Strona:PL Nowele obce (antologia).djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niczego nie przeczuwając, przynoszę papier i kładę go w małym pokoiku na stole.
— Oto przybory do pisania, jaśnie panie — powiadam.
Zasiadł i począł pisać. Pisze i pisze; mruczy wciąż coś pod nosem. Potem powiada:
— Spójrz, czy mój powóz zajechał.
Było to w wieczór karnawałowy, nie było też ani jednego gościa, wszyscy byli na balach.
Chciałem właśnie wyjść, by dowiedzieć się, czy powóz zajechał i byłem już koło drzwi, gdy słyszę, że woła mnie „Piotrusiu! Piotrusiu!“ głosem takim, jakby się czego przestraszył.
Wracam. Widzę: jest blady, jak płótno, stoi i patrzy na mnie.
— Jaśnie pan raczył wołać? — pytam,
Milczy.
— Czem mogę służyć? — powiadam.
Milczy. Wreszcie:
— Ach, tak! zagramy raz jeszcze — mówi.
Dobrze. Wygrał partję.
— Prawda — powiada, że nauczyłem się dobrze grać!
— Tak — powiadam.
— A więc, idź teraz — mówi — i dowiedz się, czy powóz zajechał.
Poszedłem. Widzę: nie ma powozu. Wracam więc.
Na schodach słyszę: jakby ktoś uderzył kijem bilardowym. Wchodzę do sali: czuć dziwny jakiś swąd.
Niechludow leży na podłodze, pokrwawiony; obok