Nowele obce/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1926.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!

<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Nowele obce
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

A. CONAN DOYLE, OSKAR WILDE, G. K. CHESTERTON,
J. DE LACRETELLE, FR. BOUTET, HENRYK MANN
A. STRINDBERG, A. SCHNITZLER, L. TOŁSTOJ


NOWELE OBCE

(WYBÓR)










Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Warszawa, Sienkiewicza 12






Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze Sp. z O. O.
Warszawa, Nowy-Zjazd 1. Tel. 410-67.







PRZEDMOWA

Nowela ma wśród czytającej publiczności licznych zwolenników. I słusznie! Jest to misterny kunszt, wytworny rodzaj literatury beletrystycznej. Gdy powieść obejmuje całokształt życia, lubuje się w epickiej przestronności — to nowela daje skrót, wyimek, epizod, fragment, ale niezwykle barwny, wybitnie interesujący.
Nowela jest ulubioną potrawą smakoszów literackich, ludzi, oceniających strawę duchową nie na ilość, lecz na jakość.
To też w historji literatury nowela zajmuje poczesne stanowisko. Już w wiekach średnich, na dworach pańskich, w zimowe wieczory stanowiło odczytywanie nowel przyprawę towarzyskich gier i uciech. Najwybitniejsi pisarze, prócz swych „wielkich“ objętością dzieł, pozostawili nam klejnociki swego genjuszu w postaci nowelistycznej. Niemal każdy z wielkich powieściopisarzy polskich, prócz częstokroć wielotomowych dzieł, pozostawił nam zbiory nowelistyczne, krótkie opowieści, niemniej znane i uznane, niż wielkie powieści. Czy mamy tu wspomnieć o niespożytych zasługach, stworzonych na polu rodzimej nowelistyki przez Sienkiewicza i Prusa, Reymonta i Żeromskiego?
Toteż po ogłoszeniu nieprzerwanej kilkudziesięciotomowej serji powieści polskich i obcych, postanowiliśmy od czasu do czasu uraczyć naszych czytelników wyborem najcelniejszych nowel literatury światowej, poprzetykać serje powieściowe doborem nowelistycznym.
Na pierwszy rzut dajemy wiązankę barwną autorów różnych narodowości. Przemówi tu zatem do czytelnika i Lew Tołstoj i Oskar Wilde, Henryk Mann i August Strindberg, Artur Schnitzler i Fr. Boutet, Conan Doyle i G. K. Chesterton. Wybraliśmy autorów romańskich, germańskich i słowiańskich; wybraliśmy nowele, oparte o podłoże tragiczne i nowele, oscylujące na pograniczu humoru i groteski. Na kilkunastu stronicach rozgrywa się tu akcja żywa, prąca z wielką szybkością naprzód, nie gubiąca się w odmalowaniu szczegółów, nie nużąca rozwlekłością.
Jest to głównym rysem dobrej noweli: interesować! nie nużyć!
Sądzimy, że czytelnicy nasi wdzięczni nam będą za to urozmaicenie ich lektury i danie im możności poznania w jednym tomie szeregu wybitnych indywidualności pisarskich.

Redakcja
OSKAR WILDE

SFINKS BEZ TAJEMNICY

Pewnego popołudnia, siedząc w „Café de la Paix“ i przyglądając się wspaniałościom i lichocie paryskiego życia, rozmyślałem nad tym dziwnym kalejdoskopem próżności i nędzy ludzkiej, który przesuwał się przed mojemi oczyma. Nagle usłyszałem, że ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem lorda Murchisona. Nie widziałem go od szkolnych czasów, to znaczy jakieś dziesięć lat; ucieszyłem się więc bardzo jego widokiem, i serdecznie uściskaliśmy sobie ręce. W Oxfordzie byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Lubiłem go ogromnie; był taki przystojny, inteligentny i miał silnie rozwinięte poczucie honoru. Koledzy i ja mawialiśmy o nim, że byłby najmilszym w świecie chłopcem, gdyby nie zawsze wszystkim mówił prawdę w oczy.
Jednakże, zdaje mi się, że podziwialiśmy jego szczerość. Dziś wydał mi się bardzo zmieniony. Miał wygląd człowieka stroskanego, zakłopotanego i jakgdyby wątpiącego o czemś. Przypuszczałem, że powodem tego wszystkiego musi być kobieta, więc spytałem, czy jest żonaty.
— Nie, zamało rozumiem kobiety — odpowiedział.
— Ależ, Geraldzie, — zawołałem — podług mnie, kobiety są stworzone na to, aby być kochane a nie rozumiane.
— Nie mogę kochać, gdy nie mogę wierzyć.
— Zdaje mi się, że masz jakąś tajemnicę w życiu, Geraldzie, opowiedz mi o tem.
— Przejdźmy się trochę; tu jest za dużo ludzi.
Po chwili siedzieliśmy w wynajętym powozie i jechaliśmy po bulwarze w stronę Madelaine’y.
— Dokąd chcesz jechać? — spytałem,
— Wszystko mi jedno, — odpowiedział, — Możemy pojechać do jakiejś restauracji w Lasku; zjemy tam obiad, i opowiesz mi trochę o sobie,
— Chciałbym najpierw o tobie słyszeć. Zaciekawia mnie twoja tajemnica.
Wyjął z kieszeni i podał mi safianowy, ze srebrnemi okuciami portfel. Otworzyłem go i wewnątrz zobaczyłem fotografję kobiety smukłej, drobnej, o dużych zamglonych oczach i rozpuszczonych włosach. Wyglądała jak jasnowidząca. Otulona była w kosztowne futro.
— Co myślisz o tej twarzy? — zapytał. — Czy jest to twarz wzbudzająca zaufanie?
Zacząłem się jej bacznie przyglądać. Robiła na mnie wrażenie twarzy kobiety, posiadającej tajemnicę. Ale czy tajemnica ta była natury złej — czy dobrej — nie umiałbym tego powiedzieć. Piękność jej była, jakgdyby zlepkiem wielu tajemnic. Była to właściwie piękność bardziej duchowa, niż fizyczna — a nikły uśmiech na wargach był zbyt subtelny, by mógł posiadać słodycz.
— A więc, — zawołał zniecierpliwiony — jakie jest twoje zdanie o niej?
— Jest to Giokonda w sobolach — odpowiedziałem. — Opowiedz mi o niej.
— Nie teraz, po obiedzie — i zaczął mówić o rzeczach obojętnych.
Gdy kelner przyniósł nam kawę i papierosy, przypomniałem Geraldowi jego obietnicę. Wstał, przeszedł się parę razy po pokoju i usiadłszy wreszcie w fotelu, opowiedział mi następującą historję.
— Pewnego dnia, o piątej po południu, spacerowałem po Bond Street. Natłok powozów był tak ogromny, że ruch na ulicy był prawie niemożliwy. Tuż przy trotuarze stał mały żółty powozik, który, już nie pamiętam z jakich powodów, zwrócił moją uwagę. Gdy go mijałem, ujrzałem w nim tę kobietę, której fotografję ci dziś pokazywałem. Widok jej oczarował mię. Myślałem wyłącznie o niej przez cały wieczór i cały następny dzień. Po całem mieście szukałem żółtego powoziku, ale nigdzie nie spotkałem mojej „belle inconnue“. Wkońcu zacząłem przypuszczać, że była tylko przywidzeniem. W jakiś tydzień potem byłem zaproszony na obiad do pani de Rastail. Obiad był naznaczony na godzinę ósmą; ale o wpół do dziewiątej jeszcze czekaliśmy na kogoś w salonie. Nareszcie służący otworzył drzwi i zameldował lady Alroy. Była to ta kobieta, której szukałem. Powolnym krokiem weszła do salonu. W sukni ze srebrnych koronek wyglądała jak promień księżyca. Ku mojej wielkiej radości, ja miałem ją prowadzić do stołu. Kiedyśmy zasiedli już do obiadu, rozpocząłem rozmowę:
— Zdaje mi się, lady Alroy, że widziałem panią niedawno na Bond Street.
Zbladła i rzekła przyciszonym głosem:
— Proszę, nie mów pan tak głośno, mogą nas usłyszeć.

Przykro mi było, że tak niefortunny zrobiłem początek i zwróciłem rozmowę na teatr i ostatnie sztuki francuskie. Mówiła bardzo mało, i ciągle tym samym cichym, melodyjnym głosem, jak gdyby obawiając się, że ją ktoś podsłuchuje. Zakochałem się jak warjat, bez pamięci. A atmosfera jakiejś nieokreślonej tajemniczości, która ją otaczała, podniecała moją ciekawość. Gdy, wcześnie po obiedzie, miała już odejść, spytałem, czy mogę ją odwiedzić. Wahała się przez chwilę, rozglądając się, czy nikt nie znajduje się w blizkości, wkońcu odpowiedziała:
— Proszę; jutro o kwadrans przed piątą.
Po jej odejściu prosiłem panią de Rastail, aby mi udzieliła trochę informacji o niej. Dowiedziałem się jednak tylko, że jest wdową i właścicielką pięknej willi na Park Lane, gdyż jakiś nudziarz rozpoczął swe uczone wywody na temat wdów wogóle. Więc pożegnałem się i poszedłem do domu.
Na drugi dzień byłem punktualnie o naznaczonej mi godzinie na Park Lane; ale kamerdyner oznajmił mi, że lady Alroy niedawno wyszła z domu. Zmartwiony i zdziwiony udałem się do klubu. Po długich rozmyślaniach napisałem do niej list, pytając, czy mogłaby mnie przyjąć jakiegoś innego dnia. Przez parę dni nie było żadnej odpowiedzi. Nareszcie otrzymałem krótki bilecik, zapraszający mnie na niedzielę na 4-tą godzinę. Na bileciku było także post scriptum: „Proszę, niech pan nigdy więcej nie pisze do mnie tutaj. Wytłumaczę to panu, gdy się zobaczymy“.
W niedzielę zostałem przyjęty. Lady Alroy była poprostu czarująca; ale gdy już odchodziłem, prosiła mnie, abym na przyszłość adresował listy do Mrs. Knox na Green Street. „Są pewne powody“, mówiła, dla których nie mogę otrzymywać listów w moim domu“.
Podczas całego sezonu widywałem ją bardzo często, ale atmosfera tajemniczości nie opuszczała jej nigdy. Czasami myślałem, że znajdowała się we władzy jakiegoś mężczyzny, ale wyglądała przytem tak niedostępnie, że nie mogłem w to uwierzyć. Trudno mi było wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, gdyż była podobną do kryształów, które pokazują nam w muzeach — czasami zupełnie przezroczyste, a czasami zamglone. Wkońcu postanowiłem oświadczyć się; byłem już zmęczony i zirytowany tą tajemniczością, którą otaczała moje wszystkie wizyty i moje rzadkie listy do niej. Napisałem więc do niej pod umówionym adresem, z zapytaniem, czy zechce mnie przyjąć w poniedziałek o szóstej. Zgodziła się. Byłem w siódmem niebie. Pomimo wszystkich tajemnic, kochałem tę kobietę do szaleństwa. I pocóż los odkrył przede mną te tajemnice?
— A więc dowiedziałeś się prawdy?
— Tak mi się zdaje; sam zresztą osądzisz. W poniedziałek jadłem śniadanie z moim wujem. Gdy rozstałem się z nim o czwartej, chciałem załatwić pewną sprawę na Picadilly. Chcąc skrócić sobie drogę, poszedłem bocznemi małemi uliczkami. Naraz, zobaczyłem przed sobą lady Alroy. Szła bardzo prędko i była zawoalowana. Doszedłszy do jakiegoś domu, zatrzymała się, i otworzywszy drzwi kluczem, który miała przy sobie, weszła do wnętrza. — Tutaj kryje się ta tajemnica — pomyślałem. Przyspieszyłem kroku i zacząłem badać ów dom. Wyglądał, jak te wszystkie domy, gdzie wynajmują pojedyńcze pokoje. Na progu leżała chusteczka, którą lady Alroy upuściła. Podniosłem ją i schowałem do kieszeni. Następnie zacząłem się zastanawiać, co mam dalej czynić. Doszedłem do wniosku, że nie mam prawa jej szpiegować, i wróciłem do klubu. O szóstej poszedłem do niej. Przyjęła mnie półleżąc na kanapie, ubrana w suknię z srebrzystej tkaniny, wyglądała prześlicznie.
— Cieszę się, że pana widzę — rzekła na powitanie. — Cały dzień nie wychodziłam.
Patrzałem na nią zdumiony. Wkońcu, wyciągnąwszy chusteczkę z kieszeni, rzekłem spokojnie:
— Pani zgubiła to dzisiaj popołudniu na ulicy Cummor.
Spojrzała na mnie z przerażeniem,
— Co pani tam robiła? — spytałem.
— Jakież pan ma prawo pytać mnie o to?
— Prawo człowieka, który panią kocha. Przyszedłem tu dzisiaj, by prosić panią o jej rękę.
Ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem.
— Musi mi pani wszystko powiedzieć.
Wstała, i patrząc mi prosto w oczy, rzekła:
— Lordzie Murchison, ja nie mam nic do powiedzenia.
— Poszłaś na jakieś spotkanie — krzyknąłem — oto twoja tajemnica!
Zbladła strasznie, ale zaprzeczyła.
— Nie byłam na żadnem spotkaniu.
— Czy nie możesz mi powiedzieć prawdy? — błagałem.
— Powiedziałam całą prawdę.
Oszalałem z rozpaczy; nie wiem dokładnie, co mówiłem, ale powiedziałem jej straszne rzeczy i uciekłem. Następnego dnia napisała do mnie. Odesłałem jej list nieodpieczętowany, i pojechałem z Coluillem do Norwegji. Gdy wróciłem, pierwsza rzecz, którą zobaczyłem w „Morning Post“, była wiadomość o śmierci lady Alroy. Zaziębiła się, dostała zapalenia płuc i po pięciodniowej chorobie umarła. Zamknąłem się w domu i nie chciałem widywać nikogo. Tak bardzo, tak szalenie ją kochałem! Mój Boże! jak ja tę kobietę kochałem!
Po pewnym czasie poszedłem na ulicę Cummor. Musiałem to zrobić, gdyż niepewność zabijała mnie. Zastukałem do drzwi. Jakaś, bardzo przyzwoicie wyglądająca kobieta otworzyła mi. Zapytałem, czy ma wolne pokoje.
— Zdaje mi się — odpowiedziała — że mogłabym panu odnająć salon. Ta pani, która dotychczas go odnajmowała, nie przychodzi tu już od trzech miesięcy i nie płaci czynszu, więc mogę go chyba panu oddać.
— Czy to ta pani? — spytałem, pokazując jej fotografję.
— Tak, to ta! — zawołała. — A kiedy ta pani wróci?
— Umarła — odpowiedziałem,
— Co za nieszczęście — zmartwiła się kobieta. — To była moja najlepsza lokatorka. Płaciła mi trzy gwineje tygodniowo za to tylko, że od czasu do czasu posiedziała w moim saloniku.
— Czy spotykała się tu z kim?
Ale kobieta zapewniała mnie, że nie. Przychodziła zawsze sama, i z nikim się nie widywała.
— A więc pocóż tu przychodziła?
— Poprostu siedziała w moim saloniku; czasami czytała, czasami kazała sobie podać herbatę — opowiadała kobieta.
Nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć, więc wsunąłem jej złotą monetę do ręki i odszedłem.
— A teraz powiedz, co o tem wszystkiem myślisz. Czy ta kobieta mówiła prawdę?
— Myślę, że tak.
— Więc poco lady Alroy chodziła tam?
— Kochany Geraldzie, myślę, że lady Alroy była poprostu kobietą lubiącą tajemniczość. Wynajęła ten pokój jedynie dla przyjemności chodzenia tam z gęstą woalką na twarzy, wyobrażając sobie, że jest bohaterką romansu. Lubiła tajemniczość, ale sama była Sfinksem bez tajemnicy.
— Czy naprawdę tak myślisz?
— Jestem tego pewny.
Wyjął z kieszeni skórzany futerał, otworzył go i długo przyglądał się fotografji.
— Sam nie wiem... — rzekł wkońcu.


