Zygmuntowskie czasy/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
IV.
KOGUTY Ś. GAWŁA.

Po nad Krakowem stolicą, leciała jesień z szaremi skrzydły, z siwiejącym włosem, z rumianą ale pomarszczoną twarzą, w szacie w pół białej, pół szarej, pół brunatnej. I były na niej srebrzyste pręgi przymrozków rannych, dziwaczne rysunki krwawych i złocistych liści drzew, wypłowiałe łąk pokoszonych pasy i ciemne świerkowe gałęzie. I był na niej z jednej strony dostatek, z drugiej smutne smutnej zimy przeczucie. Bo komuż nie smutna zima? nam nawet co pod jej panowaniem większą część życia przeżywamy, zawsze chce się powtarzać piękną pieśń poety, z tęsknotą za wesołym krajem, gdzie pomarańcze kwitną. A gdybyśmy tam byli?
O! wówczas tęsknilibyśmy pod cieniem rozkwitłych pomarańcz, za zimą naszej ziemi. Tęsknota za krajem wiecznej wiosny, to westchnienie duszy za utraconym rajem, miłość okolic ojczystych, to przywiązanie do miejsc krwią i łzami oblanych. — Ciało pragnie świata — raju; — dusza żąda rodzinnego kątka tylko.
W Krakowie mimo późnej jesieni nie było smutno, jak na wsi; — bo w mieście niema właściwie mówiąc lata i wiosny. Przyleci jaskółka, ogrzeje się powietrze, ot i wiosna dla mieszkańca miasta — trzeba palić w piecu i wziąć kożuch — ot zima. A piękne, a cudowne widoki, a rajskie wonie, a nieopisane dźwięki wiosny i lata — wszystko to dla niego stracone.
Przymrozek jesienny posrebrzył był dachy, pobielił kamienie i powoli ustępował promieniom słońca, które jaskrawo wschodząc rozgarniało mgłę, obwijając miękkim uściskiem budzącą się ziemię.
Dzwoniły dzwony, ruszał się lud, rynek zaludniał, budziły kominy ziejąc kłębami dymów, otwierały żelazem kute okiennice i żelazem ryglowane drzwi sklepów.
A w rynku, w rynku leżały wszystkie skarby jesieni nagromadzone razem. Tam śliwy okryte barwą sinawą, przyprowadzone z Węgier, rumiane jabłka Tyrolu, soczyste gruszki w niepozornej łupinie i bukowy owoc, przysmak próżniaków i orzechy łakome dla dziewcząt i warzywo na podziw i pożądanie gospodyń porozkładane tak ślicznie, tak misternie, że się wdzięk jego przyrodzony dwoił.
Czego to tam nie było na błogosławionym tym rynku! Owoce, warzywo, a bułki, a gomółki, a obwarzanki złociste, a słodkie pierniki, a makowe placuszki, a serki kminem tkane!
Za zielonemi, za żóttemi i czerwonemi stragany, przy budkach, przy ławkach, przy rozstawionych koszykach, przy rozsypanych na matach owocowych, rozrzuconych po pod murami garnkach iłżyckich — siedziały wesołe, rzeźwe, w boki pobrawszy się, czepca na ucho nasunąwszy, minę tęgą nastroiwszy — panie mieszczki i przekupki. A niekiedy ze straganu do straganu wylatywało to pozdrowienie uprzejme, to ostry przycinek, wnet odpłacony ostrzejszym jeszcze, wnet przyciśnięty obelgą, a nie raz na końcu zapieczętowany szturchańcem. I jak tu nie wojować, kiedy się siedzi łokieć w łokieć, nos w nos, kiedy się sobie obrzydnie, kiedy się radzi długie godziny dnia, a czasem odbierze, odwoła kupującego, lub spuści z ceny towaru, by go nieprzyjaciółce wydrzeć.
Anioł by na miejscu przekupki trochę się pogniewał, cóż dopiero przekupka, która nic w sobie anielskiego niema, nie miała i mieć nie pragnie.
A jednak w tych piersiach osłonionych grubemi chusty, biją poczciwe serca, te usta nawykłe do przekleństw i wyrzekań, modlą się gorliwie i dobrem słowem nie raz biedaka obdarzą — a jednak to taki poczciwe kobieciska, te panie mieszczki i przekupki, choć djabłami sadzą co chwila.
