wgramoliłem się na ścianę jamy i rozejrzałem się wokoło.
Gwiazdy już bladły, niebo bielało, a lekki wiatr poranny owionął mi twarz. Nie widziałem nigdzie mego napastnika, ani też nie mogłem dosłyszeć jego pomruku. Wdrapałem się więc jeszcze nieco wyżej i usiadłem na brzegu jamy, gotów skryć się w niej z powrotem na widok najmniejszego niebezpieczeństwa. Wreszcie uspokojony zupełną ciszą, panującą wokoło i coraz jaśniejszem światłem poranka, ruszyłem po ścieżce, którą tu przybyłem.
Po pewnym czasie znalazłem porzucona strzelbę, a nieco dalej ujrzałem strumień, służący mi za przewodnika. I tak spoglądając nieraz trwożnie poza siebie, skierowałem się w stronę obozu.
Nagle zaszło coś, co przypomniało mi nieobecnych towarzyszy; w spokojnem, jasnem powietrzu poranka rozległ się wystrzał. Zatrzymałem się w oczekiwaniu, ale znów zapadła cisza: przez chwilę zaniepokoiła mnie myśl, że jakieś nagłe niebezpieczeństwo grozi moim towarzyszom, ale później wpadłem na daleko prawdopodobniejsze przypuszczenie, iż, zauważywszy, po przebudzeniu się, moją nieobecność, i sądząc, że zabłąkałem się wśród lasów, dali ten wystrzał ku mojej orjentacji. Postanowiliśmy coprawda nie strzelać, ale, na myśl o grożącem mi niebezpieczeństwie, nie wahali się odstąpić od tego prawidła. Przyśpieszyłem kroku, aby jaknajprędzej uspokoić ich obawy.
Byłem jednak zmęczony i potłuczony i nie mogłem iść tak szybko, jakbym tego pragnął; wreszcie jednak przybyłem do znanych miejsc. Na lewo miałem trzęsawisko pterodaktylów, a przed sobą polankę iguanodonów; oto już mijam ostatnie drzewa, przesłaniające mi port Challengera. Zacząłem wesoło nawoływać towarzyszy, ale nikt mi nie odpowiadał. Cisza ta przeraziła mnie... przyśpieszyłem kroku. Obóz leżał przedemną nietknięty, taki jakim go porzuciłem, ale brama jego była otwarta. Wpadłem do środka i w bladem świetle świtu ujrzałem straszny widok: rzeczy nasze leżały w nieładzie na ziemi, towarzysze moi zniknęli, a obok tlących resztek ogniska widniała wielka kałuża krwi.
Byłem tak wstrząśnięty tym widokiem, iż na chwilę straciłem zmysły; jak przez sen przypominam sobie, żem biegał wokół pustego obozowiska, wzywając moich towarzyszy. Żaden głos mi nie odpowiadał z ciemnej gęstwiny. Myśl, że nie zobaczę ich nigdy więcej, że pozostanę osamotniony w tem potwornem miejscu i nie mając możności powrotu do świata, będę musiał tu żyć i umrzeć, doprowadzała mnie do szaleństwa. Nie mając ich wokół siebie, czułem się jak dziecko porzucone w ciemnościach. Nie wiedziałem ani co począć, ani dokąd się zwrócić.
Gdy jednak minęła pierwsza faza oszołomienia, poczęłem się zastanawiać nad tem, co mogło się przytrafić moim towarzyszom. Z bezładu, w jakim zastałem obóz, wywnioskowałem, że miał tu miejsce jakiś napad i prawdopodobnie o tej porze, o której rozległ się słyszany przeze mnie wystrzał. To, że strzał ten był jedynym, dowodził, iż walka trwała zaledwie krótką chwilę. Strzelby leżały na trawie, a w jednej z nich — należącej do lorda Johna — brakowało naboju. Pledy Challengera i Summerlee, rzucone tuż obok ogniska, nasuwały przypuszczenie, iż obadwaj profesorowie spali w chwili napadu. Skrzynki, zawierające naboje i zapasy żywności, leżały porozrzucane w nieładzie wraz z naszemi nieszczęsnemi aparatami fotograficznemi i pudełkami klisz, ale niczego nie brakowało. Jednak, wszystka żywność, którąś wydobyli z puszek — a pamiętam, że wydobyliśmy jej sporo — znikła. A więc prawdopodobnie sprawcami napadu były zwierzęta, a nie krajowcy, gdyż ci zabraliby wszystko ze sobą.
