Śpiewaczka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Schnitzler
Tytuł Śpiewaczka
Pochodzenie Nowele obce
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Das Märchen
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

ARTUR SCHNITZLER

ŚPIEWACZKA

Siedzę wczoraj w nocy w kawiarni, wtem ktoś za mną mówi:
— Ach non... ça... nigdy więcej!
Nie potrzebowałem się oglądać; to napewno August. Był piękny i elegancki, jak zwykle. Z przepyszną nonszalancją, którą skrycie u niego zawsze podziwiałem, zasiadł przy stoliku naprzeciw mnie, nie zdejmując wcale żółtego płaszcza, nasunął okrągły, czarny kapelusz pilśniowy głęboko w czoło i wezwał do siebie kelnera, który, oparty o bilard, czytał gazetę. Było to bowiem o godzinie trzeciej w nocy, w maju; byliśmy ostatnimi gośćmi. Kelner podszedł szybko.
— Dobry wieczór, panie Witte.
— Co? dobry wieczór?... nom d’un nom... pan sobie ze mnie stroi żarty... Przynieś mi pan lepiej co do zjedzenia lub wypicia.
— Proszę, panie Witte. Mała czarna, koniak...
August spojrzał na kelnera ponuro.
— Myli się pan. Przynieś pan dwie sardynki, dwa jajka w szklance, płatek szynki i flaszkę piwa.
Kelner znikł. August wziął mi gazetę z ręki i cisnął ją w sąsiedni stół.
— Ja tu jestem, rozumiesz?
— Czuję to — odparłem. — Skąd przychodzisz tak późno?
— Skąd?... — rzekł August i spojrzał na mnie melancholijno-demonicznym wzrokiem. — O godzinie trzeciej nad ranem nie powinno się nikomu stawiać takich pytań. Ale ty jesteś i pozostaniesz tumanem...
Nie odpowiedziałem ani słowa, wziąłem gazetę i począłem czytać.
— Czy mam ci udzielić dobrej rady? — zapytał nagle.
— Proszę bardzo — odparłem uprzejmie,
August spojrzał na mnie i rzekł ostro i stanowczo;
— Wszystko, mój drogi, rozumiesz mnie, wszystko, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
— Zapewne, zapewne — rzekłem,
— Wszystko — powtórzył August — kwieciarki, samotnie podróżujące damy z Rumunji, fortepianistki, żony kominiarzy, aktorki tragiczne, les dernières... wszystko, mój drogi, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
Przytakiwałem. Kelner przyniósł zamówione potrawy i August począł jeść. Lecz już po pierwszym łyku piwa, począł mówić:
— Wobec tych stworzeń jest się bezbronnym. I to jest okropne. Wytłumaczę ci to. Z dobrym przyjacielem, którego się przyłapie u swej kochanki, można się pojedynkować; obcego człowieka można z miejsca zastrzelić; draba po prostu należy zbić. Są to wypadki, w których wiadomo, jak postąpić, bo ma się do czynienia z normalnymi ludźmi. Lecz ileż przeżyć musiałem doznać od pierwszej chwili, w której poznałem pannę de la Rosière, aż do... — wyjął zegarek z kieszeni kamizelki i położył go na stół — aż do dzisiejszej nocy, dziś, godzinę temu...
— Dobranoc! — rzekłem i wstałem.
— Oh! — zawołał August — kelner! zamknij pan drzwi!
— Proszę bardzo — odparł kelner, widocznie tak dowcipny, jak August, podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
— Siadaj, mój drogi — rzekł August — opowiem ci historję, a zadrżysz w głębi serca. Les amours de Monsieur Auguste Witte et de la très-jolie Kitty de la Rosière.
— Kelner, cygaro!
Usiadł wygodnie w fotelu; mały, czarny kapelusz pilśniowy wciąż miał na głowie, a żółty płaszcz wciąż jeszcze na ramionach. Byłem bardzo śpiący; jedynie nadzieja, że przyjaciel mój opowie mi, jak bardzo się zblamował, spędzała sen z moich powiek.
— Oszukała mnie... — począł.
— Ach! — zawołałem, mile tknięty.