G. K. CHESTERTON

CZŁOWIEK NIEWIDZIALNY

Wystawa cukiernicza, znajdująca się u zbiegu dwuch ulic, mieniła się w chłodnym niebieskawym zmroku, jak zapalony fajerwerk.
Leżały tam stosy czekoladek w różnokolorowych papierkach, piramidy ciastek apetycznie lukrowanych, a pośrodku królował wspaniały, śnieżno-biały tort. Nic też dziwnego, że wystawa ta była magnesem dla okolicznej dziatwy, z zachwytem rozpłaszczającej sobie nosy o szybę.
Ale wystawa ta przyciągała nie tylko dzieci od lat dziesięciu do dwunastu. Posiadała widocznie urok i dla młodzieży dojrzalszej. Jakiś młody człowiek, mający nie mniej, niż dwadzieścia cztery lata, od dłuższego już czasu przyglądał się czekoladkom, i chociaż może nie one go głównie przyciągały, zdawał się niemi nie gardzić. Był to młodzieniec wysoki, rudowłosy, z twarzą energiczną. Pod pachą trzymał szary portfel, zawierający szkice i rysunki. Od paru miesięcy, to znaczy od kłótni ze swym wujem, zajmował się rysowaniem i sprzedażą tych szkiców. Czasami, ale nie zawsze, udawało mu się korzystnie je sprzedać. Nazywał się John Turnbull Angus.
Nasyciwszy się widokiem czekoladek, wszedł do sklepu. Przywitawszy lekkiem uchyleniem kapelusza pannę stojącą za bufetem, poszedł do dalszego pokoju, gdzie było coś w rodzaju kawiarni. Młoda panna przy bufecie, była bardzo zgrabną osóbką, z czarnemi ładnemi oczyma. Ubrana była w czarną suknię i biały sztywny kołnierzyk. Wyczekawszy przepisaną chwilę, poszła do kawiarni, by przyjąć zamówienie od klijenta.
— Prosiłbym — mówił, dokładnie wymawiając każde słowo, młody człowiek — o kawałek babki i małą filiżankę czarnej kawy. — Zanim dziewczyna zdążyła odejść, dodał: — Chciałbym także, aby pani zgodziła się zostać moją żoną.
Dziewczyna odpowiedziała z godnością:
— Tego rodzaju żarty nie są tu dozwolone,
Rudowłosy młodzieniec podniósł na nią szare, poważne oczy.
— Naprawdę — rzekł — mówię na serjo. Tak serjo, jak serjo zamawiałem przed chwilą kawałek babki.
Ciemnowłosa bufetowa nie spuszczała z niego swych czarnych oczu. Przyglądała mu się badawczo. Wkońcu, jakgdyby cień uśmiechu pojawił się na jej ustach, i usiadła przy jego stoliku. Ale po chwili wstała, i widocznie podniecona podeszła do okna. Gdy powróciła, zauważyła, że młody człowiek wyjmuje z wystawy i ustawia na stole różne przedmioty. Przyniósł piramidę lukrowanych ciastek, półmisek sandwiche’ów, buteleczkę jakiegoś kolorowego likieru, a pośrodku stołu ustawił wspaniały, śnieżno-biały tort, który niedawno jeszcze był główną ozdoba wystawy.
— Na miłość boską, co pan robi? — spytała.
— Urządzam ucztę weselną.
Dziewczyna schwyciła tort i postawiła go na dawne miejsce. Następnie, powróciwszy do stolika i oparłszy się oń łokciami, zaczęła się przyglądać młodemu człowiekowi, nie bez sympatji.
— Nie daje mi pan czasu do namysłu.
— Nie jestem taki głupi.
Wciąż przyglądała mu się, ale twarz jej, pomimo uśmiechu, nabierała coraz poważniejszego wyrazu.
— Proszę pana — rzekła wreszcie z determinacją — zanim zadecydujemy cośkolwiek, muszę panu opowiedzieć coś o sobie. Postaram się opowiedzieć jak można najkrócej,
— Doskonale — odpowiedział Angus z powagą. — Przy tej okazji może i ja pani coś o sobie opowiem.
— Ależ proszę, niech pan nie żartuje, tylko słucha. Nie mam nic do powiedzenia, czegobym się wstydziła, a pomimo to męczy mię to jak zmora. Ojciec mój posiadał zajazd w Ludbury. Zajazd nazywał się „Czerwona Ryba“. Ja obsługiwałam gości w barze. Ludbury jest to mała, śpiąca dziura. Ludzie, których się widywało w „Czerwonej Rybie“, byli to przeważnie przejezdni ajenci handlowi. Miejscowi nasi klijenci składali się z ludzi bardzo nieciekawych. Z tych ostatnich dwuch wyróżniało się tem, że byli zawsze za jaskrawo i śmiesznie starannie ubrani. Mnie jednak żal było tych dwuch właśnie. Każdy z nich miał pewną ułomność i przypuszczam, że dlatego nie posiadali przyjaciół i najchętniej przebywali w naszym barze. Właściwie nie byli oni ułomni, tylko mieli pewne właściwości, które wzbudzają śmiech ludzki. Jeden z nich był niesłychanie mały, jak karzeł prawie. Miał dużą okrągłą głowę i bardzo wypielęgnowaną czarną brodę. Zawsze dzwonił pieniądzmi w kieszeni, lub bawił się grubym złotym łańcuszkiem od zegarka. Zawsze był bardzo po pańsku ubrany, i dlatego nie robił nigdy pańskiego wrażenia. Nie był wcale głupi, ale nie zajmował się żadną poważną pracą. Umiał robić tysiące rzeczy na nic nikomu nie potrzebnych. Umiał np. ustawić tak kilkanaście zapałek, że się jedna od drugiej zapalała, co wyglądało, jak prawdziwy fajerwerk; umiał ze skórki banana lub pomarańczy wykrajać tańczącą lalkę. Nazywał się Izydor Smythe. Widzę go jeszcze, jak stawał przed moim bufetem i z cygar robił skaczącego kangura.
Drugi był spokojniejszy i cichszy, ale jego bałam się daleko więcej niż małego Smythe’a. Był wysoki, szczupły i miał jasne włosy. Mógłby nawet uchodzić za przystojnego, gdyby nie wyjątkowo przykry zez. Gdy patrzył na mnie, nie wiedziałam wprost, gdzie się właściwie znajduję, lub czy wogóle patrzy na mnie. Przypuszczam, że skutkiem tego defektu, stał się zgorzkniałym. Podczas, gdy Smythe chętnie zabawiał nas swemi małpiemi sztuczkami, James Welkin (tak się nazywał) siedział cicho w barze, lub sam jeden chodził na długie spacery.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, obydwaj oświadczyli się o moją rękę, prawie że w tym samym dniu. Uczyniłam wtedy wielkie głupstwo. Ale muszę zaznaczyć, że obaj byli niejako moimi przyjaciółmi, i nie chciałam, odmawiając im z miejsca, dać im do zrozumienia, że brzydota ich jest odrażająca. Odpowiedziałam więc obydwum, że postanowiłam nie wyjść nigdy zamąż za człowieka niepracującego, nie umiejącego samemu zdobyć sobie miejsce w świecie.
W dwa dni później dowiedziałam się, że obydwaj wyruszyli w świat na poszukiwanie przygód.
Od tego czasu żadnego z nich nie widziałam więcej. Dostałam tylko od małego Smythe’a dwa listy.
— A o drugim nigdy pani nic nie słyszała? — spytał Angus.
— Nie, nigdy do mnie nie napisał — odpowiedziała dziewczyna po chwili wahania. — W pierwszym liście Smythe donosił mi, że wraz z Welkinem wyruszył w drogę do Londynu. Nie mógł jednak sprostać marszowi Welkina, i rozstał się z nim. Po drodze napotkał wędrującą grupę cyrkowców, którzy chętnie się nim zaopiekowali. Występował w ich trupie, jako karzeł i popisywał się rozmaitemi swemi sztuczkami. Miał duże powodzenie i został zaangażowany do londyńskiego „Aquarium“. Drugi list był wprost zdumiewający. Przypuszczam, że widział pan nieraz ogłoszenia: „Milcząca Służba Smythe’a“. Niewiele się na tem znam, ale musi to być jakaś maszynerja, która jakoby potrafi zastąpić służbę domową. Wie pan, jak to brzmią ogłoszenia: „Naciśnij guzik! — służący, który nigdy nie pije“. Albo: „Zakręć korbę! — pokojówka, która nie ma narzeczonego“. Nie wiem, czy te maszyny są co warte, ale zdaje się, że przynoszą swemu wynalazcy dużo pieniędzy. A wynalazcą jest ten mały, o małpim wyglądzie Smythe, którego znałam niegdyś w Ludbury.
— A ten drugi? — dopytywał się z dziwnym uporem Angus.
Laura wstała z krzesła.
— O tym drugim nic nie słyszałam, nie wiem nawet, czy żyje.. Ale jego właśnie się boję. On jest właśnie zmorą, która mi spokój odbiera. On doprowadza mnie do szaleństwa, gdyż jego obecność czuję tam, gdzie go niema, i słyszę jego głos, gdzie go słyszeć nie mogę.
— Kiedy się pani zdawało, że czuje obecność, lub słyszy głos tego człowieka?
— Słyszałam dokładnie śmiech Jamesa Welkina, tak jak teraz słyszę głos pański. Nikogo wtedy przy mnie nie było. Stałam sama na rogu, przed sklepem, i widziałam dokładnie puste obydwie ulice. Dawno zapomniałam, jak on się śmieje, chociaż śmiech jego był równie straszny, jak jego zez. Nie myślałam o nim chyba od roku. Śmiech jego usłyszałam zaraz po otrzymaniu pierwszego listu od jego rywala.
— Czy, prócz śmiechu, słyszała pani kiedy jakie słowa, wypowiedziane przez tę zmorę?
— Tak. Gdy skończyłam czytanie drugiego listu Smythe’a, w którym donosił mi o swoich powodzeniach, usłyszałam głos Welkina: „A jednak on ciebie nie zdobędzie“. Słyszałam to tak dokładnie, jakgdyby znajdował się w tym samym, co ja pokoju. Straszne to jest wszystko. Czasami zdaje mi się, że zwarjowałam.
— Rzeczywiście, jest coś dziwnego w tym niewidzialnym człowieku. Ale zawsze dwie głowy, to więcej, niż jedna...
Nie dokończył zdania, gdy przed cukiernię zajechał z trzaskiem, dziwnej konstrukcji samochód. Do sklepu wszedł maleńki człowieczek, w błyszczącym wysokim cylindrze na głowie. Angusowi wystarczyło jedno spojrzenie, by odgadnąć tożsamość tego gościa. Ta mała figurka, ubrana z przesadną elegancją, starannie przyczesana, śpiczasta czarna broda, małe niespokojne oczki, długie nerwowe palce — nie mogły należeć do kogo innego, jak tylko do człowieka, o którym przed chwilą była mowa. Musiał to być Izydor Smythe, który potrafił fabrykować lalki z bananowych skórek, lub z pudełek od zapałek, który swą mechaniczną służbą potrafił zarobić miljony.
Smythe zwrócił się do Laury:
— Czy pani widziała, co jest na szybie wystawowej?
— Na szybie wystawowej? — powtórzył ze zdziwieniem Angus.
— Nie czas teraz na wytłumaczenie wszystkiego — rzekł maleńki miljoner — ale zdaje mi się, że dzieje się tu coś dziwnego, co wartoby wyjaśnić. — I wskazał swą wytworną laską na wystawę.
Angus zobaczył na szybie przylepiony duży kawał nagumowanego papieru pocztowego, którego przecież przed chwilą tam nie było. Wraz ze Smythe’m wyszedł ze sklepu i przekonał się, że papier ów był przylepiony z zewnętrznej strony. Na papierze było napisane: „Jeżeli wyjdziesz zamąż za Smythe’a — zabiję go“.
— To napisał Welkin — rzekł Smythe ponuro. — Nie widziałem go już od lat, ale wciąż nie daje mi spokoju. Już pięć razy w ostatnich dwuch tygodniach przysyłał mi listy z pogróżkami. A co najdziwniejsze, że nie mogę się dowiedzieć, kto je przynosi. Portjer w moim domu przysięga, że nie widział nikogo podejrzanego. I teraz także, człowiek ten przylepia jakiś papier na szybie, podczas gdy ludzie, znajdujący się w sklepie...
— Tak, podczas gdy ludzie, znajdujący się w sklepie piją herbatę — dokończył Angus. Podług mnie człowiek ten zdążył już dostatecznie oddalić się, tak, że trudno byłoby rozpocząć za nim pogoń, tembardziej, że nie wiemy nawet, w którą stronę poszedł. Panie Smythe, na pańskiem miejscu, oddałbym całą sprawę w ręce jakiegoś zręcznego specjalisty, najlepiej prywatnego. Znam takiego, bardzo sprytnego człowieka. Nazywa się Flambeau. Młodość miał bardzo burzliwą, ale dziś jest niezwykle uczciwym człowiekiem; mieszka w Hamsted, Lucknow Mansiens.
— To dziwne — rzekł mały człowieczek, wysoko podnosząc brwi — mieszkam niedaleko niego w Himylaya Mansiens. Możeby pan poszedł ze mną. Odnalazłbym te listy z pogróżkami, a panby przez ten czas sprowadził swego przyjaciela detektywa.
— Doskonale — zgodził się Angus — im prędzej weźmiemy się do rzeczy, tem lepiej.
Obaj panowie pożegnali się z Laurą i wskoczyli do dziwacznego samochodu. Smythe zasiadł przy kierowniku. Gdy skręcali w sąsiednią ulicę, Angus zauważył na jakimś parkanie olbrzymi plakat z ogłoszeniem „Milczącej służby Smythe’a“, Plakat przedstawiał wielką lalkę bez głowy, niosącą dymiące półmiski. Pod tem był napis: „Kucharka, która nigdy się nie złości“.
— Sam posługuję się w domu mojemi lalkami — objaśnił z uśmiechem Smythe. — Poczęści dla reklamy, a poczęści dla wygody. Moje mechaniczne lalki potrafią usłużyć szybciej i lepiej, aniżeli żywa służba. Ale nie mogę zaprzeczyć, że taka usługa ma także i swoje złe strony.
— Tak, czy są rzeczy, których zrobić nie potrafią?
— Nie umieją np. powiedzieć mi, kto do mego mieszkania przynosi listy z pogróżkami.
Samochód Smythe’a (także jego wynalazku) dowiózł ich szybko do jego mieszkania. Dom, w którym Smythe mieszkał, znajdował się na placyku, zakończonym z jednej strony czemś w rodzaju ogrodu, z drugiej — sztucznie przeprowadzonym kanałem. Na placyku, przy straganie siedział człowiek sprzedający kasztany; trochę dalej przechadzał się wolnym krokiem policjant. Więcej nikogo nie było widać. Samochód zatrzymał się przed domem. Smythe, wyskoczywszy z samochodu, zaczął zaraz rozpytywać portjera i jego pomocnika, czy nikt, podczas jego nieobecności, nie odwiedzał jego mieszkania. Zapewniono go, że nie widziano nikogo. Smythe i Angus wsiedli do windy i po chwili znaleźli się na najwyższem piętrze.
— Może pan wejdzie na chwilę — zaproponował Smythe. — Pokażę panu te listy Welkina, a potem pójdzie pan po swego przyjaciela. — Nacisnął niewidoczny guzik i drzwi same się otworzyły.
Weszli do dużego, szerokiego przedpokoju, po dwuch stronach którego stały dwa rzędy mechanicznych lalek. Lalki te wyglądały jak manekiny krawieckie. Nie posiadały głów, a ręce zastępowały im dwa haki żelazne, służące widocznie do podawania różnych przedmiotów. Niektóre były pomalowane na czerwono, inne na zielono, a inne jeszcze na czarno, widocznie dla łatwiejszego rozróżniania. Poza tem nie przedstawiały nic ciekawego. Na ziemi, pomiędzy szeregami lalek, leżał kawałek zmiętego papieru, na którym było coś napisane czerwonym atramentem. Smythe, jak tylko wszedł do mieszkania, spostrzegł papier; schwycił go, przeczytał i bez słowa podał Angusowi. Napis, który był zupełnie świeży, gdyż atrament jeszcze nie wysechł, brzmiał; „Jeżeli widziałeś się z nią dzisiaj, zabiję cię“. Przez chwilę trwało milczenie. Poczem Izydor Smythe zapytał zupełnie spokojnie:
— Nie napiłby się pan whisky?
— Nie, dziękuję; wolę pójść zaraz po Flambeau. Ta sprawa wydaje mi się coraz poważniejsza.
— Ma pan rację. Sprowadź go pan, jak można najprędzej.
Gdy Angus zamykał drzwi za sobą, widział jak Smythe naciska jakiś guzik i jak jedna z lalek podaje mu butelkę i szklankę. Dziwnie przykre uczucie ogarnęło go, gdy pomyślał, że zostawia tego małego człowieczka samego, z temi martwemi lalkami.
Niedaleko drzwi mieszkania Smythe’a siedział pomocnik portjera, zajęty naprawianiem wiadra. Angus, obiecawszy mu napiwek, wziął od niego przyrzeczenie, że aż do jego powrotu nie ruszy się z tego miejsca. Podobną rozmowę miał z portjerem przy drzwiach frontowych, od którego dowiedział się przytem, że dom żadnego innego wejścia nie posiada. To wszystko jednak nie wystarczyło dla uspokojenia Angusa. Podszedł jeszcze do policjanta, i tego też poprosił, aby do jego powrotu bacznie obserwował dom Smythe’a. Następnie, kupując za parę groszy trochę kasztanów, starał się wybadać, jak długo przekupień zamierza jeszcze zostać na stanowisku. Przekupień miał właśnie zamiar zwinąć swój kramik w obawie przed śniegiem. Na prośbę Angusa jednak, postanowił pozostać. Wtedy dopiero Angus, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na obwarowaną twierdzę, ruszył w drogę.
— Obsadziłem jego mieszkanie ze wszystkich stron — rzekł sam do siebie. — Niepodobna chyba, aby wszyscy ci czterej ludzie mogli być wspólnikami Welkina.
Mieszkanie Flambeau znajdowało się bardzo blizko. Apartament jego, znajdujący się na parterze, w każdym calu różnił się od chłodnego, maszynami obstawionego mieszkania Smythe’a.
Flambeau przyjął swego przyjaciela w wytwornym gabinecie, obwieszonym starą zbroją, wyłożonym perskiemi dywanami. Prócz Flambeau, w gabinecie znajdował się mały, niepozornie wyglądający ksiądz.
— Ksiądz Brown — przedstawił go Flambeau. — Dawno już chciałem was ze sobą zapoznać. Ładna pogoda, co? Troszkę za chłodno, jak dla mnie południowca.
— Tak — odpowiedział Angus, siadając w fotelu — zdaje się, że się utrzyma ładna pogoda.
— Nie — zauważył spokojnie ksiądz — zaczyna śnieg prószyć.
I rzeczywiście, tak jak powiedział przekupień kasztanów, pierwsze płatki śniegu padały już na ziemię.
— Przyszedłem w interesie — zaczął Angus — i to w dosyć poważnym interesie. Krótko mówiąc, o parę kroków stąd znajduje się człowiek, który bardzo potrzebuje pańskiej pomocy, panie Flambeau. Od dłuższego już czasu jest on prześladowany pogróżkami człowieka, którego nikt nigdzie nie widział.
I opowiedział całą historję Smythe'a i Welkina, rozpoczynając od opowiadania Laury, następnie o tem co sam widział.
Flambeau słuchał ze wzrastającem zainteresowaniem. Obydwaj, zdawało się, zapomnieli o obecności małego, niepozornego księdza.
W końcu Flambeau zerwał się z miejsca i zawołał:
— Zdaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli dokończy pan opowiadania po drodze. Nie mamy czasu do stracenia.
— Doskonale — zgodził się Angus — chociaż zdaje mi się, że narazie Smythe jest bezpieczny. Postawiłem czterech ludzi na straży.
Wyszli na ulicę. Razem z nimi powędrował milczący ksiądz. Raz tylko zrobił nic nieznaczącą uwagę, że coraz grubszy śnieg leży na ziemi.
Na placu Angus sprawdził swoich strażników.
Przekupień zapewnił go, że nikt do domu nie wchodził. Policjant potwierdził to zeznanie, dodając jeszcze, że ma przecież doświadczenie i wie, że złoczyńca mógłby równie dobrze być w łachmanach, jak i w eleganckiem ubraniu, ale stanowczo nikogo podejrzanego nie widział.
Gdy doszli do samego domu, portjer stojący w bramie dał im podobne informacje.
— Mam przecież prawo pytać każdego, kto tu wchodzi, do kogo i poco idzie. Zapewniam panów, że nikogo nie widziałem.
Wtedy ksiądz, stojący skromnie za nimi i patrzący pokornie na ziemię, odezwał się:
— Czy nikt nie wchodził, ani wychodził z tego domu, od czasu, gdy śnieg zaczął padać?
— Nikogo tu nie było — zapewniał ciągle portjer.
— Więc ciekaw jestem, co to jest? — rzekł ksiądz, wskazując na ziemię.
Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Flambeau zaklął po francusku. Pośrodku bramy widniały wyraźnie na białym, świeżym śniegu, szare ślady czyichś stóp.
— Boże! — zawołał mimowoli Angus. — Znowu ten niewidzialny człowiek. — I nie namyślając się, pobiegł po schodach na górę; za nim podążył Flambeau. Tylko ksiądz Brown pozostał, przyglądając się wciąż śladom na śniegu, jakgdyby wogóle cała sprawa przestała go interesować.
Doszedłszy na górę, Angus odnalazł guzik i drzwi otworzyły się przed nimi. Ogólny wygląd przedpokoju nie zmienił się od jego wyjścia. Było tylko trochę ciemniej, i tylko gdzieniegdzie odbijały się blaski zachodzącego słońca. Bezgłowe lalki stały, jak poprzednio, ustawione w dwa szeregi, tylko skutkiem ciemności, które zatarły ich właściwe kontury, bardziej niż przedtem, przypominały żywych ludzi. Na podłodze, gdzie przedtem leżał ów papier ze słowami wypisanemi czerwonym atramentem, teraz stała mała kałuża, jakgdyby ktoś rozlał czerwony atrament, Ale to nie był atrament. Flambeau, z okrzykiem „morderstwo“, wbiegł do mieszkania i zaczął obszukiwać wszystkie kąty. Ale nie znalazł nic. Izydora Smythe’a nie było w mieszkaniu, ani żywego, ani umarłego.
Po długich, bezowocnych poszukiwaniach, Flambeau i Angus spotkali się znów w przedpokoju.
— Mój drogi — zaczął Flambeau, w podnieceniu mówiąc po francusku — ten pański morderca, nie tylko sam jest niewidzialny, ale potrafi też swoją ofiarę uczynić niewidoczną.
Angus przerażonym wzrokiem rozglądał się po przedpokoju obstawionym manekinami. Dreszcz nim wstrząsnął. Jedna z tych lalek stała, jakgdyby pochylona, nad miejscem, gdzie była czerwona kałuża. Jeden z haków, zastępujących jej ręce, był zlekka podniesiony w górę. Angus z przerażeniem pomyślał, że może biednego Smythe’a zabiło jego własne żelazne dziecko. W rozgorączkowanej wyobraźni widział, jak się maszyny zbuntowały przeciw swemu władcy, i zabiły go. Ale gdyby nawet tak było, co z nim potem zrobiły? Myśli zaczęły mu się mącić w głowie.
— Biedak — rzekł wkońcu głośno. — Znikł, jak chmura na niebie, pozostawiając po sobie jedynie ten czerwony ślad. Historja, jakgdyby nie z prawdziwego zdarzenia.
— Muszę iść natychmiast — odpowiedział Flambeau — i pomówić z moim przyjacielem.
Zeszli na dół, mijając pomocnika portjera, który zapewnił ich, że nikt do mieszkania biednego Smythe’a nie wchodził. Portjer i sprzedawca kasztanów powtórzyli to samo. Lecz Angus napróżno rozglądał się za swym czwartym świadkiem. Policjanta nigdzie nie było widać.
— Gdzie jest policjant? — zawołał z pewnem zdenerwowaniem.
— Przepraszam pana — odezwał się ksiądz Brown — to moja wina. Posłałem go właśnie, aby coś sprawdził. Coś, co zdawało mi się, warte jest sprawdzenia.
— Dobrzeby było, aby zaraz wrócił — rzekł Angus niecierpliwie — gdyż ten biedak tam na górze, nie tylko został zamordowany, ale znikł bez śladu.
— Jakim sposobem?
— Trudno nam będzie na to odpowiedzieć — wtrącił Flambeau. — Nikt do tego domu nie wchodził, a Smythe znikł, jakgdyby go złe duchy uprowadziły. Mnie...
W tej chwili nadbiegł zdyszany policjant i zwrócił się do księdza:
— Tak jest. Znaleziono właśnie trupa biednego pana Smythe’a w kanale, niedaleko stąd.
Angus potarł sobie ręką czoło. — Czyżby sam poszedł i utopił się?
— Nie wychodził wcale z domu — rzekł policjant — mogę przysiądz na to. Zresztą nie utopił się także, gdyż zginął od rany, zadanej mu w samo serce.
— A przecież, jak wszyscy twierdzicie, nikt do tego domu nie wchodził — rzekł poważnie Flambeau.
— Chodźmy stąd — zaproponował ksiądz Brown.
Gdy doszli do końca placu, ksiądz zawołał nagle:
— Ach! jakiż ja głupi. Zapomniałem zapytać się, czy znaleźli także cienki bronzowy worek.
— Dlaczego cienki bronzowy worek? — zdziwił się Angus.
— Dlatego, że gdyby to był worek innego koloru, sprawa musiałaby się zacząć od początku. Jeżeli zaś bronzowy — sprawa jest zakończona.
— Cieszy mnie, że to słyszę — zauważył Angus ironicznie — gdyż dla mnie ta sprawa dopiero się zaczęła,
Ale Flambeau z zainteresowaniem patrzył na księdza.
— Proszę, opowiedz pan nam o wszystkiem — rzekł.
Nie zdając sobie z tego sprawy, okrążali plac.
Ksiądz w milczeniu szedł naprzód. Wkońcu odezwał się:
— Boję się, że wyda wam się to ogromnie mało skomplikowane. W takich sprawach spodziewamy się zawsze rzeczy nadzwyczajnych, a potem sprawa okazuje się bardzo prosta.
Czyście zauważyli jedną rzecz — ludzie nigdy nie odpowiadają na to, o co są pytani, a odpowiadają na to, o czem myślą, że są pytani. Naprzykład: Jedna pani odwiedza drugą, swą sąsiadkę na wsi, i pyta: „Czy ma pani kogo u siebie?“ Osoba pytana nie odpowiada: „Tak, mam u siebie kucharza, pokojówkę, trzech lokai i t. d.“, a odpowiada: „Nie, nie mam nikogo“, przypuszczając zgóry, że sąsiadka pyta o gości. Ale jeżeli w czasie epidemji doktór zapyta tę samą panią: „Kogo pani ma u siebie?“ — natychmiast przypomni sobie obecność kucharza, lokai i pokojówki. Takie są już właściwości każdego języka. Nigdy na pytanie nie otrzymujemy zupełnie dokładnej odpowiedzi, nawet jeżeli odpowiedź zgadza się z prawdą. Gdy ci czterej, skądinąd uczciwi ludzie, zapewniali nas, że nikt nie wchodził do domu, to nie znaczyło, że nikt tam nie wchodził, tylko, że nie wchodził nikt taki, o kogo, w ich mniemaniu, mogło wam chodzić. Gdyż wchodził i wychodził stamtąd człowiek, i oni go widzieli, ale o nim nie pomyśleli.
— Niewidzialny człowiek? — spytał Angus, podnosząc brwi.
— Niewidzialny dla ich myśli, zwróconej gdzieindziej.
Ksiądz Brown pogrążył się w zadumie, potem ciągnął dalej cichym, spokojnym głosem:
— W takich wypadkach takiego człowieka się nie widzi, póki jakiś drobiazg nie naprowadzi myśli w jego kierunku. I na tem polega jego spryt. Moją myśl w jego kierunku zwróciło parę szczegółów w opowiadaniu pana Angusa. Przedewszystkiem uderzyło mnie to, że Welkin lubił chodzić na długie spacery; następnie użycie gumowanego papieru pocztowego do naklejenia na szybie. Następnie najbardziej moją uwagę zwróciły dwie rzeczy, które mówiła ta młoda osoba, pańska znajoma ze sklepu, które nie mogły być prawdziwe. Niech się pan uspokoi — dodał, widząc niespokojne poruszenie Angusa — ona była pewna, że mówi prawdę, ale tak nie było i nie mogło być. Nikt nie może być zupełnie sam na ulicy, w chwili, gdy otrzymuje list, i nie może być zupełnie sam, gdy ten list zaraz zaczyna czytać. Ktoś musi być w pobliżu; tylko na niego nie zwraca się uwagi.
— Dlaczego ktoś musi być koniecznie w pobliżu? — pytał Angus.
— Dlatego — odpowiedział ksiądz Brown — że jeżeli wykluczymy z naszego rozumowania gołębie pocztowe, ktoś ten list przynieść musiał.
— A więc, pan przypuszcza — spytał Flambeau — że Welkin sam zanosił listy swego rywala?
— Tak, jestem tego pewien. Welkin sam zanosił te listy, gdyż zanosić je musiał.
— Niewiele z tego wszystkiego rozumiem — zawołał Flambeau. — Któż jest ten człowiek, jak wygląda? Dlaczego jest dla wszystkich niewidoczny?
— Chodzi zwykle bardzo ładnie ubrany, w uniformie granatowym z czerwonemi i złotemi wypustkami — odpowiedział ksiądz prędko i dokładnie — i w tym pięknym i rzucającym się w oczy kostjumie wszedł dzisiaj, w obecności czterech ludzi, do domu Smythe’a. Zabił go, i wyszedł, wynosząc go ze sobą.
— Na miłość boską! to wszystko brzmi, jak bajka. Chwilami zdaje mi się, że zwarjowałem — zawołał Angus.
— Nie, pan nie zwarjował. Jest pan tylko trochę niespostrzegawczy. Nie zwrócił pan nigdy uwagi na takiego człowieka, jak ten naprzykład — i zrobiwszy parę pośpiesznych kroków naprzód, położył rękę na ramieniu listonosza, który ich niespostrzeżenie wymijał w cieniu drzew.
— Nikt nie zwraca uwagi na listonoszów — mówił w zamyśleniu — a jednak to są ludzie, jak inni i jak inni, podlegają namiętnościom; przy tem noszą zwykle ze sobą duże, lekkie bronzowe worki. W takim worku można z łatwością wynieść trupa małego człowieka.
Listonosz, wysoki, jasnowłosy człowiek, zamiast spokojnie się odwrócić, chciał odskoczyć w bok. Zatrzymany, spojrzał na nich przerażonym wzrokiem, przyczem wszyscy trzej zauważyli, że oczy jego zezują w najokropniejszy sposób.
Flambeau powrócił do swego wytwornego apartamentu. Angus — do pani swego serca. A ksiądz długo jeszcze, w towarzystwie mordercy, chodził po zaśnieżonych ulicach. Co sobie w tę cichą, mroźną noc powiedzieli — nigdy nam nie będzie wiadomem.


