Latający lekarz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Latający lekarz
Podtytuł komedja w 1 akcie prozą
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Le Médecin volant
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron

LATAJĄCY LEKARZ
KOMEDJA W 1 AKCIE.
OSOBY:
GORGONI, ojciec Lucylli.
LUCYLLA, córka Gorgoniego.
WALERY, zalotnik Lucylli.
SABINA, kuzynka Lucylli.
SGANAREL, służący Walerego.
PIETREK, służący Gorgoniego.
ADWOKAT.
SCENA PIERWSZA.
WALERY, SABINA.

WALERY: Cóż tedy, Sabino, radzisz uczynić?
SABINA: Zaprawdę, nowin przynoszę niemało. Wuj żąda stanowczo, aby Lucylla wyszła za Arganta: sprawa zaszła tak daleko, że dziśby już pewnie byli po ślubie, gdyby nie jej szczera miłość do ciebie. Kuzynka wyznała mi wszystko; gdy zaś chciwość i upór szkaradnego wuja przywiodły nas do ostateczności, wpadłyśmy na doskonały sposób odwleczenia małżeństwa. Otóż w chwili gdy ja tu mówię z panem, kuzynka udaje ciężko chorą; dobry zaś staruszek, dość sobie łatwowierny z natury, posyła mnie właśnie po lekarza. Trzeba więc, abyś pan skąd wytrzasnął lekarza, który byłby ci szczerze oddany i wciągnął go do spisku: chodzi o to, by, jako lekarstwo, zalecił chorej świeże powietrze. Poczciwina umieściłby z pewnością córkę w domku na końcu ogrodu: w ten sposób mógłbyś widywać się z nią bez wiedzy starego i zaślubić ją. Niechże się potem ojciec złości do syta, razem ze swoim Argantem.
WALERY: Ale jakim cudem znaleźć na poczekaniu lekarza, któryby mi szedł na rękę i zechciał narażać się dla mej sprawy? Powiem otwarcie, nie znam nikogo podobnego.
SABINA: Mam myśl: a gdybyś przebrał swego służącego za lekarza? Nic łatwiejszego, niż wyprowadzić w pole poczciwego wujaszka.
WALERY: To ciemięga, który gotów wszystko zepsuć; ale cóż, niech będzie i on, skoro innego nie mamy. Do widzenia, idę go szukać. Gdzież ja, u djaska, znajdę teraz trutnia? ale oto właśnie nadchodzi.

SCENA DRUGA.
WALERY, SGANAREL.

WALERY: Ach, poczciwy Sganarelku, jakże się cieszę, że cię widzę. Potrzebny mi jesteś dla pewnej, nader ważnej sprawy; ponieważ jednak nie wiem dobrze co ty umiesz...
SGANAREL: Co umiem, panie? niech mnie pan tylko spróbuje użyć w ważnej sprawie, w jakiemkolwiek znacznem przedsięwzięciu; poślij mnie naprzykład, bym zobaczył która godzina na wieży, dowiedział się po czemu masło na targu, konia napoił, a sam się pan przekona co ja umiem.
WALERY: Nie o takie rzeczy chodzi: trzeba, abyś udawał lekarza.
SGANAREL: Ja, panie, lekarza! Jestem gotów zrobić wszystko co pan rozkaże; ale udawać lekarza! Zanadto dobrze panu życzę, aby się na to zgodzić. Jakże się tego chwycić, dobry Boże, z którego końca! Pan chyba żartuje sobie ze mnie, daję słowo.
WALERY: Jeśli się zechcesz podjąć, dostaniesz dziesięć dukatów.
SGANAREL: A, za dziesięć dukatów, nie mówię; za tę cenę, gotów jestem zostać nawet i lekarzem; takiemu argumentowi trudno, doprawdy, się oprzeć. Ale, skoro już zostanę lekarzem, gdzież mam się udać?
WALERY: Do starego Gorgoniego, odwiedzić chorą córkę. Ale cóż, kiedy ty jesteś ciemięga, który, miast sprawić się jak należy, gotów...
SGANAREL: Ech, Boże, niech pana już głowa nie boli: ręczę, że potrafię wyprawić boskie stworzenie na tamten świat nie gorzej od najtęższego lekarza w mieście. Wprawdzie przysłowie powiada zazwyczaj: Pomoże jak lekarz po śmierci; ale zobaczysz pan, że, gdy ja się do rzeczy wezmę, będą mówili: Pomoże jak lekarz do śmierci! Hm, bądź co bądź, wszystko razem zważywszy, to rzecz dość trudna udawać lekarza; a jeśli mi się nie powiedzie?
WALERY: W tym wypadku, nie będziesz miał najmniejszych trudności. Gorgoni to człowiek prosty, nieuczony, da się otumanić wszelkim baśniom, bylebyś gęsto mięszał Hipokrata i Galena i nadrabiał bezczelnością co wlezie.