Widzicie tę budkę z czerwonym kogutkiem na daszku? zielono malowaną? czystą i ślicznie wyciosaną i w dobrem stojącą miejscu? Zajmuje ją znajoma nasza pani Marcinowa. Obok stragan żółty sosnowy z prostych deszczek zbity, to sąsiadki pani Janowej sklep. — Obie jednem handlują, a w zgodzie z sobą. To też za cud to niektórzy mają i mimowolnie poczęto obiedwie imoście szacować, że z sobą w zgodzie żyły i nigdy słowem jednem się nie zadarły.
Ale nie dziwo! pani Marcinowa dawniej siedziała na placu, gdy panią Janowę śmierć męża, niegdy bogatego kupca, przyzwała na rynek, na kawałek chleba w pocie czoła zarabiać. — Pani Janowa była poszła za wdowca, co miał dzieci z pierwszej żony, a ubogo się miała, bo ją wziął biedną sierotę, bez wyprawy nawet, w jednym kabaciku i białej koszulce. Póki żył mąż wiodło się siako tako, a gdy zmarł, pasierbowie okazawszy że majątek był macierzysty, bez szeląga macochę za drzwi wygnali, gierady nawet nie dawszy. Zabrawszy w węzełek co miała ciepłą ręką męża danego, nie bez sporów i o to jeszcze z pasierbami, wyszła pani Janowa drugi raz sierotą w ulicę i spojrzawszy w górę na lazurowe niebo, spytała się anioła stróża co począć z sobą? — Coś jej wtedy szepnęło, sprzedaj klejnociki, nie potrzebne suknie, a siądź kupczyć i pracować. Gorżko było Janowej zejść tak z rysiej szubki i łańcucha, z poczetnego miejsca w kościele, z rydwaniku, na bruk, na piechotę i pracę. — Ale co było począć?
I tak jednego białego ranku, nowy żółty stragan sosnowy zatoczył się na próżne miejsce podle pani Marcinowej. Marcinowa wybiegła zobaczyć, co tam za licho sąsiadkę jej dało. A trzeba wiedzieć, że pani Janowa w lepsze czasy kupowała bułki i obwarzanki, jaja i masło u Marcinowej.
— Ha! tać to pani, jejmość!..
— To wy, Marcinowa! — I poczęła płakać.
— No! no! dajcie pokój łzom, jejmościuniu. Dalipan, to taki dobry i wesoły chleb, żebym go na żaden inny nie pomieniała! Zobaczycie. — A ja wam daję słowo, jak moję Jagusię kocham, że wam szkodzić nie będę, kupującego nie odwołam, owszem pomogę.
Pani Janowa także przez samą wdzięczność dla sąsiadki, nigdy jej szkodzić nie myślała. Wkrótce związały się przyjaźnią i razem już pędziły dnie często nudne, razem wychodziły za miasto, razem przy kądzieli i kominie trawiły wieczory.
Nie było w myśli pani Janowej w początku handlować tem co Marcinowa, owszem chciała sobie obrać inny rodzaj towaru, ale Marcinowa nie pozwoliła.
— Czem innem dać sobie rady nie potraficie, na cenie się nie znacie, na gatunku, a tak ja wam pomogę...
— Ale ja wam zaszkodzę...
— Co tam! Będzie dla nas dwóch dosyć kupujących, gąb chwała Bogu nie braknie, gdzie jest dla jednego, wystarczy dwóm, a Pan Bóg taki dopomoże.
Odtąd pani Marcinowa wzięła w opiekę jejmość, jak ją zwała i tak się zajęła jej wychowaniem, że wkrótce uczeń mistrza prześcignął. Nie było oszczędniejszej, nie było wyszczekańszej, zręczniejszej przekupki nad panią Janowę, czy to chodziło o kupno czy o przedaż. Groszem zawsze kupiła taniej, groszem przedała drożej. A każdy szeląg uciułany chowała skrzętnie, a i oczy jej się iskrzyły, wargi jej drgały na widok pieniędzy.
Byłaż to chciwość?
Marcinowa, która swoję Jagusię strojąc, sama dobrze żyjąc, o jutrze zapominała, piwko z grzankami lubiła, tłustą gęsią i kaczką na buraczkach nie gardziła, pojąć nie umiała, co się działo z Janową, która chodziła w odartym kabaciku i w święto nawet nie wystroiła się, nie pozwoliła gębie jadła, niedopalone nawet trzaski z pieca na jutro wyciągała.