FRÉDÉRIC BOUTET

CZŁOWIEK, KTÓRY POŚLUBIŁ WŁASNĄ ŻONĘ

Józef Langlois szedł przez pustą ulicę Bosquet, pogrążoną w miękkiej mgle listopadowej nocy. Nie śpieszył się, był szczęśliwy, że może chodzić, oddychać po tym obiedzie zbyt sytnym, zbyt długim, w restauracji dusznej, mocno oświetlonej i bardzo rozbawionej; a przedewszystkiem szczęśliwy, że umysł jego, odpoczywa po tylu godzinach rozmowy, podczas której musiał wykładać swoje teorje o sztuce i dekoracji, opowiadać w taki sposób o swoich projektach, aby zainteresować grubego Maksymiljana Duthil, człowieka ciężkiego i sprytnego, serdecznego i ostrożnego, zarozumialca i rozumnego, w rękach którego leżała jego przyszłość, oraz długo wyczekiwany tryumf.
Po przejściu około Szkoły Wojskowej, skręcił w długą ulicę. Wybiła pierwsza, gdy znalazł się przed swoim domem. Idąc do oficyny, w której mieszkał, musiał przejść koło stróżówki, krzyknął głośno swoje nazwisko. Otworzył drzwi z przedpokoju, wszedł do mieszkania. Różowa, przyćmiona lampa, rzucała światło na barwne urządzenie, plamy matowego złota, błyszczącego niklu... W powietrzu unosił się delikatny zapach chypre’u.
— To ty, Ziuku? Dobry wieczór. Która godzina? odezwał się młody, zaspany głos.
Na kanapie, która stała w cieniu, poruszyła się młoda kobieta, usiadła. Chciała przetrzeć oczy, ale się powstrzymała.
— Dobry wieczór Zuziu... Spałaś?
— Tak... Zdaje mi się... Widzisz Ziuku, wszystko skończyłam, więc się położyłam.
— Może, biedne dziecko, za bardzo się męczysz...ciągle ci to mówię...
— Ależ nie, to nic nie jest. Pocałuj mnie..
Wstała i podeszła do niego. On odkręcił wyłącznik: teraz postać kobieca była jasno oświetlona... Długi fartuch w niebieską i białą kratkę zasłaniał jej wysmukłą kibić; śliczna i delikatna główka tworzyła ciekawy kontrast z tem ubraniem gospodarskiem. Włosy opadały, jak frendzle wzdłuż policzków, delikatnych i pełnych, piękne duże oczy niebieskie z zielonkawym odcieniem, trochę krótkowzroczne, długie zafryzowane rzęsy, usztywnione, umalowane i oddzielone przez jakiś kosmetyk, dawały pewną zuchwałość [sp]ojrzeniu.
— Ach, nie zdjęłam fartucha! Zawołała zmieszana.
Zrzuciła fartuch i ukazała się we wspaniałej pyjamie z białego jedwabiu, haftowanego w złote i niebieskie kwiaty, która podkreślała wysmukłość jej figury z ledwo widocznemi biodrami i płaskim biustem.
— A więc co ci powiedział pan Duthil? Zadowolony jesteś? — pytała się tonem niepewnym i ciekawym.
Józef Langlois pocałował ją serdecznie i czule, poczem zdjął palto i kapelusz. Średniego wzrostu, szeroki w ramionach, doskonale ubrany, twarz pełna i gładka, włosy kasztanowate, kręcące się dookoła szerokiego czoła, oczy przenikliwe i poważne; wyglądał na trzydzieści pięć lat, robił wrażenie człowieka wartościowego, rozsądnego, energicznego i inteligentnego.
— Widzisz kochanie, pan Duthil bardzo się interesuje mojemi pracami... Rozmawialiśmy długo, podczas i po obiedzie... Obiad znakomity... Po raz pierwszy byłem z nim sam i mogłem mu dokładnie objaśnić, czem jestem i jaki rodzaj sztuki stosowanej stworzyłem. Pomimo bogactwa i zarozumiałości posiada dobry smak... Ale kochanie, jestem trochę zmęczony... Może się położymy? Potem ci opowiem.
— Zaczekajmy chwilę, dobrze? Rosół jeszcze się nie ugotował, zaprotestowała młoda kobieta głosem zupełnie naturalnym. Muszę nawet zagrzać...
Nie zdziwiło to Józefa Langlois. Zapalił papierosa i usiadł wygodnie w fotelu, skąd dochodził lekki zapach rosołu, który dziwnie się łączył z zapachem chypre’u i dymem papierosów.
— Za kwadrans będzie gotów, powiedziała wracając. Więc Ziuku, masz nadzieję, że pan Duthil?... Mój Boże, jaka ja będę szczęśliwa...
— Nie prorokujmy moja maleńka Zyto...
— Ziuku, nazywaj mnie Zuzią, gdy jesteśmy sami... Gdy nazywasz mnie Zytą, jeszcze dzisiaj mam wrażenie, że nie do mnie się odzywasz... również jak nie mogę się poznać w lustrze...
— Dziecko z ciebie... Sprawa się tak przedstawia: pan Duthil chce, abym zrobił projekty kilku mebli, nad których wykonaniem sam czuwać będę. To jest na początek. Chce się przekonać, jakie są moje zdolności. Mam wrażenie, że nawet do przedsiębiorstwa, któreby go interesowało, włożyłby jakiś większy kapitał... Jeżeli będzie zadowolonym z mojej pracy, gdy przekona się, że może mieć do mnie zaufanie, napewno mnie poprze...
— Mój Ziuku, jakby to było dobrze...
— Tak, ale nie trzeba go ani przynaglać, ani narzucać, ani wzbudzać nieufności, ani też dać poznać, że szuka się jego poparcia. Nie jest skąpy, ale kilkakrotnie dał się wciągnąć i to go zraziło. Zawsze radzi się siostry, która ma wielki wpływ...
— Ma siostrę?
— Tak, baronową Wosiga, z domu Duthil, starszą od niego i jeszcze bogatszą... była zamężna, rozwiedziona, drugi raz zamężna, drugi raz rozwiedziona... kochankowie... różne przygody... obecnie bogobojna, surowa... Mieszka razem z bratem, we wspaniałym pałacu na ulicy du Bois, który ci pokazałem... Aby Duthil popierał, trzeba mieć jej uznanie... Mam w przyszłym tygodniu, być u niej na obiedzie... Narazie on ma przyjść do mnie, pojutrze o trzeciej... Oficjalnie przychodzi po to, abym mu pokazał projekty i meble... W rzeczywistości, mam wrażenie, że chce także i przedewszystkiem przekonać się, jak ja żyję... Jest ciekawy, jak stara baba.
— Pojutrze o trzeciej godzinie... będzie czysto i porządnie... Powiedz, czy moja obecność jest konieczna?...
Młody człowiek zastanowił się,
— Nie wtedy — gdy przyjdzie. Wyjdziesz wcześniej, ale wrócisz do domu przed czwartą, niespodzianie... Zrobi to doskonałe wrażenie... Będzie tobą zachwycony... Przybierzesz niedbałą pozę... Będziesz interesująca... Już sama wiesz...
— Zrobię wszystko, co będę mogła... bądź spokojny, rzekła zasmuconym głosem.
— Widzisz kochanie, ciągnął Józef, pan Duthil chciał przyjść jutro... Nie zgodziłem się... Wiesz dla czego?... Bo jutro jest 17 listopada, upływają cztery lata...
— Ach, Ziuku, nasza rocznica ślubu! Jakiś ty dobry, że wśród tylu zajęć pomyślałeś o tem... Ja pamiętam ale... Więc powiedz, będziemy cały dzień razem... Pojedziemy na wieś, chcesz?...
— Na wieś, w listopadzie?...
— Nic nie szkodzi, jest ładnie... Albo zostaniemy w Paryżu, wszystko jedno, aby razem... Jakiś ty dobry, żeś o tem pomyślał...
— Przyniosłem ci nawet drobiazg... Ach, głupstwo...
Z kieszeni wydostał emaljowaną bransoletkę. Młoda kobieta klasnęła w ręce zachwycona, usiadła na kolanach męża, aby go serdecznie ucałować.
— Jakiś ty kochany, taka jestem zadowolona... Mój Boże, rosół!...
Pobiegła do sąsiedniego pokoju i wróciła.
— Zgasiłam gaz. Rosół będzie świetny... Teraz można iść spać.
Zabrała się do zdejmowania z sofy haftowanych poduszek, pod któremi leżały poduszki do spania.


