Świat zaginiony/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Świat zaginiony
Podtytuł Tom II
Wydawca Skład główny w Stowarzyszeniu Pracowników Księgarskich, sp. z o.o.
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz A. Spero
Tytuł orygin. The Lost World
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.
„I ja byłem raz bohaterem“.

Lord Roxton miał rację, przypuszczając, że ukąszenie ohydnych pterodaktylów mogło być jadowite; na drugi bowiem dzień po naszej przygodzie Summerlee i ja dostaliśmy silniej gorączki i bóli, a kolano Challengera tak spuchło, że ledwie mógł stąpać. Z tego powodu pozostaliśmy przez cały dzień w obozie, a lord John zajął się wzmocnieniem jego ścian, które były naszą jedyną obroną. My zaś pomagaliśmy mu w tej robocie, na ile nam sił starczyło.
Przypominam sobie, że w ciągu tego całego długiego dnia doznawałem wciąż przykrego uczucia, że ktoś obserwuje nas zbliska, choć kto to jest i skąd to czyni nie umiałbym określić. Wrażenie to było tak żywem, że zwierzyłem się zeń profesorowi Challengerowi, który położył je na karb mej gorączki.
Raz po raz oglądałem się wokół, przekonany, że spotkam czyjeś spojrzenie, ale wzrok mój padał niezmiennie na ciemną głąb lasów. Temniemniej z biegiem dnia uczucie, że jestem śledzony przez jakąś złośliwa, podstępną istotę wzrastało we mnie coraz silniej. Przypomniałem sobie indyjski przesąd o Curupuri — strasznym duchu puszczy — i zrozumiałem, jaką męką musiał być dla tych, którzy zgwałcili jego najskrytszy przybytek, strach przed jego obecnością.
Tej nocy, a była to trzecia na Ziemi Maple White’a, spotkała nas znów przygoda, która wywarła na nas przygnębiające wrażenie i przekonała nas jak rozsądnie postąpił lord Roxton wzmacniając mury naszego obozu. Spaliśmy wszyscy wokół dogasającego ognia, gdy zbudziły nas, lub raczej wyrwały ze snu, najprzeraźliwsze ryki i piski, jakie można sobie wyobrazić. Nie znam odgłosu do którego mógłbym porównać ten zdumiewający hałas, który zdawał się dobiegać z odległości nie większej niż kilkaset kroków od naszego obozu. Był to jakby rozdzierający uszy gwizd lokomotywy, ale nie mechaniczny i ostry, a natomiast nieporównanie głębszy, wibrujący przerażeniem i bólem. Zasłoniliśmy dłońmi uszy, aby nie słyszeć tego wstrząsającego nerwy wołania. Czułem, że całe moje czoło pokrywa się zimnym potem i że serce zamiera mi z żalu i strachu. Cała męka, cała trwoga torturowanej istoty wyrażała się w tym przejmującym, rozpaczliwym głosie, któremu towarzyszył inny; coś jakby przerywane, niskie, gardłowe chychotanie, — groteskowy, a zarazem potworny akompanjament dominującego nad nim bólu. Przez trzy czy cztery minuty trwał ten przerażający duet; spłoszone ptaki zrywając się z drzew szeleściły jego listowiem. Aż wszystko zamilkło tak nagle, jak się zaczęło.
Przez długą chwilę siedzieliśmy w pełnem grozy milczeniu; wreszcie lord Roxton dorzucił parę szczap do ognia, który, zapłonąwszy czerwonawym blaskiem, oświetlił zmęczone twarze moich towarzyszy i zamigotał wśród gałęzi drzew.
— Co to było? — wyszeptałem.
— Dowiemy się zrana — odparł lord John — musiało się to dziać w pobliżu, nie dalej jak na przełęczy.
— Dostąpiliśmy zaszczytu asystowania przy przedhistorycznej tragedji, odgrywającej się wśród sitowia, na brzegu Jurajskiej laguny, gdzie mocniejszy zwierz, dławił słabszego w mule błotnym — odezwał się Challenger tak uroczyście, jak nigdy dotychczas — wielkie to szczęście dla człowieka, że zjawił się jak ostatnie ogniwo w łańcuchu stworzeń. W odległych bowiem wiekach panowały siły, których nie byłby zdołał przemóc ani odwagą ani bronią. Czemże są jego maczugi, łuki, strzały wobec takiej potęgi, jaka rozpętała się dzisiejszej nocy? Nawet dzisiejsza fuzja byłoby igraszką wobec takiego potwora.
— Myślę jednak, że można nieco liczyć na mego przyjaciela — rzekł lord John, głaszcząc swoją fuzję.