— Co to wam jejmościuniu? — pytała Marcinowa gryząc orzechy — że tak się wędzicie, gdybyście jedenaścioro dzieci mieli, jak nie przymierzając Prakseda, u której co rok to prorok, a dla tego jedwabna turecka chustka na głowie i kabat kunami podszyty. Dla kogo zbieracie? jużci nie dla pasierbów?
Janowa uśmiechnęła się.
— Wy nic nie wiecie Marcinowa! nic! U mnie gorżka myśl w duszy siedzi, ja jej na pokarm daję co uzbieram, dla tego się wędzę i schnę w niedostatku.
— Panie Boże, to coś szatańskiego — zawołała przekupka — siedzi w duszy i je pieniądze — cóż to jest?
— Co to jest? O! wy mnie może nie zrozumiecie?
— A nu, sprobujemy.
— Wy wiecie żem była w lepszej doli, że mnie jedli za życia mężowskie dzieci, pasierby, wyrzucając mi na oczy, żem sierota w jednej koszuli w dom ich weszła, aby się na ich chlebie spaść! O! dogryźli mi, dogryźli! — A nakoniec, jeszcze mój nieboszczyk leżał na tapczanie, gdy mnie bez litości za wrota naigrawając wygnali. I teraz co ranku jedzie jeden z nich, lub jadą oba przez rynek podle straganów, a co raz mi rzucą w serce wejrzeniem szyderskiem jak nożem. — Ja pracuję aby im oddać nóż za nóż, boleść za boleść! Ja chcę pieniędzy, bogactwa, złota, majątku, chcę kupić kamienicę, chcę choć na tydzień przed śmiercią ubrać się po dawnemu, pojechać do ich sklepu i rzucić im w oczy złotem, w duszę pogardą.
— Hm! hm! piękna złość — odpowiedziała Marcinowa — siebie uwędzić, aby im w oczy złotem rzucić! Będą się śmiać i po wszystkiem... A potem jejmościuniu wiecie wy wiele lat pracować potrzeba, żeby ze straganu rydwanem do kamienicy własnej wjechać? Może sto, a może więcej! Ja mojej Jagnie zbieram posag, a wiecie com uzbierała? E! to i mówić nie warto!
— Ja zbieram mojej duszy zemstę, a wiecie com zebrała? — dodała Janowa z uśmiechem.
— Kto go wie?
Janowa poszła w kącik, otworzyła kufer, z kufra wyjęła szkatułkę, w szkatułce wysunęła potajemnik i pokazała stosik złota zdumionej Marcinowej.
— Patrzcie! dalipan więcej odemnie i prędzej! No! to jejmość rodziłaś się na przekupkę.
— O! nie, moja Marcinowa — zawołała druga załamując ręce — o! nie... ale Bóg mi dał taki los... i robię co muszę.
Pani Marcinowa daleka od zazdrości, życzyła tylko na dal szczęścia sąsiadce, a jednak parę razy mimowolnie westchnęła myśląc, że więcej może zemsta, brzydkie, nie chrześcjańskie uczucie, zemsta i próżność, niż przywiązanie macierzyńskie i miłość.
Ale porzućmy dzieje żywota dwóch przekupek, a wróćmy do pięknego jesiennego poranku, który nad Krakowem płaszcz bladych słonecznych światłości roztaczał.
Na rynku (a było jeszcze wcześnie) ruch był wielki pomiędzy stragany. Każda gospodynia skupywała co jej było na dzień do domu potrzeba... Słychać było i łajania i targi, i powitania mieszczek, i śpiewy dziadów pod kościołem i stukanie rydwanów po bruku nierównym.
Pani Marcinowa wychyliwszy głowę za stragana, oparłszy się o wystawę obu rękoma, gadała coś z panią Janową.
W tem z ulicy przytykającej do straganów, dały się słyszeć wrzaskliwe głosy jakieś, które przebiwszy hałas rynkowy, do uszów obu paniom wleciały.
— Co to słychać? — spytała Marcinowa — czy pożar gdzie? czy winowajcę jakiego wiodą?
