Gracz (Tołstoj)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Gracz
Podtytuł Z zapisków kelnera
Pochodzenie Nowele obce
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Записки маркёра
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

LEW N. TOŁSTOJ

GRACZ

Z zapisków kelnera

Było to między drugą a trzecią. Grało wielu panów: książę, pan z wielkim wąsem, mały oficer huzarów, aktor Oliver; było moc ludzi.
Książę grał z panem z wielkim wąsem. Obchodzę bilard i liczę: dziesięć i czterdzieści osiem, dwanaście i czterdzieści osiem. Jest to moim zawodem. Nie wzięło się nic do ust i nie spało od dwóch nocy — a wciąż liczy się punkty i wyjmuje bile z wklęsłości.
Wtem spostrzegam: do sali wszedł nowy gość, rozglądnął się i usiadł na kanapie. Dobrze.
Myślę sobie: kto to może być? To znaczy: do jakiej należy sorty?
Ubrany jest przyzwoicie. Ma nowiusieńkie ubranie: spodnie w kratki, modny krótki surducik, kamizelkę pluszową; nosi złoty łańcuszek, a na nim moc wisiorków.
Wygląd ma też bardzo przyzwoity: jest wysoki, smukły, włosy ma z przodu modnie ufryzowane — słowem, przystojny młodzik.
Zawód nasz, jak wiadomo, ma to do siebie, że poznaje się różnych ludzi. Najwytworniejszych i dranciwych. Gdy się więc jest kelnerem, trzeba się stosować do każdego z gości z osobna. Oczywiście, jeśli się nie jest głupim.
Przypatruję się temu panu i widzę: siedzi cicho, nie zna nikogo i ma zupełnie nowe ubranie; myślę sobie: jest to albo cudzoziemiec, Anglik, albo podróżujący hrabia. Obok niego siedział aktor Oliver; ustąpił mu nieco miejsca na kanapie.
Partja skończyła się; pan z wielkim wąsem przegrał. Krzyknął do mnie:
— Wciąż cyganisz! — Mówi: — Nie liczysz porządnie, wciąż się oglądasz na wszystkie strony.
Cisnął kij bilardowy w kąt i poszedł. Tak, oho, co za ptaszek! Wieczorem gra z księciem, każda partja o 50 rubli srebrnych, a teraz przegrał flaszkę wina i irytuje się. Taki podlec! Kiedy indziej gra z księciem do drugiej, a gdy żaden z nich nie chowa po grze pieniędzy do portfelu, wiem, że ani jeden, ani drugi nie ma przy sobie kopiejki; ale mimo to udają wielkich panów.
Ale jeśli kelner ziewnie lub bili porządnie nie ułoży — człowiek przecież nie jest z kamienia — odrazu się irytują! Mówią: gramy o pieniądze, a nie o guziki.
Ci ludzie zatruwają mi życie.
Gdy partner księcia poszedł, zwrócił się książę do obcego pana:
— Czy nie chciałby pan ze mną zagrać?
— Z przyjemnością — odparł obcy pan.
Póki siedział, miał srogi wygląd; przypominał człowieka, którym straszy się dzieci. Gdy jednak powstał i przystąpił do bilardu, odrazu poznać można było, że czuje się dość niepewnie. Czy nowe ubranie było niewygodne, czy też krępowało go to, że wszyscy nań patrzą — pewność jego znikła. Począł kij nacierać kredą i z rąk mu kreda wypadła. Ilekroć zrobił karambola, rozglądał się dokoła i rumienił. Nie tak grał książę; ten miał ruchy pewne: natarł kredą kij; posypał sobie rękę proszkiem, zsunął w górę rękaw i grał z całem namaszczeniem.
Grali dwie lub trzy partje, nie przypominam sobie więcej; potem książę odłożył kij i rzekł:
— Pozwoli pan, że zapytam, jak się pan nazywa?
— Niechludow — odparł obcy pan.
— Pański ojciec był generałem?
— Tak.
Poczęli mówić po francusku; nie rozumiałem. Zapewne mówili o swych rodzinach.
— Au revoir — rzekł książę — bardzo się cieszę, że pana poznałem.
Umył sobie ręce i opuścił salę bilardową, udając się do sali jadalnej. Obcy pan pozostał; stał obok bilardu i uderzał kijem o bile.
