Zazdrość Kocmołucha

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Zazdrość Kocmołucha
Podtytuł komedja w 1 akcie prozą
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron

ZAZDROŚĆ KOCMOŁUCHA
KOMEDJA W 1 AKCIE.
OSOBY:
KOCMOŁUCH, mąż Anieli.
DOKTOR.
ANIELA, córka Gorgoniego.
WALERY, kochanek Anieli.
KASIA, pokojówka Anieli.
GORGONI, ojciec Anieli.
ANZELM.
GÓRKA, służący.
SCENA PIERWSZA.

KOCMOŁUCH sam: Trudno, doprawdy, o nieszczęśliwszego człowieka! Żona przywiedzie mnie chyba do szaleństwa: zamiast dbać o mnie i starać się mi dogodzić, doprowadza mnie do wściekłości dwadzieścia razy na dzień; zamiast siedzieć spokojnie w domu, goni tylko po spacerach, kolacyjkach, włóczy się Bóg wie z kim. O, biedny Kocmołuchu, cóż z ciebie za pożałowania godna istota! Ale trzeba ją raz ukarać. Gdybyś ją tak zakatrupił?... nie, to nic nie warte, powiesiliby cię. Wpakować ją do więzienia?... szelma prędko się wydostanie stamtąd zapomocą swojej przepustki. Cóż tedy począć, u djabła? Ale otóż i pan Doktór zbliża się w tę stronę; muszę go poprosić o jaką radę w kłopocie.

SCENA DRUGA.
DOKTOR, KOCMOŁUCH.