∗             ∗

Józef Langlois urodził się trzydzieści sześć lat temu w Grenobli. Ojciec jego, profesor matematyki, matka, córka skromnego urzędnika, uważali, że jedno dziecko im wystarczy. Józef miał dziesięć lat, gdy ojciec dostał posadę w Paryżu i cała rodzina, wraz ze służącą, przeprowadziła się. Niezamożni, zachwyceni i zaniepokojeni mieszkaniem „w stolicy“, państwo Langlois, przy ulicy Abbé Gregoire wynajęli tanie mieszkanie, składające się: z małego salonu, jadalnego, sypialni i trójkątnego pokoju o ściętym dachu, był to gabinet pana Langlois. Józef spał w przedpokoju, parawan zasłaniał jego składane łóżko, mył się w kuchni. Taka półnędza była mu obrzydliwą; będąc jeszcze dzieckiem, śnił o wspaniałych wnętrzach, wielkich mieszkaniach komfortowo i bogato urządzonych. Był inteligentny i pracowity; rodzice dumni z niego, zastanawiali się nad jego przyszłością. Ojciec chciał, aby poszedł drogą naukową, matka, przez romantyzm, marzyła o karjerze artystycznej. Zgodzili się na coś pośredniego. Józef został architektem. Tego samego roku, gdy wstąpił do szkoły, umarł ojciec. Dochody się zmniejszyły, oddalono służącą, która w czasie wycieczek gospodarskich pani Langlois, dała mu pierwsze lekcje miłości.
Po śmierci męża pani Langlois żyła tylko dla syna. Józef odziedziczył trójkątny gabinet, pracował ze zdwojoną energją, ale architektura mu nie wystarczała, marzył o rzeczach żywotniejszych i barwniejszych... Po ukończeniu szkoły, był na posadzie u wziętego architekta, wtedy zaczął szukać właściwego powołania, studjując dekoracje wnętrz.
Wysłany w okolicę Tours, aby poprowadzić roboty przy odnowieniu pałacu, poznał młodą dziewczynę, Zuzannę Larigue, ładną i dobrze wychowaną, która po śmierci rodziców, miała zostać damą do towarzystwa grymaśnej starszej pani. On się w niej zakochał, ona w nim. Pobrali się w Tours i gdy prace były zakończone, zabrał ją do Paryża do matki. Zamieszkali na ulicy Abbé Gregoire i z salonu zrobili dla siebie pokój sypialny. Rok... dwa lata... Obecne życie dla Józefa było dzięki miłości mniej przykre, ale zarazem i bardziej irytujące, bo czas mijał... Wreszcie ustalił swoje powołanie: sztuka dekoracyjna; rysował, fantazjował, był zadowolony ze swojej pracy. Ale jak się dać poznać?... Jak dojść do powodzenia, sławy, bogactwa?... Zastanawiał się nad tym problemem, starał się zrozumieć na czem polega powodzenie... Mówił tylko o tem ze swoją młodą żoną, która zachwycona, pogrążona w miłości, starała mu się przypodobać, zastępując w gospodarstwie, ciężko chorą panią Langlois.
Stara pani Langlois umarła... Gdy przeszła pierwsza rozpacz, Józef Langlois tak rzekł do swej żony.
— Moja kochana, mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia. Już dłużej tak żyć nie można. Póki żyła biedna matka, nie mogłem działać... Opuścić ją, byłoby okrucieństwem... Obecnie jesteśmy wolni... Chcę dojść do celu, być sławnym, zarabiać pieniądze dla ciebie i siebie. Mam trzydzieści cztery lata, dłużej czekać nie mogę...
— Ale Ziuku, co zamierzasz uczynić?
— Trzeba z gruntu zmienić tryb życia... Jak chcesz, aby się powodziło na ulicy Abbé Gregoire, w mieszkaniu przyzwoitem i skromnem, gdzie meble są malowane na orzech i gdzie niema kuchennych schodów... Wstydziłbym się przyjąć kogokolwiek... Nie można mieć rozgłosu, gdy żona nie posiada ani pięknych sukien, ani biżuterji, gdy samemu także nie jest się elegancko ubranym. Odpowiedzialny szef biura musi uchodzić za niezdolnego, gdy widzą jego ubóstwo, nie można dojść do sławy, gdy się jest ubogiem małżeństwem, które ludzi proszą raz na rok na jakieś przyjęcie i to w dodatku z litości. Rozumiem powodzenie życiowe, widzisz, ludziom trzeba zamydlić oczy... A więc musimy stąd się wyprowadzić. Wszystko sprzedać, co uzyskamy ze sprzedaży, w połączeniu z naszemi oszczędnościami, będzie fundamentem przyszłości. Mogę mieć mieszkanie w pobliżu Inwalidów, w szykownej dzielnicy. Jeden z moich przyjaciół oficer, wyjeżdżając do Kolonji, odstępuje mi je. Urządzę się według moich upodobań, planów; modernistycznie i artystycznie... Zamieszkam sam.
Z rozpaczliwym krzykiem rzuciła się Zuzia na męża.
— Ziuk, chcesz mnie porzucić?
— Ależ nie, zwarjowałaś... My się nie rozstaniemy... Dla ludzi będziesz moją przyjaciółeczką... Będziem prowadzili życie tajemnicze i wesołe... Nikt nie będzie wiedział, że jesteśmy mężem i żoną. Poza mieszkańcami tego wstrętnego domu, nikt ciebie nie zna. Wyprowadzę się stąd, nie zostawiając adresu, powiem, że udaję się w podróż... Jeżeli chcesz, możemy nawet pojechać na Południe. Wrócimy odświeżeni, zmienieni... Opuszczę mego szefa, mówiąc jemu i kolegom, że przerzucam się na sztukę dekoracyjną. Odwiedzę tych, którzy mi są potrzebni. Nie będę żyć jak niedźwiedź.
— Ale ja... Ziuku... ja... ty wiesz ja wszystko zrobię, co zechcesz... Ale pomyśl, już nie będę twoją żoną, już nie będzie jak dawniej...
— Ależ dla nas nic się nie zmieni... To dla ludzi... To nie przez snobizm antyburżuazyjny... Zrozum mnie dobrze, to kwestja budżetu... Tak...
— Wydatek będzie taki sam...
— Tak, nawet trochę większy... Ale będziemy szykowni, a nie nędzni. Kiedy młody człowiek jest elegancki? Gdy ma nieskazitelnie skrojony smoking, dobrze leżące garnitury, szykowną garsonierę i gdy ma przyjaciółkę ładnie ubraną. Małżeństwo legalne... pomyśl: apartament, służba, proszone obiady, suknie pani itd., itd. Eleganckie życie kawalera nic nie kosztuje... w porównaniu... Proszę cię, abyś się nieco poświęciła dla przyszłości, zgadzając się na nasze tajemnicze życie... Zrozum, nikt nawet nie będzie wiedział, że razem mieszkamy. Będziesz szykowną kobietką, moją przyjaciółką. Przeistoczysz się, zobaczysz. Będziesz urocza, przyniesie mi to zaszczyt... A po kilku latach, gdy się mi powiedzie, będę znany, powiem, że zlegalizowałem nasz związek... Wyjedziemy, i po powrocie przedstawię cię jako moją żonę... Nikt się nie dowie...
I ciągnął długo, wymownie, przekonywująco. Zuzia dała się przekonać, zresztą, mało było rzeczy, których nie mógłby z nią przeprowadzić.
Trzy miesiące po tej rozmowie, w dzielnicy Inwalidów zamieszkał Józef Langlois, artysta-dekorator. Zuzia, skromna panienka z prowincji, w ubogich sukniach, o przezroczystej cerze, o jasnych niewidocznych rzęsach, o dużych jasnych włosach, o urodzie delikatnej przeistoczyła się na Zytę oryginalną i czarującą modną laleczkę, którą widzieliśmy jak wstawała z kanapy, w fartuchu w kratkę, na haftowanej pyjamie, aby odstawić rosół.
Gospodarski fartuch i rosół... tak. Zuzia chciała mieć powierzchowność, która odpowiadała planom Józefa, wygląd tajemniczy przyjaciółeczki, zapewne tancerki, a może kokainistki. Zgadzała się na nieobecność, gdy chciał być sam, aby przyjąć kogoś — wrócić, gdy on uważał, że obecność jej będzie wskazana... Przez okrągły rok nosiła ten sam kostjum, z doskonałego magazynu, ale oszczędny, ponieważ nosiła go i zimą, chociaż marzła, i latem chociaż było za ciepło. Jadała zawsze w domu, ale o takich porach, aby się nikt tego nie domyślił... Na wszystko się zgodziła, ale dziedzicznie obciążona zamiłowaniem do gospodarstwa (matka jej była wyrocznią w kwestjach domowych i nikomu nie ustępowała w czystości mieszkania i jakości kuchni), z prawdziwem zadowoleniem zamiatała i froterowała podłogi, w godzinach, w których wiedziała, że nikt nie przyjdzie. W międzyczasie, prała swoją bieliznę, bluzki, szyła, reperowała. Z chytrością, aby nie być przyłapaną, załatwiała zakupy w odległych i rozmaitych dzielnicach, przynosząc mięso i jarzyny w muzycznej tece, co naprowadziło ludzi na myśl, że jest w teatrze. Wieczorem, gdy już było obojętne, czy zapachy kuchenne dostaną się do mieszkania, gotowała zdrowe, gospodarskie dania — pieczeń wołową, potrawkę z kury, kotlety z groszkiem — które następnego dnia odgrzewała. W ten sposób żołądek ukochanego Ziuka był zabezpieczony przeciwko wyłącznemu jedzeniu szynki i jaj, a co najważniejsze, przeciwko jedzeniu restauracyjnemu. Te gospodarskie zajęcia wśród wypadków i kłopotów nowego życia, do którego Zuzia się z trudem przyzwyczaiła, były prawdziwą pociechą.


∗             ∗

Obszerny przedpokój o szarych ścianach, fryz z czerwonych piwonji (efekt nieco banalny, Langlois nie był zadowolony), stał tam wieszak i skrzynia drewniana, potem był kolosalny długi pokój (dwa pokoje połączone) ściany chabrowe, z ozdobami z matowego złota i owalne lustra bez ram, kilka sztuk mebli; bardzo niskie łóżko-kanapa. Rozmieszczone po obu stronach szafki, twórzyły bibljotekę i stół, wielkie biurko z egzotycznego drzewa z inkrustacją i ozdobami z niklu, z tego samego drzewa trójkątny stolik i nader praktyczna szafa, u góry miejsce na książki i artystyczne drobiazgi, niżej szuflady jak w komodzie, po obu stronach wysokie drzwi: dwa duże fotele, chabrowe jak ściany, kanapa na której leżało białe futro; całość niepretensjonalna i harmonijna. Ostatni pokój, szeroka kuchnia, przerobiona na łazienkę, cała z mozajki, niebieskiej i białej, była zaopatrzona w instalacje hydropatyczne, zlew był przerobiony na toaletę, stała tam także mała szafka lakierowana na biało i skrzynia, której pokrywa tworzyła ławeczkę.


∗             ∗

Właśnie na tej skrzyni Józef Langlois usiadł zaniepokojony. Pan Maksymiljan Duthil, który kończył przegląd mieszkania był razem z nim w kuchni i artysta bał się, aby ten człowiek wpływowy, bezceremonialny i ciekawy nie zajrzał do skrzyni, do której, rano Zuzia włożyła marchewkę i kartofle, co mogłoby wywołać najgorsze wrażenie.
— Tu jest uroczo, — oświadczył pan Duthil, gdy wszystko dokładnie obejrzał. Tu jest uroczo, praktycznie, pięknie... Co do dużego pokoju, ten jest wspaniały...
Wyszli z kuchni i weszli do wspomnianego pokoju. Józef Langlois poczęstował gościa wschodnimi papierosami. Pan Duthil wgłębiony w fotel, palił z zadowoleniem, urządzenie było ładne, malarz był mu sympatyczny.
— Jestem zachwycony... stworzył pan piękne wnętrze... To jest naprawdę wymarzone kawalerskie mieszkanie...
— Na pied-à-terre, na kawalerskie mieszkanie, tak to jest wystarczające, powiedział niedbale Józef. Wygodnie mi jest tutaj pracować... Z biurka jestem obecnie zadowolony... sporo mnie to trudu kosztowało, aby wybrnąć... ale...
— Szafa także jest świetna, zachwyca oko swoją harmonją linji... Drzwi na prawo i lewo?...
— Ubrania... środek, bielizna, krawaty... Przeważnie tutaj mieszkam, mam wszystko, co mi jest potrzebne, książki, projekty, telefon...
— Ach, jest pan szczęśliwy, wolny od wszelkich zmartwień, może pan poświęcić się swoim pięknym pracom...
Dał się słyszeć dźwięk przekręcanego klucza w zatrzasku, drzwi się otworzyły. Weszła Zuzia w kostjumie i kapeluszu. Langlois zrobił minę zdziwioną i omal że niezadowoloną.
— Ach to ty maleńka... Nie spodziewałem się.
Przedstawił „Pan Duthil — panna Zyta“.
Pan Duthil ukłonił się podziwiając urocze zjawisko, jakie z siebie uczyniła Zuzanna. Zdjęła kapelusz i palto. Usiadła i, milcząc, zapaliła papierosa. Wstała tylko, aby na żądanie Langlois podać porto. W dalszym ciągu milcząc, nalała do kieliszków złocisty płyn, potem znowu usiadła na kanapie, nie wtrącając się do rozmowy obu mężczyzn, wyjęła róże z wazonu i wąchała.
— Lubię róże — powiedziała do pana Duthil, który jej się z tajonem zainteresowaniem przyglądał. Było to jedyne zdanie, jakie padło z jej ust.
— To pana przyjaciółka — szepnął pan Duthil Józefowi Langlois, gdy go odprowadzał do przedpokoju.
— Tak, dobra dziewczyna, bardzo przywiązana, rozsądna... nieco milcząca i dziwaczka, ale szczera...
— Jest zachwycająca, linja, szyk... Musi pana ubóstwiać... Ach mój kochany, urządzenie pańskie jest kompletne... Widzę, że pan należy do tych, którzy potrafią chwytać szczęście... Jestem zachwycony, że miałem przyjemność poznać pana, będę szczęśliwy, gdy poznam pana bliżej... W poniedziałek zechce pan przyjść do mnie na obiad... Omówimy meble... Siostra moja także chciałaby zamówić... Pan ma prawdziwy talent... Przyszłość do pana należy, niech mi pan wierzy... Do zobaczenia w poniedziałek.
— Ładnie wyglądałam Ziuku, prawda? — zapytała Zuzia męża, głosem dziecka, które czeka na pochwałę.
Po pewnym czasie, dekorator Józef Langlois zaczął zdobywać sławę. Zaprojektowane meble dla pana Duthil i baronowej Dosiga, ściągnęły jeszcze inne zamówienia, ale nie była to jeszcze sława i majątek, o którym marzył.
Środki nie wystarczały mu, aby wykonać swoje wielkie projekty i zdobyć nimi świat. Pokładał nadzieję w panu Duthil, którego widywał często, albo u niego lub też u siebie... Pan Duthil chętnie odwiedzał artystę...
Jednego wieczoru, po obiedzie u pana Duthil, Langlois wrócił do siebie bardzo podniecony. Zuzia siedziała pod różową lampą i cerowała jedwabną pończochę.
— Wszystko w porządku — powiedział Józef — Duthil popiera mnie. Po obiedzie poszliśmy razem do gabinetu i powiedział mi, że jest zdecydowany...
Zuzia blada ze wzruszenia, rzuciła się mężowi na szyję..
— Mój kochany, mój kochany, co za szczęście...
— Poczekaj, rzecz się komplikuje... Tak, z twojego powodu...
— Boże!
— Poczekaj... Duthil powiedział mi: „Niech pan wybaczy mi moją śmiałość, ale musi pan wiedzieć, co ja i moja siostra sądzimy... Moglibyśmy bardziej pana popierać niż to czynimy i chętnie czynilibyśmy, gdyż oboje mamy całkowite zaufanie do pana... Ale siostra jest surowych zasad, przyznaję, że i ja również... Pański związek jest nielegalny... Na przyszłość będzie to dla pana przeszkodą... i nas w towarzyskich stosunkach będzie krępować... No i kwestja moralności... Proszę o wybaczenie. Że młody człowiek, znany elegancki artysta, jak pan, ma przyjaciółkę... wszystko w porządku... Ale człowiek, który ustala swój byt, który chce mieć naczelne stanowisko... Mój kochany, pańska przyjaciółka Zyta, jest urocza, inteligentna, poważna, uczciwa, głęboko pana kocha... Przyznam się panu, że, aby ją wypróbować, asystowałem, dawałem jej świetne warunki...“
— Mój Boże, opowiedział ci o tem — krzyknęła Zuzia, chowając głowę w dłoniach.
— Tak, dodał mi, że odtrąciłaś go z takiem oburzeniem, z taką godnością, w której kryła się domieszka rozczulającej trwogi, aby na skutek tego nie zerwał ze mną stosunków, abym nie stracił jego poparcia... był do głębi wzruszony... To przyzwoity człowiek... w głębi. Krótko mówiąc, chce, abym cię poślubił. Powiedział mi, że w ten sposób postępując będzie i przyzwoicie i praktycznie,
— Ależ Ziuku, to świetnie, tego właśnie chciałeś: pobrać się ze mną, gdy dojdziesz do powodzenia... Mój Boże, jaka ja jestem szczęśliwa! Zrobimy, jak powiedziałeś, pojedziemy na prowincję, niby się pobrać, Ale co się stało? Wyglądasz, jakbyś był niezadowolony...
— Moje biedactwo, trudności to większe, niż przypuszczasz. Nie dość, że pan Duthil chce, abym cię poślubił, ale chce być moim świadkiem, a pani Dosiga twoim... W ten sposób poniosą zasługi, małżeństwo będzie ich dziełem... będą cię przyjmować u siebie. Nie mogłem odmówić...
— Ależ Ziuku, ponieważ jesteśmy małżeństwem, nie można więc... Słuchaj, musisz wyznać prawdę panu Duthil...
— Nigdy! Pomyśl!... Za jakiego kłamcę, za jakiego oszusta weźmie mnie, gdy mu się przyznam, że kazałem żonie grać rolę przyjaciółki... Posądzi mnie, że nikczemne powody skłoniły mnie do tego... Ty Zuziu znasz mnie i zrozumiałaś... Ale na zawsze upadnę w jego oczach. Nie będzie miał zaufania, odmówi mi poparcia... może wszystko wygadać... I ta stara kwoka, jego siostra... No chcą być na naszym ślubie, musimy się pobrać... trudno...
— Ziuku, przecież to warjactwo...
— Trzeba, nasza przyszłość od tego zależy... Między triumfem lub ostateczną porażką musimy wybierać... Musimy się pobrać...
Chodził podniecony po pokoju.
— Ziuku, pomyśl, popełnisz bigamję... Można być skazanym za bigamję... Poczekaj, zajrzę do encyklopedji...
— Zostaw, nie popełnię bigamji, przecież tę samą kobietę poślubiam. Zastanów się, co robimy? Przedewszystkiem nikt nie będzie wiedział... Pobraliśmy się w Tours, już dosyć dawno... I jestem pewny, że niema prawa, któreby zabroniło po raz drugi żenić się z własną żoną... Rozwiedzeni małżonkowie mogą się pobrać więc?
— Ale myśmy się nie rozwiedli.
— Tem gorzej. Uporządkujemy nasze papiery i jak tylko można będzie najwcześniej to się pobierzemy, przy świadkach pani Dosiga i pana Duthil. Trzeba, mówię ci, Zuziu, trzeba...
— Gdybyś się poradził.
— Zrobię wrażenie idjoty... Zresztą, w razie niedyskrecji... Nie, nie można się wahać; materjalnie jest to świetne, trzeba się zgodzić... No cóż Zuziu, zdecydowałaś się?...
Rzuciła mu się w ramiona, łkając, rzekła:
— Jestem zbyt szczęśliwa!... Ja ci tego nie mówiłam, ale było mi to strasznie przykre, że nie robiłam wrażenia twojej żony... Ziuku, jakie to zabawne, będziesz dwa razy moim mężem.


∗             ∗

Dobrobyt małżeństwa zaczął się od dnia drugiego ślubu, który wkrótce potem się odbył. „Dom Artystyczny“ Józefa Langlois miał wielkie powodzenie wśród eleganckiego Paryża. Zyta, która znowu była Zuzią, pomimo wielkich sukcesów, pozostała prostą, przywiązaną, kochającą żoną.
— Ona jest urocza, tak urocza, dobrze wychowana, taktowna — mówiła o niej z dobrotliwą życzliwością baronowa Desiga, na stronie zaś dodawała:
— Trzeba dobrze znać jej przeszłość, aby uwierzyć, że była małą kokotką.