SGANAREL: To niby znaczy, że trzeba mówić filozoficznie, matematycznie. Niech się pan na mnie spuści: jeżeli to człowiek tak łatwowierny, jak pan powiada, ręczę za wszystko; niech się pan tylko postara o suknię lekarza, nauczy co mam robić i wręczy mi dyplom, to znaczy obiecane dziesięć dukatów.

SCENA TRZECIA.
GORGONI, PIETREK.

GORGONI: Biegnij prędko szukać lekarza; córka zaniemogła ciężko; tylko spiesz się.
PIETREK: Cóż u djaska! pocóż więc gwałtem wypychać córkę z domu za starego dziada? Nie widzi pan, że to ochota na młodego chłopca jest przyczyną całej choroby? Nie pojmuje pan związku, jaki etc. ad libitum.
GORGONI: Leć prędko; widzę już, że ta choroba gotowa opóźnić dzień ślubu.
PIETREK: Mnie też do wściekłości to doprowadza; cieszyłem się, że raz mój żołądek wypełni się po brzegi jakąś uczciwą strawą; naraz, wszystko djabli wzięli. Idę wołać lekarza, równie dobrze dla siebie, jak dla pańskiej córki; aż mnie kolka spiera z rozpaczy. Wychodzi.

SCENA CZWARTA.
SABINA, GORGONI, SGANAREL.

SABINA: W samą porę cię spotykam, wuju; przynoszę dobrą nowinę. Prowadzę lekarza najznakomitszego w świecie: powraca właśnie z zamorskich krajów, posiadł najcudniejsze tajemnice, i z pewnością wróci zdrowie Lucylli. Trafiłam na niego szczęśliwym przypadkiem i oto go przywodzę. Jest tak uczony, że chciałabym z całego serca być chorą, aby on mnie mógł uleczyć.
GORGONI: Gdzież jest?
SABINA: Idzie tuż za mną; o widzisz, już nadchodzi.
GORGONI: Najniższy sługa i podnóżek Waszej lekarskiej Mości. Posłałem do pana, abyś odwiedził córkę, która właśnie ciężko zaniemogła; całą nadzieję pokładam w panu.
SGANAREL: Hipokrates powiada, a i Galen poucza o tem zapomocą niezbitych dowodów, że osoba, jest jest chorą, nie miewa się dobrze. Masz wielką słuszność, pokładając we mnie nadzieje; jestem bowiem największym, najbieglejszym, najuczeńszym lekarzem, jaki kiedykolwiek istniał w fakultecie wegetatywnym, senzytywnym i mineralnym.
GORGONI: Bardzo się cieszę.
SGANAREL: Nie wyobrażaj sobie, że ja jestem pospolitym lekarzem, lekarzem dla gminu. Wszyscy inni lekarze, to, w porównaniu ze mną, jedynie poronione płody medycyny. Mam talenty całkiem szczególne, posiadam swoje tajemnice. Salamalek, salamalek. „Rodrygu, masz ty serce?“ Signor, si, signor, no. Per omnia saecula saeculorum. No, chodź, niech pana zbadam.
SABINA: Ależ to nie on chory, to córka.
SGANAREL: Nic nie znaczy; krew ojca i córki, to zupełnie jedno i to samo; z zakłócenia krwi ojcowskiej, mogę poznać na co jest chora córka. Panie Gorgoni, czy możnaby widzieć urynę osoby złożonej niemocą?
GORGONI: Oczywiście; Sabinko, idź prędko, przynieś urynę córki. Sabina wychodzi. Panie lekarzu, bardzo się boję, aby nie umarła.
SGANAREL: Niechże ją Bóg broni! Niech się nie waży umrzeć bez recepty lekarza. Sabina wraca. Hm, ta uryna oznacza wielką gorącość, wielkie zapalenie wszystkich wnętrzności; nie taka zła, z tem wszystkiem.
GORGONI: Jakto! pan łykasz?
SGANAREL: Niech to pana nie dziwi: lekarze zazwyczaj zadowalają się oglądaniem, ja jednak, który jestem lekarzem ponad zwykłą miarę, łykam ją, ponieważ, przy pomocy smaku, lepiej rozróżniam przyczyny i następstwa choroby. Ale, jeźli mam prawdę powiedzieć, trochę jej było za mało, aby móc dobrze osądzić: niech jeszcze odda urynę.
SABINA idzie i wraca: Ledwo ją mogłam do tego nakłonić.
SGANAREL: A to mi dobre! Cóż za komedje! Ma oddać urynę obficie, obficie. Jeżeli wszyscy chorzy zechcą w ten sposób oddawać urynę, niechaj zostanę całe życie lekarzem!
SABINA idzie i wraca: Oto wszystko, co się dało uzyskać; więcej nie może.
SGANAREL: Cóż to, mości Gorgoni, córka oddaje urynę tylko kropelkami? licha warte takie oddawanie; muszę zapisać miksturę. Ale czy nie byłoby sposobu zobaczenia chorej?
SABINA: Właśnie wstała; jeźli pan sobie życzy, pójdę ją zawołać.