— Nie zechcesz mnie przecież uważać za takiego głupca, bym to opowiadał, jako coś niezwykłego. Byłem bowiem na to przygotowany; lecz spodziewałem się, że nigdy się o tem nie dowiem. Doprowadziłem mianowicie do prawdziwego wirtuozostwa sztukę niedowiadywania się. Nigdy nie odwiedzam mych przyjaciół o niezwykłej porze, nigdy nie zjawiam się niezapowiedziany; nigdy nie czytam listów, które przypadkowo znajduję na stole; opuszczam natychmiast lokal, gdy przy sąsiednim stole słyszę rozmowę o którejś z mych bogdanek; a jeśli mimo tych środków zapobiegawczych dowiaduję się o czemś, wówczas nie daję temu po prostu wiary. Lecz wszystko to skrewiło wobec Kitty. Czy przypominasz sobie Little Pluck’a?
— Oczywiście. Tego karła? To monstrum?
— Kitty nie uważała go za monstrum. Muszę zaznaczyć, że przez dwa tygodnie byłem z nią niezwykle szczęśliwy. Każdego wieczora po przedstawieniu odwiedzałem ją; o godzinie jedenastej był jej występ, o pierwszej mój. Przyjmowała mnie zawsze z wielką serdecznością. Również i tego wieczora tak miało być.
— Jakiego wieczora?
— Tego, w którym odbył się debiut Little Plucka, karła, mającego dwa i ćwierć stóp wysokości i 18 lub też 58 lat. Wchodzę, jak zwykle, punktualnie o pierwszej do pokoju Kitty i kogo znajduję?... Little Plucka, jakby to powiedzieć... u jej stóp. Zapomniałem języka w gębie. Chociaż sytuacja była, powiedzmy, wcale nie dwuznaczna, spodziewałem się przecież jakichś wyjaśnień z jej strony... na przykład: „Mylisz się“... Ale ona nie usprawiedliwiała się wcale. Spojrzała na mnie wielkiemi oczyma i wypowiedziała tylko niezapomniane słowa: „N’est pas drôle?“ W pierwszej chwili wzburzyła się moja krew i zaświerzbiała mi ręka... tak głęboko są w nas zakorzenione instynkty... lecz gdy spojrzałem na Little Plucka, to śmieszne indywiduum, śmieszniejsze w tej chwili, niżby to słowami wyrazić można, minął mój gniew i pomyślałem sobie: karła nie mogę przecież bić, ani się z nim pojedynkować. Więc podchwyciłem frazes Kitty i rzekłem: „Bien drôle! bien drôle!“, skinąłem głową, uśmiechnąłem się i poszedłem.
— Więc to się dziś przytrafiło tobie?
— Dziś?... Nie, to było przed dwoma miesiącami. Wybaczyłem jej. Przez kilka tygodni byliśmy bardzo szczęśliwi.
— Czy Little Pluck miał przez ten czas engagement? — zapytałem.
— Rozumiem twą obraźliwą aluzję — odparł August — lecz mogę cię zapewnić, że Little Pluck przez cały miesiąc swego engagement nigdy nie był przyjęty przez Kitty bez mego uczestnictwa. Po ostatnim jego występie urządziłem nawet na cześć karła małą bibkę w mieszkaniu Kitty; spił się wtedy, jak wieprz, a jednak zachował się zupełnie poprawnie. To też pozwoliłem Kitty, by go na pożegnanie ucałowała. Następnego ranka odjechał; odprowadziliśmy go na dworzec, Kitty płakała. Program w kabarecie zmienia się, jak ci zapewne wiadomo, co miesiąc.
— Aha! — rzekłem.
Wyraz mej twarzy był widocznie niezbyt pochlebny dla Augusta, rzucił mi bowiem żartem bułkę w twarz. Położyłem ją z powrotem na tacy. August począł:
— W miejsce Little Pluck zjawił się w programie numer, który wywołał uzasadnione zainteresowanie. Ruchliwa dyrekcja... niech ją djabli... zaangażowała „The two Darling“, dwóch olbrzymów z Tybetu, rodzeństwo chyba najwyższe, jakie ziemia wydała.
— Dwóch! — zawołałem, nie myśląc zaprawdę przez to wypowiedzieć nic szczególniejszego. Lecz widocznie August źle mnie zrozumiał, bo nazwał mnie łotrem.
— Bądź co bądź — dodał — jesteś na właściwym tropie. Wieczorem, gdy „The two Darling“ po raz pierwszy wystąpili, poszedłem, jak zwykle, do Kitty. Co tu wiele do opowiadania? Był tylko jeden z obu olbrzymów, ale ten starczył mi.
— Tobie? — rzekłem z takim cynizmem, iż sam się uląkłem. August wybałuszył na mnie oczy, potem nagle wstał i zaklął szpetnie. Że jednak należy do najlepszego towarzystwa, opanował się, usiadł i rzekł zrezygnowanie:
— Kitty była spokojna, jak zwykle. Olbrzym w pierwszej chwili był zlekka zakłopotany. Gdy jednak zauważył, jak godnie się Kitty zachowuje, potraktował całą sprawę, by się tak wyrazić, humorystycznie, śmiał się serdecznie... brzmiało to, jak daleki grzmot... i rzekł do mnie: „Good evening, sir. I am yery glad to see you. What can I do for you?“... Nie mogę zaprzeczyć, że początkowo chciałem się oburzyć, ale przypomniałem sobie na szczęście, jakich to produkcji byłem przed kilku godzinami świadkiem: każdy Darling podnosił w górę odrazu siedem osób, łamał sztaby żelazne, grał w piłkę kulami, ważącemi trzy cetnary. Więc nie dałem po sobie poznać oburzenia, jeno spojrzałem ostro na Kitty. Widocznie jednak niezbyt właściwie pojęła to moje spojrzenie, bo zamiast się usprawiedliwiać, rzekła z nieopisanym spokojem: „Tu sais, mon cheri, je ne comprends pas un mot de ce, ce qu’il dit“. Przyznasz, że mogło to wytrącić z równowagi nawet bardziej cierpliwego, niż ja. Moja krew zawrzała, czułem, że ta straszna scena musi się skończyć, poszedłem więc, nie pożegnawszy się.
— Idjota — rzekłem.
— Gdy następnego dnia — ciągnął August dalej, nie zwracając uwagi na mój wykrzyknik — odwiedziłem Kitty, przyjęła mnie tak pogodnie, jak zawsze. Byłem tak delikatny, że nie wspomniałem nawet o przykrej scenie wczorajszej; Kitty też sobie jej nie przypomniała. A może wmawiała sobie, że śniła... alboż ja wiem! To pewne, ...kobiety są przecież tak zagadkowe... że mnie tego dnia więcej kochała, niż kiedykolwiek. Tego samego wieczora siedziałem znowu w loży; „The two Darling“ występowali a że są do siebie tak podobni, że ich rozróżnić nie podobna, nie miałem pojęcia, którego z nich zastałem u Kitty. Sądzę, że i Kitty nigdy się o tem nie dowiedziała. Lecz to wszystko jedno. Pewnem jest jednak, że jej stosunek do olbrzymów stał się odtąd prawdziwie koleżeński.
— Jaki? — syknąłem.
August, niezmącony tym okrzykiem, opowiadał dalej:
— Nigdy nie spotkałem odtąd któregoś z nich w pojedynkę u Kitty. Zwykle bywali u niej przed przedstawieniem na herbacie; czasem i mnie na nią zapraszano. Żaden z olbrzymów nie rozumiał ani słowa po francusku, Kitty nie znała zupełnie angielskiego, byłem więc, by się tak wyrazić, tłumaczem.
— A jak się porozumiewali — zapytałem serdecznie — gdy ciebie nie było?
August spojrzał na mnie uważnie.
-— Choć masz minę niewiniątka — odparł z powagą — to miarkuję przecież, że tem pytaniem chcesz rzucić cień na Kitty. Powiadam ci jednak, od tej sceny nie miałem okazji, by zwątpić w Kitty. Oczywiście w stosunku do olbrzymów. Był to kaprys... mój Boże, i ja mam kaprysy! Kto wie, jakbym się ja zachował wobec kobiety-olbrzyma? Zapewniam cię, The two Darling byli, jak dzieci; raz zastałem ich, gdy z Kitty grali w piłkę... jeden olbrzym stał w jednym kącie pokoju, drugi w drugim... lub przeciwnie, nigdy nie mogłem rozeznać jednego od drugiego... i Kitty latała poprzez stół tam i z powrotem.