Summerlee podniósł rękę.
— Pst! — szepnął — coś się zbliża.
W głębokiej ciszy rozległ się nagle równy, powolny szmer. Było to stąpanie zwierzęcia — odgłos ciężkich, miękkich łap, stawianych ostrożnie na ziemi. Kroki okrążyły zwolna nasz obóz, aż wreszcie zatrzymały się u wejścia. Słychać było cichy, opadający i unoszący się, nieco chrapliwy, oddech zwierzęcia.
Jedynie wątła zagroda dzieliła nas od tej strasznej zjawy nocnej, każden z nas pochwycił za broń, a lord John usunąwszy niewielki pęczek cierni, zrobił wyłom w murze.
— Na honor — szepnął — widzę go!
Poprzez jego ramię spojrzałem w otwór. Tak i ja dojrzałem napastnika. W głębokim cieniu drzew majaczyła jakaś masa jeszcze ciemniejsza, niewyraźna, — jakiś kształt przyczajony, dziki, groźny. Nie większy był od konia, ale rozrosły i potężny. Oddech jego, regularny, pełny jak sapanie maszyny, mówił o potwornej sile organizmu. Raz, gdy się poruszył, zdawało mi się, iż dostrzegam dwoje zielonawych, błyszczących oczu. Wreszcie usłyszeliśmy szmer, jakgdyby zwierzę zwolna podpełzało naprzód.
— Zdaje mi się, że gotuje się do skoku — rzekłem, podnosząc fuzję.
— Nie strzelać, nie strzelać — szepnął lord John — echo wystrzału w tej ciszy nocnej rozejdzie się na milę wokoło. Zachowajmy to na najgorszy wypadek.
— Jeżeli zwierzę przeskoczy żywopłot, będziemy zgubieni! — szepnął Summerlee, a głos jego załamał się w nerwowym śmiechu.
— Nie, nie przeskoczy — zawołał lord John — ale do ostatniej chwili wstrzymajcie się ze strzałem. Może mi się uda wybrnąć z sytuacji. W każdym razie spróbuję.
Nie sądziłem nigdy, aby człowiek mógł zdobyć się na czyn tak odważny. Lord Roxton zbliżył się do ogniska, porwał płonącą głownię i błyskawicznie wysunął się przez otwór, znajdujący się przy wejściu. Zwierzę cofnęło się z okropnem chrapnięciem, ale lord John, nie wahając się ani chwili, podbiegł ku niemu i zwinnym, pewnym siebie ruchem cisnął mu głownię między oczy.
Przez jedną chwilę mignęło przedemną coś jakby łeb olbrzymiej ropuchy, o lepkiej, pokrytej wrzodami skórze i szerokiej paszczy, umazanej świeżą krwią. Poczem rozległ się trzask łamanych gałęzi i straszny gość zniknął.
— Byłem pewien, że ulęknie się ognia — zaśmiał się lord John, gdy wróciwszy ku nam cisnął głownię w ognisko.
— Jak pan mógł narażać się na takie niebezpieczeństwo! — zawołaliśmy jednocześnie.
— Nie było innej rady. Strzelając do zwierzęcia, gdyby się tu dostało, bylibyśmy się wzajemnie pozabijali w ciemnościach. A gdybyśmy się starali dosięgnąć je z poza ogrodzenia, bylibyśmy je jedynie zranili i rozwścieczyli jeszcze więcej. W gruncie rzeczy uważam, żeśmy bardzo szczęśliwie wydobyli się z tego niebezpieczeństwa. Jakże się zowie ta istotka?
Nasi uczeni spojrzeli na siebie z pewnem wahaniem.
— Co do mnie — rzekł Summerlee, zapalając fajeczkę u ogniska — przyznaję, że nie potrafiłbym nazwać tego zwierzęcia.
— Przyznaniem tym daje pan dowód wielkiego naukowego taktu — zauważył Challenger z dobrotliwem pobłażaniem — nawet ja sam nie potrafię powiedzieć nic nad to, że dzisiejszej nocy mieliśmy do czynienia z jakąś odmianą mięsożernego „dinosaura“. Wyrażałem już poprzednio zdanie, że zwierzęta tego gatunku istnieją prawdopodobnie na tem płaskowzgórzu.
— Niech pan jednak pamięta — odparł Summerlee — że istnieje wiele odmian przedhistorycznych zwierząt, które wyginęły zupełnie bez śladu. Przedwczesnem też byłoby przypuszczać, że potrafimy określić każde, jakie napotkamy tutaj.
— Oczywiście. Musimy się pogodzić z bardzo ogólnikową klasyfikacją. Ale być może, że rano natrafimy na jakiś ślad, który nam umożliwi rozpoznanie zwierzęcia; na razie udajmy się znów na przerwany spoczynek.
— Ale nie bez warty — rzekł stanowczo lord John — nie można zdawać się na łaskę losu w podobnym kraju. Od chwili obecnej będziemy wartowali kolejno po dwie godziny.
— W takim razie ja zaczynam kolejkę, co mi pozwoli dopalić fajeczkę — odezwał się Summerlee.
Istotnie od tej chwili nie zasypialiśmy nigdy bez straży.
Następnego ranka odkryliśmy z łatwością przyczynę tego strasznego, nocnego tumultu. Przełęcz iguanodonów była sceną okropnej rzeźni. Trawa pokryta była wokół kałużami krwi i usiana wielkimi strzępami mięsa, co kazało nam początkowo przypuszczać, że większa ilość zwierząt została tu zmasakrowaną, ale przyjrzawszy się baczniej szczątkom doszliśmy do przekonania, że ofiarą padł jeden z tych niepomiernych potworów, który został rozszarpany dosłownie na kawałki, przez napastnika, może nie większego od siebie, ale znacznie okrutniejszego.
Profesorowie zapuścili się w skomplikowaną dysputę, oglądając kolejno strzępy mięsa, z których każdy nosił ślady potężnych kłów i pazurów.
— Musimy się powstrzymać jeszcze z wydaniem sądu — zaopinjował Challenger, trzymając na kolanach wielki kawał białawego mięsa — pewne poszlaki wskazują, iż napastnikiem był tygrys o szablowych zębach, jeden z takich, których szczątki do dziś znaleść można w wykopaliskach naszych jaskiń, ale zwierzę widziane przez nas w nocy było stanowczo większe i miało raczej cechy płaza. Osobiście skłaniam się do myśli, że był to aliosaurus.
— Albo megalosaurus — wtrącił Summerlee.
— Tak jest. Wogóle którykolwiek z większych dinosaurów. Wśród nich to znajdują się najpotworniejsze gatunki zwierząt, jakie kiedykolwiek były plagą ziemi, a rozkoszą muzeów — i przy tych słowach zaśmiał się głośno ze swego konceptu, bo choć nie jest obdarzony zbyt subtelnym dowcipem, jednak własne żarty pobudzają go do najserdeczniejszej wesołości.
— Im mniej hałasu, tem lepiej — zgromił go krótko lord John — nie wiemy kto, czy co, może znajdować się w pobliżu. Jeśli ten miły jegomość powróci i spożyje nas na śniadanie, nie będziemy mieli zbytniego powodu do śmiechu. Ale co to za znak na skórze iguanodona?
Na chropowatej, ciemnej skórze widniała nad łopatką dziwna, czarna plama, jakgdyby z asfaltu. Żaden z nas nie umiał wytłomaczyć jej pochodzenia, a Summerlee twierdził, że zauważył coś podobnego na skórze młodych iguanodonów. Challenger nie przemówił ani słowa, ale jego nadąsana i napuszona mina dawała wyraźnie do poznania, że, gdyby tylko zechciał, potrafiłby rozwiązać absorbująca nas zagadkę. Wreszcie lord John zasięgnął jego zdania.
— Jeżeli Wasza Lordowska Mość pozwoli mi otworzyć usta z największą przyjemnością wypowiem swoje zdanie — rzekł wówczas Challenger z przesadnym sarkazmem — nie jestem przyzwyczajony, aby upominano mnie w sposób, który zdaje się być właściwym jego lordowskiej Mości. Przytem nie wiedziałem, że należy pytać o pozwolenie, zanim człowiek się uśmiechnie z niewinnego żartu.
Dopiero solenne przeprosiny zdołały ułagodzić naszego drażliwego przyjaciela. Po tem zadośćuczynieniu rozsiadł się na pniu zwalonego drzewa i, tak jak to było jego zwyczajem, zwrócił się do nas z wykładem, niby do swych uczniów.