SCENA PIĄTA.
SABINA, GORGONI, SGANAREL, LUCYLLA.

SGANAREL: I cóż, panienko, jesteśmy chorzy?
LUCYLLA: Tak, panie doktorze.
SGANAREL: Tem gorzej! to znak że się nie miewamy dobrze. Czy doznajemy wielkich bólów w głowie, w krzyżach?
LUCYLLA: Tak, panie doktorze.
SGANAREL: Wyśmienicie. Tak jest, ów wielki lekarz, w rozdziale swego dzieła o materjach zwierzęcych powiada... mnóstwo mądrych rzeczy; jako że humory mające między sobą powinowactwo pozostają z sobą w ścisłym związku; tak naprzykład, jako że melankolja jest wrogiem wszelakiej radości, żółć zaś, która rozlewa się po ciele, nadaje nam barwę żółtą, i jako że niema nic przeciwniejszego zdrowiu niż choroba, możemy powiedzieć, wraz z tym wielkim człowiekiem, że pańska córka jest bardzo chora. A teraz, pragnąłbym coś zapisać.
GORGONI: Prędko stolik, papieru, atramentu!
SGANAREL: Jest tu ktoś, kto umie pisać?
GORGONI: Czyżbyś pan nie umiał?
SGANAREL: Ach, prawda! zapomniałem o tem; mam tyle spraw na głowie, że ani połowy nie jestem w stanie spamiętać... Sądzę, że niezbędnem jest, aby córka zażyła nieco świeżego powietrza, aby spędziła jakiś czas na wsi.
GORGONI: Mamy tu bardzo piękny ogród i kilka pokoi nań wychodzi; jeżeli panu to dogadza, każę ją tam umieścić.
SGANAREL: Chodźmy się rozejrzeć.

Wychodzą wszyscy.

SCENA SZÓSTA.
ADWOKAT sam:

Słyszałem, że córka imci Gorgoniego jest chora: jako przyjacielowi rodziny wypada mi spytać o zdrowie i ofiarować usługi. Hej tam! imć Gorgoni w domu?

SCENA SIÓDMA.
GORGONI, ADWOKAT.

ADWOKAT: Dowiedziawszy się o chorobie córki, pospieszam wyrazić najżywsze współczucie i ofiarować wszystko, co tylko w mej mocy.
GORGONI: Właśnie naradzałem się w domu z najuczeńszym człowiekiem pod słońcem.

ADWOKAT: Czy nie mógłbym z nim pomówić przez chwilę?

SCENA ÓSMA
GORGONI, ADWOKAT, SGANAREL.