W naszym zawodzie istnieje, jak wiadomo, zasada: z obcymi im ordynarniej, tem lepiej. Zabrałem bile i odłożyłem je. Zarumienił się i rzekł:
— Czy można jeszcze grać?
— Naturalnie — rzekłem — poto stoi tu bilard, by na nim grano. — I nie patrząc wcale na niego, wziąłem kij i postawiłem go w kąt.
— Czy chcesz ze mną zagrać?
— Naturalnie — odpowiedziałem.
Ustawiłem bile.
— Czy zagramy o podłażenie?
— Co to znaczy — zapytał — grać o podłażenie?
— To tak — rzekłem — jeśli pan przegra, zapłaci pan pół rubla jeśli ja przegram, będę musiał wleść pod bilard i drugą stroną się wydostać.
Począł się śmiać i rzekł:
— A więc zaczynajmy.
— Dobrze — powiadam. — Ile punktów mam zrobić mniej, niż pan?
— Czy grasz gorzej ode mnie?
— Oczywiście — powiadam — u nas z panem mogłoby się zmierzyć tylko niewielu graczy.
Poczęliśmy grać. Był rzeczywiście przekonany, że jest doskonałym graczem. Pozwoliłem mu wygrać pierwszą partję. Przelazłem pod bilardem; stękałem przy tem. Wtedy aktor Oliver i młody huzar podskoczyli ze swych miejsc i zawołali:
— Brawo! Jeszcze jedna partja! Jeszcze nie starł całego prochu pod bilardem!
Przegrałem i drugą partję.
— Z panem — powiedziałem — nie mogę wogóle grać.
Śmiał się. Gdy potem wygrałem wszystkie trzy partje, położyłem kij na bilard i rzekłem:
— Czy zagramy o wszystko?
— Co to znaczy: o wszystko? — zapytał.
— Albo zapłaci mi pan trzy ruble, albo nic.
— Co? — zawołał — czy gram z tobą o pieniądze? Durniu!
Przyczem mocno się zarumienił.
Dobrze. Przegrał partję i powiedział:
— Dosyć.
Wyjął portfel, nowy, bardzo elegancki. Pomyślałem: chce zaimponować. Portfel był napchany pieniądzmi; same setki.
— Nie — rzekł — tu nie ma drobnych.
Wyjął z portmonetki pięć rubli.
— Dla ciebie trzy — rzekł — resztę weź, jako napiwek.
Podziękowałem uniżenie. Myślę sobie: świetny gość! Dla takiego opłaca się przełazić. Szkoda tylko, że nie chce grać o pieniądze. Okazałbym mu moją zręczność; ze dwadzieścia, a może i czterdzieści rubli wycyganiłbym od niego.
Skoro Oliver ujrzał w portfelu tyle pieniędzy, rzekł:
— A może i ze mną partyjka? Pan gra doskonale.
Jak lis chciał go omotać komplementami.
— Nie, proszę wybaczyć, nie mam czasu.
I poszedł.
Nie wiem, co za jegomość właściwie jest ten Oliver. Przez cały Boży dzień siedzi w sali bilardowej i przypatruje się. Do żadnej partji go nie dopuszczano; zawsze siedzi samotnie; przynosi ze sobą fajkę i pali. A gra wyśmienicie.
Dobrze. Niechludow przyszedł po raz drugi, trzeci; stał się częstym gościem. Przychodził czasem rano, czasem wieczorem. Przyswoił sobie wszystkie rodzaje gry: karambola, à la guerre, piramidkę. Stał się pewniejszy, zawarł z wszystkimi znajomość i został wcale dobrym graczem. Był to młodzieniec z poważnej rodziny, miał pieniądze — każdy traktował go z respektem. Tylko z jednym z gości, z tak zwanym „jaśnie panem“, miał raz konflikt.
Spór powstał z błahej przyczyny.
Grali à la guerre: książę, jaśnie pan, Niechludow, pan z wielkim wąsem i ktoś jeszcze. Niechludow stoi koło pieca i rozmawia z kimś; jaśnie pan gra właśnie. Bila jego zatrzymała się tuż naprzeciw pieca.
Nie wiem, czy nie zauważył Niechludowa, czy też umyślnie to zrobił — dość, że kijem uderzył Niechludowa w pierś tak mocno, że ten aż jęknął. I jaśnie pan ani pomyślał o usprawiedliwieniu się — taki ordynus! Grał dalej, nawet się nie obejrzał. Mruknął nawet:
— Pocóż się pan tu pcha? Przez pana nie zrobiłem karambola! Czy niema dość miejsca w sali?