— Co się tyczy owej plamy — zaczął — to podzielam zdanie mego przyjaciela i kolegi profesora Summerlee, iż jest ona pochodzenia asfaltowego. Zważywszy, iż to płaskowzgórze odznacza się charakterem wybitnie wulkanicznym, i że asfalt jest substancją pozostającą w związku z siłami plutonicznemi — nie wątpię, iż istnieje on w stanie płynnym i że te zwierzęta mogą się z nim stykać. Ale problematem nierównie ważniejszym jest rodzaj tego mięsożernego potwora, którego ślady znajdujemy na tej tu przełęczy. Wiemy już, iż płaskowzgórze to nie jest większe od przeciętnego angielskiego hrabstwa; na tej to ciasnej przestrzeni żyje od niezliczonych lat pewna ilość zwierząt przeważnie wymarłych w pozostałej części świata. Oczywiście jasnem jest, że w ciągu tak długiego okresu czasu zwierzęta drapieżne, mnożąc się bezustannie, powinny były wyczerpać cały zapas pożywienia, i musiałyby albo zmienić sposób odżywiania, albo wyginąć z głodu. Jednakowoż tak nie jest. Wskutek tego musimy dojść do wniosku, że jakieś przyczyny, ograniczające mnożenie się drapieżnych zwierząt, utrzymują równowagę przyrody. Odkrycie tych przyczyn jest jednem z najciekawszych zadań, jakie nas tu oczekują. To też mam nadzieję, że w przyszłości zdarzy nam się jeszcze okazja do bliższego zapoznania z drapieżnym dinosaurem.
— A ja mam nadzieję, że ta okazja się nie zdarzy — wtrąciłem.
Profesor rzucił mi z pod krzaczastych brwi takie spojrzenie, jakiem się karci uczniaka za niestosowne odezwanie.
— Może profesor Summerlee ma jaką uwagę do zrobienia — rzekł i obydwaj uczeni zagłębili się w skomplikowaną rozprawę, czy doniosłe owe przyczyny należy przypisać warunkom niesprzyjającym rozmnażaniu się wielkich zwierząt, czy też zmniejszeniu się ilości mniejszych, które im mogły służyć za pożywienie.
Tego dnia zbadaliśmy okolice, leżące na zachód od strumienia, omijając starannie bagno pterodaktylów. Napotkaliśmy na gęste lasy, których obfite poszycie utrudniało niepomiernie nasz marsz.
Dotychczas opisywałem wyłącznie złe strony Ziemi Maple White’a, ale posiada też ona i wiele uroku, gdyż cały ten poranek spędziliśmy wśród ślicznych kwiatów, przeważnie białych lub żółtych, które to kolory, jak nas objaśnili profesorowie, są prymitywnemi barwami kwiatów. Miejscami pokrywały one ziemię kobiercem, w którym zapadaliśmy się po kostki, a którego zapach był odurzający. Zwykłe pszczoły uwijały się wokół nas. Wiele drzew, pod którymiśmy przechodzili, obwieszone były owocami; niektóre gatunki były nam znane, inne znów zupełnie nowe. Zrywając te, które były napoczęte przez ptaki, co nas zapewniało, że nie były trujące, powiększaliśmy nasze zapasy o nowy przysmak.
Wśród puszczy zauważyliśmy wiele szlaków, wydeptanych przez zwierzęta, a w okolicach błotnistych masę dziwacznych śladów, a między nimi i ślady iguanodona. Raz spostrzegliśmy kilka tych olbrzymich stworzeń, pasących się w zaroślach; lord John dojrzał przez lornetę, że i te miały znak asfaltowy, ale w innym miejscu, niż ten, który nas tak zastanowił zrana. Nie mogliśmy pojąć, co oznacza ten fenomen.
Napotkaliśmy także wiele mniejszych stworzeń, jak jeżozwierze, mrówkojady, pokryte łuską, i dzikie świnie, pstrokate z długimi, zakrzywionymi kłami. Raz, między rzadszymi nieco w tymi miejscu drzewami, ujrzeliśmy zielony stok jakiejś góry, na tle której przemknęło spore, brunatne zwierzę. Mignęło zbyt szybko, abyśmy mogli je rozróżnić, ale jeśli był to jeleń, jak twierdził lord John, to musiał być tak ogromny, jak te potworne irlandzkie łosie, których szczątki uczeni wykopują niekiedy z bagnisk mojej ojczyzny.
Od czasu owej tajemniczej wizyty w naszym obozie, zastawaliśmy go zawsze, za powrotem z wycieczki, w jakimś nieładzie. Tym razem jednak nic w nim nie ruszono.
Tegoż wieczora odbyliśmy walną naradę nad naszym położeniem i najbliższymi projektami: naradę tę chcę obszernie opisać, gdyż wynikiem jej było takie zapoznanie się z Ziemią Maple White’a, jakiego by nam nie dało długie jej badanie.
Summerlee wszczął rozmowę; przez cały dzień był w kłótliwym nastroju, aż wreszcie niewinna wzmianka lorda Johna o planach na dzień jutrzejszy, wywołała wybuch goryczy.
— To cośmy powinni robić jutro i pojutrze i codziennie — rzekł — to szukać sposobu wydobycia się z tej pułapki w jakąśmy wpadli. Wszyscy wysilacie się nad tem, jak dotrzeć w głąb tego kraju, a ja uważam, żeśmy powinni za wszelka cenę zeń się wydobyć.
— Doprawdy dziwię się — zauważył Challenger, majestatycznie głaszcząc brodę — dziwię, iż człowiek nauki może żywić tak niskie uczucie. Znajdujemy się w kraju, który może zaspokoić ambicje i ciekawość prawdziwego przyrodnika, jak żaden inny, od samego stworzenia świata! A pan chce go porzucić, nie zbadawszy go nawet powierzchownie! Doprawdy, panie profesorze, nie tego spodziewałem się po panu.
— Muszę panu przypomnieć — zauważył Summerlee kwaśno — iż zostawiłem w Londynie liczne grono słuchaczy, na łasce bardzo niedostatecznego zastępcy. I w tem właśnie różni się nasza wzajemna sytuacja, mój drogi profesorze, gdyż o ile mię pamięć nie myli, nie powierzono panu nigdy jeszcze odpowiedzialnej pracy wychowawczej.
— Rzeczywiście — odciął Challenger — uważałem za świętokradztwo rozpraszanie, w podobnem zajęciu, umysłu, zdolnego do głębszych badań. Dlatego wymawiałem się stale od wszelkiej belferki.
— Kiedyż to, naprzykład? — drwiąco zapytał Summerlee, ale lord Roxton pośpieszył zmienić temat rozmowy.
— Muszę się przyznać — rzekł — iż powrót do Londynu przed dokładniejszem zbadaniem tego kraju, uważałbym za nader smutną ostateczność.
— Co do mnie — zawołałem — nie ośmieliłbym się nigdy spojrzeć w oczy starego Mc Ardle’a (wybaczy pan, nieprawdaż, drogi redaktorze, tę szczerość mojego listu), ani nawet ukazać się w redakcji po takim postępku. Mac Ardle nie darowałby mi nigdy zmarnowania podobnej okazji, podobnych tematów do artykułu. Pozatem wydaje mi się że cała ta dyskusja jest bezcelową, gdyż nie możemy się stąd wydostać, nawet gdybyśmy chcieli.
— Młody nasz przyjaciel wynagradza pewną dozą zdrowego rozsądku liczne swoje umysłowe braki — zauważył Challenger — oczywiście sprawy związane z jego opłakanym zawodem nic nas nie obchodzą, ale, ponieważ, jak to słusznie zauważył, nie możemy się stąd wydostać, więc wszelkie dyskutowanie w tej sprawie jest tylko marnowaniem energji.
— Marnowaniem energji jest myślenie o czemkolwiek poza tem właśnie — zamruczał Summerlee z poza dymów swej fajki — pozwolę sobie przypomnieć panom, iż przybyliśmy tu w ściśle określonej misji, jaką nam powierzono na zebraniu w Instytucie Zoologicznymi w Londynie. Celem tej misji było przekonanie się o prawdzie twierdzeń profesora Challengera, które to twierdzenia, jak muszę przyznać, możemy dziś śmiało poprzeć. W ten więc sposób misję naszą doprowadziliśmy do pomyślnego rezultatu, zbadanie zaś tego płaskowzgórza jest zadaniem, któremu mogłaby sprostać jedynie duża, specjalnie wyekwipowana wyprawa. My, gdybyśmysię do tego zabrali, to nietylko nie dokonalibyśmy niczego, ale poprostu żaden z nas nie wyszedłby stąd z życiem. Profesor Challenger wynalazł sposób dostania się tutaj; mam wrażenie, że możemy polegać na jego pomysłowości i wówczas, gdy chodzi o wydostanie się stąd.
Przyznaję, że ten punkt widzenia wydał mi się bardzo rozsądnym. Nawet Challengerowi trafiła do przekonania uwaga, że nie zdoła zwyciężyć swych wrogów o ile dowody jego twierdzeń nie dojdą do wiadomości ogółu.
— Sprawa wydostania się stąd — rzekł — jest na pierwszy rzut oka beznadziejną, tem niemniej wierzę, że zdołam jej podołać. Zgadzam się również z moim kolegą, że dłuższy pobyt na Ziemi Maple White’a nie jest na razie wskazanym, i że niebawem powinni będziemy myśleć o powrocie, ale zgodzę się opuścić płaskowzgórze dopiero po takiem, choćby powierzchownem zbadaniu, które by mi pozwoliło sporządzić jego mapę.
Summerlee nie mógł powstrzymać gestu zniecierpliwienia.