GORGONI: Panie doktorze, oto jeden z moich przyjaciół, bardzo tęgi człowiek, chciałby z panem porozmawiać troszeczkę.
SGANAREL: Nie mam czasu, panie Gorgoni, muszę spieszyć do chorych. O, proszę, bez ceremonji.
ADWOKAT: Szanowny panie, po tem co pan Gorgoni mówił mi o pańskich talentach i wiedzy, pałałem najgorętszą chęcią dostąpienia zaszczytu pańskiej znajomości, i, w tym celu, ośmieliłem się przystąpić do pana z najniższem pozdrowieniem, czego, tuszę, iż nie poczytasz mi za złe. Jest rzeczą bezsporną, iż jednostki które celują nad innych w jakiejkolwiek gałęzi wiedzy, godne są najwyższego uznania, zwłaszcza te, które trudnią się nauką medycyny, tak z powodu jej wielkiej użyteczności, jak również z powodu iż nauka ta zawiera w sobie rozmaite inne nauki; okoliczność, która czyni gruntowne jej zgłębienie niezmiernie trudnem. Z wielką też słusznością powiada Hipokrates w pierwszym swoim aforyzmie: Vita brevis, ars vero longa, occasio autem praeceps, experimentum, judicium periculosum, difficile.
SGANAREL do Gorgoniego: Ficile tantinapota baril cambustibus.
ADWOKAT: Pan nie należysz do tych lekarzy, którzy uprawiają jedynie medycynę słusznie tak nazwaną racjonalną czyli dogmatyczną; mniemam, iż wykonujesz swoją sztukę święcąc na jej polu codziennie najwyższe tryumfy, experientia magistra rerum. Pierwsi ludzie, którzy poświęcili się zawodowi lekarskiemu, cieszyli się, za swoją cenną umiejętność, tak wysokim i ogólnym szacunkiem, iż policzono ich w poczet bogów, przez wdzięczność za świetne kuracje, jakiemi codziennie się mogli poszczycić. Nie znaczy to, iżby należało pomiatać lekarzem, który nie wróci zdrowia pacjentowi, gdyż zdrowie nie jest wyłącznie zależnem od jego lekarstw ani wiedzy; interdum docta plus valet arte malum. Panie, obawiam sie abym nie był natrętnym: mam zaszczyt go pożegnać, w nadziei, że, za następnem widzeniem, będę mógł z nim pomówić dłużej i swobodniej. Pański czas jest tak cenny i t. d. Adwokat wychodzi.
GORGONI: Jak się panu wydaje ta osobistość?
SGANAREL: Ma tam w głowie coś niecoś oleju. Gdyby zabawił dłużej, miałem zamiar podjąć z nim dysputę w pewnej ważnej i podniosłej materji. Ale teraz muszę pana pożegnać. Gorgoni daje mu pieniądze. Ależ panie, co pan robi?
GORGONI: Wiem dobrze, co panu zawdzięczam.
SGANAREL: Czy pan żartuje, panie Gorgoni? Nie wezmę, nie jestem człowiekiem interesownym. Bierze pieniądze. Sługa najniższy. Sganarel wychodzi, Gorgoni wraca do domu.

SCENA DZIEWIĄTA.
WALERY sam:

Nic nie wiem, jak się tam Sganarel spisał: nie mam od niego żadnych wiadomości i jestem w wielkim kłopocie jak go znaleść. Sganarel wraca w ubraniu lokaja. Ale otóż i on. No i cóż, Sganarelu, cóżeś zdziałał?

SCENA DZIESIĄTA.
WALERY, SGANAREL.

SGANAREL: Same cuda: sprawiłem się tak dobrze, że Gorgoni bierze mnie za znakomitego lekarza. Wkradłem się w jego zaufanie; wmówiłem, iż panna potrzebuje wiele świeżego powietrza: dzięki temu, pomieszczono ją natychmiast na samym końcu ogrodu, bardzo daleko od mieszkania starego, gdzie ją pan możesz z łatwością odwiedzić.
WALERY: Ach! życie mi wracasz! Nie tracąc czasu, pędzę aby ją zobaczyć. Wychodzi.
SGANAREL: Trzeba przyznać, że z poczciwego Gorgoniego jest prawdziwy bałwan: dać się w ten sposób wywieść w pole! Spostrzegając Gorgoniego; Wszelki duch! wszystko stracone: całą moją medycynę djabli wzięli; ale spróbuję jeszcze zażyć go z mańki.

SCENA JEDENASTA.
SGANAREL, GORGONI.