AUGUST STRINDBERG

HALUCYNACJE

Mąż przybył wieczorem do domu z kajetem nut i rzekł do żony:
— Po kolacji zagramy w cztery ręce.
— Czy przyniosłeś coś nowego? — zapytała żona.
— Kupiłem „Romea i Julję“. Czy znasz to?
— Tak, oczywiście. Nie pamiętam jednak, czy widziałam to kiedyś na scenie.
— O, to wspaniałe! Przypominam sobie to, jak sen młodzieńczy. Było to przed dwudziestu laty.
Po kolacji, gdy dzieci poszły spać i cisza zapanowała w domu, zapalił mąż świecę na pianinie, ustawił nuty. Na okładce widniały litografowane słowa: „Romeo i Julja“.
— Jest to najpiękniejsza kompozycja Gounoda, mam wrażenie, że nie jest zbyt trudna.
Żona obejmuje, jak zwykle, pierwszy głos, zasiada po prawej stronie. Rozpoczynają. D-dur, cztery czwarte taktu, Allegro giusto.
— Piękne, nieprawda? — powiada mąż po ukończeniu uwertury.
— Ach tak — przyznaje żona, lecz tonem niezbyt zachwyconym.
— Zagramy teraz „marciale“ — mówi mąż — to jest świetna część opery. Przypominam sobie wspaniałe chóry w teatrze królewskim w owym czasie, gdy żył jeszcze Soederman.
Grają marsza.
— A co? nie jest to cudne? — mówi mąż triumfująco jakby sam był twórcą „Romea i Julji“.
— Nie znajduję, by to było tak nadzwyczajne — orzeka żona.
Honor i dobry gust męża są zakwestjonowane. Więc długo szuka, przewraca kartki. Wreszcie znajduje arję. Ta będzie najodpowiedniejsza!
— Wiesz — powiada żona, gdy skończyli — muzyka ta jest wcale mierna.
Mąż jest bardzo przygnębiony. Przyznaje, że muzyka ta brzmi, jak katarynka.
— Tak, miałam przez cały czas to wrażenie — oświadcza żona.
— Pomyśl, jak prędko stał się Gounod staromodny — zauważa mąż. — Czy chcesz dalej grać? Może tercet lub cavatinę? Przypominam sobie panią Michaeli, była boska.
Po odegraniu tych ustępów, ma mąż wyraz twarzy wielce przygnębiony. Odkłada na bok kajet; jakby zamykał drzwi i zatarasowywał przeszłość.
— Napijemy się piwa? — powiada.
Zasiadają przy stole i piją piwo.
— To dziwne — mówi mąż — nie uwierzyłbym, ze jesteśmy już tak starzy; postarzeliśmy się wraz z „Romeem i Julją“. Pomyśl, dwadzieścia lat upłynęło, gdy po raz pierwszy usłyszałem tę operę. Zostałem właśnie studentem, przyszłość ścieliła się przede mną w całej krasie i blaskach. Od niedawna nosiłem czapeczkę studencką. Na górnej wardze kiełkował już mały wąsik. Przypominam sobie ten wieczór, gdy z Frycem, Filipem poszedłem do opery. Przedtem już słyszeliśmy „Fausta“, Byliśmy wielkimi zwolennikami Gounoda. A jednak „Romeo“ prześcignął wszelkie nasze oczekiwania; byliśmy oczarowani muzyką. Teraz obaj moi przyjaciele nie żyją już. Fryc, marzący o najwyższych stanowiskach, zmarł jako sekretarz, Filip jako kandydat medycyny, a ja, pragnący zostać radcą stanu, musiałem się zadowolnić posadą sędziego pułkowego. Jakże prędko minęły lata! Ani się nie spostrzegliśmy... Widziałem wprawdzie, że dokoła moich oczu potworzyły się zmarszczki, że włosy moje koło skroni posiwiały, lecz że zbliżyliśmy się tak bardzo do furtki cmentarnej, tego nie widziałem...
— Tak, mój przyjacielu, zestarzeliśmy się... Możemy to poznać na naszych dzieciach. Poznać to można również i na mnie, chociaż o tem nie mówiłeś...
-— Ach, jakże możesz tak mówić!
— Tak, wiem o tem, wiem, że poczynam brzydnąć, że przerzedzają mi się włosy na głowie, że będę musiała wkrótce dać wyrwać przednie zęby...
— Zważ, moja droga — przerywa mąż — że dziś ludzie prędzej się starzeją, niż dawniej. W domu mego ojca grano Haydna i Mozarta, chociaż ci kompozytorowie pomarli o wiele wcześniej, zanim się urodziłem. A teraz... teraz jest Gounod już przestarzały! Jak to smutno natknąć się na swe ideały młodości... Jak przykre jest uczucie, że człek się postarzał...
Wstaje i zasiada znowu do pianina; bierze nuty i przewraca kartki, jakby w szufladzie szukał wspomnień młodości. Oczy jego wpatrują się w czarne nuty, wyglądające, jak małe ptaki, wydrapujące się na rząd drutów... Stara się wydobyć z nut dźwięki wiośniane, nawoływania miłosne, entuzjastyczne Szylery z owych różanych dni pierwszej miłości... Lecz te czarne punkciki spozierają nań tak obco, jakby kwiaty wspomnień młodości zarosły chwastem. Tak, tak! Struny są pokryte kurzem, dno dźwiękowe pianina zaschło, pleśń wypełzła.
Westchnienie ciężkie ulatuje z piersi.
Nagle odzywa się mąż:
— Dziwna rzecz, brak w tych rzutach wspaniałego prologu. Przypominam sobie, że opera rozpoczynała się prologiem.
Poczyna wygrywać melodję... Twarz jego rozchmurza się, usta poczynają się uśmiechać, zmarszczki znikać. Ręce jego dotykają klawiszy silnie, młodzieńczo. Dźwięcznym głosem wyśpiewuje partję basową.
Żona ocknęła się ze smętnych rozmyślań. Łzy pojawiają się w jej oczach. Wsłuchuje się uważnie. Pyta zdziwiona:
— Co to jest?
— Romeo i Julja! Nasz Romeo i nasza Julja!
Podskakuje z krzesełka i pokazuje żonie kajet.
— Patrz! To był Romeo naszych przodków, naszych babek i dziadków... to był... czytaj... Bellini! Oh! Nie jesteśmy więc tak starzy!
Żona wpatruje się w błyszczące oczy męża. Mówi uradowana;
— Wyglądasz, jakbyś miał dwadzieścia pięć lat!
— A ty? Wyglądasz, jak młoda dziewczyna. Że też stary Bellini mógł nas tak zwieść! Odrazu miałem wrażenie, że z tymi nutami było jakieś nieporozumienie.
— Nie, mój drogi, to ja pierwsza sobie pomyślałam.
— Zapewne dlatego, że jesteś młodsza ode mnie.
— Nie, ty...
Mąż i żona siedzą obok siebie i przekomarzają się, jak dzieci, kto z nich starszy. Dziwują się, jak mogli poprzednio widzieć zmarszczki i siwe włosy tam, gdzie ich wcale nie ma...


ARTUR SCHNITZLER

ŚPIEWACZKA

Siedzę wczoraj w nocy w kawiarni, wtem ktoś za mną mówi:
— Ach non... ça... nigdy więcej!
Nie potrzebowałem się oglądać; to napewno August. Był piękny i elegancki, jak zwykle. Z przepyszną nonszalancją, którą skrycie u niego zawsze podziwiałem, zasiadł przy stoliku naprzeciw mnie, nie zdejmując wcale żółtego płaszcza, nasunął okrągły, czarny kapelusz pilśniowy głęboko w czoło i wezwał do siebie kelnera, który, oparty o bilard, czytał gazetę. Było to bowiem o godzinie trzeciej w nocy, w maju; byliśmy ostatnimi gośćmi. Kelner podszedł szybko.
— Dobry wieczór, panie Witte.
— Co? dobry wieczór?... nom d’un nom... pan sobie ze mnie stroi żarty... Przynieś mi pan lepiej co do zjedzenia lub wypicia.
— Proszę, panie Witte. Mała czarna, koniak...
August spojrzał na kelnera ponuro.
— Myli się pan. Przynieś pan dwie sardynki, dwa jajka w szklance, płatek szynki i flaszkę piwa.
Kelner znikł. August wziął mi gazetę z ręki i cisnął ją w sąsiedni stół.
— Ja tu jestem, rozumiesz?
— Czuję to — odparłem. — Skąd przychodzisz tak późno?
— Skąd?... — rzekł August i spojrzał na mnie melancholijno-demonicznym wzrokiem. — O godzinie trzeciej nad ranem nie powinno się nikomu stawiać takich pytań. Ale ty jesteś i pozostaniesz tumanem...
Nie odpowiedziałem ani słowa, wziąłem gazetę i począłem czytać.
— Czy mam ci udzielić dobrej rady? — zapytał nagle.
— Proszę bardzo — odparłem uprzejmie,
August spojrzał na mnie i rzekł ostro i stanowczo;
— Wszystko, mój drogi, rozumiesz mnie, wszystko, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
— Zapewne, zapewne — rzekłem,
— Wszystko — powtórzył August — kwieciarki, samotnie podróżujące damy z Rumunji, fortepianistki, żony kominiarzy, aktorki tragiczne, les dernières... wszystko, mój drogi, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
Przytakiwałem. Kelner przyniósł zamówione potrawy i August począł jeść. Lecz już po pierwszym łyku piwa, począł mówić:
— Wobec tych stworzeń jest się bezbronnym. I to jest okropne. Wytłumaczę ci to. Z dobrym przyjacielem, którego się przyłapie u swej kochanki, można się pojedynkować; obcego człowieka można z miejsca zastrzelić; draba po prostu należy zbić. Są to wypadki, w których wiadomo, jak postąpić, bo ma się do czynienia z normalnymi ludźmi. Lecz ileż przeżyć musiałem doznać od pierwszej chwili, w której poznałem pannę de la Rosière, aż do... — wyjął zegarek z kieszeni kamizelki i położył go na stół — aż do dzisiejszej nocy, dziś, godzinę temu...
— Dobranoc! — rzekłem i wstałem.
— Oh! — zawołał August — kelner! zamknij pan drzwi!
— Proszę bardzo — odparł kelner, widocznie tak dowcipny, jak August, podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
— Siadaj, mój drogi — rzekł August — opowiem ci historję, a zadrżysz w głębi serca. Les amours de Monsieur Auguste Witte et de la très-jolie Kitty de la Rosière.
— Kelner, cygaro!
Usiadł wygodnie w fotelu; mały, czarny kapelusz pilśniowy wciąż miał na głowie, a żółty płaszcz wciąż jeszcze na ramionach. Byłem bardzo śpiący; jedynie nadzieja, że przyjaciel mój opowie mi, jak bardzo się zblamował, spędzała sen z moich powiek.
— Oszukała mnie... — począł.
— Ach! — zawołałem, mile tknięty.
— Nie zechcesz mnie przecież uważać za takiego głupca, bym to opowiadał, jako coś niezwykłego. Byłem bowiem na to przygotowany; lecz spodziewałem się, że nigdy się o tem nie dowiem. Doprowadziłem mianowicie do prawdziwego wirtuozostwa sztukę niedowiadywania się. Nigdy nie odwiedzam mych przyjaciół o niezwykłej porze, nigdy nie zjawiam się niezapowiedziany; nigdy nie czytam listów, które przypadkowo znajduję na stole; opuszczam natychmiast lokal, gdy przy sąsiednim stole słyszę rozmowę o którejś z mych bogdanek; a jeśli mimo tych środków zapobiegawczych dowiaduję się o czemś, wówczas nie daję temu po prostu wiary. Lecz wszystko to skrewiło wobec Kitty. Czy przypominasz sobie Little Pluck’a?
— Oczywiście. Tego karła? To monstrum?
— Kitty nie uważała go za monstrum. Muszę zaznaczyć, że przez dwa tygodnie byłem z nią niezwykle szczęśliwy. Każdego wieczora po przedstawieniu odwiedzałem ją; o godzinie jedenastej był jej występ, o pierwszej mój. Przyjmowała mnie zawsze z wielką serdecznością. Również i tego wieczora tak miało być.
— Jakiego wieczora?
— Tego, w którym odbył się debiut Little Plucka, karła, mającego dwa i ćwierć stóp wysokości i 18 lub też 58 lat. Wchodzę, jak zwykle, punktualnie o pierwszej do pokoju Kitty i kogo znajduję?... Little Plucka, jakby to powiedzieć... u jej stóp. Zapomniałem języka w gębie. Chociaż sytuacja była, powiedzmy, wcale nie dwuznaczna, spodziewałem się przecież jakichś wyjaśnień z jej strony... na przykład: „Mylisz się“... Ale ona nie usprawiedliwiała się wcale. Spojrzała na mnie wielkiemi oczyma i wypowiedziała tylko niezapomniane słowa: „N’est pas drôle?“ W pierwszej chwili wzburzyła się moja krew i zaświerzbiała mi ręka... tak głęboko są w nas zakorzenione instynkty... lecz gdy spojrzałem na Little Plucka, to śmieszne indywiduum, śmieszniejsze w tej chwili, niżby to słowami wyrazić można, minął mój gniew i pomyślałem sobie: karła nie mogę przecież bić, ani się z nim pojedynkować. Więc podchwyciłem frazes Kitty i rzekłem: „Bien drôle! bien drôle!“, skinąłem głową, uśmiechnąłem się i poszedłem.
— Więc to się dziś przytrafiło tobie?
— Dziś?... Nie, to było przed dwoma miesiącami. Wybaczyłem jej. Przez kilka tygodni byliśmy bardzo szczęśliwi.
— Czy Little Pluck miał przez ten czas engagement? — zapytałem.
— Rozumiem twą obraźliwą aluzję — odparł August — lecz mogę cię zapewnić, że Little Pluck przez cały miesiąc swego engagement nigdy nie był przyjęty przez Kitty bez mego uczestnictwa. Po ostatnim jego występie urządziłem nawet na cześć karła małą bibkę w mieszkaniu Kitty; spił się wtedy, jak wieprz, a jednak zachował się zupełnie poprawnie. To też pozwoliłem Kitty, by go na pożegnanie ucałowała. Następnego ranka odjechał; odprowadziliśmy go na dworzec, Kitty płakała. Program w kabarecie zmienia się, jak ci zapewne wiadomo, co miesiąc.
— Aha! — rzekłem.
Wyraz mej twarzy był widocznie niezbyt pochlebny dla Augusta, rzucił mi bowiem żartem bułkę w twarz. Położyłem ją z powrotem na tacy. August począł:
— W miejsce Little Pluck zjawił się w programie numer, który wywołał uzasadnione zainteresowanie. Ruchliwa dyrekcja... niech ją djabli... zaangażowała „The two Darling“, dwóch olbrzymów z Tybetu, rodzeństwo chyba najwyższe, jakie ziemia wydała.
— Dwóch! — zawołałem, nie myśląc zaprawdę przez to wypowiedzieć nic szczególniejszego. Lecz widocznie August źle mnie zrozumiał, bo nazwał mnie łotrem.
— Bądź co bądź — dodał — jesteś na właściwym tropie. Wieczorem, gdy „The two Darling“ po raz pierwszy wystąpili, poszedłem, jak zwykle, do Kitty. Co tu wiele do opowiadania? Był tylko jeden z obu olbrzymów, ale ten starczył mi.
— Tobie? — rzekłem z takim cynizmem, iż sam się uląkłem. August wybałuszył na mnie oczy, potem nagle wstał i zaklął szpetnie. Że jednak należy do najlepszego towarzystwa, opanował się, usiadł i rzekł zrezygnowanie:
— Kitty była spokojna, jak zwykle. Olbrzym w pierwszej chwili był zlekka zakłopotany. Gdy jednak zauważył, jak godnie się Kitty zachowuje, potraktował całą sprawę, by się tak wyrazić, humorystycznie, śmiał się serdecznie... brzmiało to, jak daleki grzmot... i rzekł do mnie: „Good evening, sir. I am yery glad to see you. What can I do for you?“... Nie mogę zaprzeczyć, że początkowo chciałem się oburzyć, ale przypomniałem sobie na szczęście, jakich to produkcji byłem przed kilku godzinami świadkiem: każdy Darling podnosił w górę odrazu siedem osób, łamał sztaby żelazne, grał w piłkę kulami, ważącemi trzy cetnary. Więc nie dałem po sobie poznać oburzenia, jeno spojrzałem ostro na Kitty. Widocznie jednak niezbyt właściwie pojęła to moje spojrzenie, bo zamiast się usprawiedliwiać, rzekła z nieopisanym spokojem: „Tu sais, mon cheri, je ne comprends pas un mot de ce, ce qu’il dit“. Przyznasz, że mogło to wytrącić z równowagi nawet bardziej cierpliwego, niż ja. Moja krew zawrzała, czułem, że ta straszna scena musi się skończyć, poszedłem więc, nie pożegnawszy się.
— Idjota — rzekłem.
— Gdy następnego dnia — ciągnął August dalej, nie zwracając uwagi na mój wykrzyknik — odwiedziłem Kitty, przyjęła mnie tak pogodnie, jak zawsze. Byłem tak delikatny, że nie wspomniałem nawet o przykrej scenie wczorajszej; Kitty też sobie jej nie przypomniała. A może wmawiała sobie, że śniła... alboż ja wiem! To pewne, ...kobiety są przecież tak zagadkowe... że mnie tego dnia więcej kochała, niż kiedykolwiek. Tego samego wieczora siedziałem znowu w loży; „The two Darling“ występowali a że są do siebie tak podobni, że ich rozróżnić nie podobna, nie miałem pojęcia, którego z nich zastałem u Kitty. Sądzę, że i Kitty nigdy się o tem nie dowiedziała. Lecz to wszystko jedno. Pewnem jest jednak, że jej stosunek do olbrzymów stał się odtąd prawdziwie koleżeński.
— Jaki? — syknąłem.
August, niezmącony tym okrzykiem, opowiadał dalej:
— Nigdy nie spotkałem odtąd któregoś z nich w pojedynkę u Kitty. Zwykle bywali u niej przed przedstawieniem na herbacie; czasem i mnie na nią zapraszano. Żaden z olbrzymów nie rozumiał ani słowa po francusku, Kitty nie znała zupełnie angielskiego, byłem więc, by się tak wyrazić, tłumaczem.
— A jak się porozumiewali — zapytałem serdecznie — gdy ciebie nie było?
August spojrzał na mnie uważnie.
-— Choć masz minę niewiniątka — odparł z powagą — to miarkuję przecież, że tem pytaniem chcesz rzucić cień na Kitty. Powiadam ci jednak, od tej sceny nie miałem okazji, by zwątpić w Kitty. Oczywiście w stosunku do olbrzymów. Był to kaprys... mój Boże, i ja mam kaprysy! Kto wie, jakbym się ja zachował wobec kobiety-olbrzyma? Zapewniam cię, The two Darling byli, jak dzieci; raz zastałem ich, gdy z Kitty grali w piłkę... jeden olbrzym stał w jednym kącie pokoju, drugi w drugim... lub przeciwnie, nigdy nie mogłem rozeznać jednego od drugiego... i Kitty latała poprzez stół tam i z powrotem.
August uśmiechał się trochę głupawo na wspomnienie tej wesołej sceny. Nagle schmurzyła się jego twarz:
— Wczoraj po raz ostatni występowali. Dziś rano, o szóstej, odprowadziliśmy olbrzymów na kolej, Kitty i ja. Wielkie wrażenie na dworcu wywołało, gdy The two Darling z okna wagonu powiewali dwoma prześcieradłami. Odwiozłem Kitty w fiakrze do domu. Musiałem ją pocieszać, a okazała się tak wdzięczną, że dopiero w południe przyszedłem do biura. Gdy pomyślę, że to było dziś rano... ileż się od tego czasu zmieniło!
— Przedewszystkiem — zauważyłem, jakby w jasnowidzeniu — zmienił się program w kabarecie.
August spojrzał na mnie, jak konająca sarna.
— Kto więc był? — zapytałem poprostu.
— The Osmond Troup — odparł August i zarumienił się.
— Ilu? — zapytałem głucho.
— Siedmiu! — odrzekł August.
— Siedmiu! — powtórzyłem wielce uradowany.
— Daj pokój... — odpowiedział cicho — nie przeczę, że już podczas przedstawienia miałem złe przeczucia. „Osmond“-owie, to ludzie o niezwykłej ruchliwości, wielkim dowcipie i bajecznej muzykalności. Wiele inwencji w ich produkcjach nie ma, ale wszystko, co robią, jest nadzwyczaj interesujące. Na ogół mają utarty szemat takich wystąpień: pojawiają się wśród piekielnych wrzasków, wywijają koziołki, biją się po łbach skrzypcami, wyrywają nogi ze stołów i grają marsza z Tannhausera, siadają na aksamitnych fotelach, a wydobywają z nich dźwięki popularnej piosenki, i tak dalej. Gdy przypatrywałem się awanturom, wyprawianym na scenie przez tych drabów, czułem, że rośnie we mnie zazdrość, by się tak wyrazić... a conto. Wobec dotychczasowych mych doświadczeń, miałem bowiem prawo przypuszczać, że dzisiejszej nocy spotka mnie znowu jakaś nieprzyjemność. Ale nagle pomyślałem sobie: nie! nie! Uspokoiłem się, pocieszyłem, miałem pewnego rodzaju satysfakcję. „Osmond“-owie są ludźmi normalnie zbudowanymi, ani karłami, ani olbrzymami, takimi, jak ty i ja.
Ukłoniłem się, wyrażając mu niejako podziękę za to porównanie,
— Nie miałem zatem w tym wypadku powodu do liczenia się z jakimiś względami. Mogłem każdego z tych siedmiu drabów uśmiercić, nie stając się śmiesznym... O północy zakończyło się przedstawienie. Do pierwszej włóczyłem się po ulicach. Podczas tej godziny obudziła się we mnie nowa nadzieja: a może tym razem drzwi będą zamknięte. Była to zwodna nadzieja: drzwi nie były zamknięte na klucz; słyszałem śmiechy, chichoty. Wszedłem. I jak słusznie przewidziałeś: wewnątrz był jeden z siedmiu.
— Prawdopodobnie kapelmistrz — rzekłem, właściwie zupełnie bezmyślnie.
— Skądże mogę to wiedzieć? — odparł August. — W kabarecie byli przecież ludzie ci naszminkowani i w kostjumach, czego niestety powiedzieć nie mogę o człowieku, którego u tej nędznicy zastałem!
Był to, jak spodziewać się mogłem, przystojny, młody chłopiec. Kitty spojrzała na mnie i rzekła z miłym uśmiechem: „Si je ne compte pas mal, c’est la troisième fois“... Odparłem takim tonem, jakiego zapewne nikt nigdy wobec niej nie użył: „El la dernière, je t’assure“. Potem zwróciłem się do „Osmond“-a, chwyciłem go za ramię i rzekłem: „Jest pan łotrem, mój panie, którego natychmiast skarcę. Nie dlatego, bym był zazdrosny o kobietę tego gatunku, lecz dlatego, że mnie irytuje — dobre określenie w tym momencie, co? — iż pana tu zastaję“. Potem podniosłem rękę, by go uderzyć w twarz. W tej chwili utraciłem zdolność patrzenia; stało mi się w dosłownem tego słowa znaczeniu czarno przed oczyma; „Osmond“ jednem uderzeniem pięści wcisnął mi na głowę mój cylinder... Gdy mi się wreszcie udało wyciągnąć cylinder w górę, ujrzałem budujące widowisko: Kitty leżała na podłodze, przytupywała nóżkami i wiła się ze śmiechu, zaś klown siedział, jakby nic nie było zaszło, na kanapie, miał nogę założoną na nogę i palił spokojnie papierosa. Wtedy uczułem: trzeba z tem zakończyć! We mnie była pustka, ani miłość, ani zazdrość, ani złość, ani duma, ani nienawiść; rzekłem: „Dobra noc, Kitty“, nie spojrzałem nawet na niego, opuściłem pokój, zawiesiłem w przedpokoju mój zdruzgotany cylinder na szaragach i wziąłem ten oto nowy, piękny, czarny, okrągły kapelusz, należący do tego łajdaka. Pospieszyłem następnie tu do kawiarni, by ci dać radę: nigdy nie wdawaj się z śpiewaczką kabaretową.
— Mój drogi Auguście — rzekłem, — jesteś niesprawiedliwy. Wedle mego zdania w tej całej sprawie tylko ty zyskałeś. Nie mówię o kapeluszu, w którym ci jest doskonale; mam na myśli doświadczenia, jakie zebrałeś! Kto z nas ma możność z karłami i olbrzymami pozostawać w tak zaufanych stosunkach?
August potrząsał głową niedowierzająco.
— Na twojem miejscu — mówiłem dalej — również i jutro zjawiłbym się u Kitty. Poznałbyś z pewnością wszystkich siedmiu. Tak, tak, wyobrażam sobie, jak zabawne to byłoby. Jak obaj olbrzymi grali z nią w piłkę, tak może „Osmond“-owie zrobią z niej instrument muzyczny.
— Jesteś idjota — odparł August. Widocznie nie znosił, gdy kto inny robił dobry dowcip.
Zjawił się kelner. Zapłaciliśmy i opuściliśmy lokal. Świtało. Zapowiadał się cudowny poranek wiosenny.
— Cieszy mnie tylko — rzekł August — że ten drab nie długo śmiać się będzie ze swego żartu, gdy w przedpokoju zamiast swego nowego kapelusza...
August zamilkł nagle. Rysy jego twarzy wydłużyły się, oczy rozwarły szeroko. Właśnie podszedł ku nam młodzieniec, nadzwyczaj wytwornie odziany, miał tylko na głowie kompletnie zniszczony cylinder.
August zatrzymał się. Młodzieniec zdjął cylinder z głowy i rzekł: „Good morning, Sir“.
„Good morning“, rzekliśmy obaj i zdjęliśmy z głowy kapelusze, by je oczywiście po chwili z powrotem nałożyć. Mnie się to udało. Natomiast mojemu przyjacielowi wcale nie. Obcy pan poprostu wziął mu z ręki kapelusz i, uprzejmie się uśmiechając, wręczył połamany cylinder. I zwracając się ku mnie, jakby tylko mnie winien był udzielenie wyjaśnienia, rzekł: „ Zamieniłem mianowicie ten kapelusz, przed godziną, u mojej małej przyjaciółki. Good morning, Sir“. Poczem odszedł.
Kłamałbym, gdybym utrzymywał, iż widziałem kiedyś głupszą twarz niż ta, którą w tej chwili miał mój przyjaciel August. Był trupioblady, widoczne było, że dech mu zaparło. Czekał, aż gentleman znalazł się w przyzwoitej odległości, potem rzekł tonem zdecydowanym:
— Co tu zrobić? Zasztyletować, czy wybuchnąć śmiechem?
— Zasztyletować — rzekłem szybko.
Radziłem mu nie z brutalności, lecz raczej z ciekawości, nie widziałem bowiem nigdy, jak się człowieka sztyletuje. Czy August był zbyt dobroduszny, czy też nie miał przy sobie sztyletu — faktem jest, że nie posłuchał mojej rady. Wykonał drugą alternatywę: wybuchnął śmiechem. Przypatrywałem się mu srodze zmartwiony, znam bowiem ludzi, którzy wskutek podobnych wypadków zwarjowali. Augustowi to się nie przytrafiło. Uspokoił się bowiem wkrótce i powiedział smętnie:
— Każę go poprostu odprasować.
Jestem głęboko przekonany, że miał na myśli cylinder.