KOCMOŁUCH: Właśnie miałem udać się do pana z prośbą, w sprawie nader dla mnie ważnej.
DOKTOR: A to mi z ciebie nielada gbur, prostak, figura bez wychowania! cóż to? przystępujesz tak do mnie, nie zdejmując nawet kapelusza i nie obserwując rationem loci, temporis et personae. Zaczynać mi od jakiegoś bajdurzenia bez sensu, zamiast powiedzieć, jak należy: Salve, vel salvus sis, doctor doctorum eruditissime. Ejże! za kogo ty mnie bierzesz, przyjacielu?
KOCMOŁUCH: Na honor, chciej mi pan wybaczyć; jakoś mi się dowcip zbakierował, straciłem głowę; ale wiem dobrze, że pan jesteś godnym człowiekiem.
DOKTOR: Czy wiesz przynajmniej, skąd pochodzi słowo godny?
KOCMOŁUCH: A niechże sobie pochodzi z Mościsk czy z Pacanowa, co mnie do tego.
DOKTOR: Wiedz tedy, że słowo godny pochodzi od układny, jeżeli bowiem zamiast głosek u, k, i ł weźmiesz głoskę g, zaś następujące po niej a, zamienisz na o, będziesz miał słowo godny, dodając zaś do niego wyraz człowiek, otrzymasz godny człowiek. Ale, jeszcze raz pytam, za kogo ty mnie bierzesz?
KOCMOŁUCH: Biorę pana za doktora. Zatem, pomówmy nieco o sprawie, którą chcę właśnie przedstawić; trzeba panu wiedzieć...
DOKTOR: Wiedz przedewszystkiem, że ja nie jestem tylko raz doktorem lecz jestem raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, ośm, dziewięć i dziesięć razy doktorem: 1° ponieważ, jako że jedność jest podstawą, podwaliną i wogóle pierwszą ze wszystkich cyfr; więc też i ja jestem pierwszym ze wszystkich doktorów, najuczeńszym z pośród uczonych. 2° ponieważ istnieją dwie własności konieczne dla zupełnego poznania wszystkich rzeczy: zmysły i pojęcie; że zaś ja wcielam w sobie całkowicie i zmysły i pojęcie, przeto jestem po dwa razy doktorem.
KOCMOŁUCH: Zgoda. Otóż...
DOKTOR: 3°. Ponieważ liczba trzy jest liczbą doskonałości, według Arystotelesa; zatem, ponieważ jestem doskonałym i wszystkie moje utwory są również doskonałemi, przeto jestem po trzy razy doktorem.
KOCMOŁUCH: A zatem, panie doktorze...
DOKTOR: 4°. Ponieważ filozofja posiada cztery części: naukę logiki, moralności, fizyki i metafizyki; że zaś ja posiadłem wszystkie te cztery nauki i osiągnąłem w takowych biegłość iście najdoskonalszą, jestem przeto cztery razy doktorem.
KOCMOŁUCH: Tam do licha, ależ nie wątpię. Niech pan posłucha.
DOKTOR: 5°. Ponieważ istnieje pięć pojęć ogólnych: rodzaj, gatunek, różnica, właściwość i przypadkowość, bez znajomości których nie jest podobieństwem przeprowadzić jakiekolwiek ścisłe rozumowanie; że zaś ja posługuję się niemi z pożytkiem, i świadom jestem wysokiej ich użyteczności, przeto jestem pięć razy doktorem.
KOCMOŁUCH: Trzeba tu cierpliwości nielada.
DOKTOR: 6°. Ponieważ cyfra sześć jest cyfrą pracy; że zaś ja pracuję nieustannie dla pomnożenia swej chwały, jestem przeto sześć razy doktorem.
KOCMOŁUCH: Ech, gadaj sobie zdrów ile zechcesz.
DOKTOR: 7°. Ponieważ cyfra siedm jest cyfrą szczęśliwości; że zaś ja posiadam zupełną znajomość wszystkiego co może człowieka uczynić szczęśliwym, i jestem nim w istocie dzięki swym talentom, czuję się zniewolony powiedzieć o samym sobie: O ter quaterque beatum! 8°. Ponieważ cyfra ośm jest cyfrą sprawiedliwości, a to z przyczyny równości jaka się w niej zawiera, a zatem, sprawiedliwość i roztropność, z jaką mierzę i ważę wszystkie czynności, czynią mnie po ośm razy doktorem. 9°. Ponieważ jest dziewięć Muz, ja zaś jestem jednako ukochany przez wszystkie. 10°. Ponieważ, jako że nie można przejść cyfry dziesięciu bez powtórzenia innych cyfr i jako że ona jest niejako cyfrą uniwersalną, otóż, kto ze mną mówi, mówi z doktorem uniwersalnym; ja zawieram w sobie wszystkich innych doktorów. Tak zatem, widzisz, dzięki tym słusznym, prawdziwym, demonstratywnym i przekonywującym racjom, że jestem raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedm, ośm, dziewięć i dziesięć razy doktorem.
KOCMOŁUCH: Kiż-to znów za djabli? Myślałem, że znajdę człowieka co się zowie uczonego, i że mi użyczy dobrej rady, a tymczasem spotkałem kiepskiego warjata, który, miast ze mną pogadać, zabawia się liczeniem palców niby przy grze w morę. Raz, dwa, trzy, cztery: ech, do stu kaduków! Mój panie, nie o to chodzi; proszę byś raczył mnie wysłuchać. Wierzaj, nie jestem człowiekiem, któryby chciał pana przyprawić o daremną stratę czasu i trudu; bądź pewien, że, jeśli zdołasz mi wygodzić w tem o co proszę, dam ci co tylko zapragniesz: pieniędzy, ile sam zechcesz.
DOKTOR: Co? pieniędzy?
KOCMOŁUCH: Tak, pieniędzy i wogóle wszystko czegobyś zażądał.
DOKTOR ujmując suknię w obie garście i podkasując ją z tyłu: Więc ty mnie bierzesz za człowieka, który za pieniądze gotów jest do wszystkiego; za człowieka kierującego się interesem, duszę przedajną? Wiedz, mój przyjacielu, że, gdybyś mi dawał sakiewkę pełną dukatów, i gdyby ta sakiewka mieściła się w bogatej szkatułce, szkatułka w kosztownem puzdrze, puzdro w cudownej skrzyni, skrzynia w ozdobnym alkierzu, alkierz we wspaniałej komnacie, komnata w cudownem mieszkaniu, mieszkanie w przepysznym zamku, zamek w potężnym grodzie, gród w słynnej stolicy, stolica na żyznej wyspie, wyspa w bogatej prowincji, prowincja w kwitnącem mocarstwie, mocarstwo w całym świecie i ten cały świat, w któremby było to kwitnące mocarstwo, w któremby była ta bogata prowincja, w którejby była ta żyzna wyspa, w którejby była ta słynna stolica, w którejby był ten potężny gród, w którymby był ten przepyszny zamek, w którymby było to cudowne mieszkanie, w któremby był ten ozdobny alkierz, w którymby była ta cudowna skrzynia, w którejby było to kosztowne puzdro, w któremby była ta bogata szkatułka, w którejby była zamknięta ta sakiewka pełna dukatów, o, tyle dbałbym o twoje pieniądze i o ciebie całego, tyle! Wychodzi.

KOCMOŁUCH: Na honor, omyliłem się: ponieważ jest ubrany niby jaki lekarz, myślałem że trzeba zacząć od pieniędzy: ale skoro nie chce, nic łatwiejszego niż go zadowolić w tej mierze; spieszę aby go dogonić. Wychodzi.

SCENA TRZECIA.
ANIELA, WALERY, KASIA.

ANIELA: Ach, panie, zaręczam, iż zobowiążesz mnie bardzo, dotrzymując mi niekiedy towarzystwa; mój mąż jest taki gbur, cham, pijak, że pożycie z nim jest jedną torturą: możesz pan się domyślić, co za przyjemność można mieć z tego rodzaju prostakiem.
WALERY: Pani, zbyt wiele zaszczytu mi wyświadczasz, cierpiąc mą niegodną obecność. Przyrzekam iż dołożę starań, aby pani dostarczyć wszelakiej rozrywki; skoro zaś pozwalasz mi mniemać iż moje towarzystwo nie jest jej niemiłem, będę się starał, gorliwą służbą, okazać radość, jaką przejmuje mnie to lube zwierzenie.
KASIA: Na miły Bóg! odmieńcie rozmowę: idzie już ten utrapieniec.

SCENA CZWARTA.
KOCMOŁUCH, WALERY, ANIELA, KASIA.

WALERY: Pani, jestem w rozpaczy, iż muszę być zwiastunem tak bolesnej wieści: ale cóż, doszłaby cię ona przez kogoś innego. Brat pani jest tak chory...
ANIELA: Panie, to co pan powiedział, wystarcza w zupełności; żegnam pana i dziękuję za trudy, które byłeś łaskaw sobie zadać.
KOCMOŁUCH: Daję słowo! obejdzie się i bez rejenta, sam mam świadectwo mego rogatego stanu. Ho, ho! pani szelmo, znów cię zdybałem z gachem, mimo wszystkich zakazów! widzę, chcesz mnie wyprawić na wyspę Koziorożca!
ANIELA: Czy ty koniecznie musisz się o coś złościć? Pan przyniósł mi wiadomość, że brat bardzo chory: gdzież tu powód do sprzeczki?
KASIA: Znowu zaczyna swoje: dziwiłabym się bardzo, gdybyśmy choć chwilę miały spokój.
KOCMOŁUCH: Jedna parszywieje od drugiej, wy jędze przeklęte; ty Kasiu, psujesz moją żonę; od czasu jak cię ma przy sobie, nie warta ani połowy tego co dawniej.
KASIA: Doprawdy, uprzejmy pan, aż miło.
ANIELA: Zostaw tego opoja; nie widzisz, że jest pijany i nie wie poprostu co mówi?

SCENA PIĄTA.
GORGONI, ANZELM, ANIELA, KASIA, KOCMOŁUCH.

GORGONI: Cóż to? Znów ten przeklęty zięć kłóci się z moją córką.
ANZELM: Trzeba posłuchać co to takiego, o co im chodzi.
GORGONI: Ech! ciągle te kłótnie! nigdyż nie będzie spokoju w tem małżeństwie?
KOCMOŁUCH: Ta jędza nazywa mnie opojem. Do Anieli: Ejże, miałbym djablą ochotę wsypać ci frycówkę, i to w obecności rodziców.
GORGONI: Pożegnaj się z moim mieszkiem, gdybyś się tylko ważył.
ANIELA: Ale boteż on zawsze...
KASIA: Przeklęta niech będzie godzina, w której pani wyszła za tego liczykrupę.
ANZELM: No, cicho już; spokój!

SCENA SZÓSTA.
GORGONI, ANZELM, ANIELA, KASIA, KOCMOŁUCH, DOKTOR.

DOKTOR: Cóż to takiego? cóż za zamieszanie! co za kłótnie! co za zwady! co za hałasy! co za swary! co za nieporozumienia! co za brewerje! Cóż to takiego? panowie, cóż takiego? cóż takiego? Dalej, dalej, zobaczmyż czy niema sposobu doprowadzić ich do zgody; niechże ja będę waszym pośrednikiem, niech ja wprowadzę jedność do waszego domu.
GORGONI: To zięć posprzeczał się z moją córką.
DOKTOR: I o cóż chodzi? proszę, zechciej mi pan wyjaśnić przyczynę nieporozumienia.
GORGONI: Panie..
DOKTOR: Ale w krótkich słowach.
GORGONI: No dobrze; włóż pan kapelusz.
DOKTOR: Czy pan wiesz, od czego pochodzi słowo kapelusz?
GORGONI: Hę?
DOKTOR: Pochodzi od caput meus; moja głowa, niby że to jest moja druga głowa.
GORGONI: Na honor, nie wiedziałem.
DOKTOR: Opowiedzcież mi prędko tę sprzeczkę.
GORGONI: Oto więc, co zaszło...
DOKTOR: Mam nadzieję, iż nie będziesz nadużywał mego drogiego czasu, proszę pana o to. Mam kilka ważnych spraw, które muszę załatwić bez zwłoki; jednakże, gdy chodzi o przywrócenie pokoju w rodzinie, gotów jestem zatrzymać się nieco.
GORGONI: Jedna chwila wystarczy.
DOKTOR: Bądź pan tedy zwięzły.
GORGONI: Oto, co właśnie zaszło...
DOKTOR: Trzeba przyznać, panie Gorgoni, że piękna to cnota umieć wyrazić rzecz w niewielu słowach i że wielcy pyskacze, miast by nas mieli zniewolić do słuchania, stają się wprędce tak męczący i uciążliwi, iż nie słyszy się ich zupełnie; virtutem primam esse puto compescere linguam. Tak jest, największym przymiotem roztropnego człowieka, jest mówić zwięźle.
GORGONI: Dowiedz się zatem...
DOKTOR: Sokrates trzy rzeczy usilnie zalecał swym uczniom: ostrożność w działaniu, wstrzemięźliwość w jadle i zamykanie myśli w niewielu słowach. Zaczynaj przeto, mości Gorgoni.
GORGONI: Właśnie pragnąłem to uczynić.
DOKTOR: W krótkich słowach, bez omówień, nie bawiąc się w gawędy; kropnij pan zwięzły apoftegmacik, żywo, żywo, panie Gorgoni, spieszmy się, nie wpadaj w rozwlekłość.
GORGONI: Pozwól mi więc mówić.
DOKTOR: Mości Gorgoni, bez urazy, ale gadasz za wiele; niechże ktoś inny wyłoży mi przyczynę kłótni.
ANZELM: Trzeba panu zatem wiedzieć, że...
DOKTOR: Jesteś ignorant, nieuk, człowiek nieświadom żadnej światłej dyscypliny; osieł, mówiąc ojczystym językiem. Jakżeto! Zaczynasz opowiadanie bez najmniejszego słóweczka wstępu! Musi ktoś inny opowiedzieć mi tę kłótnię. Moja pani, może pani wyłoży mi szczegóły tego zgiełku.
ANIELA: Widzi pan ot, tego starego nicponia, tego pijanicę, no, męża?
DOKTOR: Powoli, jeśli łaska: proszę wyrażać się z szacunkiem o mężu, skoro pani stoisz przed powagą doktora takiego jak ja.
ANIELA: Ech, co mi pańskie doktorstwo! kpię sobie z pana i pańskiego doktorstwa! Sama jestem doktorem kiedy mi się podoba.
DOKTOR: Ty jesteś doktorem kiedy ci się podoba? Ejże! Zdaje mi się, że jesteś dość pociesznym doktorem. Wyglądasz mi na to, że lubisz iść za swoją świerzbiączką: że z części mowy lubisz jedynie łącznik; z rodzajów jedynie masculinum, z przypadków genitivus; ze składni mobile cum fixo; a wreszcie, z prozodji, cenisz jedynie dactylus, quia constat ex una longa et duabus brevibus. Chodźno tu bliżej i powiedz jaka jest przyczyna, jaki przedmiot waszej zwady.
KOCMOŁUCH: Wedle mojej woli...
DOKTOR: Wcale, wcale dobrze... „wedle mojej woli!“ Pojęcie woli mieści w sobie pojęcie życzenia, życzenie mieści pojęcie środków dojścia do celu, cel zaś mieści pojęcie przedmiotu; bardzo, bardzo dobrze: „wedle mojej woli“.
KOCMOŁUCH: To się wściec można!
DOKTOR: Wyłącz pan słowo: „wściec się“; to wyrażenie gminne i pospolite.
KOCMOŁUCH: Ech, panie doktorze, niechże pan słucha, przez litość!
DOKTOR: Audi, quaeso, powiedziałby Cyceron.
KOCMOŁUCH: Ech, do kata, niewiem czy się mówi złamać, czy stłuc, czy strzaskać i o to się najmniej będę troszczył; ale masz mnie tu słuchać, albo ci stłukę twój pysk doktorski; cóż to ma być, u djabła?

Kocmołuch, Aniela, Gorgoni, Kasia, Anzelm, chcąc wyjaśnić przyczynę sprzeczki, i doktór, tłómacząc im że zgoda jest piękną i chwalebną rzeczą, mówią wszyscy naraz: wśród tego zgiełku, Kocmołuch chwyta Doktora za nogę i obala go na ziemię; Doktór wywraca się na grzbiet; Kocmołuch wlecze go za sznur który przywiązał mu do kostki, podczas tego zaś Doktór powinien ciągle mówić i wyliczać na palcach wszystkie swoje argumenty, tak jakgdyby wcale nie leżał na ziemi. — Kocmołuch i Doktór znikają za sceną.

GORGONI: Proszę cię, córko, wracaj do domu i żyj z mężem jak się należy.
ANZELM: Do widzenia, sługa państwa, i dobranoc!

Anzelm, Gorgoni i Aniela odchodzą.

SCENA SIÓDMA.
WALERY, GÓRKA.
WALERY: Panie, jestem serdecznie wdzięczny za trud jaki pan sobie zadał, i przyrzekam, że, za godzinę, zjawię się na schadzkę, której jesteś zwiastunem.

GÓRKA: Nie radzę panu tego odkładać; jeśli się spóźnisz bodaj o kwadrans, bal się tymczasem skończy; zatem, o ile nie stawisz się odrazu, nie będziesz miał szczęścia oglądania ukochanej.
WALERY: Idę więc natychmiast.

Odchodzą.

SCENA ÓSMA.
ANIELA sama:
Dopóki męża niema w domu, skoczę na chwilkę na bal do sąsiadki. Będę z powrotem wcześniej od niego, bo z pewnością utknął w jakim szynku i nawet nie spostrzeże, że wogóle wychodziłam. To chamisko zostawia mnie samą w domu, jakgdybym była jego psem. Wychodzi.

SCENA DZIEWIĄTA.
KOCMOŁUCH sam.
Wiedziałem dobrze, że dam sobie radę z tym djabelskim doktorem i jego zakazanem mędrkowaniem. Niech djabli porwą cymbała! wytrząsłem z niego całą mądrość. Muszę teraz zajrzeć, czy miła gosposia przygotowała wieczerzę. Wychodzi.

SCENA DZIESIĄTA.
ANIELA sama:

O, ja nieszczęśliwa! przybyłam za późno, zabawa już skończona; zjawiłam się właśnie kiedy wszyscy zaczynali się rozchodzić; ale mniejsza, odbiję sobie za innym razem. Wślizgnę się teraz do domu, jakgdyby nigdy nic. Ojoj! cóż to? brama zamknięta; Kasiu! Kasiu!

SCENA JEDENASTA.
KOCMOŁUCH w oknie, ANIELA

KOCMOŁUCH: Kasiu! Kasiu! No i cóż? co ci zrobiła ta Kasia? skądże ty wracasz, pani-szelmo, o tej godzinie i na taki czas?
ANIELA: Skąd wracam? otwórz tylko, a potem ci powiem.
KOCMOŁUCH: Aha, pewnie! możesz iść spać tam skąd wracasz, albo, jeżeli wolisz, na gościniec; nie otwiera się drzwi takiej włóczędze, ulicznicy. Cóż, u djabła! wałęsać się samej o tej porze! Nie wiem, czy to z imaginacji, ale czoło mnie djabelnie coś swędzi w tej chwili.
ANIELA: No i cóż: sama, sama; o cóż chodzi? Kiedy jestem w towarzystwie, znów o to na mnie krzyczysz; więc cóż właściwie mam robić?
KOCMOŁUCH: W domu siedzieć, pilnować wieczerzy, troszczyć się o gospodarstwo, o dzieci. Zresztą, dość niepotrzebnych gadań. Z Panem Bogiem, dobranoc, idź do djabła i daj mi święty pokój.
ANIELA: Nie otworzysz?
KOCMOŁUCH: Nie, nie otworzę.
ANIELA: Ej, mój dobry, poczciwy mężulku, otwórz, proszę cię, moje serduszko złote.
KOCMOŁUCH: A, krokodylu! a, wężu jadowity! łasisz się, by mnie oszukać.
ANIELA: Otwórz tylko, otwórz.
KOCMOŁUCH: Z Panem Bogiem, vade retro, Satanas.
ANIELA: Jakto? nie otworzysz?
KOCMOŁUCH: Nie.
ANIELA: I nie żal ci biednej żoneczki, która cię tak kocha?
KOCMOŁUCH: Nie, jestem nieubłagany; obraziłaś mnie, jestem mściwy jak djabli, krótko mówiąc, jestem niewzruszony.
KOCMOŁUCH: A czy ty wiesz, że, jeżeli doprowadzisz mnie do ostateczności, zrobię coś, czego będziesz żałował?
KOCMOŁUCH: I cóż zrobisz, suko?
ANIELA: Słuchaj więc, jeśli mi nie otworzysz, zabiję się tu pod bramą; rodzice, którzy, z pewnością, nim udadzą się na spoczynek, zajdą tu przekonać się czyśmy się pogodzili, ujrzą mnie nieżywą, i ty pójdziesz na szubienicę.
KOCMOŁUCH: Ha, ha, ha, ha! i któż na tem gorzej wyjdzie z nas dwojga? Dajno pokój, już ty nie jesteś taka głupia, aby się puszczać na te sposoby.
ANIELA: Zatem nie wierzysz? Więc patrz, patrz, widzisz: już trzymam nóż; jeśli mi nie otworzysz, zobaczysz, natychmiast wbiję go w sobie w serce.
KOCMOŁUCH: Uważaj, nóż jest ostry; możesz się skaleczyć.
ANIELA: Więc nie otworzysz?
KOCMOŁUCH: Mówiłem dwadzieścia razy, że nie otworzę; zabijaj się, zdychaj, idź do djabła, gwizdam na to.
ANIELA udając że się przebija: Żegnam cię więc... Och! och! umieram.
KOCMOŁUCH: Czyżby naprawdę miała być podobną gęsią, i spłatać mi takiego figla? Muszę zejść ze świecą i zobaczyć.
ANIELA na stronie: Poczekaj, ja cię urządzę. Jeśli się zdołam wślizgnąć misternie do domu gdy ty mnie będziesz szukał, zapłacę ci pięknem za nadobne.
KOCMOŁUCH: No i cóż, nie mówiłem, że ona nie taka głupia. Nieżywa, a goni jak źróbek na pastwisku. Słowo daję, a ja już zaczynałem na dobre mieć pietra. Dobrze zrobiła, że wzięła nogi za pas; gdybym ją zastał przy życiu po tem jak mnie nastraszyła, byłbym jej zaaplikował paręnaście lewatyw nogą w siedzenie, aby ją oduczyć od głupich żarcików. Ale teraz trzeba iść spać. Oho! zdaje się, że wiatr drzwi zatrzasnął. Hej! Kasiu! Kasiu! otwórz.
ANIELA: Kasiu! Kasiu! No i cóż ci zrobiła Kasia? skądże ty wracasz, panie moczymordo? Dobrze, nareszcie rodzice moi, którzy przybędą za chwilę, ujrzą raz całą prawdę. Pijanico! bezwstydniku! z karczmy wyciągnąć cię nie można, a w domu zostawiasz biedną żonę z małemi dziećmi! ani się spytasz, czy im czego trzeba, mogą sobie kamienie gryźć, jeśli ich głód zbierze!
KOCMOŁUCH: Otwórz prędko, djablico przeklęta, albo ci głowę roztrzaskam.

SCENA DWUNASTA.
GORGONI, ANZELM, ANIELA, KOCMOŁUCH.

GORGONI: Cóż to znowu? ciągłe kłótnie, swary, bijatyki!
ANZELM: Cóż u djaska, czyż wy nigdy nie potraficie żyć spokojnie?
ANIELA: Ależ popatrzcie tylko na niego, pijany jak nieboskie stworzenie, i wraca o tej porze do domu, aby mi robić piekło.
GORGONI: To pewne, że to nie jest godzina o której wracają przyzwoici ludzie. Czy nie godziłoby się, zięciu, abyś się zjawiał do domu nieco wcześniej i żył z żoną jak się należy.
KOCMOŁUCH: Niech mnie wszyscy djabli porwą, jeślim nogą ruszył z mieszkania! Spytajcie, jeśli chcecie, tych panów oto na parterze; to ona wróciła dopiero przed chwilą. O, jakże niewinność bywa uciśniona!
ANZELM: No, dalej, pogódźcie się, proś żony o przebaczenie.
KOCMOŁUCH: Ja, o przebaczenie! wolałbym żeby ją djabeł z miejsca porwał. Jestem tak wściekły, że nie wiem co się ze mną dzieje.
GORGONI: Dalej, córko, uściskaj męża i żyjcie z sobą jak ludzie.

SCENA TRZYNASTA.
DOKTOR w oknie, w szlafmycy i kaftaniku, KOCMOŁUCH, ANZELM, GORGONI, ANIELA.

DOKTOR: Cóż tam! ciągle te hałasy, swary, niezgody, sprzeczki, kłótnie, nieporozumienia, zwady wieczne? Cóż tam znowu? Co to takiego? Spokoju chwili mieć nie można.
ANZELM: To nic, panie doktorze; już wszyscy w zgodzie.
DOKTOR: Co się tyczy zgody, chcecie bym wam przeczytał rozdział z Arystotelesa, w którym tenże udowadnia, że wszystkie części wszechświata utrzymują się jedynie dzięki zgodzie, jaka panuje między niemi?
ANZELM: Czy to bardzo długie?
DOKTOR: Wcale nie; jakieś sześćdziesiąt do ośmdziesięciu stronic.
ANZELM: Do widzenia panu, dobranoc, ślicznie dziękujemy.
GORGONI: Nie trzeba.
DOKTOR: Nie chcecie?
GORGONI: Nie.
DOKTOR: Do widzenia zatem, skoro tak; dobranoc: latine, bona nox.
ANZELM: Chodźmyż tedy nareszcie wieczerzać spokojnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.