GORGONI: Uszanowanie panu.
SGANAREL: Sługa najniższy. Widzisz pan biednego człowieka w prawdziwej rozpaczy: nie zna pan przypadkiem lekarza, który od niedawna przybył do miasta i wsławił się kilkoma cudownemi kuracjami?
GORGONI: Owszem, znam; przed chwilą właśnie wyszedł z tego domu.
SGANAREL: To mój brat, panie: jesteśmy bliźniaki; a ponieważ podobniśmy do siebie jak dwie krople wody, często bardzo biorą jednego za drugiego.
GORGONI: Niech mnie licho porwie, jeślim się i ja nie złapał. A jak pan się nazywa?
SGANAREL: Narcyz, do usług. Trzeba panu wiedzieć, że, będąc w pracowni brata, rozlałem dwie fiolki z esencjami, stojące na krawędzi stołu; uniósł się tak straszliwym gniewem, że wypędził mnie z domu. Na oczy nie chce mnie widzieć; znalazłem się poprostu na bruku, bez oparcia, bez pomocy, bez znajomości.
GORGONI: Czekaj, chłopcze, już ja was pogodzę. Jestem z nim w wielkiej przyjaźni i przyrzekam ci, że jakoś sprawę załatwię. Pomówię o tem, jak tylko go zobaczę.
SGANAREL: Bardzo będę obowiązany, panie Gorgoni. Sganarel wychodzi i zaraz wraca w przebraniu lekarza.

SCENA DWUNASTA.
SGANAREL, GORGONI.

SGANAREL: To trudno; kiedy chory nie chce się stosować do przepisów lekarza i dopuszcza się wszelkich wybryków...
GORGONI: Sługa najniższy, panie lekarzu. Mam do pana wielką prośbę.
SGANAREL: O co chodzi, zacny panie? czy mogę panu oddać jaką przysługę?
GORGONI: Panie doktorze, spotkałem przed chwilą pańskiego brata, który jest zrozpaczony, iż...
SGANAREL: To nicpoń, panie Gorgoni.
GORGONI: Ależ panie, czy chcesz zgubić biednego chłopca?
SGANAREL: Niech już o nim nie słyszę; patrzcie mi, co za bezczelność hultaja, śmieć zasłaniać się pańską protekcją! Proszę, niech mi pan już o nim nie mówi.
GORGONI: Na miłość boską, panie lekarzu, niech pan to zrobi przez przyjaźń dla mnie. Jeśli ja będę mógł panu przysłużyć się w czemkolwiek, uczynię to z radością. Zobowiązałem się niejako wobec niego i...
SGANAREL: Nalegasz pan tak usilnie, że, jakkolwiek przysiągłem iż mu nigdy nie przebaczę, niech będzie, dawaj pan rękę, przebaczam! Zapewniam pana, zadaję gwałt samemu sobie, i daję tem dowód bezgranicznej dla pana przyjaźni. Żegnam pana, panie Gorgoni.

Gorgoni wychodzi do domu, Sganarel odchodzi.

SCENA TRZYNASTA.
WALERY, SGANAREL.

WALERY: Muszę przyznać, że nigdybym nie przypuszczał, aby Sganarel wywiązał się tak dobrze z zadania. Sganarel wraca w ubraniu służącego. Ach, poczciwy chłopcze, jakże ci wdzięczen jestem! Ileż szczęścia, doprawdy, jeżeli...
SGANAREL: Dobrze panu gadać: Gorgoni spotkał mnie przed chwilą, i, gdyby nie podstęp na który wpadłem, sztuczka byłaby się wydała. Spostrzegając Gorgoniego: Ale zmykaj pan, szybko; znowu idzie.

Walery wychodzi.

SCENA CZTERNASTA.
GORGONI, SGANAREL.

GORGONI: Szukałem pana wszędzie, aby panu powiedzieć, że mówiłem już z bratem. Zapewnił mnie, że panu przebacza; ale, aby już być zupełnie pewnym, pragnę by uściskał się z panem w mojej przytomności. Niech pan wstąpi do domu, a ja pójdę go poszukać.
SGANAREL: Dobry panie Gorgoni, nie sądzę byś go mógł znaleść tak łatwo; zresztą ja tu nie zostanę: nadto się lękam jego gniewu.
GORGONI: Zaręczam, że zostaniesz, bo cię zamknę. Idę teraz szukać brata; niech się pan nic nie obawia: upewniam, że już się nie gniewa.

Gorgoni wychodzi.
SGANAREL przez okno: Tam do licha, teraz już wpadłem na dobre; niema sposobu się wykręcić. Ciężka się chmura zebrała; boję się, że mogą z niej lunąć obfite kije, lub że, zapomocą recepty skuteczniejszej niż wszystkie przepisy lekarzy, wycisną mi conajmniej pieczątkę króla jegomości na łopatce. Nie tęgo stoją sprawy: ale nacóż się zda rozpaczać? skoro już tyle zdziałałem, prowadźmyż szelmostwo do końca. Tak, tak, trzeba się jakoś i z tego wykręcić, i dowieść, że Sganarel jest królem hultajów. Skacze przez okno i wybiega.

SCENA PIĘTNASTA.
PIETREK, GORGONI, SGANAREL.

PIETREK: Tam do licha! a to co nowego! któż tu sobie tak skacze bez ceremonji przez okno! Muszę przycupnąć i zobaczyć co się tu święci.
GORGONI: Nie mogę znaleść tego lekarza; djabli wiedzą gdzie on się pochował. Spostrzegając Sganarela, który wraca w przebraniu lekarza. Otóż i on. Panie doktorze, to nie dość żeś pan przebaczył bratu; proszę pana, dla mej przyjaźni, racz się z nim uściskać; jest właśnie u mnie w domu. Szukałem pana wszędzie, chcąc prosić byś dopełnił pojednania w mej obecności.
SGANAREL: Żartujesz chyba, panie Gorgoni; czyż nie wystarcza, że mu przebaczyłem? nie chcę go widzieć na oczy.
GORGONI: Ależ, panie doktorze, niech pan to zrobi dla mnie.
SGANAREL: Nie umiem panu odmówić: niech mu pan powie, aby tu zeszedł. Podczas gdy Gorgoni wchodzi do domu drzwiami, Sganarel dostaje się do wnętrza przez okno.
GORGONI w oknie: Oto brat czeka pana na dole: przyrzekł że uczyni wszystko czego zażądam.
SGANAREL w oknie: Panie Gorgoni, proszę, chciej go pan nakłonić, aby przyszedł tutaj. Błagam, by pojednanie odbyło się w zamkniętem mieszkaniu, ponieważ w obecności ludzi nie oszczędziłby mi z pewnością żadnego wstydu i upokorzenia. Gorgoni wychodzi drzwiami, zaś Sganarel oknem.
GORGONI: Dobrze więc, powiem mu natychmiast... Panie doktorze, powiada że się wstydzi i prosi byś zechciał wejść do domu; pragnie przeprosić pana na osobności. Oto klucz, możesz pan wejść: błagam, nie chciej mi odmawiać tego ukontentowania.
SGANAREL: Niema rzeczy, którejbym dla pana nie uczynił: zaraz usłyszysz jak się z nim rozmówię. W oknie: A, jesteś hultaju! — Mój dobry panie bracie, przebacz mi już, przebacz; zaręczam, że to nie była moja wina. — A ty gałganie, szelmo! czekaj, ja cię nauczę za twoje zuchwalstwo! śmieć niepokoić czcigodnego pana Gorgoniego, suszyć mu głowę swemi głupstwami! — Panie bracie... — Milcz, powiadam! — Już nigdy... — Milcz, łotrze!
PIETREK: Jak pan sobie wyobraża, kto tam u pana jest w tej chwili?
GORGONI: Ten sławny lekarz i jego brat Narcyz; poróżnili się trochę i właśnie się godzą.
PIETREK: Niech mnie licho porwie, jeżeli to nie jest jeden i ten sam człowiek.
SGANAREL w oknie: Ty opoju jeden, nauczę ja cię moresu! Aha, spuszczasz oczy: widzisz dobrze, żeś zawinił, obwiesiu! Ejże, ty udawaczu, jakie on teraz udaje trusiątko!
PIETREK: Panie, niech mu pan powie, ot tak, dla zabawki, aby pokazał troszkę swego brata w oknie.
GORGONI: Aha... panie lekarzu, proszę, niech pan powie bratu, by na chwilkę pokazał się w oknie.
SGANAREL w oknie: Nie jest godzien widoku tak czcigodnych ludzi; przytem jabym go nigdy nie ścierpiał przy sobie.