LEW N. TOŁSTOJ

GRACZ

Z zapisków kelnera

Było to między drugą a trzecią. Grało wielu panów: książę, pan z wielkim wąsem, mały oficer huzarów, aktor Oliver; było moc ludzi.
Książę grał z panem z wielkim wąsem. Obchodzę bilard i liczę: dziesięć i czterdzieści osiem, dwanaście i czterdzieści osiem. Jest to moim zawodem. Nie wzięło się nic do ust i nie spało od dwóch nocy — a wciąż liczy się punkty i wyjmuje bile z wklęsłości.
Wtem spostrzegam: do sali wszedł nowy gość, rozglądnął się i usiadł na kanapie. Dobrze.
Myślę sobie: kto to może być? To znaczy: do jakiej należy sorty?
Ubrany jest przyzwoicie. Ma nowiusieńkie ubranie: spodnie w kratki, modny krótki surducik, kamizelkę pluszową; nosi złoty łańcuszek, a na nim moc wisiorków.
Wygląd ma też bardzo przyzwoity: jest wysoki, smukły, włosy ma z przodu modnie ufryzowane — słowem, przystojny młodzik.
Zawód nasz, jak wiadomo, ma to do siebie, że poznaje się różnych ludzi. Najwytworniejszych i dranciwych. Gdy się więc jest kelnerem, trzeba się stosować do każdego z gości z osobna. Oczywiście, jeśli się nie jest głupim.
Przypatruję się temu panu i widzę: siedzi cicho, nie zna nikogo i ma zupełnie nowe ubranie; myślę sobie: jest to albo cudzoziemiec, Anglik, albo podróżujący hrabia. Obok niego siedział aktor Oliver; ustąpił mu nieco miejsca na kanapie.
Partja skończyła się; pan z wielkim wąsem przegrał. Krzyknął do mnie:
— Wciąż cyganisz! — Mówi: — Nie liczysz porządnie, wciąż się oglądasz na wszystkie strony.
Cisnął kij bilardowy w kąt i poszedł. Tak, oho, co za ptaszek! Wieczorem gra z księciem, każda partja o 50 rubli srebrnych, a teraz przegrał flaszkę wina i irytuje się. Taki podlec! Kiedy indziej gra z księciem do drugiej, a gdy żaden z nich nie chowa po grze pieniędzy do portfelu, wiem, że ani jeden, ani drugi nie ma przy sobie kopiejki; ale mimo to udają wielkich panów.
Ale jeśli kelner ziewnie lub bili porządnie nie ułoży — człowiek przecież nie jest z kamienia — odrazu się irytują! Mówią: gramy o pieniądze, a nie o guziki.
Ci ludzie zatruwają mi życie.
Gdy partner księcia poszedł, zwrócił się książę do obcego pana:
— Czy nie chciałby pan ze mną zagrać?
— Z przyjemnością — odparł obcy pan.
Póki siedział, miał srogi wygląd; przypominał człowieka, którym straszy się dzieci. Gdy jednak powstał i przystąpił do bilardu, odrazu poznać można było, że czuje się dość niepewnie. Czy nowe ubranie było niewygodne, czy też krępowało go to, że wszyscy nań patrzą — pewność jego znikła. Począł kij nacierać kredą i z rąk mu kreda wypadła. Ilekroć zrobił karambola, rozglądał się dokoła i rumienił. Nie tak grał książę; ten miał ruchy pewne: natarł kredą kij; posypał sobie rękę proszkiem, zsunął w górę rękaw i grał z całem namaszczeniem.
Grali dwie lub trzy partje, nie przypominam sobie więcej; potem książę odłożył kij i rzekł:
— Pozwoli pan, że zapytam, jak się pan nazywa?
— Niechludow — odparł obcy pan.
— Pański ojciec był generałem?
— Tak.
Poczęli mówić po francusku; nie rozumiałem. Zapewne mówili o swych rodzinach.
— Au revoir — rzekł książę — bardzo się cieszę, że pana poznałem.
Umył sobie ręce i opuścił salę bilardową, udając się do sali jadalnej. Obcy pan pozostał; stał obok bilardu i uderzał kijem o bile.
W naszym zawodzie istnieje, jak wiadomo, zasada: z obcymi im ordynarniej, tem lepiej. Zabrałem bile i odłożyłem je. Zarumienił się i rzekł:
— Czy można jeszcze grać?
— Naturalnie — rzekłem — poto stoi tu bilard, by na nim grano. — I nie patrząc wcale na niego, wziąłem kij i postawiłem go w kąt.
— Czy chcesz ze mną zagrać?
— Naturalnie — odpowiedziałem.
Ustawiłem bile.
— Czy zagramy o podłażenie?
— Co to znaczy — zapytał — grać o podłażenie?
— To tak — rzekłem — jeśli pan przegra, zapłaci pan pół rubla jeśli ja przegram, będę musiał wleść pod bilard i drugą stroną się wydostać.
Począł się śmiać i rzekł:
— A więc zaczynajmy.
— Dobrze — powiadam. — Ile punktów mam zrobić mniej, niż pan?
— Czy grasz gorzej ode mnie?
— Oczywiście — powiadam — u nas z panem mogłoby się zmierzyć tylko niewielu graczy.
Poczęliśmy grać. Był rzeczywiście przekonany, że jest doskonałym graczem. Pozwoliłem mu wygrać pierwszą partję. Przelazłem pod bilardem; stękałem przy tem. Wtedy aktor Oliver i młody huzar podskoczyli ze swych miejsc i zawołali:
— Brawo! Jeszcze jedna partja! Jeszcze nie starł całego prochu pod bilardem!
Przegrałem i drugą partję.
— Z panem — powiedziałem — nie mogę wogóle grać.
Śmiał się. Gdy potem wygrałem wszystkie trzy partje, położyłem kij na bilard i rzekłem:
— Czy zagramy o wszystko?
— Co to znaczy: o wszystko? — zapytał.
— Albo zapłaci mi pan trzy ruble, albo nic.
— Co? — zawołał — czy gram z tobą o pieniądze? Durniu!
Przyczem mocno się zarumienił.
Dobrze. Przegrał partję i powiedział:
— Dosyć.
Wyjął portfel, nowy, bardzo elegancki. Pomyślałem: chce zaimponować. Portfel był napchany pieniądzmi; same setki.
— Nie — rzekł — tu nie ma drobnych.
Wyjął z portmonetki pięć rubli.
— Dla ciebie trzy — rzekł — resztę weź, jako napiwek.
Podziękowałem uniżenie. Myślę sobie: świetny gość! Dla takiego opłaca się przełazić. Szkoda tylko, że nie chce grać o pieniądze. Okazałbym mu moją zręczność; ze dwadzieścia, a może i czterdzieści rubli wycyganiłbym od niego.
Skoro Oliver ujrzał w portfelu tyle pieniędzy, rzekł:
— A może i ze mną partyjka? Pan gra doskonale.
Jak lis chciał go omotać komplementami.
— Nie, proszę wybaczyć, nie mam czasu.
I poszedł.
Nie wiem, co za jegomość właściwie jest ten Oliver. Przez cały Boży dzień siedzi w sali bilardowej i przypatruje się. Do żadnej partji go nie dopuszczano; zawsze siedzi samotnie; przynosi ze sobą fajkę i pali. A gra wyśmienicie.
Dobrze. Niechludow przyszedł po raz drugi, trzeci; stał się częstym gościem. Przychodził czasem rano, czasem wieczorem. Przyswoił sobie wszystkie rodzaje gry: karambola, à la guerre, piramidkę. Stał się pewniejszy, zawarł z wszystkimi znajomość i został wcale dobrym graczem. Był to młodzieniec z poważnej rodziny, miał pieniądze — każdy traktował go z respektem. Tylko z jednym z gości, z tak zwanym „jaśnie panem“, miał raz konflikt.
Spór powstał z błahej przyczyny.
Grali à la guerre: książę, jaśnie pan, Niechludow, pan z wielkim wąsem i ktoś jeszcze. Niechludow stoi koło pieca i rozmawia z kimś; jaśnie pan gra właśnie. Bila jego zatrzymała się tuż naprzeciw pieca.
Nie wiem, czy nie zauważył Niechludowa, czy też umyślnie to zrobił — dość, że kijem uderzył Niechludowa w pierś tak mocno, że ten aż jęknął. I jaśnie pan ani pomyślał o usprawiedliwieniu się — taki ordynus! Grał dalej, nawet się nie obejrzał. Mruknął nawet:
— Pocóż się pan tu pcha? Przez pana nie zrobiłem karambola! Czy niema dość miejsca w sali?
Niechludow zbladł, przystąpił do niego i rzekł spokojnie, jakby nic nie było zaszło:
— Powinien był pan mnie przeprosić, mój panie, uderzył mnie pan w pierś!
— Nie mam ochoty nikogo przepraszać — rzekł jaśnie pan — miałem partję wygraną, a pan mi przeszkodził, tamci teraz robią karambole.
— Musi mnie pan przeprosić — powtórzył młodzieniec.
— Wynoś się pan! — zawołał jaśnie pan — co za natarczywy człowiek! — i patrzył wciąż na toczące się po bilardzie kule!
Niechludow przystąpił jeszcze bliżej i ujął go za ramię.
— Jest pan łajdakiem, wielmożny panie! — zawołał.
Oczy mu płonęły; wyglądał tak, jakby chciał tamtego zjeść. Jaśnie pan był silnym, okazałym mężczyzną.
— Co? — ryknął — ja łajdakiem? — i rzucił się na niego.
Wszyscy obecni przyskoczyli i rozdzielili ich.
Niechludow rzekł;
— Musi mi dać satysfakcję, obraził mnie.
— Ani mi na myśl przychodzi — odparł jaśnie pan — takiemu żółtodzióbowi nie daję satysfakcji. Mogę mu najwyżej wytargać uszy.
— Jeśli mi pan nie chce dać satysfakcji, nie jest pan szlachcicem.
Miał łzy w oczach.
— Jesteś żółtodziubem i nie możesz mnie obrazić.
Rozdzielono ich i sprowadzono do osobnych sal. Niechludow i książę byli przyjaciółmi.
— Pójdź — rzekł Niechludow — na miłość boską, namów go...
Książę poszedł. Jaśnie pan odparł:
— Nie boję się, ale z takim żółtodziubem nie wdaję się w żadne afery. Nie chcę. Dla mnie sprawa jest zakończona.
Mówili jeszcze długo ze sobą, a potem zamilkli. Od tego czasu przestał jaśnie pan do naszego lokalu przychodzić.
Gdy chodziło o takie sprawy, był Niechludow bardzo czupurny, istny kogucik, miał dużo ambicji; ale co się tyczy pewnej innej rzeczy, był jeszcze dzieckiem, nic nie wiedział. Przypominam sobie następujące zdarzenie:
— Kogo masz tu w mieście? — zapytał książę Niechludowa.
— Co? nikogo?
— Pocóż?
— Co znaczy: pocóż?
— Dotychczas tak żyłem. Dlaczegóżby nie miało i dalej tak być?
— Co znaczy: tak żyłem? Niemożliwe!
I roześmiał się głośno. Pan z wielkim wąsem śmiał się również. Kpili z niego widocznie.
— A więc nigdy? — pytają.
— Nigdy.
Śmieją się do rozpuku. Zrozumiałem oczywiście natychmiast dlaczego się zeń tak wyśmiewają. Czekam, co z tego dalej będzie.
— Pojedziemy tam — mówi książę — natychmiast.
— Nie, absolutnie nie!
— Ależ, daj pokój! to śmieszne. Pojedziemy!
Pojechali.
Wrócili po pierwszej. Zasiedli do stołu, by się pożywić. Było ich wielu: Atanow, książę Razin, hrabia Szustach, Mirzow. Wszyscy gratulowali Niechludowowi i śmieli się. Wezwali mnie; widzę, są bardzo weseli.
— Gratuluj panu Niechludowowi — mówią.
— Czego mam gratulować? — pytam.
Jakże to wyrazili? „uświadomienia“, czy też „inauguracji“, nie pamiętam więcej.
— Mam zaszczyt pogratulować — rzekłem.
Ale on siedział czerwony, jak ćwikła i uśmiechał się.
Poszli potem do sali bilardowej. Wszyscy byli bardzo ożywieni, tylko on smutny. Powiedział:
— Wam chce się śmiać, a mnie smutno na duszy. Dlaczego to zrobiłem? Tobie, książę i mnie samemu nigdy tego w życiu nie daruję.
Rozpłakał się. Książę przystąpił do niego i rzekł:
— Przestań mówić głupstwa! Pojedziemy do domu.
— Nigdzie nie pojadę. Dlaczego to zrobiłem?
Płacze i płacze. Nie odstępuje od bilardu, jeno wciąż płacze.
Wciąż przychodził do nas. Razu pewnego był on, książę i pan z wielkimi wąsami. Zwano go Fedotka. Miał wystające kości policzkowe i był bardzo brzydki. Dlaczego go panowie tak lubili? Nie wiem doprawdy. „Fedotka, Fedotka“, mówili zawsze, fundowali mu jadło i napitek; zawsze ktoś płacił za niego. O, to był chytry ptaszek! Gdy przegrywał, nie płacił; ale gdy wygrał, oho, można było być pewnym, że ściągnie wygraną.
A więc dobrze. Przyszli. Mówią:
— Zagramy we trójkę à la guerre.
Grali o stawkę 3 rubli. Niechludow rozmawiał wciąż z księciem.
— Uważasz — mówił książę — jaką ma ona nóżkę? Ba, co mówię, nie nóżka jej najpiękniejsza. Ma najcudowniejsze pukle włosów.
Naturalnie nie zwracają uwagi na grę. Rozmawiają wciąż ze sobą. Tylko Fedotka gra uważnie i nie troszczy się o nic; tamci robią kiksy i są zajęci przedmiotem swej rozmowy. To też Fedotka wygrał po sześć rubli od każdego z nich. Z księciem ma on Bóg wie jakie obrachunki; nigdy jeden drugiemu nie płaci; ale Niechludow wyjął dwa zielone papierki i wręczył je Fedotce.
— Nie — rzekł ten — nie chcę brać od ciebie pieniędzy. Zagramy quitte ou double, to znaczy, albo podwójna suma, albo nic.
Ustawiam kule. Poczęli grać. Niechludow bagatelizuje sobie grę. Renomuje. Ale Fedotka widzi, że ma nad nim wyższość i pilnuje się. Oczywiście wygrał.
— Naprzód — rzekł — jeszcze raz o wszystko.
— Naprzód.
Znowu wygrał.
— Zaczęliśmy od drobnostki — powiada — nie chcę wygrać od ciebie tyle pieniędzy. Czy zagramy znowu o wszystko?
— Zagrajmy!
Wygrana wynosiła już około 50 rubli. Teraz prosił Niechludow:
— Czy zagramy o wszystko?
Gra toczyła się dalej, wciąż dalej i wciąż wyżej. Wygrana wynosiła już 280 rubli. Fedotka zna się na tric’u: prostą partję przegrywa, ale podwójną wygrywa stale. Książę widzi, że sprawa przybiera poważny obrót.
— Assez — woła — assez.
Ba, tenby przestał!... Wciąż podnoszą stawkę.
Wreszcie doszło do tego, że Niechludow miał do zapłacenia przeszło 500 rubli. Fedotka odstawia kij i mówi:
— Czy nie dość? Jestem zmęczony.
Wiem: mówi on tak tylko; grałby do rana pod warunkiem wygrania pieniędzy; mówi tak tylko z wyrachowania.
Słowa te podrażniły tylko Niechludowa. Mówi:
— Grajmy dalej,
— Nie, jestem dalipan zmęczony. Możemy pójść na górkę, tam możesz dostać rewanż.
Na górce grają u nas panowie w karty.
Od tego dnia Fedotka dostał Niechludowa w swe szpony. Przychodzili codzień. Najpierw grali jedną lub i drugą partję w bilard a potem zawsze szli na górkę.
Bóg wie, co tam było, ale Niechludow wkrótce się cały odmienił. Dawniej był modnie i schludnie ubrany, miał włosy ufryzowane; teraz tylko przedpołudniem miał elegancki wygląd; gdy wracał z górki, był, jakby przeobrażony.
Razu pewnego zszedł z sali karcianej z księciem; był blady, wargi jego drżały.
— Nie mogę — rzekł — pozwolić na takie słowa; jak on może mówić, że brak mi delikatności i że więcej ze mną grać nie będzie. Wypłaciłem mu dziesięć tysięcy rubli, mógłby więc w obecności innych być ostrożniejszy w słowach.
— No, daj temu pokój — mówi książę — czy opłaca się gniewać się na takiego, jak Fedotka?
— Nie! Nie zniosę takiego traktowania.
— Daj pokój! Jakże można się tak poniżać, by wszczynać awanturę z Fedotką!