Niechludow zbladł, przystąpił do niego i rzekł spokojnie, jakby nic nie było zaszło:
— Powinien był pan mnie przeprosić, mój panie, uderzył mnie pan w pierś!
— Nie mam ochoty nikogo przepraszać — rzekł jaśnie pan — miałem partję wygraną, a pan mi przeszkodził, tamci teraz robią karambole.
— Musi mnie pan przeprosić — powtórzył młodzieniec.
— Wynoś się pan! — zawołał jaśnie pan — co za natarczywy człowiek! — i patrzył wciąż na toczące się po bilardzie kule!
Niechludow przystąpił jeszcze bliżej i ujął go za ramię.
— Jest pan łajdakiem, wielmożny panie! — zawołał.
Oczy mu płonęły; wyglądał tak, jakby chciał tamtego zjeść. Jaśnie pan był silnym, okazałym mężczyzną.
— Co? — ryknął — ja łajdakiem? — i rzucił się na niego.
Wszyscy obecni przyskoczyli i rozdzielili ich.
Niechludow rzekł;
— Musi mi dać satysfakcję, obraził mnie.
— Ani mi na myśl przychodzi — odparł jaśnie pan — takiemu żółtodzióbowi nie daję satysfakcji. Mogę mu najwyżej wytargać uszy.
— Jeśli mi pan nie chce dać satysfakcji, nie jest pan szlachcicem.
Miał łzy w oczach.
— Jesteś żółtodziubem i nie możesz mnie obrazić.
Rozdzielono ich i sprowadzono do osobnych sal. Niechludow i książę byli przyjaciółmi.
— Pójdź — rzekł Niechludow — na miłość boską, namów go...
Książę poszedł. Jaśnie pan odparł:
— Nie boję się, ale z takim żółtodziubem nie wdaję się w żadne afery. Nie chcę. Dla mnie sprawa jest zakończona.
Mówili jeszcze długo ze sobą, a potem zamilkli. Od tego czasu przestał jaśnie pan do naszego lokalu przychodzić.
Gdy chodziło o takie sprawy, był Niechludow bardzo czupurny, istny kogucik, miał dużo ambicji; ale co się tyczy pewnej innej rzeczy, był jeszcze dzieckiem, nic nie wiedział. Przypominam sobie następujące zdarzenie:
— Kogo masz tu w mieście? — zapytał książę Niechludowa.
— Co? nikogo?
— Pocóż?
— Co znaczy: pocóż?
— Dotychczas tak żyłem. Dlaczegóżby nie miało i dalej tak być?
— Co znaczy: tak żyłem? Niemożliwe!
I roześmiał się głośno. Pan z wielkim wąsem śmiał się również. Kpili z niego widocznie.
— A więc nigdy? — pytają.
— Nigdy.
Śmieją się do rozpuku. Zrozumiałem oczywiście natychmiast dlaczego się zeń tak wyśmiewają. Czekam, co z tego dalej będzie.
— Pojedziemy tam — mówi książę — natychmiast.
— Nie, absolutnie nie!
— Ależ, daj pokój! to śmieszne. Pojedziemy!
Pojechali.
Wrócili po pierwszej. Zasiedli do stołu, by się pożywić. Było ich wielu: Atanow, książę Razin, hrabia Szustach, Mirzow. Wszyscy gratulowali Niechludowowi i śmieli się. Wezwali mnie; widzę, są bardzo weseli.
— Gratuluj panu Niechludowowi — mówią.
— Czego mam gratulować? — pytam.
Jakże to wyrazili? „uświadomienia“, czy też „inauguracji“, nie pamiętam więcej.
— Mam zaszczyt pogratulować — rzekłem.
Ale on siedział czerwony, jak ćwikła i uśmiechał się.
Poszli potem do sali bilardowej. Wszyscy byli bardzo ożywieni, tylko on smutny. Powiedział:
— Wam chce się śmiać, a mnie smutno na duszy. Dlaczego to zrobiłem? Tobie, książę i mnie samemu nigdy tego w życiu nie daruję.
Rozpłakał się. Książę przystąpił do niego i rzekł:
— Przestań mówić głupstwa! Pojedziemy do domu.