— Spędziliśmy tu dwa długie dni — odparł — i teleż wiemy o topografji kraju co i w chwili przybycia. Widocznem jest, że płaskowzgórze porastają gęste lasy, których przebycie wymagałoby miesięcy. Gdybyż jeszcze gdzieś w centrum wznosiła się wyżyna... ale przecież o ile możemy dotychczas sądzić, poziom gruntu zniża się do środka; to też im dalej się posuwamy, tem mniej jest prawdopodobieństwa, abyśmy mogli natrafić na ogólny widok płaskowzgórza.
W tej to chwili nagły pomysł zrodził się w mojej głowie. Spojrzenie moje padło na olbrzymi pień drzewa gingko, którego gałęzie zwieszały się nad nami. Skoro było ono o tyle grubsze od innych drzew, to prawdopodobnie musiało być i o wiele wyższem, a jeżeli brzegi płaskowzgórza były zarazem najwynioślejszymi punktami, to czemuż drzewo to nie miałoby odegrać roli strażnicy, wznoszącej się nad całym krajem? Dzieckiem, w Irlandji, wspinałem się śmiało i zręcznie na najwyższe drzewa, towarzysze moi celowali we wdzieraniu się na skały, ale wiedziałem, że mi nie dorównają tam, gdzie chodziło o drzewo. Nie wątpiłem ani chwili że jeśli uda mi się zaczepić nogi o najniższe konary, potrafię się dostać aż na szczyt drzewa. Towarzysze moi zachwyceni byli tą myślą.
— Młody nasz przyjaciel — rzekł Challenger wydymając czerwone jak jabłka policzki — zdolny jest do takich akrobatycznych ćwiczeń, na jakie nie potrafiłby się zdobyć człowiek cięższej, choć bardziej imponującej budowy. Pochwalam jego propozycję.
— Na honor, chłopcze, — zawołał lord John, uderzając mnie po ramieniu — trafił pan w sedno! Nie mogę zrozumieć, czemuśmy wcześniej nie wpadli na ten pomysł. Pozostaje już tylko godzina dnia, ale wziąwszy z sobą notatnik, będzie pan jeszcze mógł naszkicować pobieżnie mapę. A teraz postawmy jedną na drugiej te trzy skrzynki z amunicją i wwindujmy pana na nie.
Wdrapaliśmy się na skrzynie; poczem obróciłem się twarzą do pnia, a lord John starał się unieść mnie w górę, gdy nagle Challenger podskoczył i tak mnie podrzucił swą olbrzymią łapą, że niemal wpadłem miedzy konary. Objąwszy ramieniami gałąź, podniosłem się powoli w górę, aż wreszcie wydźwignąłem całe ciało i objąłem kolanami pień. Nad sobą miałem trzy wspaniałe gałęzie, stanowiące jakby trzy szczeble drabiny, a nad nimi cały gąszcz zieloności, w który pogrążyłem się tak prędko, że ziemia zniknęła mi z oczu, zakryta morzem listowia. Od czasu do czasu natrafiłem na jakąś przeszkodę, raz musiałem się przedzierać na przestrzeni 8 czy 10 stóp przez łodygi jakiegoś pnącza, ale naogół wspinałem się żwawo i grzmiący głos Challengera dochodził mnie już z oddali.
Drzewo było jednak olbrzymie i spoglądając w górę, nie dostrzegałem wcale, aby gałęzie jego się przerzedzały. Wśród konarów napotkałem jakiś zwój pasożytniczy rośliny, gęstej jak zarośle, i chcąc się przekonać, coby to być mogło wsunąłem między nie głowę, i — o mało nie spadłem pod wrażeniem tego, com zobaczył.
Jakaś twarz, oddalona o stopę lub dwie od mojej, patrzyła wprost na mnie. Stworzenie, do którego należała, zaczaiło się w krzakach i wyjrzało z nich właśnie w tej chwili, gdy ja w nie zajrzałem; była to twarz ludzka, lub raczej ze wszystkich dotychczas widzianych twarzy małpich — najbardziej do ludzkiej podobna. Była podłużna, płowa, o płaskim nosie, wystającej dolnej szczęce, pokryta brodawkami, i okolona gęstymi włosem. Oczy, ukryte pod krzaczastemi brwiami miały wyraz dziki i drapieżny, a pół otwarte wargi, otwierając się w groźnem chrapnięciu, ukazały ostre, skrzywione, jakby psie zęby.
Przez jedno mgnienie oka wyczytałem w tem złem spojrzeniu groźbę i nienawiść, — które ustąpiły miejsca wyrazowi niewypowiedzianej trwogi. Potem rozległ się trzask łamanych gałęzi i stworzenie zniknęło wśród gęstego listowia, mignąwszy w potoku obrywanych po drodze liści, włochatem cielskiem, podobnem do ciała rudawej świni.
— Co się stało? — krzyknął z dołu lord Roxton — czy się panu co przytrafiło?
— Widzieliście? — zapytałem, obejmując ramionami gałąź i drżąc każdym nerwem ciała.
— Słyszeliśmy hałas, jakgdyby się panu noga podwinęła. Co to było?
Czułem się tak wstrząśnięty tem nagłem zjawieniem się małpoluda, że przez chwilę miałem chęć zejść na dół i podzielić się mem odkryciem z towarzyszami, ale wspiąłem się już tak wysoko, że wstyd mi było powracać, nie dopiąwszy celu wyprawy.
To też po długiej pauzie, odzyskawszy oddech i panowanie nad sobą, począłem wspinać się dalej. Raz oparłem nogę na uschłej gałęzi i zawisłem przez parę sekund w próżni na rękach, ale naogół wspinanie się szło mi dość gładko, stopniowo liście wokół mnie zaczęły się przerzedzać, a z wiatru, który począł owiewać mi twarz, wywnioskowałem, że góruję już nad wierzchołkami innych drzew. Postanowiłem jednak nie oglądać się, dopóki nie dosięgnę szczytu, i wdrapywałem się tak długo, aż najwyższa gałąź ugięła się pod moim ciężarem. Wówczas usadowiwszy się wygodnie wśród rozwidlonych gałęzi, rozejrzałem się wreszcie w cudnym krajobrazie tego dziwacznego kraju, w którymśmy się znajdowali.
Słońce zachodziło, ale wieczór był wyjątkowo spokojny i jasny, tak, że całe płaskowzgórze rysowało się wyraźnie przed mymi oczyma. Widziane z tej wysokości, miało kształt elipsy, o trzydziestu milach długości a dwudziestu szerokości. Brzegi jego zniżały się ku środkowi, gdzie leżało obszerne jezioro, mogące mieć jakie dziesięć mil obwodu. W wieczornem świetle błyszczały cudownie jego zielone wody, otoczone gęstą frendzlą sitowia, splamione złotawemi plamami piasczystych ławic. Na tych ławicach dojrzałem jakieś ciemne podłużne przedmioty, zbyt długie, jak na czółna, a zbyt wielkie na aligatory. Za pomocą lunety przekonałem się, że przedmioty te, były to żywe stworzenia, ale nie potrafiłbym określić jakie.
Z tej strony płaskowzgórza, na którejśmy się znajdowali, ciągnęły się na przestrzeni sześciu mil, t. j. aż do jeziora, gęste lasy, poprzecinane polankami; u moich stóp leżała polana iguanodonów, a nieco dalej przerwa między drzewami wskazywała na trzęsawisko pterodaktylów. Ale przeciwna strona płaskowzgórza przedstawiała widok wręcz odmienny. Bazaltowe skały, które ją opasywały, tworzyły urwiska na jakie dwieście stóp głębokie, porosłe lasami. U podnóża tych czerwonawych skał widniały ciemne otwory jaskiń; w jednej z nich połyskiwało coś białawego, czego nie mogłem dokładnie rozróżnić.
Pilnie rysowałem mapę kraju, aż zapadający zmrok uniemożliwił mi pracę; wówczas ześlizgnąłem się na dół ku towarzyszom, wyczekującym mnie niecierpliwie. Nareszcie i ja byłem bohaterem. Mojemu pomysłowi i wykonaniu zawdzięczaliśmy mapę, która mogła nam zaoszczędzić całomiesięcznego błądzenia poomacku wśród czyhających wokół niebezpieczeństw. Każdy z towarzyszy uścisnął mi uroczyście dłoń; zanim jednak przystąpiliśmy do oglądania mapy, opowiedziałem o moim spotkaniu z małpoludem.
— On musiał być ciągle na tem drzewie — zakończyłem.
— Skąd pan to wie? — zapytał lord John.
— Ponieważ miałem bezustannie uczucie, że jakaś wroga istota nas śledzi. Wspominałem panu o tem, panie profesorze.
— Tak — potwierdził Challenger — nasz młody przyjaciel mówił mi coś w tym rodzaju. On jeden z pośród nas obdarzony jest tą celtycką wrażliwością, która reaguje na podobne objawy.
— Cała teorja telepatji — zaczął Summerlee, napychając fajkę.
— Jest za obszerną, abyśmy mogli teraz nad nią się zastanawiać — przerwał mu ostro Challenger, i zwracając się do mnie z miną biskupa, wizytującego niedzielną szkółkę, zaczął mnie indagować: proszę mi powiedzieć — rzekł — czy stworzenie to mogło skrzyżować duży palec na dłoni?
