Strona:PL Nowele obce (antologia).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Proszę, panie Witte. Mała czarna, koniak...
August spojrzał na kelnera ponuro.
— Myli się pan. Przynieś pan dwie sardynki, dwa jajka w szklance, płatek szynki i flaszkę piwa.
Kelner znikł. August wziął mi gazetę z ręki i cisnął ją w sąsiedni stół.
— Ja tu jestem, rozumiesz?
— Czuję to — odparłem. — Skąd przychodzisz tak późno?
— Skąd?... — rzekł August i spojrzał na mnie melancholijno-demonicznym wzrokiem. — O godzinie trzeciej nad ranem nie powinno się nikomu stawiać takich pytań. Ale ty jesteś i pozostaniesz tumanem...
Nie odpowiedziałem ani słowa, wziąłem gazetę i począłem czytać.
— Czy mam ci udzielić dobrej rady? — zapytał nagle.
— Proszę bardzo — odparłem uprzejmie,
Augst spojrzał na mnie i rzekł ostro i stanowczo;
— Wszystko, mój drogi, rozumiesz mnie, wszystko, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
— Zapewne, zapewne — rzekłem,
— Wszystko — powtórzył August — kwieciarki, samotnie podróżujące damy z Rumunji, fortepianistki, żony kominiarzy, aktorki tragiczne, les dernières... wszystko, mój drogi, tylko nie śpiewaczki kabaretowe!
Przytakiwałem. Kelner przyniósł zamówione potrawy i August począł jeść. Lecz już po pierwszym łyku piwa, począł mówić: