Strona:Molier-Dzieła (tłum. Boy) tom I.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


et duabus brevibus. Chodźno tu bliżej i powiedz jaka jest przyczyna, jaki przedmiot waszej zwady.
KOCMOŁUCH: Wedle mojej woli...
DOKTOR: Wcale, wcale dobrze... „wedle mojej woli!“ Pojęcie woli mieści w sobie pojęcie życzenia, życzenie mieści pojęcie środków dojścia do celu, cel zaś mieści pojęcie przedmiotu; bardzo, bardzo dobrze: „wedle mojej woli“.
KOCMOŁUCH: To się wściec można!
DOKTOR: Wyłącz pan słowo: „wściec się“; to wyrażenie gminne i pospolite.
KOCMOŁUCH: Ech, panie doktorze, niechże pan słucha, przez litość!
DOKTOR: Audi, quaeso, powiedziałby Cyceron.
KOCMOŁUCH: Ech, do kata, niewiem czy się mówi złamać, czy stłuc, czy strzaskać i o to się najmniej będę troszczył; ale masz mnie tu słuchać, albo ci stłukę twój pysk doktorski; cóż to ma być, u djabła?

Kocmołuch, Aniela, Gorgoni, Kasia, Anzelm, chcąc wyjaśnić przyczynę sprzeczki, i doktór, tłómacząc im że zgoda jest piękną i chwalebną rzeczą, mówią wszyscy naraz: wśród tego zgiełku, Kocmołuch chwyta Doktora za nogę i obala go na ziemię; Doktór wywraca się na grzbiet; Kocmołuch wlecze go za sznur który przywiązał mu do kostki, podczas tego zaś Doktór powinien ciągle mówić i wyliczać na palcach wszystkie swoje argumenty, tak jakgdyby wcale nie leżał na ziemi. — Kocmołuch i Doktór znikają za sceną.

GORGONI: Proszę cię, córko, wracaj do domu i żyj z mężem jak się należy.
ANZELM: Do widzenia, sługa państwa, i dobranoc!

Anzelm, Gorgoni i Aniela odchodzą.