Pani Janowa odwróciła głowę, przysłuchała się trochę i dodała:
— Jeżeli się nie mylę, żakowskie to głosy.
— Żakowskie? albo to co?
— Musi być u nich jakieś święto.
— No! a jakież by to?
— Kto ich tam wie... A może tak wrzawliwie za jałmużną idą.
— Ale nie... bo nie po swojemu dziś śpiewają.
Gdy to mówiły, z ulicy wysypał się tłum radośnie krzyczących żaków. Starsi szli przodem, dziatwa gnała się za nimi. Wszyscy prawie byli poubierani wedle ustawy uniwersyteckiej, w ciemne sutanki, ale z rozmaitemi niedostatkami i dodatkami.
U niektórych wisiały od pasa drewniane kałamarze, innym z pod poły świeciła końcem pochew okutych szabelka, ci nieśli kije jałowcowe i tarniowe, drudzy opończą jaśniejszą lub płaszczykiem barwy nieprawnej odznaczali się.
Na wielu a wielu sukniach łaty różnego koloru pstro świeciły, ale wybaczyć musiano ubóstwu, ten konieczny strój. Na twarzach bladych, rumianych, tłustych i chudych, ogorzałych i białych chłopiąt, jaśniała rzeźwa młodzieńcza radość. Usta się śmiały, oczy iskrzyły. Biegli popychając się, targając, szarpiąc, przeganiając, wyzywając i częstemi bitwy na prędce uprzyjemniając pochód.
Jeszczeż w ulicy jak w ulicy, ale gdy się wysypali na rynek i tyle pokus razem uderzyły ich oczy, porządek zupełnie się pomięszał. Większa cześć sypnęła się ku straganom, kto z groszem, a kto z daremną prośbą o jałmużnę. Zadrżały przekupki na widok groźnej fali, która w jednej chwili podmyła stopy straganom, wpadła na ławki i stoliki, zaczerniała wszędzie. Potrzeba było sto oczów, aby dopatrzeć ruchów tylu rąk wyciągniętych ze wszystkich stron i czyhających na owoce, na bułki, na placuszki. Oczy zaś mieszczek mimowolnie zwróciły się na samo ciało studenckiego pochodu, na kupkę główną poważnym krokiem sunącą z pieśnią przez rynek.
Był to dzień żakom świąteczny, obrzędowy, dzień świętego Gawła, dzień koguciej bitwy i wesołej zabawy...
Przodem niesiono ogromnego koguta, nie oskubanego jak w Anglji do bitwy — ale w całych wspaniałych piórach, z ogonem połyskującym, z dziobem wyostrzonym i oczyma na wierzchu, nogi jego związane były wstążkami różno-kolorowemi. Za tym królem kogutów, następowały różnej maści i wzrostu, tłuste i chude, wielkie i małe, niesione przez żaków kury. Żacy drażnili je idąc, zwracali ku sobie wzajemnie i wyzywali się.
Karmione umyślnie zielem zwanem Matki Bożej włoski, ptaki te były jak w upojeniu jakiemś, w rozdrażnieniu; trzepiotały się ku sobie i wyrywały jedne na drugie. Żacy wstrzymywali zapęd ten do bitwy niewczesny, wołając:
— Poczekajcie, panowie rycerze, poczekajcie ino trochę, zaraz staniemy w miejscu i krew popłynie!
A tymczasem pieśń koguciej wojny brzmiała wesoło...
W rynku znajdowała się gospoda pod kogutem, której gospodarz zdawna miał przywilej dostarczania na ten dzień placu bitwy i karmu żakom bez opłaty. — Za to tłum ciekawych zbierający się zawsze dla oglądania zapasów pojedyńczych w swoim rodzaju, wynagradzał mu i kłopot i koszta. Pamiętni dnia tego, już i dziś zebrali się mieszczanie, próżniacza gawiedź, nawet dworscy wielkich panów i szlachta uboższa, dla przypatrzenia szczególnej bitwie. Ulica przed domem pełna była ludu, podwórzec gospody i izby nabite, okna głowami wychylonemi na ścianę.
Żacy z pieśnią głośną, zawrócili się ku gospodzie, na której progu stał już oczekujący na nich gospodarz, już wtoczyli cisnąc w dziedziniec. Za niemi posunął się tłum z wrzawą, tłocząc, popychając i waśniąc.