— Nigdzie nie pojadę. Dlaczego to zrobiłem?
Płacze i płacze. Nie odstępuje od bilardu, jeno wciąż płacze.
Wciąż przychodził do nas. Razu pewnego był on, książę i pan z wielkimi wąsami. Zwano go Fedotka. Miał wystające kości policzkowe i był bardzo brzydki. Dlaczego go panowie tak lubili? Nie wiem doprawdy. „Fedotka, Fedotka“, mówili zawsze, fundowali mu jadło i napitek; zawsze ktoś płacił za niego. O, to był chytry ptaszek! Gdy przegrywał, nie płacił; ale gdy wygrał, oho, można było być pewnym, że ściągnie wygraną.
A więc dobrze. Przyszli. Mówią:
— Zagramy we trójkę à la guerre.
Grali o stawkę 3 rubli. Niechludow rozmawiał wciąż z księciem.
— Uważasz — mówił książę — jaką ma ona nóżkę? Ba, co mówię, nie nóżka jej najpiękniejsza. Ma najcudowniejsze pukle włosów.
Naturalnie nie zwracają uwagi na grę. Rozmawiają wciąż ze sobą. Tylko Fedotka gra uważnie i nie troszczy się o nic; tamci robią kiksy i są zajęci przedmiotem swej rozmowy. To też Fedotka wygrał po sześć rubli od każdego z nich. Z księciem ma on Bóg wie jakie obrachunki; nigdy jeden drugiemu nie płaci; ale Niechludow wyjął dwa zielone papierki i wręczył je Fedotce.
— Nie — rzekł ten — nie chcę brać od ciebie pieniędzy. Zagramy quitte ou double, to znaczy, albo podwójna suma, albo nic.
Ustawiam kule. Poczęli grać. Niechludow bagatelizuje sobie grę. Renomuje. Ale Fedotka widzi, że ma nad nim wyższość i pilnuje się. Oczywiście wygrał.
— Naprzód — rzekł — jeszcze raz o wszystko.
— Naprzód.
Znowu wygrał.
— Zaczęliśmy od drobnostki — powiada — nie chcę wygrać od ciebie tyle pieniędzy. Czy zagramy znowu o wszystko?
— Zagrajmy!
Wygrana wynosiła już około 50 rubli. Teraz prosił Niechludow:
— Czy zagramy o wszystko?
Gra toczyła się dalej, wciąż dalej i wciąż wyżej. Wygrana wynosiła już 280 rubli. Fedotka zna się na tric’u: prostą partję przegrywa, ale podwójną wygrywa stale. Książę widzi, że sprawa przybiera poważny obrót.
— Assez — woła — assez.
Ba, tenby przestał!... Wciąż podnoszą stawkę.
Wreszcie doszło do tego, że Niechludow miał do zapłacenia przeszło 500 rubli. Fedotka odstawia kij i mówi:
— Czy nie dość? Jestem zmęczony.
Wiem: mówi on tak tylko; grałby do rana pod warunkiem wygrania pieniędzy; mówi tak tylko z wyrachowania.
Słowa te podrażniły tylko Niechludowa. Mówi:
— Grajmy dalej,
— Nie, jestem dalipan zmęczony. Możemy pójść na górkę, tam możesz dostać rewanż.
Na górce grają u nas panowie w karty.
Od tego dnia Fedotka dostał Niechludowa w swe szpony. Przychodzili codzień. Najpierw grali jedną lub i drugą partję w bilard a potem zawsze szli na górkę.
Bóg wie, co tam było, ale Niechludow wkrótce się cały odmienił. Dawniej był modnie i schludnie ubrany, miał włosy ufryzowane; teraz tylko przedpołudniem miał elegancki wygląd; gdy wracał z górki, był, jakby przeobrażony.
Razu pewnego zszedł z sali karcianej z księciem; był blady, wargi jego drżały.
— Nie mogę — rzekł — pozwolić na takie słowa; jak on może mówić, że brak mi delikatności i że więcej ze mną grać nie będzie. Wypłaciłem mu dziesięć tysięcy rubli, mógłby więc w obecności innych być ostrożniejszy w słowach.
— No, daj temu pokój — mówi książę — czy opłaca się gniewać się na takiego, jak Fedotka?
— Nie! Nie zniosę takiego traktowania.
— Daj pokój! Jakże można się tak poniżać, by wszczynać awanturę z Fedotką!