GORGONI: Panie, nie odmawiaj mi tej łaski po wszystkiem czego od pana doznałem.
SGANAREL z okna: W istocie, mości Gorgoni, masz na mnie taki wpływ, że nie umiem panu niczego odmówić. Pokaż się, hultaju. Zniknąwszy na chwilę, pojawia się w ubraniu służącego. Panie Gorgoni, sługa najniższy. Znika znowu i pojawia się natychmiast w przebraniu lekarza. No i cóż, widziałeś ten obraz upadku i zepsucia?
PIETREK: Jak Boga kocham, to wciąż jeden i ten sam; aby go wyłapać, niech pan powie, że chce pan ich widzieć obu razem.
GORGONI: Ale niech mi pan zrobi tę uprzejmość, aby się pokazać w oknie z nim razem i uściskać go w moich oczach.
SGANAREL w oknie: Odmówiłbym tego każdemu innemu; jednak, aby dowieść że wszystko gotów jestem uczynić dla pańskiej przyjaźni, godzę się, aczkolwiek z przykrością; ale chcę, by przedtem pana przeprosił za wszystkie kłopoty, jakie panu sprawił. Zmienionym głosem: Tak, panie Gorgoni, proszę o przebaczenie że byłem tak natrętny, a tobie, bracie, przyrzekam, w obecności pana Gorgoniego, że nie będziesz miał więcej przyczyn uskarżać się na mnie, i proszę, byś zechciał puścić wszystko w niepamięć. Całuje kapelusz i krezę, które umieścił na swoim łokciu.
GORGONI: No i cóż, niema ich dwóch?
PIETREK: Daję słowo, to jakiś czarownik.
SGANAREL wychodząc z domu jako lekarz: Panie, oto zwracam panu klucz; nie pozwoliłem aby ten nicpoń zeszedł razem ze mną, ponieważ wstyd mi przynosi; nie chciałbym, aby w mieście, gdzie cieszę się pewną reputacją, widywano go w mojem towarzystwie. Wypuścisz go, kiedy się panu spodoba, żegnam pana, jestem pańskim najniższym sługą itd. Udaje, że odchodzi i, zrzuciwszy suknię, wraca do domu przez okno.
GORGONI: Muszę wypuścić tego biednego chłopca; doprawdy, jeżeli mu przebaczył, w każdym razie obszedł się z nim bardzo ostro. Wchodzi do domu i wychodzi ze Sganarelem w ubraniu lokaja.
SGANAREL: Panie, dziękuję za trudy jakie sobie zadałeś i za dobroć której doświadczyłem od pana; wdzięczen będę przez całe życie.
PIETREK: Jak pan myśli, gdzie teraz przebywa ów lekarz?
GORGONI: On? Odszedł właśnie.
PIETREK, podniósłszy suknię Sganarela: A ja go mam tu pod pachą. Oto łotrzyk, który udawał lekarza i który pana ołguje bezczelnie. Podczas zaś kiedy on panu mydli oczy i odgrywa komedje w pańskim domu, Walery i panienka gruchają sobie razem i są już niewiadomo gdzie.
GORGONI: O, ja nieszczęśliwy! ale będziesz za to wisiał, oszuście, łajdaku!

SGANAREL: Panie, panie, i cóż panu przyjdzie z tego, że mnie pan powiesi? Niech pan posłucha chwileczkę, jeżeli łaska. To prawda, dzięki memu konceptowi, mój pan porozumiał się z pańską córką; jednakże, służąc jemu, i panu też nie wyrządziłem żadnej krzywdy: to partja bardzo przyzwoita, tak co do rodu jak i co do majątku. Wierzaj mi, nie rób hałasu, któryby panu wstyd przyniósł jedynie i wyślij do wszystkich djabłów tego hultaja razem z uprzykrzonym Argantem. Ale oto kochankowie.

SCENA SZESNASTA.
WALERY, LUCYLLA, GORGONI, SGANAREL.

WALERY: Do nóg twoich rzucamy się, ojcze.
GORGONI: Przebaczam wam, i nie mam żalu do Sganarela za podejście na którem zyskuję tak godnego zięcia. Chodźmyż weselić się i wypić za zdrowie całego towarzystwa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.