— Nie zauważyłem tego.
— A czy miało ogon?
— Nie.
— Nogi o palcach chwytnych?
— Przypuszczam, że nie wspinałoby się tak zwinnie po gałęziach, gdyby nie mogło ich chwytać palcami nóg.
— W Ameryce Południowej żyje, — o ile mnie pamięć nie myli, a w takim wypadku prosiłbym profesorze Summerlee o sprostowanie — żyje więc trzydzieści sześć gatunków małp, ale niema wśród nich małpy antropoidalnej. Widocznem jest jednak, że istnieje na tem płaskowzgórzu, i nie jest odmianą kosmatego goryla, spotykanego jedynie w Afryce lub na wschodzie (spoglądając w tej chwili na Challengera, miałem ochotę zauważyć, że odmianę takiego goryla widziałem po raz pierwszy w Enmore Parku). Jest to brodaty i bezbarwny gatunek, a bezbarwność jego wskazuje, że pędzi życie w cieniu drzew. Otóż nasuwa się nam pytanie, czy napotkana przez pana istota zbliża się do małpy, czy do człowieka. W tym ostatnim wypadku mogłaby być właśnie tem, co nazywamy pospolicie „brakującem ogniwem“. Rozstrzygnięcie tego pytania jest teraz naszem najpierwszem zadaniem.
— Bynajmniej — zaprotestował Summerlee — właśnie teraz, gdy dzięki inteligencji i zręczności pana Malone zaopatrzyliśmy się w mapę kraju, najpierwszem naszem zadaniem jest wydostać się stąd zdrowo i cało.
— Powinniśmy być pionierami cywilizacji — bronił się Challenger.
— Raczej jej kronikarzami, profesorze. Obowiązkiem naszym jest zapoznać świat z naszym odkryciem, pozostawiając innym jego badanie. Zresztą zgodziliśmy się na to wszyscy, zanim p. Malone zdobył swą mapę.
— Coprawda — rzekł Challenger — muszę przyznać, że i ja będę spokojniejszy, gdy upewnię się, że wyniki naszej wyprawy nie pójdą na marne. Nie wiem jeszcze, w jaki sposób wydostaniemy się stąd, ale ponieważ dotychczas nigdy jeszcze nie natrafiłem na problemat, którego by mój umysł nie potrafił rozwiązać, nie obiecuję wam, że od jutra zajmę się poważnie sprawą naszego powrotu.
Na tem zakończyliśmy narady. Ale tego samego wieczoru, przy świetle naszego ogniska i jedynej świecy, zajęliśmy się opracowywaniem pierwszej mapy zaginionego świata. Każdy szczegół, zanotowany z wierzchołka mego obserwatorium, został odpowiednio wyrysowany. Ołówek Challengera zatrzymał się wreszcie na białej plamie, oznaczającej jezioro.
— Jakżeż je nazwiemy? — zapytał.
— Dlaczegóż nie miałby pan skorzystać, profesorze, z okazji uwiecznienia swego nazwiska? — odparł Summerlee ze zwykłą sobie ironją.
— Jestem pewien, panie, że imię moje w inny, poważniejszy sposób przyjdzie do potomności — surowo odparł Challenger — byle jaki osieł może uwiecznić swoje nędzne imię, nadając je jakiejś rzece lub górze. Co do mnie, nie potrzebuję podobnego pomnika.
Summerlee, uśmiechając się kwaśno gotował się do jakieś nowej zaczepki, ale lord John zainterwenjował pośpiesznie.
— Panu, młodzieńcze, przysługuje prawo ochrzczenia tego jeziora — rzekł — pan je pierwszy dostrzegł i, na honor, jeśli podoba się panu nazwać go „jeziorem Malone“ nikt nie będzie miał prawa zaprotestować.
— To prawda — poparł go Challenger — niech nasz młody przyjaciel wyszuka sam nazwę.
— W takim razie — rzekłem, i przyznaję, że zaczerwieniłem się przy tych słowach — niechże się nazywa „jeziorem Gladys“.
— Nie sądzi pan — zauważył Summerlee — iż nazwa „Centralnego Jeziora“ odpowiadałaby lepiej jego położeniu?
— Wolałbym, aby się nazywało „Jeziorem Gladys“.
Challenger spojrzał na mnie współczująco i pokiwał głową z wyrazem pobłażliwej nagany:

— Młodzi ludzie są zawsze jednacy — rzekł — niechże będzie „jezioro Gladys“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: Anonimowy.