— Ależ przecież obcy ludzie byli przy tem.
— Tak? obcy? — powiada książę — jeśli tak, to natychmiast go zmuszę, by cię przeprosił.
— Nie, nie chcę.
Poczęli mówić po francusku; nic nie rozumiałem. Ale tego samego wieczora jedli z Fedotką kolację i przyjaźnili się dalej ze sobą.
Dobrze. Razu jednego przyszedł sam.
— Jak sądzisz — pyta — czy gram dobrze?
Nasz zawód ma, jak wiadomo, to do siebie, że trzeba się do każdego zastosowywać. Mówię zatem:
— Tak, pan gra dobrze,
Ale o tem ani mowy nie ma. Uderza fatalnie i gra bez wszelkiej kalkulacji. Odkąd wdał się z Fedotką, gra zawsze o pieniądze. Dawniej nie wypadało mu grać o cokolwiek ani o pieniądze, ani o szampana. Zdarzyło się raz, że książę zapytał:
— Czy zagramy o flaszkę szampana?
— Nie — odpowiedział — wolę postawić flaszkę. Chłopak! Przynieś jedną!
Teraz jednak począł grać tylko dla wygranej. Zwykle był u nas przez cały boży dzień. Albo grał z kimś w bilard, albo szedł na górkę. Myślę sobie: „Dlaczego ma to wszystko przypaść innym, a nie mnie?“
— Jaśnie panie — mówię — ze mną pan już dawno nie grał.
Poczęliśmy grać.
Gdy wygrałem 10 rubli, pytam:
— Czy zagramy quitte ou double, jaśnie panie?
Milczy. Dawniej mówił „durniu“, teraz ani słowa. Gramy więc: quitte ou double, i znowu quitte ou double. Wygrałem około 80 rubli. Odtąd grał ze mną codzień. Czekał zwykle, aż nikogo nie było; w obecności innych wstydził się naturalnie grać ze mną. Raz rozpalił się bardzo do gry. Miał już do zapłacenia 60 rubli.
— Czy chcesz zagrać o wszystko? — pyta.
— Dobrze.
Wygrałem.
— Sto dwadzieścia na sto dwadzieścia.
— Dobrze.
Wygrałem znowu.
— Dwieście czterdzieści na dwieście czterdzieści.
— Czy nie będzie za dużo? — pytam.
Milczy. Gramy. Znowu partja kończy się moją wygraną.
— Czterysta ośmdziesiąt na czterysta ośmdziesiąt!
— Jaśnie panie — mówię — nie chcę pana narażać na takie straty. Bądź pan łaskaw dać mi sto rubelków, a resztę darujmy sobie.
Jakże mnie ofuknął! A był to przecież taki spokojny człowiek...
— Graj porządnie, albo nie graj wcale!
Widzę: nic nie poradzi.
Chciałem przegrać. Nie. Wygrałem.
— Słuchaj, Piotrze (nie nazywał mnie już Piotrusiem), nie mogę ci natychmiast wypłacić całej sumy; ale za dwa miesiące dam ci trzy tysiące.
Poczerwieniał cały; głos mu drżał.
— Doskonale — jaśnie panie — powiadam.
Postawiłem kij do kąta. Niechludow idzie wzdłuż sali tam i z powrotem, tam i z powrotem. Jest cały skąpany w pocie.
— Piotrze — powiada — zagramy raz jeszcze o całą sumę.
— Co? — powiadam — dalej grać?
— Chodź, bądź łaskaw, mówi.
Podaje mi sam kij. Wziąłem go; rzuciłem kule tak na bilard, że spadły na ziemię. Naturalnie, trzeba być w takich razach bezczelnym.
— A więc grajmy — powiadam.
Było mu tak spieszno, że sam podniósł kule. Myślę sobie: tych siedemset rubli przecież nie dostanę; mogę zatem przegrać. Począłem więc umyślnie grać źle.
— Dlaczego grasz umyślnie źle? — pyta.
Ale ręce mu drżą...
Gdy wygrał partję, mówię:
— Jest mi pan winien 180 rubli i opłatę za bilard. Idę teraz na kolację.
Ustawiam kij w kącie i wychodzę. Siadam przy stoliku naprzeciw drzwi i uważam: co pocznie teraz? Chodzi wciąż tam i z powrotem, tam i z powrotem (sądzi, że nikt go nie widzi) i targa swe włosy — znowu idzie, mruczy coś i znowu targa swe włosy.
Przez ośm dni nie przychodził. Potem przyszedł do jadalni; twarz miał ponurą.
Książę ujrzał go.
— Chodź — powiada — zagramy partyjkę.
— Nie, nie będę więcej grał.
— Ależ, nie mów tak, chodź!
— Nie — powiada — nie pójdę. Ty — powiada — nie masz z tego korzyści, a ja ponoszę straty.
Jeszcze przez dziesięć dni unikał przychodzenia. Wreszcie, w pewien dzień świąteczny, przyszedł we fraku — był widocznie gdzieś na zabawie — pozostał przez cały dzień i począł grać. Taksamo następnego dnia, trzeciego... Zaproponowałem mu, by znowu ze mną zagrał.
— Nie — odparł — z tobą nie będę grał; ale te 180 rubli, które jestem ci winien, otrzymasz. Przyjdź do mnie za miesiąc.
Dobrze. Przyszedłem po miesiącu.
— Na Boga — powiada — nic nie mam; przyjdź we czwartek.
Poszedłem we czwartek. Miał śliczne mieszkanie.
— Czy jest w domu? — pytam.
— Śpi.
Dobrze. Czekam.
Za lokaja miał człowieka ze wsi. Siwy, cichy staruszek, nie znający zupełnie świata. Wdałem się z nim w rozmowę.
— Co za życie prowadzimy tu z jaśnie panem! — zrzędził stary, — Popadliśmy tu w długi; ten Petersburg nie daje nam ani korzyści, ani zaszczytów. Przybyliśmy ze wsi i myśleliśmy: będziemy, jak za życia starszego pana, pokój jego pamięci, stykali się z hrabiami, książętami, generałami; weźmiemy sobie hrabiankę, piękną damę, posażną, będziemy prowadzili dwór jaśniepański; a stało się tak, że biegniemy tylko do restauracji. Bardzo źle. Księżna Riezewa jest przecież naszą rodzoną ciotką, a książę Borotuncew nasz ojciec chrzestny. Odwiedził nas tylko raz. Zresztą nigdy się nie pokazuje. Ludzie poczynają już ze mnie kpić. „Twój pan“, mówią, „nie wdał się w swego ojca“. Powiadam raz: „Dlaczego jaśnie panicz nie odwiedzi kiedyś swej ciotki? Nie widziała panicza tak dawno“. — „Nudno tam, Damjanie“, odpowiada. Oto, o co chodzi. Tylko w restauracjach nie jest mu nudno. Gdyby przynajmniej miał posadę państwową. Karty i inne gry stały się jego głównem zajęciem; ale to nie prowadzi nigdy do dobrego... Boże! zmarniejemy, zmarniejemy na pewne. Nieboszczka jaśnie pani, świeć Panie nad jej duszą, pozostawiła nam wielkie dobra. Przeszło tysiąc dusz i lasu za trzysta tysięcy rubli. Wszystko pozastawiał, las sprzedał, dobra zniszczył. Gdy niema pana, rządca znaczy więcej, niż pan. Paniczowi na niczem więcej nie zależy, nic go nie obchodzi. Jeśli może napchać pulares pieniądzmi, niech tam wszystko pójdzie na marne. Przed kilku dniami przyszli dwaj chłopi ze skargą na rządcę. „Zrujnował wszystko“, powiadają. A nasz pan co? Dał każdemu z nich po dziesięć rubli i powiada: „Wkrótce sam przybędę. Gdy otrzymam pieniądze, zapłacę długi i wrócę na wieś“. Ale, jak może zapłacić, gdy robi wciąż nowe długi? Przez zimę wydaliśmy ośmdziesiąt tysięcy rubli. Dziś niema w domu ani rubla.
Stary począł płakać.
O godzinie dziesiątej Niechludow obudził się i kazał mnie wezwać.
— Nie przysłano mi pieniędzy — powiada — to nie moja wina — powiada — zamknij drzwi.
Zamknąłem drzwi.
— Weź zegarek, albo szpilkę z brylantem i zastaw to. Dadzą ci więcej, niż 180 lubli. Gdy dostanę pieniądze, wykupię te przedmioty.
— Tak — powiadam — jeśli jaśnie pan nie ma pieniędzy, nie można inaczej zrobić. Proszę więc o zegarek.