Plac bitwy podwórzec, otoczony był ze czterech stron murami, galerjami zajętemi przez ciekawych różnej płci i wieku, a w obudwu na przestrzał bramach otwartych, ścisnęły się kupy pospólstwa, którego głowy tylko nad głowami widać było. Na posypanym piaskiem dziedzińcu rozstawili się żacy, zostawując między sobą nie wielką przestrzeń wolną koguciemu bojowi. Starszy, któregośmy widzieli Depozytorem beanów, naprzód rozwiązał wstęgi swego koguta i utrzymując rękami, postawił na ziemi.
— Do boju! do boju! — zawołali żacy — biały przeciwko żółtemu!...
Jakiś żaczek wysunął się z białym kogutem naprzeciw.
— Kto co stawi na mojego? — odezwał się starszy. — Były bowiem we zwyczaju zakłady, a wygrywający zwykle właścicielowi koguta albo całą, albo znaczną część wygranej oddawał.
Między widzami wszczął się szmer, kilka rąk przycisnęły się w górę, kilka głosów wykrzyknęły:
— Bliżej panowie zakładnicy!
Ale za ściskiem trudno się było zbliżyć. Nareszcie gdy pieniądze złożone zostały z obu stron, na przygotowanej ku temu czapce starszego żaczej gawiedzi — dwa koguty stanęły przeciw siebie.
Oba już były rozdrażnione, nakarmione ostremi potrawy, upojone i zajadłe.
Wielki kogut złocisto pióry, poczuwszy się wolnym, nasrożył, strzepnął skrzydła i puścił zaraz zniżywszy głowę jak baran, kiedy chce buksnąć barana. Biały przeciwnie podniósł szyję i kukuryknął.
Wszyscy w śmiech z białego, zwłaszcza że na głos jego śpiewu, co było kogutów, wszystkie śpiewać poczęły, na różne głosy. Biały tymczasem, wcześnie już odśpiewawszy zwycięztwo, a ujrzawszy przed sobą zapaśnika gotowego do boju, podskoczył, szyję wyciągnął, oczy wytrzeszczył, pióra mu się najeżyły i strzepnąwszy skrzydłami, dziobem w głowę nieprzyjaciela ciuknął.
Złocisty antagonista nie spodziewał się tak zuchwałej zaczepki i odurzony razem, do góry podniósł głowę, gdy tymczasem biały, znowu zamachawszy się, podskoczywszy, dziobnął go koło szyi. Dłużej już cierpliwości brakło czerwonemu, chwycił się z całą siłą na słabego przeciwnika, jakby go miał zdusić i zniszczyć. Biały najeżywszy się cofać począł z otwartym dziobem, na każdy raz, razem odpowiadając. — Czerwony gonił go ciągle i przyparłszy do nóg właściciela, skoczył na niego.
Biały w tej chwili uniósł się w górę, podleciał, siadł zajadle na grzbiecie złocistemu wrogowi, i począł bez litości stukać mu w głowę ostrym dziobem, bijąc się po bokach skrzydłami. Napróżno czerwony trzepał się chcąc uwolnić z niemiłego uścisku, szyją kręcił, wywracał, biegał w kółko, nic nie pomogło. Grzebień się zakrwawił, oko jedno zawisło wybite. — Biały zmęczony skoczył na ziemię i stanął gotów do pojedynku na przeciw żółtego. Ale żółty już się jak pijany skutkiem ran we łbie i wydziubanego oka — zataczał. Nie wiele kosztowało zwycięztwo małemu wojakowi, który go dokonał wywróciwszy olbrzyma, depcząc nogami po brzuchu i nastając na głowę i oczy.
Walka była dokonana, rozdzielono koguty, zakładający bez zwady wyjęli połowę zakładu z czapki, drugą zostawując właścicielowi białego wojownika.
Po pierwszym pojedynku, nastąpił drugi i trzeci i czwarty, z coraz wzrastającą wrzawą, zwiększającemi się zakłady i huczniejszą wesołością żaków.
Między innemi, stał na ustroniu, znajomy nasz Maciek sierota, Maciek Skowronek, podparty na dłoni, oczyma wprawdzie ścigając walkę, ale myślą widocznie gdzieindziej. Wśród powszechnej wesołości towarzyszów, twarz jego jednego była smutna.
Z pośrodka tłumu widzów, raz i drugi wychyliła się głowa szlachcica w szaraczkowej kapocie, któregośmy przed kościołem widzieli jałmużnę Maćkowi dającego. Zdawał on się szukać kogoś w tłumie niespokojnemi oczyma, potrząsając głową z nieukontentowaniem. Nareszcie dopatrzył Maćka i począł powoli przez zebranych ku niemu się przybliżać.
Z drugiej strony kampsor Hahngold także na Maćka spoglądał i gdyby nie to, że lękał się przebijać przez ściśniętych mieszczan, widać było, jak pragnął także ku niemu zbliżyć, bo go świdrował oczyma i niespokojnie się kręcił.
Szlachcic w szaraczkowej kapocie, z nie małą trudnością, przysunął się nareszcie do Maćka i kładąc mu zwolna rękę na ramieniu, powitał go z ruska. —
Szczoś tobi skażu.
Maciek się żywo odwrócił, a ujrzawszy pamiętną twarz dobroczynnego człowieka, pokłonił się i uśmiechnął.
— Chodź no Waść na stronę, rzekł Czuryło.
Oba z niemałą trudnością przebili się przez tłum i ustąpili w zagłębienie pod galerją, zkąd że nic widzieć nie było można, nikogo też nie było.
— No — a jak tobie powiodło się w Krakowie? spytał Czuryło.
— Dzięki Bogu, dotąd wszystko szczęśliwie, zapisałem się w bursie, gdzie mam przytulisko — żacy — bracia przyjęli mnie za swego, a chleb powszedni Pan Bóg zsyła.
— Toś sobie nie znalazł jakiej służby, żeby na chleb zarobić? spytał Czuryło, wszak by to bezpieczniej było, mieć przynajmniej pewną strawę codzienną.
— A któż ją z nas ma pewną? rzekł Maciek. Wiecie wiele nas tu jest — więcej sług, niż służby, więcej gąb niż chleba, a choć jeden drugiemu pomaga, nie każdy idzie spać syty. Czasem modlitwa zastępuje pokarm. — Jednego dnia siadamy śpiewać pod figurą, pod cmentarzowym murem, drugiego chodzim od drzwi do drzwi, innego dzielim się z bracią, czem oni mają do podziału. Czasem się trafi wody przynieść, podwórko oczyścić, dziecka popilnować mieszczaninowi, to da łyżkę strawy. —
Nad syrotoju — Boh z kalitoju, mruczał Rusin pod nosem. Pamiętajcie tylko, choćby wam i głodno i chłodno i nie wyśmienicie było na świecie, że taki zawsze poczciwym być potrzeba. Cudze zawsze wam niech będzie cudzem, choćby głód doskwierał. Powiadają na Rusi — hołod krade a dołh mutyt’, ale to brzydkie przysłowie. —
Dobroniu wsiudy dobre, nie bójcie się, czem rabiejesz, to chuże, w Panu Bogu nadzieja.
— A toś ty z Rusi? dodał po chwilce, wpatrując się mocno w chłopca.
— Z Rusi, rzekł Maciek oczy spuszczając.
— I sierota?
— Sierota.
— A twoi rodzice?
— Nie mam rodziców. —
— No — ale kto oni byli?
— Ja nie wiem, rzekł sierota po cichu.
Czuryło tak mu się w oczy patrzał, że Maciek musiał wzrok spuścić.
— I gdzieżeś się chował?
— W Rusi. —
— A mianowicie?
— Wybaczcie mi, rzekł Maciek ściśnięty pytaniami, wam to rzecz obojętna, a mnie dawniejsze czasy smutno jakoś wspominać. —
Czuryło kręcił się, patrzał, pokiwał głową.
— Znaliście matkę? rzekł.
Dziecko łzy miało w oczach i ocierając je rękawem, nic odpowiedzieć nie mogło.
— Nie nazywano cię czasem innem imieniem wprzódy? dodał uparty Rusin ale po cichu.
— Nie pamiętam. —
— Hm! hm. — Dobrze to, że lada komu nie ufacie i nie paplacie bez potrzeby, ale mój kochanku — jam nie po prostu ciekawy, ja coś może o tobie wiem, o twoich i —
Maciek oczy wlepił jeszcze łez pełne w starego i żywo spytał:
— A! panie — to być nie może, to być nie może.