— Ależ przecież obcy ludzie byli przy tem.
— Tak? obcy? — powiada książę — jeśli tak, to natychmiast go zmuszę, by cię przeprosił.
— Nie, nie chcę.
Poczęli mówić po francusku; nic nie rozumiałem. Ale tego samego wieczora jedli z Fedotką kolację i przyjaźnili się dalej ze sobą.
Dobrze. Razu jednego przyszedł sam.
— Jak sądzisz — pyta — czy gram dobrze?
Nasz zawód ma, jak wiadomo, to do siebie, że trzeba się do każdego zastosowywać. Mówię zatem:
— Tak, pan gra dobrze,
Ale o tem ani mowy nie ma. Uderza fatalnie i gra bez wszelkiej kalkulacji. Odkąd wdał się z Fedotką, gra zawsze o pieniądze. Dawniej nie wypadało mu grać o cokolwiek ani o pieniądze, ani o szampana. Zdarzyło się raz, że książę zapytał:
— Czy zagramy o flaszkę szampana?
— Nie — odpowiedział — wolę postawić flaszkę. Chłopak! Przynieś jedną!
Teraz jednak począł grać tylko dla wygranej. Zwykle był u nas przez cały boży dzień. Albo grał z kimś w bilard, albo szedł na górkę. Myślę sobie: „Dlaczego ma to wszystko przypaść innym, a nie mnie?“
— Jaśnie panie — mówię — ze mną pan już dawno nie grał.
Poczęliśmy grać.
Gdy wygrałem 10 rubli, pytam:
— Czy zagramy quitte ou double, jaśnie panie?
Milczy. Dawniej mówił „durniu“, teraz ani słowa. Gramy więc: quitte ou double, i znowu quitte ou double. Wygrałem około 80 rubli. Odtąd grał ze mną codzień. Czekał zwykle, aż nikogo nie było; w obecności innych wstydził się naturalnie grać ze mną. Raz rozpalił się bardzo do gry. Miał już do zapłacenia 60 rubli.
— Czy chcesz zagrać o wszystko? — pyta.
— Dobrze.
Wygrałem.
— Sto dwadzieścia na sto dwadzieścia.
— Dobrze.
Wygrałem znowu.
— Dwieście czterdzieści na dwieście czterdzieści.
— Czy nie będzie za dużo? — pytam.
Milczy. Gramy. Znowu partja kończy się moją wygraną.
— Czterysta ośmdziesiąt na czterysta ośmdziesiąt!
— Jaśnie panie — mówię — nie chcę pana narażać na takie straty. Bądź pan łaskaw dać mi sto rubelków, a resztę darujmy sobie.
Jakże mnie ofuknął! A był to przecież taki spokojny człowiek...
— Graj porządnie, albo nie graj wcale!
Widzę: nic nie poradzi.
Chciałem przegrać. Nie. Wygrałem.
— Słuchaj, Piotrze (nie nazywał mnie już Piotrusiem), nie mogę ci natychmiast wypłacić całej sumy; ale za dwa miesiące dam ci trzy tysiące.
Poczerwieniał cały; głos mu drżał.
— Doskonale — jaśnie panie — powiadam.
Postawiłem kij do kąta. Niechludow idzie wzdłuż sali tam i z powrotem, tam i z powrotem. Jest cały skąpany w pocie.
— Piotrze — powiada — zagramy raz jeszcze o całą sumę.
— Co? — powiadam — dalej grać?
— Chodź, bądź łaskaw, mówi.
Podaje mi sam kij. Wziąłem go; rzuciłem kule tak na bilard, że spadły na ziemię. Naturalnie, trzeba być w takich razach bezczelnym.
— A więc grajmy — powiadam.
Było mu tak spieszno, że sam podniósł kule. Myślę sobie: tych siedemset rubli przecież nie dostanę; mogę zatem przegrać. Począłem więc umyślnie grać źle.
— Dlaczego grasz umyślnie źle? — pyta.
Ale ręce mu drżą...
Gdy wygrał partję, mówię:
— Jest mi pan winien 180 rubli i opłatę za bilard. Idę teraz na kolację.
Ustawiam kij w kącie i wychodzę. Siadam przy stoliku naprzeciw drzwi i uważam: co pocznie teraz? Chodzi wciąż tam i z powrotem, tam i z powrotem (sądzi, że nikt go nie widzi) i targa swe włosy — znowu idzie, mruczy coś i znowu targa swe włosy.
Przez ośm dni nie przychodził. Potem przyszedł do jadalni; twarz miał ponurą.
Książę ujrzał go.
— Chodź — powiada — zagramy partyjkę.
— Nie, nie będę więcej grał.
— Ależ, nie mów tak, chodź!
— Nie — powiada — nie pójdę. Ty — powiada — nie masz z tego korzyści, a ja ponoszę straty.
Jeszcze przez dziesięć dni unikał przychodzenia. Wreszcie, w pewien dzień świąteczny, przyszedł we fraku — był widocznie gdzieś na zabawie — pozostał przez cały dzień i począł grać. Taksamo następnego dnia, trzeciego... Zaproponowałem mu, by znowu ze mną zagrał.
— Nie — odparł — z tobą nie będę grał; ale te 180 rubli, które jestem ci winien, otrzymasz. Przyjdź do mnie za miesiąc.
Dobrze. Przyszedłem po miesiącu.
— Na Boga — powiada — nic nie mam; przyjdź we czwartek.
Poszedłem we czwartek. Miał śliczne mieszkanie.
— Czy jest w domu? — pytam.
— Śpi.
Dobrze. Czekam.
Za lokaja miał człowieka ze wsi. Siwy, cichy staruszek, nie znający zupełnie świata. Wdałem się z nim w rozmowę.
— Co za życie prowadzimy tu z jaśnie panem! — zrzędził stary, — Popadliśmy tu w długi; ten Petersburg nie daje nam ani korzyści, ani zaszczytów. Przybyliśmy ze wsi i myśleliśmy: będziemy, jak za życia starszego pana, pokój jego pamięci, stykali się z hrabiami, książętami, generałami; weźmiemy sobie hrabiankę, piękną damę, posażną, będziemy prowadzili dwór jaśniepański; a stało się tak, że biegniemy tylko do restauracji. Bardzo źle. Księżna Riezewa jest przecież naszą rodzoną ciotką, a książę Borotuncew nasz ojciec chrzestny. Odwiedził nas tylko raz. Zresztą nigdy się nie pokazuje. Ludzie poczynają już ze mnie kpić. „Twój pan“, mówią, „nie wdał się w swego ojca“. Powiadam raz: „Dlaczego jaśnie panicz nie odwiedzi kiedyś swej ciotki? Nie widziała panicza tak dawno“. — „Nudno tam, Damjanie“, odpowiada. Oto, o co chodzi. Tylko w restauracjach nie jest mu nudno. Gdyby przynajmniej miał posadę państwową. Karty i inne gry stały się jego głównem zajęciem; ale to nie prowadzi nigdy do dobrego... Boże! zmarniejemy, zmarniejemy na pewne. Nieboszczka jaśnie pani, świeć Panie nad jej duszą, pozostawiła nam wielkie dobra. Przeszło tysiąc dusz i lasu za trzysta tysięcy rubli. Wszystko pozastawiał, las sprzedał, dobra zniszczył. Gdy niema pana, rządca znaczy więcej, niż pan. Paniczowi na niczem więcej nie zależy, nic go nie obchodzi. Jeśli może napchać pulares pieniądzmi, niech tam wszystko pójdzie na marne. Przed kilku dniami przyszli dwaj chłopi ze skargą na rządcę. „Zrujnował wszystko“, powiadają. A nasz pan co? Dał każdemu z nich po dziesięć rubli i powiada: „Wkrótce sam przybędę. Gdy otrzymam pieniądze, zapłacę długi i wrócę na wieś“. Ale, jak może zapłacić, gdy robi wciąż nowe długi? Przez zimę wydaliśmy ośmdziesiąt tysięcy rubli. Dziś niema w domu ani rubla.
Stary począł płakać.
O godzinie dziesiątej Niechludow obudził się i kazał mnie wezwać.
— Nie przysłano mi pieniędzy — powiada — to nie moja wina — powiada — zamknij drzwi.
Zamknąłem drzwi.
— Weź zegarek, albo szpilkę z brylantem i zastaw to. Dadzą ci więcej, niż 180 lubli. Gdy dostanę pieniądze, wykupię te przedmioty.
— Tak — powiadam — jeśli jaśnie pan nie ma pieniędzy, nie można inaczej zrobić. Proszę więc o zegarek.
Widzę, że zegarek wart jest około trzystu rubli.
Dobrze. Zastawiam zegarek za sto rubli i przynoszę mu kartkę zastawniczą.
— Ośmdziesiąt rubli — powiadam — jest mi pan winien, a zegarek sam pan wykupi.
Po dziś dzień winien mi jest tych 80 rubli.
Począł znowu codziennie do nas przychodzić. Nie wiem, jak się między sobą obliczali, ale zawsze opuszczał z księciem lokal. Lub też szli z Fedotką na górkę, by zagrać w karty. Mieli zwykle bardzo skomplikowane rachunki ze sobą: jeden dawał coś drugiemu, ten trzeciemu, ale co kto komu był winien, nie można było poznać.
Bywał u nas przez dwa lata; zupełnie się zmienił. Przestał się krępować; czasem pożyczał u mnie rubla, by go dać woźnicy, ale z księciem grał partję o sto rubli.
Wychódł, pożółkł. Natychmiast po przyjściu kazał sobie podawać szklaneczkę absyntu, kanapkę, poczem popijał winem; wtedy stawał się weselszy.
Przyszedł raz przed obiadem — było to w Wielki Tydzień — i począł grać z huzarem.
— Czy gramy o pieniądze? — pyta.
— Jak pan chce.
— A może o flaszkę Claude Voujeau?
— Dobrze.
Huzar wygrał. Poszli do sali jadalnej. Zasiedli przy stole i Niechludow mówi:
— Szymonie! flaszka Claude Voujeau, ale dobrze oziębić!
Szymon wyszedł, przyniósł potrawy, ale nie przyniósł wina.
— A wino? — pyta Niechludow.
Szymon wybiegł i przyniósł pieczeń.
— Dajże wina.
Szymon milczy.
— Zwarjowałeś, doprawdy! Kończymy obiad, a nie ma jeszcze wina. Nie piję wina przy deserze.
Szymon poszedł. Wraca:
— Gospodarz prosi pana.
Niechludow zarumienił się, wstał od stołu. Gospodarz stoi za drzwiami.
— Nie mogę panu dać więcej na kredyt — powiada — jeżeli pan mi nie wyrówna całego rachunku.
— Ależ, przecież panu już mówiłem, że zapłacę wszystko zaraz po pierwszym.
— Nie mogę wciąż dawać na kredyt. Już mi ludzie są winni z jakich dziesięć tysięcy.
— No, daj pan pokój, mon cher, mnie może pan przecież wierzyć. Przyślij pan flaszkę, a postaram się możliwie najprędzej zapłacić rachunek,
I spiesznie poszedł do jadalni.
— Co to było? dlaczego pana wezwano tam? — pyta huzar.
— Prosił mnie o coś.
— Pysznie byłoby — powiada huzar — teraz wypić lampkę wina.
— Szymon, co z winem?
Szymon poszedł. Wraca bez wina. Niechludow wstał od stołu i przybiega do mnie.
— Na miłość boską — powiada — Piotrusiu, daj mi sześć rubli.
Twarz jego była pomarszczona, blada.
— Nie mam — powiadam — jaśnie pan winien mi już tyle pieniędzy.
— Dam ci — powiada — za tydzień za tych sześć rubli czterdzieści.
— Gdybym miał pieniądze — mówię — nie śmiałbym odmówić jaśnie panu, ale doprawdy nie mam.
Wypadł, ściskał kurczowo dłonie, zgrzytał zębami, biegał, jak warjat po korytarzu.
— Ach! — zawołał — mój Boże! co to będzie?
Nie wszedł więcej do jadalni, wypadł na dwór, wziął dorożkę i odjechał.
Ale się uśmialiśmy! Huzar mówi:
— Gdzie pan, który ze mną jadł obiad?
— Odjechał — powiadamy.
— Co? odjechał? co kazał mi powiedzieć?
— Nic nie kazał powiedzieć. Wsiadł i odjechał.
— Dobry numer! — powiada huzar.
Myślę sobie: teraz przez dłuższy czas nie przyjdzie; po takim skandalu. Gdzie tam! Następnego dnia pod wieczór przychodzi. Idzie do sali bilardowej. Zdejmuje palto.
— Zagramy — powiada.
Spogląda ponuro, gniewnie.
Zagraliśmy partyjkę.
— Dosyć — powiada — przynieś mi papier i pióro, muszę napisać list.
Niczego nie przeczuwając, przynoszę papier i kładę go w małym pokoiku na stole.
— Oto przybory do pisania, jaśnie panie — powiadam.
Zasiadł i począł pisać. Pisze i pisze; mruczy wciąż coś pod nosem. Potem powiada:
— Spójrz, czy mój powóz zajechał.
Było to w wieczór karnawałowy, nie było też ani jednego gościa, wszyscy byli na balach.
Chciałem właśnie wyjść, by dowiedzieć się, czy powóz zajechał i byłem już koło drzwi, gdy słyszę, że woła mnie „Piotrusiu! Piotrusiu!“ głosem takim, jakby się czego przestraszył.
Wracam. Widzę: jest blady, jak płótno, stoi i patrzy na mnie.
— Jaśnie pan raczył wołać? — pytam,
Milczy.
— Czem mogę służyć? — powiadam.
Milczy. Wreszcie:
— Ach, tak! zagramy raz jeszcze — mówi.
Dobrze. Wygrał partję.
— Prawda — powiada, że nauczyłem się dobrze grać!
— Tak — powiadam.
— A więc, idź teraz — mówi — i dowiedz się, czy powóz zajechał.
Poszedłem. Widzę: nie ma powozu. Wracam więc.
Na schodach słyszę: jakby ktoś uderzył kijem bilardowym. Wchodzę do sali: czuć dziwny jakiś swąd.
Niechludow leży na podłodze, pokrwawiony; obok pistolet. Tak się przeraziłem, że nie wydobyłem z siebie ani słowa.
Drga nogą, wciąż drga. Potem rzęzi i wyprostowuje się, sztywnieje.
Bóg wie, co go skłoniło do tego grzechu, by duszę swą zagubić. Pozostawił pismo, którego zupełnie nie rozumiem:
„Bóg dał mi wszystko, czego człowiek może sobie życzyć: bogactwo, nazwisko, rozum, szlachetne popędy. Chciałem używać życia i zepchnąłem w gnój wszystko, co we mnie było dobrego.
Nie jestem ani shańbiony, ani nieszczęśliwy; nie popełniłem żadnej zbrodni. Zrobiłem coś gorszego: zamordowałem moją młodość, moje uczucia, mój rozum.
Jestem opętany siecią, z której się nie mogę wydostać, a do której nie mogę się przyzwyczaić. Wciąż upadam, upadam; czuję mój upadek i nie mogę mu zapobiec.
A co było moją zgubą? Czy jakaś silna namiętność, która mogłaby mnie usprawiedliwiać? Nie.
...O, moje piękne wspomnienia!
Jeden jedyny okropny moment zapomnienia, o którym zawsze myślę, przywrócił mi opamiętanie. Przeraziłem się, widząc, jaka przepaść dzieli mnie od tego, czem chciałem i czem mogłem być. Wyobraźnia moja stawiła mi przed oczy nadzieje, zachwyty, myśli mojej młodości.
Gdzie podziały się świetlane wyobrażenia życia, wieczności, Boga, które z taką siłą i jasnością moją duszę wypełniały? Gdzie miłość, która słodkim żarem rozpromieniała moje serce?
...Jakże dobrym i szczęśliwym mógłbym był stać się, gdybym kroczył drogą, którą mi u progu życia wskazywał mój świeży mózg i moje czyste uczucia! Wielokroć próbowałem wyrwać się z kolein, po których toczyło się moje życie i wrócić z powrotem na tę świetlaną drogę. Mówiłem sobie: użyję całej energji — i nie zdołałem. Gdy byłem sam, było mi strasznie w mem własnem towarzystwie. Gdy byłem z innymi, nie słyszałem wcale głosu wewnętrznego i staczałem się coraz niżej.
Wreszcie doszedłem do okropnego przeświadczenia, że nigdy nie zdołam się więcej podnieść; przestałem o tem myśleć; chciałem zapomnieć; ale żal męczył mnie jeszcze bardziej. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o samobójstwie.
Myślałem dawniej, że pobliże śmierci duszę moją uniesie wzwyż. Myliłem się. Za kwadrans mnie więcej nie będzie, ale moje poglądy wcale się nie zmieniły. Widzę tak samo, słyszę tak samo, myślę tak samo; ta sama dziwna niekonsekwencja, chwiejność, łatwowierność myśli“.


HERMAN SUDERMANN

ZAMIENIONY WACHLARZ

...Pani jest zamyślona... pani nuci cichutko jakąś melodję. Jeszcze raz, jeśli wolno prosić! Ach, więc: „Nie będziesz pytał nigdy“.
Dziękuję, wiem wszystko... A więc dlatego pani nie raczyła wczoraj w operze obdarzyć ani jednem spojrzeniem swego uniżonego sługę? Uwagę pani pochłonął całkowicie nasz Lohengrin...
Proszę spojrzeć prędko do lustra — z tymi rumieńcami jest pani doskonale do twarzy. Lecz, że bohater wysokiego „c“ zdoła wyczarować te rumieńce — tego nie przewidziałem...
Pyta pani, dlaczego tak ironicznie wyrażam się o tenorach? O, proszę mnie nie rozumieć fałszywie!
Jestem gotów każdej chwili zaświadczyć każdemu tenorowi, że uważam go osobiście za najwyższy kwiat męskości, niejako za ideał mężczyzny.
Nie żartuję — doprawdy! Udowodnię to pani, naukowo... Proszę posłuchać:
Najistotniejszym przymiotem rodu męskiego jest chęć podobania się. Możemy to zaobserwować nie tylko u ludzi, lecz w ogóle w całym świecie zwierzęcym.
Mężczyzna, o wiele więcej, niż kobieta, chce się podobać i musi się podobać. Popęd, zmierzający do utrzymania gatunku, sprawia, że w wyścigu o przychylność kobiety każdy dąży do zdobycia palmy zwycięstwa.
Przychylność kobiety jest osią, dokoła której obraca się oś świata. Dla niej przyroda przyozdobiła się w najjaskrawsze barwy, dla niej odbrzmiewają wszelkie harmonijne pienia, dla niej rozgorzała olbrzymia walka, która wtedy dopiero się zakończy, gdy świat skostnieje z powrotem i zlodowacieje.
Niech się pani nie dziwi temu. Należy to brać dosłownie. Napisał to już Darwin.
Wszystko, co piękne w naturze, jest produktem męskiej chęci podobania się. Ale również i wszystko, co jest straszne, okropne. Ta chęć podobania się, zapomocą której w świecie zwierzęcym — mógłbym podać przykłady również i ze świata roślinnego, lecz to prowadziłoby zbyt daleko — istota męska stara się zwrócić uwagę na się swej, jakby to powiedzieć, przyszłej żony i usunąć z drogi swych współzawodników, przejawia się w trzech właściwościach: po pierwsze — barwność, po wtóre — śpiew, po trzecie — waleczność.
Co pani powiada? Że głód, a nie miłość jest sprężyną wiecznej walki w przyrodzie? Pani ma rację, zupełną rację. Ale gdyby pewnego dnia zatraciła się wszelka miłość, wówczas każde stworzenie zapytałoby: Pocóż wieść jeszcze to ladace, nędzne życie? I gdyby stworzenie to nie było w stanie zapomocą pisania pesymistycznych książek spędzać czas, wówczas byłoby wdzięczne każdemu, ktoby sobie zadał trud pożarcia go. Walka na świecie skończyłaby się...
Opisany stosunek między mężczyzną, a kobietą ma jednak zastosowanie tylko tam, gdzie działają prawdziwe, niesfałszowane siły przyrody; w naszej hyperkulturalnej epoce stosunek ten ulega przemianie. Gdy coraz bardziej zawarcie małżeństwa napotyka na trudności, lub gdy grozi niebezpieczeństwo staropanieństwa — poczyna się staranie kobiety o mężczyznę, chęć przypodobania się mu. Wtedy poczyna się strojenie, barwność, a właściwie odkrywanie przez okrywanie ciała, wtedy śpiewa lub gra się „Modlitwę dziewicy“, a nawet objawia waleczność w formie odwagi sportowej.
Lecz wróćmy do przyrody! Z trzech zalet, za pomocą których zdobyć można przychylność kobiety, przeważnie ma mężczyzna jedną. W żadnych wypadkach dwie.
Ale, proszę pani pomyśleć o mężczyźnie, który ma do swej dyspozycji wszystkie trzy rodzaje oręża w walce o miłość. Serca kobiece muszą się ku niemu skłaniać, cyfry jego sukcesów są nieobliczalne.
I takim fenomenem, jedynym w dziejach natury i ludzkości, jest — tenor.
Co do barwności nikt się z nim mierzyć nie może. Kto z nas, mężczyzn, ośmieliłby się pojawić na ulicy w srebrnym rynsztunku Rycerza Łabędzia? Kto śmiałby w watowanych, różowo-jedwabnych..., lecz pocóż dalej wyliczać!
Co do sztuki śpiewania — no, to oczywista, że nikt się z nim porównać nie może.
Zaś co do waleczności — proszę, niech się pani nie uśmiecha — żaden Bayard, żaden Cyd nie może się chlubić tyloma czynami odwagi, co on. Czyż walka, którą on co wieczora stacza ze swymi współzawodnikami — śpiewają oni zwykle barytonem i noszą czarne trykoty — nie kończy się stale moralną klęską rywali, chociaż on sam przy tem ponosi śmierć?
Po tych moich wywodach przypuszczam, że pani więcej nie wątpi: tenor jest faktycznie ucieleśnieniem ideału męskiego.
A jednak temu idealnemu mężczyźnie brak zupełnie jednej właściwości: zrozumienia dla idealnej miłości... Biada seraficznie nastrojonej kobiecie, której się zdaje, że w człowieku znajdzie to, co śpiewak obiecał swymi subtelnymi tony!
Muszę pani opowiedzieć o pewnej historji, o dziejach pewnej kobiety i pewnego wachlarza, bo to uzasadni moje poprzednie wywody i dowodzenia.
Jedną z kobiet, którą od dawna się zachwycam, jest pani Lilly X — proszę, niech się pani nie wysila, nie zna jej pani wcale — żona westfalskiego przemysłowca, który miał zasługujący na premję pomysł, przeniesienia się na stałe do wieczności po pozostawieniu swej żonie pół miljona majątku. Śmierć jego była pierwszą uprzejmością, jaką w życiu popełnił. Pani Lilly przybyła do stolicy. Elegancka, mała osóbka z wąskiemi, białemi rękami, wielkiemi, niebieskiemi, stęsknionemi oczyma i zwichrzoną, ciemną czupryną.
Czekała na — miłość. Wszyscy do niej umizgaliśmy się, ale żaden nie podobał jej się.
— On musi stać się mojem przeznaczeniem, podobnie, jak ja jego przeznaczeniem — powiedziała mi raz i westchnęła głęboko. Ja też.
Wtedy właśnie zawitał do stolicy na krótkie gościnne występy pewien znakomity śpiewak. Cały świat kobiecy entuzjazmował się i drżał równocześnie przed nim; postać jego otaczała bowiem glorja romantyki „don-juan’owskiej“; żadna kobieta — głoszono — nie oparła się mu dotychczas. Znaną jest rozkoszna groza, z jaką wyobraźnia kobieca śni o takim mężczyźnie, wiadomo też, jak zaraźliwą jest taka choroba.
Również i panią Lilly ogarnął szał powszechny; ją więcej nawet, niż inne kobiety, w jej duszy bowiem zjednoczyła się cicha tęsknota łaknącej miłości kobiety z lękiem ciekawego dzieciaka.
Rozentuzjazmowana wróciła z opery, gdzie ujrzała go raz pierwszy, w całym jego przepychu, witanego burzą oklasków, zasypanego kwiatami.
W dwa dni potem otrzymała od jednej swej przyjaciółki zaproszenie, które, prócz litografowanej zdawkowej formuły, zawierało w kąciku wypisane ołówkiem trzy słówka: „On też będzie“.
Otoczyła falującą pierś w obłok koronek, drżącą ręką wpięła w krucze włosy czerwone róże. Urocza, a wylękniona, jak rusałka, po raz pierwszy oglądająca wspaniałości świata, przekroczyła próg salonu.
On nie przybył jeszcze. Lękano się nawet, że w ostatniej chwili skrewi. Ludzie tacy, jak on, mogą sobie na to pozwolić. Drżąc ze zniecierpliwienia siedziała... Inne też...
Około ½ 11 fala radosnego uniesienia przewaliła się przez salę. Drzwi otwarły się. Oto przybył! On! Zmęczonym wzrokiem powiódł dokoła. Szukał pani domu, której nie znał niemal wcale. Na czoło jego spadał ponuro i groźnie Byronowski lok. Opromieniał go lekki zapach egzotyczny.
„On to, on, moje przeznaczenie“, pomyślała pani Lilly i spojrzała na posadzkę; nie mogła znieść jego wzroku.
W chwilę potem poczęto szeptać:
— Będzie śpiewał.
— O Boże — westchnęła pani Lilly — jak ja to zniosę!
Rozpoczął. Wybrał arję Tosti’ego „Vorrei morir“, tę samą, która tyle triumfów przysporzyła Mierzwińskiemu. Z ust jego popłynął ocean bólu. Dźwięki padały na nerwy kobiet, jak bicze. W dźwiękach tych był dziki okrzyk uszczęśliwiania, a zarazem ostatnie tchnienie szczęśliwie zamierającego bohatera. Na czole śpiewaka był wyryty ból Laokoona. Zamglone oczy jego wodziły po paniach, obecnych w sali; i oto! zatrzymały się na uroczej figurce pani Lilly.
Uczuła, że całe jej ciało płonie w ogniu.
„Vorrei morir“, powtórzyła, jakby oczarowana. Oko jej ujrzało przeznaczenie swe — mogła już umrzeć...
Gdy siadano do kolacji, przystąpiła do niej pani domu i szepnęła:
— Podziękuj mi, Lilly, będziesz siedziała po jego lewej ręce.
Prowadziłem ją do stołu. Mogę panią zapewnić, że nie była to przyjemna funkcja; nie istniałem dla niej tego wieczora. Oko jej chłonęło każdy z jego gestów, każde jego poruszenie.
Zdjął rękawiczki i rzucił je niedbale do kryształowej podstawki na bilety wizytowe. Na długiej, żółtawej jego ręce zabłysnęły brylanty.
Był małomówny. Takimi są zawsze wielcy ludzie.
Od czasu do czasu powiedział komplement pani domu, tak jak się rzuca kostkę pieskowi. Ogryzała ją uszczęśliwiona.
Na panią Lilly nie raczył zwracać uwagi.
Tem bardziej gorliwie zajmowała się ona jego talerzem. Pasztet zyskał pełne jego uznanie, czombru wziął dwie porcje, na widok pstrągów twarz jego okrasił pierwszy blask radości, pularda ożywiła go zupełnie. Całe strumienie starego Chambertina wlewał między poszczególnemi daniami.
Nareszcie spojrzał łagodniejszym wzrokiem na panią Lilly.
— Czy pieśń moja podobała się pani? — zapytał tonem człowieka, silącego się na rozwiązanie zagadki świata.
— O... jakże mogłabym panu podziękować?... — zdołała wyjąkać.
— Proszę mi nie dziękować — przerwał — pani to była, która mnie natchnęła, a jeśli w mym śpiewie odbrzmiewał pogłos mego wewnętrznego odczuwania, to zawdzięczam to pani.
Powiedział to spokojnie i płynnie, jak się wygłasza słowa wyuczone na pamięć.
Pozostawiłem panią Lilly jej losowi. Po kolacji zasiedli w słabo oświetlonej nyży i rozmawiali przeszło pół godziny.
Wkrótce potem opuścił salon i towarzystwo.
Następnego poranku wezwała mnie pani Lilly do siebie i opowiedziała mi uszczęśliwona przebieg rozmowy w nyży. Odkryła, że między nią, a śpiewakiem panuje dziwna harmonja dusz. W pojmowaniu miłości, jako przeznaczenia, był kompletnie jej zdania.
Byłem wprawdzie innego mniemania, strzegłem się jednak przed wypowiedzeniem go. O, gdybym nie był wówczas taki subtelny!
Powiedziała mi, że schował do kieszeni jej wachlarz, który właśnie miała w ręce i nie chciał go, mimo jej nalegań, zwrócić.
— Co mam teraz począć? — zapytała z pozorną bezradnością, a z oczu jej wyczytać było można, jak bardzo się cieszy dokonanym przez niego rabunkiem.
— Najlepiej będzie — rzekłem na poły żartobliwie — jeżli pani mu napisze, aby jej zwrócił osobiście corpus delicti.
Zarumieniła się po kark. Widocznie myśl ta nie była i dla niej nowa.
Wkrótce potem pożegnałem ją. Gdy po kilku dniach zapytałem o wachlarz, była zakłopotana i dała wymijającą odpowiedź. Dwa miesiące minęły, zanim dowiedziałem się o zagadkowem zdarzeniu, które biedaczce spędziło z oczu wiele godzin snu.
Myśl, że koniecznie, za wszelką cenę, musi mieć z powrotem wachlarz, trapiła wciąż jej zakochaną główkę. Wreszcie powzięła heroiczną decyzję i napisała list:
„Panie! Proszę mi oddać moją własność. W tym celu będę pana oczekiwała w sobotę o godzinie 12-ej w górnej sali muzeum. Lilly X“.
Z tego może pani najlepiej poznać, jak była naiwną. Człowiekowi takiemu, jak on, kazać przyjść do muzeum, gdzie randki dają sobie studenci i podlotki!
Nawpół przytomna ze strachu, siedziała o oznaczonej godzinie na okrągłej sofie w środku sali i wpatrywała się w drzwi.
Musiała czekać przeszło kwadrans. Wreszcie pojawił się w bogatem futrze bobrowem. Usta zasłaniał jedwabną niebieską chusteczką. Miał wygląd zniecierpliwienia; widocznie bardzo mu było spieszno.
Przystąpił, łaskawie się uśmiechając, do niej i ujął jej rękę.
— Moje kochane dziecko — rzekł.
Kolana się pod nią zatrzęsły ze strachu i wstydu. Skądże miał prawo tak się do niej odzywać?
— Było nieco ciemno — rzekł potem cicho.
Spojrzała na niego zdziwiona.
— Tak, było nieco ciemno w nyży — odpowiedziała zawstydzona.
Uśmiechnął się. Nie pojmowała tego uśmiechu; jednak było w nim coś takiego, że zarumieniła się.
— O, byłem taki szczęśliwy! — rzekł i uścisnął mocno jej rękę.
Usiadł obok niej i — wyciągnął przed się nogi.
Ruch ten przypomniał jej zmarłego męża. Była w nim w istocie poufałość małżeńska. Zarumieniła się znowu.
I znowu poczuła na sobie jego badawczy wzrok.
— Jest tu gorąco — rzekł, rozpiął palto i zdjął rękawiczki. Jeden z pierścieni brylantowych obsunął się z palca i spadł na ziemię.
Pochylił się flegmatycznie.
— Nie wolno mi go gubić — rzekł — jest to droga pamiątka od księżny... — Zatrzymał się i uśmiechnął.
Przeraziła się. Niemożliwie! Widocznie przesłyszała się.
— Proszę spojrzeć na ten pierścień... — począł znowu.
Przerwała mu szybko słowami;
— Czy zna pan naszą galerję?
— Nie — odparł i zbliżył rękę do ust, jakby chcąc powstrzymać ziewnięcie. Nagle chwycił się za gardło i wydobył z niego dwa chrapliwe tony.
— O... znowu mam chrypkę, a dziś muszę śpiewać. Ta zmiana temperatury!.. Muszę pójść... Gotówem ochrypnąć naprawdę.
Wstał, sięgnął prawą ręką do kieszeni futra i wyjął biały karton, obwiedziony różowo-jedwabnym sznurkiem. Przez chwilę jakby się zastanawiał, potem szepnął, uśmiechając się przytem wymownie:
— A tu jest to, czego sobie pani życzy.
Mechanicznie wzięła pudełko.
Na pożegnanie ujął jej rękę.
— Jak chętnie ucałowałbym twe czoło, moje drogie dziecko! — szepnął.
— Na miłość boską! — krzyknęła.
— Ludzie na nas patrzą — mówił dalej spokojnie — do widzenia dziś w operze.
I spiesznie wyszedł.
Jak skamieniała patrzała za nim. „Dlaczego mnie tak traktuje“, przemknęło jej po głowie; była bliska płaczu.
Całkiem oszołomiona wróciła do domu.
Tu otworzyła pudełko. Upajający zapach kwiatów unosił się z wnętrza. Na górze leżał bilecik, a na nim były wypisane słowa:
„Trzeba pamiętać o godzinie szczęścia“.
Zaś pod biletem, na posłaniu ciemno-czerwonych róż leżał — klucz...

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Arthur Conan Doyle, Oscar Wilde, Gilbert Keith Chesterton.