Widzę, że zegarek wart jest około trzystu rubli.
Dobrze. Zastawiam zegarek za sto rubli i przynoszę mu kartkę zastawniczą.
— Ośmdziesiąt rubli — powiadam — jest mi pan winien, a zegarek sam pan wykupi.
Po dziś dzień winien mi jest tych 80 rubli.
Począł znowu codziennie do nas przychodzić. Nie wiem, jak się między sobą obliczali, ale zawsze opuszczał z księciem lokal. Lub też szli z Fedotką na górkę, by zagrać w karty. Mieli zwykle bardzo skomplikowane rachunki ze sobą: jeden dawał coś drugiemu, ten trzeciemu, ale co kto komu był winien, nie można było poznać.
Bywał u nas przez dwa lata; zupełnie się zmienił. Przestał się krępować; czasem pożyczał u mnie rubla, by go dać woźnicy, ale z księciem grał partję o sto rubli.
Wychódł, pożółkł. Natychmiast po przyjściu kazał sobie podawać szklaneczkę absyntu, kanapkę, poczem popijał winem; wtedy stawał się weselszy.
Przyszedł raz przed obiadem — było to w Wielki Tydzień — i począł grać z huzarem.
— Czy gramy o pieniądze? — pyta.
— Jak pan chce.
— A może o flaszkę Claude Voujeau?
— Dobrze.
Huzar wygrał. Poszli do sali jadalnej. Zasiedli przy stole i Niechludow mówi:
— Szymonie! flaszka Claude Voujeau, ale dobrze oziębić!
Szymon wyszedł, przyniósł potrawy, ale nie przyniósł wina.
— A wino? — pyta Niechludow.
Szymon wybiegł i przyniósł pieczeń.
— Dajże wina.
Szymon milczy.
— Zwarjowałeś, doprawdy! Kończymy obiad, a nie ma jeszcze wina. Nie piję wina przy deserze.
Szymon poszedł. Wraca:
— Gospodarz prosi pana.
Niechludow zarumienił się, wstał od stołu. Gospodarz stoi za drzwiami.
— Nie mogę panu dać więcej na kredyt — powiada — jeżeli pan mi nie wyrówna całego rachunku.
— Ależ, przecież panu już mówiłem, że zapłacę wszystko zaraz po pierwszym.
— Nie mogę wciąż dawać na kredyt. Już mi ludzie są winni z jakich dziesięć tysięcy.
— No, daj pan pokój, mon cher, mnie może pan przecież wierzyć. Przyślij pan flaszkę, a postaram się możliwie najprędzej zapłacić rachunek,
I spiesznie poszedł do jadalni.
— Co to było? dlaczego pana wezwano tam? — pyta huzar.
— Prosił mnie o coś.
— Pysznie byłoby — powiada huzar — teraz wypić lampkę wina.
— Szymon, co z winem?
Szymon poszedł. Wraca bez wina. Niechludow wstał od stołu i przybiega do mnie.
— Na miłość boską — powiada — Piotrusiu, daj mi sześć rubli.
Twarz jego była pomarszczona, blada.
— Nie mam — powiadam — jaśnie pan winien mi już tyle pieniędzy.
— Dam ci — powiada — za tydzień za tych sześć rubli czterdzieści.
— Gdybym miał pieniądze — mówię — nie śmiałbym odmówić jaśnie panu, ale doprawdy nie mam.
Wypadł, ściskał kurczowo dłonie, zgrzytał zębami, biegał, jak warjat po korytarzu.
— Ach! — zawołał — mój Boże! co to będzie?
Nie wszedł więcej do jadalni, wypadł na dwór, wziął dorożkę i odjechał.
Ale się uśmialiśmy! Huzar mówi:
— Gdzie pan, który ze mną jadł obiad?
— Odjechał — powiadamy.
— Co? odjechał? co kazał mi powiedzieć?
— Nic nie kazał powiedzieć. Wsiadł i odjechał.
— Dobry numer! — powiada huzar.
Myślę sobie: teraz przez dłuższy czas nie przyjdzie; po takim skandalu. Gdzie tam! Następnego dnia pod wieczór przychodzi. Idzie do sali bilardowej. Zdejmuje palto.
— Zagramy — powiada.
Spogląda ponuro, gniewnie.
Zagraliśmy partyjkę.
— Dosyć — powiada — przynieś mi papier i pióro, muszę napisać list.