August uśmiechał się trochę głupawo na wspomnienie tej wesołej sceny. Nagle schmurzyła się jego twarz:
— Wczoraj po raz ostatni występowali. Dziś rano, o szóstej, odprowadziliśmy olbrzymów na kolej, Kitty i ja. Wielkie wrażenie na dworcu wywołało, gdy The two Darling z okna wagonu powiewali dwoma prześcieradłami. Odwiozłem Kitty w fiakrze do domu. Musiałem ją pocieszać, a okazała się tak wdzięczną, że dopiero w południe przyszedłem do biura. Gdy pomyślę, że to było dziś rano... ileż się od tego czasu zmieniło!
— Przedewszystkiem — zauważyłem, jakby w jasnowidzeniu — zmienił się program w kabarecie.
August spojrzał na mnie, jak konająca sarna.
— Kto więc był? — zapytałem poprostu.
— The Osmond Troup — odparł August i zarumienił się.
— Ilu? — zapytałem głucho.
— Siedmiu! — odrzekł August.
— Siedmiu! — powtórzyłem wielce uradowany.
— Daj pokój... — odpowiedział cicho — nie przeczę, że już podczas przedstawienia miałem złe przeczucia. „Osmond“-owie, to ludzie o niezwykłej ruchliwości, wielkim dowcipie i bajecznej muzykalności. Wiele inwencji w ich produkcjach nie ma, ale wszystko, co robią, jest nadzwyczaj interesujące. Na ogół mają utarty szemat takich wystąpień: pojawiają się wśród piekielnych wrzasków, wywijają koziołki, biją się po łbach skrzypcami, wyrywają nogi ze stołów i grają marsza z Tannhausera, siadają na aksamitnych fotelach, a wydobywają z nich dźwięki popularnej piosenki, i tak dalej. Gdy przypatrywałem się awanturom, wyprawianym na scenie przez tych drabów, czułem, że rośnie we mnie zazdrość, by się tak wyrazić... a conto. Wobec dotychczasowych mych doświadczeń, miałem bowiem prawo przypuszczać, że dzisiejszej nocy spotka mnie znowu jakaś nieprzyjemność. Ale nagle pomyślałem sobie: nie! nie! Uspokoiłem się, pocieszyłem, miałem pewnego rodzaju satysfakcję. „Osmond“-owie są ludźmi normalnie zbudowanymi, ani karłami, ani olbrzymami, takimi, jak ty i ja.
Ukłoniłem się, wyrażając mu niejako podziękę za to porównanie,
— Nie miałem zatem w tym wypadku powodu do liczenia się z jakimiś względami. Mogłem każdego z tych siedmiu drabów uśmiercić, nie stając się śmiesznym... O północy zakończyło się przedstawienie. Do pierwszej włóczyłem się po ulicach. Podczas tej godziny obudziła się we mnie nowa nadzieja: a może tym razem drzwi będą zamknięte. Była to zwodna nadzieja: drzwi nie były zamknięte na klucz; słyszałem śmiechy, chichoty. Wszedłem. I jak słusznie przewidziałeś: wewnątrz był jeden z siedmiu.
— Prawdopodobnie kapelmistrz — rzekłem, właściwie zupełnie bezmyślnie.
— Skądże mogę to wiedzieć? — odparł August. — W kabarecie byli przecież ludzie ci naszminkowani i w kostjumach, czego niestety powiedzieć nie mogę o człowieku, którego u tej nędznicy zastałem!
Był to, jak spodziewać się mogłem, przystojny, młody chłopiec. Kitty spojrzała na mnie i rzekła z miłym uśmiechem: „Si je ne compte pas mal, c’est la troisième fois“... Odparłem takim tonem, jakiego zapewne nikt nigdy wobec niej nie użył: „El la dernière, je t’assure“. Potem zwróciłem się do „Osmond“-a, chwyciłem go za ramię i rzekłem: „Jest pan łotrem, mój panie, którego natychmiast skarcę. Nie dlatego, bym był zazdrosny o kobietę tego gatunku, lecz dlatego, że mnie irytuje — dobre określenie w tym momencie, co? — iż pana tu zastaję“. Potem podniosłem rękę, by go uderzyć w twarz. W tej chwili utraciłem zdolność patrzenia; stało mi się w dosłownem tego słowa znaczeniu czarno przed oczyma; „Osmond“ jednem uderzeniem pięści wcisnął mi na głowę mój cylinder... Gdy mi się wreszcie udało wyciągnąć cylinder w górę, ujrzałem budujące widowisko: Kitty leżała na podłodze, przytupywała nóżkami i wiła się ze śmiechu, zaś klown siedział, jakby nic nie było zaszło, na kanapie, miał nogę założoną na nogę i palił spokojnie papierosa. Wtedy uczułem: trzeba z tem zakończyć! We mnie była pustka, ani miłość, ani zazdrość, ani złość, ani duma, ani nienawiść; rzekłem: „Dobra noc, Kitty“, nie spojrzałem nawet na niego, opuściłem pokój, zawiesiłem w przedpokoju mój zdruzgotany cylinder na szaragach i wziąłem ten oto nowy, piękny, czarny, okrągły kapelusz, należący do tego łajdaka. Pospieszyłem następnie tu do kawiarni, by ci dać radę: nigdy nie wdawaj się z śpiewaczką kabaretową.