Jeżeli jednak były to zwierzęta — lub jedno tylko groźne zwierzę — to cóż się stało z mymi towarzyszami? Drapieżne bestje byłyby ich rozdarły na kawałki, zostawiając ich szczątki; coprawda wielka kałuża krwi świadczyła o walce, a potwór taki, jaki tropił mnie tej samej nocy, mógłby unieść swą ofiarę z taką łatwością, z jaką kot unosi mysz.
Wówczas pozostali byliby się napewno rzucili z pomocą, ale nie omieszkaliby zabrać swych strzelb.
Im dłużej wysilałem nad tą zagadką mój zmęczony i podniecony umysł, tem mniej ją rozumiałem; przeszukałem cały las w pobliżu, nie wpadłszy na żaden ślad zaginionych.
Nagle błysnęła mi pewna myśl pocieszająca; nie byłem zupełnie samotny, u podnóża skał, gotów na każde zawołanie, czuwał wierny Zambo. Udałem się na brzeg przepaści i spojrzałem w równinę; murzyn, owinięty w pledy, siedział przed ogniem swego maleńkiego obozowiska. Ale, ku memu zdumieniu, ujrzałem, że nie był sam. Serce zabiło mi radośnie, gdyż myślałem przez chwilę, iż to któryś z moich towarzyszy przedostał się szczęśliwie na dół. Ale wschodzące słońce oświetliło czerwoną skórę siedzącego. Człowiek ten był indjaninem.
Zacząłem wołać i powiewać rękawiczką; Zambo spojrzał w moją stronę, dał mi znak ręką i po chwili począł się wspinać na skałę. Niebawem stał już niedaleko odemnie i słuchał z przerażeniem opowieści o tem, co zaszło.
— Toi djabeł ich wziąć, massa Malone — rzekł wreszcie — to kraj djabła, i on wziąć i pana. Słuchać mej rady, massa Malone, i zejść zaraz tutaj, albo djabeł wziąć i pana.
— Ale jak ja zejdę, mój Zambo?
— Po ljanach, Massa Malone. Pan przerzucić tu ljany, a ja je umocować i będzie most.
— Jużeśmy myśleli o tem. Ale niema tu ljan tak mocnych, aby mogły wytrzymać ciężar mężczyzny.
— To trzeba posłać po sznury, Massa Malone.
— Ale kogo posłać i dokąd?
— Do wioski indyjskiej. Tam dużo sznurów. Indjanin na dole. Jego posłać.
— Cóż to za jeden?
— Jeden z naszych indjan. Drugi go wybić i zabrać zapłata. Więc on wrócić i teraz wziąć list, przynieść sznur — wszystko.
List! Czemu nie? Widziałem w nim nietylko nadzieję pomocy, lecz przedewszystkiem możność powiadomienia świata o naszem odkryciu. W ten sposób będę miał przynajmniej tę pociechę, że śmierć nasza nie była daremną.
Dwa listy miałem już gotowe, w ciągu dnia mógłbym napisać trzeci, zawierający kompletne sprawozdanie naszych przygód, aż do ostatniej chwili. Wszystkie te listy postanowiłem powierzyć indjaninowi, i w tym celu kazałem Zambo, aby powrócił przed wieczorem. Cały ten samotny i smutny dzień spędziłem na opisywaniu zdarzeń ubiegłej nocy; prócz tego skreśliłem notatkę, przeznaczoną dla pierwszego białego człowieka, którego indjanin napotka, a błagającą o nadesłanie sznurów, mogących uratować nam życie.
Wszystkie te papiery rzucę dziś wieczorem Zambo wraz z ostatkiem moich pieniędzy. Mam trzy sovereny i przeznaczam je dla indjanina, obiecując mu drugie tyle, jeśli przyniesie sznury.

W ten więc sposób list mój dojdzie rąk pańskich, panie Mc Ardle. Nie zdziwi się pan wcale, nieprawdaż? jeśli będzie on ostatnią wiadomością od pańskiego nieszczęsnego korespondenta. Czuję się narazie zbyt zmęczonym i zgnębionym, aby układać jakie plany; jutro może wymyślę jaki sposób, któryby mi pozwolił szukać mych biednych towarzyszy, nie zrywając zarazem łączności z obozem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: Anonimowy.