A więcej jeszcze przelęknienia niż radości widać było w twarzy dziecięcia.
Czuryło tymczasem już milcząc, rozwięzywał powoli sakiewkę i dobywszy z niej trochę pieniędzy, tajemnie, obejrzawszy się do koła, oddał je Maćkowi. —
— Chowaj na głodny czas, a jak ci będzie bardzo źle, bardzo ciasno, a trzeba ci będzie rady, popytaj się o Rusina Czuryłę, wszyscy go znają tutaj. — Pokażą ci domostwo w którem mieszkam.
— Słuchaj no jeszcze, dodał znowu zawracając. Nie zaczepiał cię tu kto w Krakowie, nie wypytywał i nie obdarzał, prócz mnie?
Maciek począł sobie przypominać.
— Zdaje się — nikt. Na wejściu w miasto jakaś przekupka — potem jakiś żyd, kampsor.
Hahngold?
— Podobno.
— Strzeż się go i nic mu nie mów!
To mówiąc palec położył na ustach. —
— A cóżbym mu mógł powiedzieć?
Czort ne spyt! — rzekł Czuryło — Dudka hraje, nyc ne znaje, dudar mouczyt, a wse znaje.
To mówiąc szybko odszedł, bo w tej chwili ujrzał oczy Hahngolda, wlepione w siebie i szukające z kim by mówił. Maciek ruszył się z miejsca, nie wiedząc jeszcze co z sobą począć, gdy posłyszał za sobą wołanie.
— Maćku, Maćku!
Odwrócił się; ręką i głową wzywał go do siebie żaczek braciszek, wierutny łotr jak widać było na pierwsze wejrzenie.
Znano go w mieście pod imieniem Urwisa, zapomniawszy nawet jak się zwał po ojcu i matce. Urwis był rodem z Krakowa, sierota, rodzice jego byli majętni, pożar ich zniszczył; matka rzuciwszy się w płomienie za dziecięciem, osłoniwszy je sobą od ognia, uratowała jedynaka, ale sama opalona straszliwie w kilka godzin umarła. Ojciec oszalał i skończył życie mizernie włócząc się po ulicach, wołając co chwila — gore! gore! Na chwilę przed zgonem odzyskał przytomność, widząc pożar istotny, a przypomnienie strat jakie poniósł, koniec mu przyspieszyło. — Dopóki żył, nosił syna na ręku biegając z ulicy w ulicę i krzycząc po swojemu — gore — gore! Po śmierci jego został sierota na łasce, bez krewnych i opieki. Poczciwa uboga mieszczka wzięła go do siebie; dzieliła się z nim mizernym kawałkiem chleba, aż umarła. Po śmierci jej, już dorosły Urwis naturalnie został żakiem, wpisał do bursy łatwo, bo wszyscy pamiętając nieszczęśliwego ojca i zgon matki, pomagali sierocie.
Ale w pamięci dziecka nic nie zostało ze strasznej przeszłości. Zostawiony sam sobie, pieszczony niegdyś przez matkę, potem przez przybraną opiekunkę, stał się najswawolniejszem dziecięciem, przewódzcą wszystkich żakowskich sztuczek, wszystkich bójek, zaczepek ulicznych i tumultów. Żywy, przytomny, zręczny, kłamca, łakomy; podbudzał drugich do złego, a sam zdaje się myślał tylko życie całe, coby spłatać? W najniebezpieczniejsze rzucał się figle i cało z nich wychodził; nie było dowcipniejszego wynalazcy, ani zręczniejszego dokonywacza nad niego między żakami.
Żydzi lękali go się jak ognia, przekupki klęły i groziły, ile razy na oczy im się nawinął, mieszczanie ujrzawszy go włóczącego koło domu, podwajali baczność na drzwi i okna.