— Mój drogi Auguście — rzekłem, — jesteś niesprawiedliwy. Wedle mego zdania w tej całej sprawie tylko ty zyskałeś. Nie mówię o kapeluszu, w którym ci jest doskonale; mam na myśli doświadczenia, jakie zebrałeś! Kto z nas ma możność z karłami i olbrzymami pozostawać w tak zaufanych stosunkach?
August potrząsał głową niedowierzająco.
— Na twojem miejscu — mówiłem dalej — również i jutro zjawiłbym się u Kitty. Poznałbyś z pewnością wszystkich siedmiu. Tak, tak, wyobrażam sobie, jak zabawne to byłoby. Jak obaj olbrzymi grali z nią w piłkę, tak może „Osmond“-owie zrobią z niej instrument muzyczny.
— Jesteś idjota — odparł August. Widocznie nie znosił, gdy kto inny robił dobry dowcip.
Zjawił się kelner. Zapłaciliśmy i opuściliśmy lokal. Świtało. Zapowiadał się cudowny poranek wiosenny.
— Cieszy mnie tylko — rzekł August — że ten drab nie długo śmiać się będzie ze swego żartu, gdy w przedpokoju zamiast swego nowego kapelusza...
August zamilkł nagle. Rysy jego twarzy wydłużyły się, oczy rozwarły szeroko. Właśnie podszedł ku nam młodzieniec, nadzwyczaj wytwornie odziany, miał tylko na głowie kompletnie zniszczony cylinder.
August zatrzymał się. Młodzieniec zdjął cylinder z głowy i rzekł: „Good morning, Sir“.
„Good morning“, rzekliśmy obaj i zdjęliśmy z głowy kapelusze, by je oczywiście po chwili z powrotem nałożyć. Mnie się to udało. Natomiast mojemu przyjacielowi wcale nie. Obcy pan poprostu wziął mu z ręki kapelusz i, uprzejmie się uśmiechając, wręczył połamany cylinder. I zwracając się ku mnie, jakby tylko mnie winien był udzielenie wyjaśnienia, rzekł: „ Zamieniłem mianowicie ten kapelusz, przed godziną, u mojej małej przyjaciółki. Good morning, Sir“. Poczem odszedł.
Kłamałbym, gdybym utrzymywał, iż widziałem kiedyś głupszą twarz niż ta, którą w tej chwili miał mój przyjaciel August. Był trupioblady, widoczne było, że dech mu zaparło. Czekał, aż gentleman znalazł się w przyzwoitej odległości, potem rzekł tonem zdecydowanym:
— Co tu zrobić? Zasztyletować, czy wybuchnąć śmiechem?
— Zasztyletować — rzekłem szybko.
Radziłem mu nie z brutalności, lecz raczej z ciekawości, nie widziałem bowiem nigdy, jak się człowieka sztyletuje. Czy August był zbyt dobroduszny, czy też nie miał przy sobie sztyletu — faktem jest, że nie posłuchał mojej rady. Wykonał drugą alternatywę: wybuchnął śmiechem. Przypatrywałem się mu srodze zmartwiony, znam bowiem ludzi, którzy wskutek podobnych wypadków zwarjowali. Augustowi to się nie przytrafiło. Uspokoił się bowiem wkrótce i powiedział smętnie:
— Każę go poprostu odprasować.
Jestem głęboko przekonany, że miał na myśli cylinder.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Arthur Schnitzler.