Niczego nie przeczuwając, przynoszę papier i kładę go w małym pokoiku na stole.
— Oto przybory do pisania, jaśnie panie — powiadam.
Zasiadł i począł pisać. Pisze i pisze; mruczy wciąż coś pod nosem. Potem powiada:
— Spójrz, czy mój powóz zajechał.
Było to w wieczór karnawałowy, nie było też ani jednego gościa, wszyscy byli na balach.
Chciałem właśnie wyjść, by dowiedzieć się, czy powóz zajechał i byłem już koło drzwi, gdy słyszę, że woła mnie „Piotrusiu! Piotrusiu!“ głosem takim, jakby się czego przestraszył.
Wracam. Widzę: jest blady, jak płótno, stoi i patrzy na mnie.
— Jaśnie pan raczył wołać? — pytam,
Milczy.
— Czem mogę służyć? — powiadam.
Milczy. Wreszcie:
— Ach, tak! zagramy raz jeszcze — mówi.
Dobrze. Wygrał partję.
— Prawda — powiada, że nauczyłem się dobrze grać!
— Tak — powiadam.
— A więc, idź teraz — mówi — i dowiedz się, czy powóz zajechał.
Poszedłem. Widzę: nie ma powozu. Wracam więc.
Na schodach słyszę: jakby ktoś uderzył kijem bilardowym. Wchodzę do sali: czuć dziwny jakiś swąd.
Niechludow leży na podłodze, pokrwawiony; obok pistolet. Tak się przeraziłem, że nie wydobyłem z siebie ani słowa.
Drga nogą, wciąż drga. Potem rzęzi i wyprostowuje się, sztywnieje.
Bóg wie, co go skłoniło do tego grzechu, by duszę swą zagubić. Pozostawił pismo, którego zupełnie nie rozumiem:
„Bóg dał mi wszystko, czego człowiek może sobie życzyć: bogactwo, nazwisko, rozum, szlachetne popędy. Chciałem używać życia i zepchnąłem w gnój wszystko, co we mnie było dobrego.
Nie jestem ani shańbiony, ani nieszczęśliwy; nie popełniłem żadnej zbrodni. Zrobiłem coś gorszego: zamordowałem moją młodość, moje uczucia, mój rozum.
Jestem opętany siecią, z której się nie mogę wydostać, a do której nie mogę się przyzwyczaić. Wciąż upadam, upadam; czuję mój upadek i nie mogę mu zapobiec.
A co było moją zgubą? Czy jakaś silna namiętność, która mogłaby mnie usprawiedliwiać? Nie.
...O, moje piękne wspomnienia!
Jeden jedyny okropny moment zapomnienia, o którym zawsze myślę, przywrócił mi opamiętanie. Przeraziłem się, widząc, jaka przepaść dzieli mnie od tego, czem chciałem i czem mogłem być. Wyobraźnia moja stawiła mi przed oczy nadzieje, zachwyty, myśli mojej młodości.
Gdzie podziały się świetlane wyobrażenia życia, wieczności, Boga, które z taką siłą i jasnością moją duszę wypełniały? Gdzie miłość, która słodkim żarem rozpromieniała moje serce?
...Jakże dobrym i szczęśliwym mógłbym był stać się, gdybym kroczył drogą, którą mi u progu życia wskazywał mój świeży mózg i moje czyste uczucia! Wielokroć próbowałem wyrwać się z kolein, po których toczyło się moje życie i wrócić z powrotem na tę świetlaną drogę. Mówiłem sobie: użyję całej energji — i nie zdołałem. Gdy byłem sam, było mi strasznie w mem własnem towarzystwie. Gdy byłem z innymi, nie słyszałem wcale głosu wewnętrznego i staczałem się coraz niżej.
Wreszcie doszedłem do okropnego przeświadczenia, że nigdy nie zdołam się więcej podnieść; przestałem o tem myśleć; chciałem zapomnieć; ale żal męczył mnie jeszcze bardziej. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o samobójstwie.
Myślałem dawniej, że pobliże śmierci duszę moją uniesie wzwyż. Myliłem się. Za kwadrans mnie więcej nie będzie, ale moje poglądy wcale się nie zmieniły. Widzę tak samo, słyszę tak samo, myślę tak samo; ta sama dziwna niekonsekwencja, chwiejność, łatwowierność myśli“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lew Tołstoj.