Urwis miał już lat około dwudziestu i wąs mu się wysypywać zaczynał. Będąc jednym z najstarszych żaków, prawem starszeństwa, wywierał nad młodszymi władzę nieograniczoną, kierował dzieciukami, zaprawiał do złego; a gdy słuchać go nie chcieli, to sam lub z towarzyszami tłukł i prześladował. Bali się wszyscy Urwisa, Urwis nikogo. — Odarty, zabrukany, w oszarpanej sukienczynie podpasanej rzemiennym paskiem, w czapce na ucho włożonej, barczysty, silnie zbudowany, ogorzały, z oczyma czarnemi, włosy ciemnemi, z kijem nieodstępnym towarzyszem w ręku, przebiegał ulice świszcząc i rzucając bystre wejrzenie w prawo i lewo na stragany, na wiechy szynkowni, na kraśne dziewczęta. —
Biło bo mu serce dziko na widok każdej kobiety; policzki czerwieniały, krew wrzała. Za uśmiech, za słówko byłby w ogień skoczył, za pocałunek dałby się był ćwiertować. Marzył o kobietach, myślał o nich tylko i ganiał tylko za niemi.
Ale jakkolwiek piękny i młody, oszarpany żaczek, odpychany był wszędzie.
Stare przysłowia mówiły:

Gorzej niźli raka
Obawiaj się żaka.

— Papieru do wody, pióra do ognia, a żaka do żony nie przybliżaj.
Tych przysłowiów trzymali się wszyscy i nie było domu, do którego by żak dorosły mógł mieć przystęp. Skazany na wieczne zdaleka poglądanie niewiastom w oczy, bez możności zbliżenia się ku nim, podwójnie gniewem i namiętnością gorzał Urwis. I byłby rzucił suknię żakowską, ale co potem począć, gdzie się udać, jak na chleb zapracować? A potem, nie bardzo bo mu się też i chciało pracować, wolał żakować, swawolą i piosenką przerywając rzadkie godziny nauki.
Taki to był towarzysz, który w tej chwili zawołał z tyłu na Maćka.
Maciek odwrócił się ku niemu.
— Czego chcecie?
— Słuchaj no! tyś nie głupi, z oczów ci patrzy roztropność. — Wytrzeszcz że oczy do góry, widzisz co tam na półce?
— Cóż? sery! — rzekł Maciek.
— Leź że po nie i dostań mi je. —
— Alboż to twoje?
— Głupiś! gdyby moje były, to bym sam po nie poszedł.
— A kiedy cudze, po cóż ich chcesz dostać?
— To dla żaka gratka.
— Idź-że sam po nią.
Urwis, który nie przywykły był do nieposłuszeństwa, spojrzał naprzód ostro w oczy Maćkowi, potem parsknął śmiechem.
— Czy ty jeszcze Beanus?
— Wszakżeście mnie otrząsali.
— Widać nie dobrze, boś osioł jak i był. Leź mi po sery, ja ich potrzebuję.
— Idź sobie po nie sam. —
— Będziesz mnie słuchał czy nie? zawołał Urwis podchodząc z pięścią ku Maćkowi. —
— Nie — rzekł chłopiec bledniejąc. Posłucham kogo należy i w czem przystoi, ale nie gdzie idzie o kradzież.
— Co? ty mnie będziesz złodziejem robił?
— Ja? toć ty sam się nim stałeś!
Na te słowa Urwis rzucić się miał na sierotę, kiedy wrzask ogromny w podwórzu zwiastujący zakończenie walki dwóch zajadłych kogutów, odwrócił jego uwagę. Spiął się na palce, spojrzał i zagroziwszy pięścią towarzyszowi, pobiegł przez tłum się cisnąc, do środka.
— Odpłacę ci w dobry czas! mruczał bieżąc na środek, i nauczę posłuszeństwa!
Bitwy kogucie zbliżały się już do końca. Skrzydlaci zapaśnicy, pokaleczeni leżeli na ziemi, niektórzy martwi do góry brzuchami z podkurczonemi nogi i skrwawioną szyją, spoczywali na zawsze. Czapka w której składano zakłady była pełna drobnej monety różnego rodzaju. Ostatnia para tańcowała na krwawym piasku, dziobiąc się tem srożej im dłużej na to oczekiwała. — Widzowie rozżarzeni bardziej dwoili zakłady, spierali się i huczeli. Biały kogut, pierwszy zwycięzca padł bez życia. Pozostały tryumfator ostatni, ubrany we wstążki, wzniesiony do góry z okrzykami, z pieśniami, ukazał się tłumowi, który go powitał oklaskiem.
— A teraz do gospody, — zawołali żacy, zbierając pieniądze zebrane. —
— Do gospody!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.